Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Nerwica

Znaleziono 65 wyników

  1. Witam Od ponad roku moje życie z dnia na dzień rozpada się coraz bardziej na mniejsze i słabsze części.. Zaczęło się na początku od sprawdzania kilka razy czy zamknąłem drzwi od pracy, za każdym razem zamykalem i nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się zostawić otwartych (idąc do auta po pracy, wracam pod drzwi z dwa razy upewnić się czy zamknąłem). Po paru tygodniach to nie wystarczało, bo w głowie padało pytanie "A CO JEŚLI 3 RAZY SPRAWDZILEM TE DRZWI I ZOSTAWILEM JEDNAK OTWARTE???", więc zaczynałem nagrywać telefonem jak zamykam drzwi i wtedy miałem super pewność, że to zrobiłem sprawdzając nagranie wieczorem w domu. Niestety nie było tak kolorowo.. Po jakimś czasie zacząłem nagrywać zamykanie drzwi w domu, zamykanie bramy, czy zgasilem światła w aucie.. Na przełomie 2018/2019 dostałem obsesji na temat jazdy autem, jeżdżąc do pracy ciemnym rankiem, że mogłem kogoś zahaczyc idącego poboczem czy zarysowac auto na parkingu.. Dlatego kupiłem wideorejestrator samochodowy. Nagrywalem - sprawdzałem i tak w kółko, zostawialem nagrania na laptopie w razie jakieś w głowie zagwostki, że miesiąc temu może coś zrobiłem a może i nie... Za każdym razem sprawdzając nagranie nic się nigdy nie wydarzyło ale SAMO SPRAWDZANIE NAGRAN stawało się koszmarem.. Nie mogłem nic zrobić póki nie przeanalizuje nagrań.. Także przeniesolo się to na codzienne czynności jak chodzenie do sklepu (musiałem mieć pewność że nic nie wziąłem czy komuś nic nie zrobiłem - więc nagrywalem momentami co robię w danym momencie). Wyjście ze znajomymi też niedawno zdarzyło mi się uwiecznić w telefonie bo w głowie myśl, że jeśli coś by się stało to pewnie byłoby na mnie i lepiej byłoby mieć uwiecznione co robię.. Od niedawna także boje się że ktoś mógłby wslizgnac mi się pod auto i mógłbym kogoś najechac bo mam dość wysokie auto, więc robię zdjęcia lub nagrywam co sie pod nim znajduje ale wiadomo jak ZAWSZE NIC, mysli robia i tak swoje.. Mógłbym pisać o tym naprawdę dużo i dokładnie, ale mam pytanie.. Czy ktoś ma takie lub miał dolegliwości? Ktoś chorował na to? Wyleczyl się??
  2. Cześć. Piszę tutaj, bo łapię się ostatniej deski ratunku. Może zdarzy się cud, w który tak po cichu kiedyś wierzyłam. Chociaż już na to nie liczę, za długo się zmagam ze sobą. Mam problemy z życiem. Nie mam siły, wszystkie aktywności życiowe są dla mnie bezsensowne, nie potrafię wykrzesać z siebie radości z życia, żyję bo muszę. Tak ciężko o tym mówić.. Wie tylko mój mąż, przed wszystkimi ukrywam, wstydzę się, że nie jestem jak inni. Nawet dla męża staram się jakoś żyć, bo szkoda mi go:( Wstydzę się, że mój mąż trafił na taką wariatkę bez przyszłości i lepiej żebym popełniła samobójstwo, on wtedy będzie miał szansę poznać kogoś normalnego i uwolnić się ode mnie. Bardzo mnie kocha, a ja nie umiem opisać jak bardzo jest dla mnie ważny, najważniejszy. Mam 25 lat, jesteśmy dwa lata po ślubie. Mieszkamy razem, staram się wykonywać obowiązki domowe i pracuję. Jest mi tak cholernie ciężko, dużo płaczę, jestem zrezygnowana, boję się wszystkiego, nie umiem opisać moich odczuć.. Czasem się zmotywuję, żeby iść np. na siłownię, ale to nie pomaga. Biorę leki od roku, diagnoza to problemy adaptacyjne. Biorę je, ale wydaje mi się, że to nie kwestia farmakologii, a coś we mnie siedzi, w mojej głowie i nie pozbędę się tych myśli, bo taka już jestem. Nie mogę się zdobyć na jakiś cel w życiu, żyję za karę, nie chcę już, nie chcę, żeby mój mąż musiał się za mnie wstydzić, nie chcę żeby rodzina i znajomi wiedzieli, że jestem nienormalna.. Buduję mur wokół siebie, wychodzę na zimną, złośliwą i wredną kobietę. Boże, nie wiem co robić. Przez to zdarza mi się palić, napić alkoholu, bo wtedy nie myślę, jest mi lepiej. Ale wiem, że nie tędy droga, boję się, że skończę jeszcze w rynsztoku.. Zwariuję, chyba tylko pod pociągiem moje miejsce, nie wierzę już, że cokolwiek się zmieni... Nie mam siły i wiary. Pomocy proszę..
  3. Gość

    Hej wszystkim witam się :)

    Cześć. Jestem o kobietą, mam 34 lata, męża, dziecko i od dość dawna nie potrafię sobie poradzić z nerwami i samą sobą. Kurczę, to brzmi naprawdę słabo. Ech... zaczęło się od tego - w skrócie - że zamieszkałam po ślubie z mężem u jego rodziców. I oni mnie powoli wykańczają...od drobnych spraw po wtrącanie się w wychowanie dziecka etc. Łatwo powiedzieć "wyprowadźcie się" ale na ten moment nie ma szans. Najistotniejsze, że nie umiem się uspokoić, wyciszyć, nic mnie nie cieszy, jak dawniej, nawet rzeczy, które kiedyś sprawiały radość dziś, po prostu stały się nijakie. Nerwy i stres, non stop, bez przerwy, ciemność...... czuję jakbym spadała w dół, nie wiem, jak sobie z tym poradzić.
