Zrozumienie przez partnera

Metody rozwiązywania konfliktów w związkach. Problemy oraz sposoby radzenia sobie z "trudnymi" partnerami. Przemoc w rodzinie.

przez wiatr 08 mar 2007, 09:42
W poczatkowej fazie gdy jesteśmy z partnerem na dobre czy na zle ( nooooo tak nam się wydaje) jest śmiem powiedzieć sielankowo. Zadnych problemow, stresów. Wręcz bajecznie. Buziaczki, przytulania itd. Ale, niestety z czasem przybywa obowiązków i przychodzi odpowiedzialność. Lecz co najgorsze ona zaczyna spadać na jednego z partnerów. Drugi zaczyna ,,wysiadać" bo najprawdopodobnie z wygodnictwa. Takie dziwne zjawiska nieraz pojawiają sie i nie dlatego że partner chce nas urazić.Dzieje się nieżwiadomie z obu stron.Przecież nic takiego wielkiego sie nie dzieje. Brniemy dalej sadząc ,ze jestesmy w stanie wszystko udżwignąc na własnych barkach. Minimallnie zaczynają się odzywać emocje. Dają sygnał ,że cos nie tak się z nami dzieje. Jeszcze nie reagujemy by zapanować nad nimi. Zaczynami tylko po cześci wspominać naszemu partnerowi. On tylko nam sie przygląda. Przeciez nauczyliśmy go nieświadomie,że my nigdy nie mamy żadnych problemów.Jesteśmy twardzi jak głaz, i nic nie jest w stanie nas złamać.
I tu tak naprawdę zaczynamy pracować na nasz wizerunek. Nie jesteśmy tak silni, popadamy coraz to glębiej w depresję,nasz partnej zaczyna tak jakby się od nas otsuwać.Milczy, wychodzi. Gdyz najprawdopodobnie sam zaczyna tracić poczucie rzeczywistości. Zaczyna budować mór obronny, nie dlatego że juz przestał kochać inetresować się partnerem lecz jemu zaczyna być ciężko i nie chce się tak naprawdę glośno przyznać. Przeciez ktoś musi byc twardy na tą chole...ą rzeczywistoś.
Kolejny etam cierpią oboje.Co bym zrobił/la zawsze bedzie żle. Więć jak postąpić, co zrobić by bylo tak jak dawniej.................
Pewna wizja chdzi mi po głowie, pewnie odoje muszą chcieć się zrozumieć, co tak naprawdę nie jest łatwe. Licytować się? Chyba nie oto chodzi, najprawdopodobniej nikt by tak niechcial. Więc jak? Spojrzeć oczami mojego partnera, zrozumieć by on mogl mnie zrozumieć. Przecież to taki wysilek, czy damy radę.
A rozstać się, to takie proste...............A żyć razem to..................... :roll:
"mój przyjaciel wiatr"
Offline
Posty
607
Dołączył(a)
29 sty 2007, 00:04
Lokalizacja
krakow

przez Makcia 08 mar 2007, 13:40
Samotnośc jest zła..bo czlowiek czuje sie niekochany i czegoś mu brakuje...czeka więc na to wspaniałe uczucie. Gdy sie z kimś wiąże, mieszka, to pojawiają sie oczekiwania..wystarczy im nie sprostać i wtedy zaczyna sie psuć. Masz racje Wiaterku rozstać sie to nie jest wyjście bo znaczy to że sie poddajemy wolimy nie patrzeć i nie podołać problemom tylko je odsunąc od siebie jak najdalej...tak jak ja czasami to robie :( Życie jednak jest tak przewidziane że w każym momencie życia ( u kazdego w innym tempie) pojawiają sie problemy..gdy nauczycmy sie je bagatelizować to nigdy nie będziemy podchodzić do życia poważnie..i inni też nas będą tak postrzegali..bo jak można traktować poważnie osobe która ucieka przed wszystkim i nawet nie próbuje.. Sama czasami mam dośc..i nie raz mówilam "powinniśmy sie rozstać"..tak naprawde nie chce tego bo...boje sie samotności, nie chce być sama..z drugiej strony też mam świadomośc że mam dobrego męża i że nie powinnam go sobą zadręczać. Moje poczucie winy we wszystkim z czym sie stykam jest tak duże że wole odpuścić niż walczyć czasami. I gdyby nie to że mój mąż chce być ze mną ja dawno bym zrezygnowala ze wszystkiego. Wiecie dobrych kilka lat temu zmarł mój tata..najwspanialsza osoba i najbliższa memu sercu...wtedy obiecalam sobie że nie chce sie już nigdy z nikim tak blisko psychicznie wiązać bo nie chce cierpieć. Oddalałam od siebie wszystkie uczucia sympatii jakie mi okazywano..mówilam zawsze że chce być sama. Mój mąż jako pierwszy podjął sie tego aby to zmienić..ale teraz..czasami..martwie sie jak to będzie...ja już drugi raz nie nie chce przechodzić przez to wszystko...Troche odeszlam od tematu..przepraszam..chodzi mi głównie o to że powinniśmy walczyć i starać sie dla dobra związku..oczekiwac w miare możliwości..bo tak jak ktoś tu nie raz powiedzial..wszystko zależy od nas samych...wsparcie partnera jest bardzo ważne..jego obecnośc ..ale jeśli nie potrafi nam pomóc nie powinniśmy mieć do niego żalu. Skoro trudno nam zrozumieć nas samych to jak możemy oczekiwac tego od innych?
ech..trudno czasami znależć najlepsze wyjście...ale trzeba probować.. :-|
Offline
Posty
286
Dołączył(a)
08 paź 2006, 12:36