  4. Cześć, znalazłem was przez przypadek mam zdiagnozowaną nerwicę z zaburzeniami lękowymi od dwóch lat. Żyje w sumie tylko dzięki lekom które przyjmuje każdego dnia. Mam nadzieję że znajdę u was pomoc i może sam podzielę się z kimś swoimi przemyśleniami.
  5. Moje lęki Każdy z nas w życiu doświadcza lęków, niepokoju. Niektórzy radzą sobie z tym lepiej, niektórzy gorzej. Ja jestem z tych, których lęk dobija całkowicie lub w ogóle. Tekst będzie opierał się na moich przeżyciach z tym okropnym uczuciem, które towarzyszyły mi od najmłodszych lat. Zacznę od tego, ze byłem wychowywany przez matkę, która starała się robić wszystko aby w życiu było mi dobrze. Mimo tego, że rzeczywiście robiła wszystko i nadal robi, towarzyszy jej myśl że nie jest wystarczająco dobra. Drugą najbliższą mi osobą jest babcia, która zastępowała mi ojca, który nas opuścił. Mam także siostrę, która nie ingeruje zbytnio w sprawy związane z domem, ale i tak jest kochana (czasami). Gdy miałem 3 latka, poszedłem do przedszkola, juz wtedy czulem ogromny niepokój oderwania sie od domowego zacisza. Byłem na tyle przywiązany do matczynego spokoju i domowej swobody, ze wyczyniałem cuda gdy mama zostawiała mnie na te kilka godzin w przedszkolu. Z ciężkim sercem wracała do auta, gdy słyszała mnie, wołającego do niej: „Nie zostawiaj mnie, nigdy Cię nie zapomnę. Będę tu czekał". Było tak za każdym razem. Przesiadywałem sam na ławce pod oknem i wypatrywałem ukochanej mamy. W wieku 6 lat poszedłem do klasy zerowej podstawówki, w której chyba czułem sie najlepiej. Miałem swoją przyjaciółkę Natasze, z którą nie mogłem przestać sie bawić. W tamtym czasie także odczuwałem lęk, ale nie był on na tyle silny aby przeszkadzał mi w normalnym funkcjonowaniu. Na klasie zerowej zakończył sie mój pozornie wewnętrzny spokój. Każdy kolejny rok spędzałem pod ścianą, nerwowo gryząc moje długie, czarne włosy. Po szóstej klasie, rozwiązały sie wszystkie moje kontakty z kolegami, było ich nie wielu. To wszystko spotęgowało mój lęk przed nową szkołą i trudnościami w nawiązywaniu kontaktów z grupą. Jednym słowem, czułem sie jak niewlasciwy odłamek puzzelka, w każdej możliwej sytuacji. Przed rozpoczęciem nauki w gimnazjum, wyprowadziliśmy się na wieś. Pierwszy rok minął dosyć ciężko, lecz większość mnie zaakceptowała i nie czułem się taki samotny. Nauczyciele nie byli niestety zbyt wyrozumiali, lecz nie mogę tego powiedzieć o wszystkich. Szkolny pedagog wraz z dyrektorką, zadufaną w sobie i swojej świetności oraz władzy, czepiali sie wszystkiego. Sam nie byłem święty. Wiele razy prowokowalem sytuacje po to, aby podyskutować i marnie udowodnić im moją racje. Byłem w tym wszystkim jednak szczery. Nikomu nie robiłem dobrze po to aby mi samemu było lepiej. Wszystko co mi się nie podobało wyrażałem słowami lub czynem. Ludzie tego nie tolerują. Trzeba być jednolitym ze stadem. Nie można odłączać się od reszty i dokonywać zmian. Podważanie czegoś jest niewłaściwe. Po co to robić, przecież jesteś, żyjesz, to ci wystarczy, tak myśli większość. Wszystkie te rzeczy podbudowywały mnie i w dziwny sposób zabijały lęk, tak naprawde przed niczym. Wiedziałem wtedy ze funkcjonuje, że coś robię, dokądś dąże. Przed rozpoczęciem drugiej klasy gimnazjum znalazłem przyjaciela. Kamil był w wielu rzeczach podobny do mnie. Był introwertykiem, który czasami jednak ulegał grupowej presji, lecz nie tak jak wszyscy. Był jedyną osobą dla mnie. Z całej szkoły tylko on mi odpowiadał. Zaczęliśmy się kumplować. W wieku 13/14 lat wypiliśmy razem nasze pierwsze piwo „Baca". Było cudownie i prześmiesznie. Wakacje mijały na ogół spokojnie, nie byłem zdenerwowany całym systemem i stadem glupich ludzi, ktorzy mnie otaczali. Mogłem na chwilę odetchnąć. W wakacje przed rozpoczeciem kolejnego roku szkolnego, znalazłem dziewczynę. Nie byłem jak wszyscy. Traktowałem to wszystko na poważnie, liczyłem na prawdziwy, młodzieńczy związek (nie przeliczyłem sie). W drugiej klasie gimnazjum zaczalem często pić z Kamilem. Po pewnym czasie stało sie to po prostu nudne i monotonne, nie dawalo nam nic poza bólem brzucha. Zacząłem palić marihuanę, której zwolennikiem byłem od zawsze. W przeciwieństwie do alkoholu dawała mi ona spokój i opanowanie, mogłem na wszystko spojrzeć z innej strony. Zrezygnowałem totalnie z alkoholu. Paliłem dość rzadko. Razem z moim przyjacielem, zastąpiliśmy alkohol marihuaną. Nie robiliśmy tego tak często jak z butelką. Nie ciągnęło nas. Mój lęk do całego