przez Czarnyolek 08 mar 2007, 18:05
Też myslałem , że moja partnerka szuka sposobu aby mnie zostawić...kiedy mówila..weż się w garść bądź facetem masz 27 la!! nie panikuj!!! i tym podobne, mowiła że tylko ją obarczam problemami że zrzucam na nią wine...w końcu zrozumiałem , ze nic na siłe..myślałem zeby zademonstrować jej jakoś moją chorobę w dziwny sposób ale przecie nie chce sie truć czy tam kaleczyć wybiłem sobie to z głowy....teraz staram się jakoś aby zapomniała o tym że mam depresje może i ja zapomne tez nie chce jej psuć życiai kariery dlatego że mam depresje..choć jakby ona miała to bym wszystko rzucił od reki żeby jej pomóc...a z drugiej strony jakbym nie chorował pewne bym sie zachowywał jak ona..dlatego nie mam pretensji...musze sam z tym wygrać...bo chce aby wiedziałą że ma pełnowartościowego faceta u boku..choc czasami jest cięzko bo ukochane osoby krzywdzą chorych na depresje nawet nieswiadomie przez jakiś głupi tekst...Dlatego nie miejmy pretensji do siebie nie złośćmy sie na nich jeśli samii zrozumieja to pomoga jeśli nie, nie ma co namawiać na siłe bo to nie działa!!!
Offline
Posty
10
Dołączył(a)
29 sty 2007, 13:34

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

przez SmutnaJa 09 mar 2007, 09:16
Mój mąż jak najbardziej mnie wspiera, sam kiedyś przeszedł depresje. Najgorsze jest jednak to ,że ja zdaje sobie sprawe jak baaaaardzo nieznośna jestem w chwilach tzw "dołka" i boję się ,że on długo tego nie zniesie . Bo ile można wytrzymać. A to sprawia , że czuję się jeszcze gorzej :( i tak wkółko.
Życie...... :(
Offline
Posty
17
Dołączył(a)
07 mar 2007, 19:59
Lokalizacja
Nikąd

przez iwka73 09 mar 2007, 10:06
Smutna.
I ja mam takie same obawy. Bardzo się boję że mąż tego nie wytrzyma i że odejdzie. Już jest na skraju wyczerpania nie wie jak mi pomóc, czasem nie wytrzymuje i mówi że ma już dośc , potem przeprasza. Dodam że ja już z tym walczę 7 lat.
Myślę że powinny być takie terapie dla partnerów, żeby im też pomóc.
iwka73
Offline

przez SmutnaJa 09 mar 2007, 11:04
Terapie ? ja bym proponowała , specjalne szkolenia np . " jak sobie radzić z osobami z depresją "

7 lat .... wow długo , ja dopiero zaczynam i mam nadzieje , ze wkoncu mi przejdzie bo sama ze soba zwarjuje w takim stanie ...
Życie...... :(
Offline
Posty
17
Dołączył(a)
07 mar 2007, 19:59
Lokalizacja
Nikąd

Avatar użytkownika
przez Róża 09 mar 2007, 11:56
Są takie terapie-tylko jak zaciągnąć na nie partnera :!: :?:
Bez ludzkiej pamięci przeszłość nie istnieje.
Pech nigdy nie zawiedzie:
przyjdzie w samą porę:)))
Avatar użytkownika
Offline
Przyjaciel forum
Posty
1197
Dołączył(a)
02 gru 2006, 22:18
Lokalizacja
z ogrodu