swiata odwrócił się, zacząłem żyć i funkcjonować jak każdy inny człowiek. Czułem się świetnie. Na kolejnych wakacjach spotkała mnie przykra sprawa z moją dziewczyną, która zaindukowała u mnie lekką depresję i wyciągnęła lęki na wierzch. Przestałem sobie radzić ze światem. Udałem sie wtedy pierwszy raz do psychiatry, który rzeczywiście mi pomógł, dostałem leki. Po 2 miesiącach stanąłem na nogi. Raczej zadziałała tu autosugestia, ponieważ leki po mniej wiecej tym czasie stają się „aktywne". Przez kolejne kilka miesięcy bylo przeciętnie, popałałem marihuanę i piłem okazjonalnie piwo. Moje lęki nie były bardzo mocne, miałem czasami trudności, ale każdy z nas je ma. W domu niestety bylo gorzej. Mama nie dogadywała się ze swoim narzeczonym, który nie traktował jej dobrze. Przez to wszystko zacząłem sie izolować, zamykałem sie w pokoju, byłem drażliwy. Podświadomie moje lęki i złość na mamy wybrańca rosły. Przechodziłem trzecią klasę gimnazjum. Pod koniec zacząłem więcej palić, alkohol wtedy odstawiłem całkowicie. Eksperymentowałem wtedy także z różnymi psychodelikami. Było to raczej z mojej wrodzonej ciekawości poznawczej. Byłem ciekawy wszystkiego. Mama się dowiedziała i zaczęła sie afera. Pozostałem tylko przy marihuanie i niczego więcej poza okazjonalną kodeiną nie używałem. W domu nie było dobrze. W tej chwili już mąż mojej matki zaczął byc agresywny i ciągle sfrustrowany. Zamykałem się juz coraz częściej w pokoju. Zostałem sam z lękiem i obawami o mame. Pewnego razu, nie mogąc patrzec jak ją traktował, postawiłem mu się i wyciągnąłem wszystko na wierzch. Wyprowadził się. Zaczęły się groźby w moja stronę. Po pewnym czasie sytuacja zamilkła i wszystko złagodniało. Dom stał sie na nowo oazą spokoju. Do czasu. Nie paliłem juz w tamtym okresie marihuany. Bałem sie, ze nasili moje lęki i pogłębi sytuację, w której wszyscy sie znajdowaliśmy. Wszystko na pozór było dobrze. Niewiele czasu po całej sytuacji dostałem bardzo silnych lęków z atakami paniki i depresją. Myślałem, ze przejdzie. Wytrzymałem kilka dni w tym stanie, po czym doszła tak silna derealizacja że nie odróżniałem czasami co jest prawdą a co fikcją. Mama próbowała zarejestrować mnie do psychiatry, niestety nieskutecznie. Kolejki były strasznie długie, a ja potrzebowałem pomocy na już. Udałem się do rodzinnego, od którego dostalem xanax i ssri, które przytłumiły moje emocje, niestety bardzo lekko. W tej chwili raz jest lepiej, a raz gorzej. Za dwa dni mam wizyte u psychiatry i decyduję się na psychoterapie. Niektóre dni to naprawdę męka. Nie życzę tego żadnemu wrogowi. Zwracajcie uwagę na to w jakim srodowisku sie obracacie i co jest dla was dobre. Niektóre rzeczy podświadomie wpływają na naszą psychikę i problemy wychodzą dopiero z czasem. Dlatego powinniśmy szanować swoje poczucie spokoju jak i innych, aby nie byc w sytuacji w której w tej chwili znajduję się ja.
  6. Kochani, Dołączyłam tutaj, bo mam za sobą ciężką walkę, którą wygrałam. Wygrałam, bo wierzyłam we własne siły i się nie poddałam. Każdy z nas może z tego wyjść, ale trzeba zmienić styl życia i myślenia, nie stanie się to w ciągu jednego dnia czy tygodnia, ale po kilku tygodniach, a na pewno miesącach będziecie wolni. To nie jest puste gadanie, ważyłam 31 kilogramów, bałam się wszystkiego... Oto moja historia: xxxxx Nieładnie tak reklamować swój kanał...
  7. Gondolier

    Witam

    Witam Cierpię od ponad 12 lat na fobię społeczną. Mam nadzieję wtrącić na forum jakieś cenne uwagi od czasu do czasu.
  8. Witam jestem nowy na forum.Generalnie mam problem ze swoją nerwica od blisko pół roku. Mianowicie dotyczą one homoseksualizmu.Wmawiam sobie ze jestem gejem itp mimo iz w zyciu mialem wiele dziewczyn nigdy chłopaka i tylko z dziewczynami miałem zbliżenia. Wiem ze to logiczne dowody ze jestem hetero jednak mimo wszystko dalej mnie to męczy. Przyklady.Ide sobie ulica i widze jakiegoś mężczyznę nie wazny wiek wyglad nic i od razu chore mysli ze przyszly chlopak i w ogóle takie obrzydliwe.Nie wiem jak radzić sobie z tym natrectwem.Potrzebuje pomocy jakieś rady czy coś. Dodam że zawsze byłem obojętny do gejów wręcz mnie to brzydzilo to teraz sam sie tego obawiam.Czasami mysle ze moze serio nim jestem i teraz sie to objawiło.Nigdy nawet sie nie masturbowalem na widok mężczyzny wiec to tym bardziej dziwne ze mam takie mysli bo nigdy nie miałem żadnch zapedow homoseksualnych.Prosze o pomoc jak sobie z tym radzic i ile miej więcej mnie to będzie męczyć.