Avatar użytkownika
przez gina 09 mar 2007, 12:12
Ja się chętnie dam zaciągnąć...tylko, żeby chciał... :cry:
na próżno to wszystko co dzisiaj jest bólem....
Avatar użytkownika
Offline
Posty
382
Dołączył(a)
21 paź 2006, 11:47
Lokalizacja
jeszcze nie stąd

przez iwka73 09 mar 2007, 16:48
Wiecie co ja to bym może mojego zaciągła tylko nie wiem czy są takie terapie.Mój mąż napewno by poszedł bo już jest ze mną coraz gorzej.
iwka73
Offline

przez SmutnaJa 09 mar 2007, 18:38
a ja bym swojego tam wyslala glownie dla jego dobra ...
Życie...... :(
Offline
Posty
17
Dołączył(a)
07 mar 2007, 19:59
Lokalizacja
Nikąd

Avatar użytkownika
przez maiev 09 mar 2007, 18:42
a mój by nie poszedł bo on twierdzi że sam sobie radzi ze wszystkim :)
"I need a new version of me..."
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1417
Dołączył(a)
19 lis 2006, 17:01
Lokalizacja
to tu to tam....

znowu....

przez scoorpio 09 mar 2007, 23:44
kilka lat temu przechodziłam depresję ponarkotykową (nie taka ostrą lecz "tylko" po marihuanie). Udało mi się bez lekarza, bez tabletek. Czułam się silna, czułam że cały świat jest mój bo udało mi się pokonać tak wielką górę.
POtem związałam się z cudownym mężczyzną, jestem z nim do dziś. Myślałam że skoro jestem już tak bardzo szczęśliwa i razem stanowimy tak wielką siłę to nic mi nie grozi. O jakże bardzo się pomyliłam....
Nie wiem kiedy i z jakiego powodu zaczęłam popijać samotnie i po kryjomu. Teraz mam depresję alkoholową. Źle się czuję bo zachowuję się jak alkoholiczka. Bez sensu... dlaczego?? przeciez nic złego się nie wydarzyło w moim życiu???
depresja atakuje i nikt nie wie dlaczego i po co. Byłam pewna że skoro już raz przez to przeszłam to będę tak silna że już się nie dam... dałam się... i jestem słabsza.
Co ja mam mu powiedzieć? On nic nie wie albo udaje. Mówiłam mu że mam depresję itd, rozumie, wspiera ale on tego nigdy nie przechodził i nie ma pojęcia jaki to koszmar. Uświadamiać go?
Offline
Posty
6
Dołączył(a)
09 mar 2007, 23:33
Lokalizacja
pomorze nie całkiem nad morzem

przez Distress 10 mar 2007, 02:50
Scoorpio,ja też pierwszą depresję przeszłam bez wspomagania...byłam z tego powodu bardzo dumna...ale następne już przemęczyłam na prochach...no nie dało rady...Nie wiem czy dobrze rozuniem co masz na myśli mówiąc o uświadamianiu partnera...co prawda wiem ze dla zdrowych depresja to jakiś czarny lud którego natury nie chce się zgłębiać...ot...długotrwałe przygnębienie...jak to możliwe że to nie mija? Ja zawsze próbuje odwołać się do przeżywania żałoby...bo to każdy przeszedł...i tłumaczę, ze nasz stan to taka chroniczna żałoba, bez końca, bez ulgi...bo przecież nikomu zdrowemu nie zaszczepisz depresji żeby poczuł jak to jest..trzeba się odwołać do empatii...
A tak na marginesie...zazdroszczę mimo wszystko że wasi partnerzy przy was są, choć czasem ciężko i nie wiedzą jak wspierać, to próbują...mój nie odzywa się 2 tydzień...zostawił mnie z moją doliną...dziękuje Kochany, że zrozumiałam jak mogę na Ciebie liczyć.....
Offline
Posty
22
Dołączył(a)
29 gru 2006, 20:54

przez Pstryk 12 mar 2007, 15:14
Hej. Zastanawiam się czy Wy też macie czasem wrażenie - poczucie winy - że z powodu tego, co się z nami dzieje, wasz partner też powoli wariuje?
Jestem z kimś od 4 lat. Od roku nasz związek staje się koszmarem. Akurat w momencie kiedy wyleczyłam się z anoreksji i bulimii, zaczęłam stawać na nogi, wychodzić na prostą...
W ciągu tego roku wiele osiągnęłam ale żaden mój sukces nie cieszy Qube. Wręcz przeciwnie. Jakkolwiek postąpie (nawet zgodnie z jego widzimisie) jest źle. Zaczynam przez to tracić poczucie rzeczywistości i zastanawiać się czy przypadkiem to ja nie zwariowałam.
Ale przed rokiem było cudownie. Był największym szczęściem jakie w życiu mnie spotkało.
Ale byłam też od niego zależna w każdy sposób. Nie potrafiłam bez niego funkcjonować. Teraz gdy ucze się samodzielności nie podoba mu się to.
Pstryk
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 12 gości

Przeskocz do