  9. Czas się przyznać oficjalnie. Mam problem i to poważny. Jest to kodeina a właściwie thiocodin. Nieobce były mi inne używki; jedna wypierała kolejną. Od kilku lat, regularnie umieram na raty. Próbowałam leczyć chyba swoje problemy używkami. Teraz wypadło na kodeinę. To poczucie ciepła, ukojenia, wypełnienia pustki sprawiło, że po raz pierwszy nie potrafię skończyć, zastąpić. Przeraża mnie to, co się dzieje. Co zrobiłam i co robię. Pominę już fakt, że stałam się wrakiem człowieka a życie przypomina "dzień świstaka" (monotonia). Ja już nie mam siły, nie potrafię żyć. Boję się ludzi, nienawidzę swojego ciała (dlatego kodeina pozwala mi na chwilę zapomnieć o nim). Nie przyjmuje leków od kilku lat, może dlatego wszystko tak się posypało. Chciałam tylko schudnąć, nie być słaba, być towarzyska, żyć. Poszło zupełnie w drugą stronę. Nie wiem jak rzucić kodeine, tak by funkcjonować! Nie chce by ktokolwiek wiedział, nie mogę też rzucić pracy, bo to jeszcze jedyna rzecz, która mobilizuje by wstać z łóżka. Nie wiem co robić. Czy przy najbliższej wizycie u psychiatry przyznać się? Boję się. Zastanawiam się czy może przepisanie odpowiednich leków sprawi, że będzie mi łatwiej skończyć z używkami? Fajki, kodeina, jedzenie pod wpływem emocji a potem zwracanie albo unikanie żarcia. Mam problem z koncentracją, ciągle choruję, nie potrafię... nic! Obecnie nawet mając pracę nie potrafię sobie sprawić przyjemności (w postaci kupna ciuchów, koncertów). Nadal nie wiem czasami kim ani czym jestem. Każdy dotyk sjeaeuq, więcej bólu niż przyjemności. Najchętniej bym zasnęła. Nie chodzi o śmierć ale możliwość.. Obudzenia się lepszego dnia, w lepszym ciele. Czy możliwe jest zastąpienie kodeiny? Czy przy wprowadzeniu odpowiednich leków łatwiej będzie odstawić kodeine? Podkreślam, że chcę pracować, funkcjonować.
  10. Witam wszystkich użytkowników! Czytałam kilka wątków na tej stronie na temat nerwicy pęcherza moczowego oraz ciągłego uczucia parcia na pęcherz. Sama cierpię przez tą dolegliwość już jakieś 3 lata. Zawsze byłam osobą lubiącą wychodzić na spacery, na imprezy, na spotkania, zakupy...Teraz? cieszę się jak wariatka, kiedy nie muszę nigdzie wyjść z domu. Już nawet nie liczę ile nabiegałam się przez to do lekarzy... Wyniki badań krwi, moczu, pęcherza - wszystko w normie. Wizyty u psychologa? Są. Wizyty u psychiatry? Też. Tabletki? owszem... a problem nie znika. Aktualnie biorę lek Pramolan, dzięki któremu czasem jest lepiej czasem gorzej... Lepiej kiedy wezmę większą dawkę, co z kolei powoduje ociężałość, senność i problemy z układem pokarmowym (zaparcia, niedrożność jelit, okropne wzdęcia, przybieranie masy ciała). Wszyscy z Was, którzy również borykają się z tym problemem wiedzą jakie to uciążliwe, więc nie będę rozpisywać się na temat tego jak bardzo mój pęcherz rujnuje mi życie. Chciałabym tylko zapytać Was czy coś finalnie komuś pomogło? Jakiś konkretny lek? Jakaś konkretna terapia? Czy ktoś w końcu całkiem pozbył się tego problemu? Chwilami tak bardzo mam tego dość, że odechciewa mi się żyć, dlatego tak bardzo chciałabym wiedzieć, czy jest chociaż cień szansy na to, żeby się z tego jakoś całkiem wyleczyć?
  11. Witam. Moja historia jest bardzo długa i czuje potrzebe podzielenia się z nią tutaj, ponieważ chyba muszę już szukać pomocy na wszystkich frontach. Obecnie leczę się u psychiatry na depresję i efekty są narazie ciężkie do oceny. Dawno temu miałem kilka traumatycznych przeżyć które sprawiły, że miewałem lęki i ataki paniki(palenie trawki wzmocniło ich genezę). Piłem wtedy sporo alkoholu, co jeszcze bardziej zniszczyło mi zdrowie, relacje i system nerwowy. Dziś już nie miewam ataków paniki, aczkolwiek występuje ciągle lęk taki wolnopłynący. Sport pomaga, ciekawe zajęcia pomagają, aczkolwiek niestety nie mogę się ustabillizować i wpadam w okresy super aktywności i okresy gorszego samopoczucia. Borykam się od bardzo dawna z niską, praktycznie nieistniejąca samoooceną, która często przeobraża się w poczucie wyjątkowości i "mi się należy być mądrym i wyjątkowym". Zupełnie nie mogę sobie poradzić z tym uczuciem. Przeszkadza mi prowadzić stabilne życie i relacje międzyludzkie. Bardzo się denerwuje, kiedy mam do czynienia z osobami wyżej w hierarchii i które wiedzą więcej ode mnie w temacie od którego zależy moja samoocena(jak praca np). Czuje się ciągle głupi, przewrażliwiony, podatny na wywieranie wpływu przez osoby o silniejszej psychice. Nie wiem czego chce od życia, nie wiem co mam robić. Mam słomiany zapał praktycznie we wszystkim. Żongluje różnymi zainteresowaniami na przestrzeni lat, co chwile do nich wracając nigdy nie zagłębiajac sie w nic na dłuższy czas. Przez co zawsze jestem średni, mierny. Ciągle czuje się niekompletny i za głupi. Nie wiem co z tym zrobić. Medytuje, miewałem okresy nawet kilkumiesięcznej praktyki non stop, jednak zawsze wypadało coś co przerywało ten etap. Mam kobietę, aczkolwiek nie jestem w stanie czerpać z tego faktu jakichś wzniosłych uczuć i czerpać sensu życia. Brakuje mi celu, czegoś trwałego w tym zmiennym świecie. Mam niskie żelazo, kwas foliowy, ferrytyne, wit d. Z ostatniej pracy się zwolniłem, byłem wypalony, poirytowany. Poszedłem do nowej, jednak po kilku miesiącach w nowej pracy wyszło że mam ogromne problemy z pamiecia, koncentracja i motywacja. Parę dni temu oświadczyłem, że i z tej pracy się zwalniam. Mam spory kredyt do spłacenia, aczkolwiek nawet on nie spowodował paraliżu przed tą decyzją. Często zyje z dnia na dzien, nie planuje. Zyje tu i teraz, uciekajac w fantazje i rozmieniajac sie na drobne. Chciałbym z tym skończyć, tylko nie wiem jak.
  12. Cześć. Ostatnio bardzo u mnie źle. Dostałem od lekarza dodatkowy lek doraźny w postaci Aproxu(Alprazolamum). Biorę 2x dziennie Bibloc(betabloker). Czy mogę brać Alprox? Informowałem wcześniej przy doborze głównego leku(Mozarin), że biorę betabloker i psychiatra mi normalnie zapisał. Przy Alproxie nie wiem czy pamiętał i mi go zapisał czy nie pamiętał i wchodzi w interakcje z Betablokerem
  13. Witam, obecnie jestem na setralinie 50 od długiego już czasu każdy poranek to mdlosci, ból brzucha. Ustępuje koło poludnia,dodam że miałem to samo przed setralinom,po rozpoczęciu kuracji lekko się poprawiło. Nie mogę grać w piłkę co zawsze kochałem bo jak tylko się zmęczę, upadnie (bo jestem bramkarzem) odrazu robi mi się niedobrze.... Jem migdały,jadłem leki na wrzody,zrobiłem badania na bakterie pyroli i nadal jest ten dyskomfort. Czy to wina nerwicy? Czy ktoś ma podobnie ? ... Pozdrawiam
  14. Dzień dobry, Mam pytanie, bo potrzebuję trochę obiektywnej oceny osób, które też korzystały z terapii. Od kilkunastu miesięcy zmagam się z lękiem uogólnionym. Nieustannym napięciem, zmęczeniem, niewyspaniem, brakiem możliwości "wyluzowania się", trudnościami w zasypianiu. Od ponad roku jestem na lekach. Od 5 miesięcy chodzę też na terapię. Z polecenia mojego lekarza jest to terapia poznawczo-behawioralna, która z założenia nie miała trwać długo. Problem w tym, że mam wrażenie, że na tej terapii nic się nie dzieje, że ona mi nic nie robi. Moja terapeutka bardzo dużo mi mówi, mam wrażenie że jakby mówi mi dużo o teorii, jak pewne mechanizmy działają, jak się warunkujemy, jak powtarzamy pewne mechanizmy. Natomiast brakuje mi przełożenia tego wszystkiego na mój konkretny przypadek. Za każdym razem zadaję sobie pytanie "No ok, to ma sens, ale teraz co ze mną". Mam wrażenie, że większość naszych spotkań jest jak pierwsze trzy spotkania, na których ona ciągle mówi mi "no, będziemy pracować nad tym, u nas robi się to tak, będziemy robić takie ćwiczenia" itp. Itd. Dwukrotnie w czasie trwania terapii powiedziała mi, że w sumie ona nie jest do końca pewna, co mi jest, i na razie tak próbuje różnych metod. Kilkukrotnie powitała mnie słowami "ooo dobrze że pan jest, po ostatnim spotkaniu to myślałam, że pan już nie przyjdzie". Oczywiście to wszystko co tu piszę, to wnoszę też na tę terapię, wszystkie moje wątpliwości, itp. Ale wtedy powiedziała mi np. raz, że czuje się niekomfortowo z tym co mówię, i że czuje się teraz jak na castingu, na którym to ona ma mnie przekonać, że to co ona mi oferuje rzeczywiście działa. A ja dalej nie potrafię zasypiać, dalej gaszę światło i cały mój mózg budzi się na nowo. Dalej nic mi ta terapia nie daje. Nie mam takiego poczucia, że jestem właściwie zaopiekowany, nie czuję, żeby moja terapeutka miała takie poczucie, że ona jest pewna tego co robi, że wie co robi, że mi pomoże. Ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że ona bardzo chce, że jej zależy, że chciałaby mi pomóc, ale mam takie wrażenie - że nie wie w ogóle jak. Nie wiem trochę co robić. Wewnętrznie czuję, że ta terapia mi nie pomaga, ale równocześnie wiem, że to nie jest sztuka terapię rzucić i przerwać, więc chce mieć 100% pewności, że to rzeczywiście to. Że może powinienem spróbować u kogoś innego, a może terapia poznawczo-behawioralna nie jest dla mnie.
  15. Witam, jestem nowym użytkownikiem. Problem z którym borykam się już od kilku lat wielu z was może wydać się dośc dziwny. Nie chodzi o żadne głosy w głowie czy coś w tym stylu. Chodzi o to, że od kilku lat próbóje jakby to powiedzieć... spełnić się twórczo. Kilka lat temu zacząłem pisać książke. Na początku szło mi dosyć dobrze, ale raz po raz uznawałem, ze to jeszcze nie to i tqworzyłem coraz to nowe wersje. Dodam, że nigdy nie udało mi się jej skończyc. Mocno zaniedbałem przez to nauke, ale mature na szczęście zdałem. Teraaz, znaczy od ponad roku próbóje rysować komiks, zacząłem od tworzenia zarysu fabularnego, rysowałem szkice koncepcyjne itd ale było to samo co poprzednio. Krótko mówiąć nie daje mi to spokoju i chciałbym zapytać czy ktoś miał podobny problem i czy udało się coś z tym zrobić.
  16. Witam wszystkich!:) Na co dzień jestem bardzo otwartą i komunikatywną osobą, lubię sobie pożartować , zagadywać do obcych ludzi na ulicy. Jednak od paru lat mam jeden poważny problem, którym jest uczucie ciągłego lęku. Nie wiąże się on z żadnymi kontkretnymi sytuacjami, czy myślami, po prostu towarzyszy mi na codzień. Zacząłem się tym interesować od strony medycznej no i wychodzi na to , ze cierpię na nerwice lekową. Na codzień studiuje , pracuje(nie jest ani trochę stresująca) , trochę poimprezuje No i jestem dość aktywny fizycznie. Jedyny wpływ na to może mieć fakt , ze niepotrzebnie analizuje każdą pierdołe zamiast się po prostu nie przejmować. Jeśli chodzi o używki to bardzo sporadycznie. Byłem u psychiatry , który chwile posłuchał , przepisał jakieś leki i papa. Nie mam zamiaru brać lekow psychotropowych. Sporo dało mi przestudiowanie książki o tematyce nerwicy. Czy według Was jest możliwe pokonać to poprzez terapie polegającą wyłącznie na rozmowie ze specjalistą? Pozdrawiam:)
  17. Hej wszystkim. Czytam wasze komentarze i jakbym o sobie czytała... Właśnie nie mogę spać bo miałam atak paniki, o tak o sobie co by nudno nie było.... Nie przepadam za pisaniem na forum, czy jest ktoś kto chciałby popisać, pogadać na priv?
  18. 1,5 roku temu przyszła pierwszy raz nerwica. Żołądek się ścisnął ze stresu na pół roku. Zaczęłam przyjmować leki i myśli i lęki minęły, ale niestety żołądek był ściśnięty. Pomogła homeopatia i wydawało mi się ze wszystko wróciło do normy. Po roku nerwica zaatakowała bez jakichkolwiek większych stresów, po prostu małe stresujące sytuacje sprawiały ze zmieniała się chemia mozgu. Czy ktoś z was to kiedyś czuł? z każda sytuacja było coraz gorzej, czułam się jakbym miała „kaca” po 4 dniach myślałam ze zwariuje wiec poszłam do lekarza i znowu leczenie. Przez rok nie miałam objawów ale nerwica mnie zmieniła. Czesciej zamykam się w domu itp. a wy jak tam?
  19. Witam, mam 16 lat i problemy z rozpoznaniem swojej orientacji. Strasznie źle czuję się z tym, że mogłabym stworzyć kiedyś związek z kobietą. Nie wyobrażam sobie takiego związku, może go nie chcę po prostu, bądż jest to dla mnie inne.... A najgorsze jest to że mogłabym, ale gdy o tym pomyśle, to nie wyobrażam sobie związku na dłuższą metę. Kocham tego przyjaciela, przynajmniej mi się tak wydaję. Boli mnie to, bo naprawdę nie chce, nie chcę go krzywdzić, on wiele przeszedł, a moje problemy mogą go tylko dobić. Naprawdę myślę, że wolałabym abym myślała o czymkolwiek innym niż własnej orientacji. Bardzo boję się, że pewnego dnia obudzę się i powiem, że jestem innej orientacji, gdzie wcale jej nie chce. Cały czas o tym myślę, chciałabym być 100% hetero, nie zastanawiać się tylko żyć jak inni. Boję się, że to może być od ,, drobnych'' problemów rodzinnych, cały czas kiedyś musiałam włączać sobie specjalnie muzykę dla OCD żeby w ogóle móc normalnie zasnąć. Dużo czytałam na forach o HOCD, jest to jedna z najgorszych nerwic, ale teraz nie wiem czy to tylko typowe zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Chciałabym mieć spokój ducha i wiedzieć, że stworzę kiedyś normalną rodzinę z mężczyzną u boku, ale z tymi myślami już sobie nie radzę. Napadło mnie to wczoraj i nie śpię już cały dzień. Kompletnie nic nie jem, nie mam na nic ochoty. Porównuję poziom podniecenia u obu płci, ostatnio też nawet sprawdzam czy mam na myśl kogoś motylki. Strasznie martwi mnie gdy odczuwam je przy kobiecie a z drugiej strony bardzo nie dawno przed atakiem myśli ze mogę być homo, kochałam chłopaka ,nie wiem czy nadal ale martwi mnie to, bo czy można przestać kochać tak z dnia na dzień i przestać odczuwać motyki co do tej osoby i jakiekolwiek uczucia ?strasznie się nakręcam, a wydaje mi się że to dla mnie dużo gorzej. Czy może mnie podniecać każda kobieta którą zobaczę na jakichkolwiek socialmediach? Przeraża mnie ten fakt. Miałam taki atak już wcześniej przed świętami bo śnił mi się stosunek z kobietą przez to przez całe święta schudłam z cztery kilo a z natury jestem bardzo chudziutka i mam niedowagę . Po jakimś czasie był spokój . Wtedy wydarzyła się niepokojąca sytuacja związana z moja koleżanką , z pokoju w internacie(mówiła straszne rzeczy przez sen,co było dla mnie traumatyczne i kilka dni nie mogłam się pozbierać, mówiła po angielsku coś w stylu ,,że jest demonem i nie może wyjawic swojego imienia bo to ja zniszczy,, moja psychika podupadła i nie mogłam dojść do siebie przez kilka dni, ale nie o tym to wyznanie niestety...).I w tym czasie zbliżyłam się do przyjaciela który już wcześniej mi się podobał, bardzo dużo przeszedł, nadal jest we mnie zakochany. A ja co? Nie chcę krzywdzić osoby do której coś czułam/czuję, opowiedziałam mu o tym co ostatnio przeżywam, ale on sam strasznie dużo przeszedł i mówi że zakochał się pierwszy raz (we mnie). Nie chciałabym się obudzić i stwierdzić, to nie to, jestem homo. Najgorsze w tym wszystkim jest to że przez to nie jem i nie śpię cały czas mam w głowie ''Dlaczego ja? Dlaczego musisz myśleć akurat o orientacji? Chciałabym być 100% heteryczką!" Boję się że będę homo , ale mam z drugiej strony nadzieję że to ta nerwica. Nie radzę już sobie z tymi myślami zabierają mi całe dnie, ale jeśli te objawy sprzed świąt ustąpiły i mogłam zakochać się w chłopaku? Mam straszne wyrzuty sumienia, od tego pojawiają mi się, sporadycznie myśli samobójcze . I nie wiem czy po prostu nie akceptuję tego że mogę być odmiennej orientacji, czy niej jestem i mam nerwice a do tego wmawiam sobie, że muszę być hetero,lub to po prostu nerwica. Dodam że z pójściem do psychologa u mnie ciężko rodzice zlekceważą moje objawy, bo naprawdę wiem, że łatwo powiedzieć udaj się do psychologa, on Ci pomoże, jestem z małej miejscowości, i nie ma tu za bardzo tolerancyjnych osób jak mi się wydaję.
  20. Cześć. To mój pierwszy wpis tutaj. Proszę o wyrozumiałość, jeśli czytacie coś podobnego po raz setny, ale chciałam opisać dokładnie swój przypadek. Mam 25 lat, a ataki nerwicy zaczęły się u mnie jakoś ok 18stki. Były częste, prawie co noc. Nasilaly się w sytuacjach stresowych czy po alkoholu. W wielu 20 lat zamieszkałam u swojego chłopaka i na początku ataki były takie jak zawsze, ale chyba ze względu na jego obecność stopniowo ich ilość oraz intensywność zmniejszyły się. Na około półtora roku w ogóle zapomniałam co to atak nerwicy. Zasypialam jak dziecko, spałam do rana, no po prostu zwykły człowiek bez swoich urojen. Niestety miesiąc temu sytuacja życiowa zmusiła mnie do wyprowadzki z jego domu i wprowadzenia się z powrotem do swojego rodzinnego. No i się zaczęło... pierwszy tydzień był ok. Spałam normalnie ale już z tyłu głowy moje nerwicowe lęki się uaktywnialy. Teraz nie śpię już druga noc z rzędu przytłoczona swoimi lękami, bólem i ciężkością w klatce piersiowej, dretwieniem lewej ręki i oczywiście ogromnym strachem przed śmiercią. Jestem bardzo zmęczona marzę o śnie ale jak tylko Oko się przymknie to zaraz wybudza mnie nagły skurcz serca A za chwilę jego kołatanie i strach że to na pewno już tym razem zawał... czy uważacie że moja nerwica wróciła przez to że znowu mieszkam w swoim domu i podświadomie przypomina mi się że to tutaj miały miejsce wszystkie moje najgorsze ataki? Czy może dlatego że śpię znowu sama po tylu latach spania obok kogoś kto sama obecnością hamowal moje ataki, a gdy przyszły pomagał się z nimi uporać? Jestem prawie pewna że gdyby był obok mnie spalabym teraz normalnie... Nie wiem co będzie dalej. Jak mam zasnąć wiedząc że za chwilę obudzi mnie strach i ból... boję się że tak będzie już co noc i w końcu padne z wycieńczenia. Wstydzę się dzwonić do chłopaka i zameczać go przez telefon swoimi nerwicowymi problemami. Pozdrawiam wszystkich nerwicowcow którzy nie mogą spać i myśleć o niczym innym niż ten irracjonalny strach...
  21. Pisałam już podobny post gdzie indziej i z góry przepraszam jeżeli nie jest to miejsce na tego typu pytania, ale czy znajdę w Suwałkach kogoś z nerwicą natręctw? Pisać na priv.
  22. Czy jest ktoś z nerwicą natręctw w Suwałkach. Pisać na priv.
  23. Hej. Mam za sobą pierwsze kroki w walce z nerwicą natręctw i wiem już jak trudna jest to walka. Jestem pod specjalistyczną opieką psychiatry i psychologa. Przyjmuję leki. Problem polega na tym, że potrzebuję do wygadania się osoby, która zna ten problem od podszewki. Jeżeli ktoś z tym schorzeniem chciałby porozmawiać to piszcie na priv. Będę wdzięczna, bo jest mi naprawdę trudno. Pozdrawiam wszystkich!
  24. Witam, interesuje mnie - jak w temacie - problem zapchanego nosa, a dokładniej rzecz biorąc uczucia zapchanego nosa, czyli stanu gdzie błona w nosie jest przewlekle obrzęknięta i uniemożliwia swobodne oddychanie. Nie mam na myśli problemów alergicznych, ale stan który utrzymuje się całymi latami, bez względu na porę roku. Najbardziej utrudnia to spanie, bo oddychanie ustami wysusza gardło i powoduje wybudzanie i konieczność łyknięcia wody. Kataru nie ma, lub jest go nie na tyle dużo by to on sprawiał powazny dyskomfort, ale własnie ten obrzęk i niemożnośc normalnego oddychania. Czy ktokolwiek spotkał się z takim problemem w połączeniu z objawami braku energii i stanów lękowych/niepokoju? Czy może być to choroba psychosomatyczna? I najważniejsze, czy ktokolwiek mam pomysł jak z tym walczyć, albo co zrobić by uzyskać chociaż częściową poprawę? (Wieloletnie wizyty u wielu specjalistów w niczym nie pomogły, operacje zatok, prostowania przegrody i różne koagulacje prądem czy wypalanie mrożonym powietrzem gówno dały). A może ktoś znalazł sposób żeby to zwalczyć? Wszystkich którzy zmagaja się z czymś podobnym gorąco zachęcam do DYSKUSJI, być może wspólnie uda się przynajmniej częściowo poprawić ten dziadoski stan.
  25. Witam, mam na imię Karol, jestem młodym studentem pierwszego roku studiów technicznych. Od dzieciństwa jestem osobą dosyć wrażliwą na różne bodźce psychiczne, osobą, która dużo myśli o swoich decyzjach, przyszłości, konsekwencjach wyborów i najbliższym otoczeniu. Najprościej mówiąc - moje podejście do życia wahało się między racjonalizmem a przesadnym pesymizmem a niekiedy przesadnym optymizmem nawet. Ludzie otaczający mnie mogą odnosić mylne wrażenie, że jestem twardym introwertykiem, który dobrze sobie radzi z emocjami. W wieku 13 lat przechodziłem nerwicę lękową, która była najprawdopodobniej skutkiem ubocznym dojrzewania, zaczynałem wtedy inaczej patrzeć na świat i moja psychika nie potrafiła tego udźwignąć. Do dziś nie umiem określić i nikt nie wskazał sensowniejszego powodu tej choroby. Minęło 6 lat od tamtego czasu i wkraczając powoli w dorosłe życie czuję, że nie jestem na to gotowy. Przez gimnazjum i szkołę średnią prowadziłem styl życia introwertyka, tzn spędzałem czas wolny w domu przed komputerem, książkami, telewizją oraz na zabawie z psem. Czasami spotykałem się z kolegami z mojej wsi i graliśmy w nogę. Spotkania towarzyskie, większe imprezy stresowały mnie (do dziś stresują), więc gdy miałem wybór bez konsekwencji omijałem je w większości. Nadszedł czas studiów - czas, który inaczej sobie wyobrażałem. Myślałem, że studia to przyjemny czas, że to taka dłuższa i trudniejsza szkoła średnia z domieszką "dorosłego" życia. Moja psychika zakłuła mnie po raz kolejny. Z dala od domu, w mieście, w akademiku, zdany na siebie i swoją delikatną psychikę. Z technicznego punktu widzenia radziłem sobie dobrze, nie miałem problemów z załatwianiem różnych spraw na własną rękę. Wydawało się pod koniec pierwszego tygodnia studiów, że nie jest tak źle, ale najgorsze było przede mną.. Po przyjeździe na weekend do domu bardzo szybko nadszedł czas na powrót do studenckiej rzeczywistości. I właśnie tu moje nerwy dały o sobie znać... Uświadomiłem sobie, że za parę lat się usamodzielnie i będę musiał opuścić dom. To co wcześniej było dla mnie czymś normalnym, nagle stało się strasznie cenne. Nagle zaczęło brakować mi rodzinnego ciepła, każdy tydzień był przeprawą "byle do piątku" i kończył się jak najwczesnym pojawieniem się w rodzimej miejscowości, a następnie rozpaczą w dniu powrotu do akademika (moja uczelnia była w innym mieście). Zdarzały się tygodnie, w których powrót nie był tak bolesny, ale i takie, które mnie rozklejały. Z biegiem czasu stany nerwicowe się unormowały, zdałem semestr i rozpocząłem nowy. I w tym nowym semestrze pojawiły się nasilone nawroty moich problemów. Doprowadzają mnie one do bezsilnego płaczu i destabilizacji moich planów m.in. na naukę. Boję się, że przez całe studia nie wygram z tym i po skończeniu ich wrócę do rodzinnego domu skreślając karierę na rzecz uspokojenia psychiki. Nie wiem co robić.. Czy to normalne? Czy jest szansa, że samo przejdzie kompletnie z czasem? Proszę o pomoc i rady... albo chociaż pocieszenie.. (Jeśli moja historia jest niejasna mogę ją spróbować jeszcze raz opowiedzieć lub rozwinąć)
×