Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Strach

Znaleziono 29 wyników

  1. Witam, to mój pierwszy wpis. Mam świeżo 17 lat - Otóż problem zaczął się miesiąc temu. Na wfie spojrzałam na przyjaciółkę i zaczęła się "jazda" - A co gdybym ją pocałowała? Nie wiem, od razu ogarnęło mnie uczucie gorąca, jakby wybuchł we mnie lęk. Zaczęłam się tym martwić później cały WF. Ale nic z tego, lęk zadomowił się u mnie i nadal sobie mieszka. Jest lepiej, ale nie najlepiej, a bardzo bym chciała by to zniknęło. Kiedyś jak byłam mała 10 lat ok. to też to miałam, ale zniknęlo i żyłam sobie normalnie jako hetero. Później wiek 13/14 lat, znowu to samo bo spodobał mi się wygląd jakiejś dziewczyny, na szczęście mama po chyba 10 razie rozmawiania ze mną mi uświadomiła, że skoro od zawsze podobali mi się chłopacy, to orientacja na siłę i sama z siebie nie może mi się zmienić. Wtedy powiedziałam sobie "Racja, że też na to nie wpadłam" i tak oto lęk uciekł. Aż do teraz. Zawsze traktowałam miłość poważnie, to jedna najważniejsza wartość w moim życiu. Nie obchodzili mnie homoseksualiści, też akceptuję ich nadal i nic do nich nie mam, ale sama siebie w tym nie widzę. Wręcz nie chcę. To jest rzecz której się przeraźliwie boję, czuje że gdyby się okazało że jestem to cały mój świat by legł w gruzach a ja na pewno bym sobie nie chciała nikogo znależć - wolę żyć sama niż z inną kobietą, dla mnie to jest po prostu straszne. Chcę mieć dzieci, mam chłopaka i miałam wcześniej też, w przedszkolu podobał mi się chłopak. Gdyby nie ten durny WF, to dalej byłabym szczęśliwa. Ale już sama nie wiem co robić, mam wrażenie jakbym siłowała się ze swoim mózgiem kto ma racje, mimo że przeczytałam 01938120 forów, rad, wszystkiego na świecie to nie jestem w stanie przekonać się i nie wierzę sobie że nie jestem. Po prostu nie wiem czy to zalezy od tego że mam małą wiarę w siebie czy co, w ogóle nie jestem w stanie się odciąć od tych zmartwień. Teraz jest lepiej staram się je bagatelizować itp. ale ja chcę wiedzieć że nie jestem, bo jeśli się okazałoby że jestem to ja nie wiem co bym zrobiła, chyba najgorsze co można sobie wyobrazić... Byłam raz u psychologa, pani powiedziała że to przez stres, że napięcie przeformowało się w coś takiego, bo przed tym lękiem miałam 2 inne, jeden po drugim (ten jest trzeci). Najpierw bałam się że zaszłamw ciąże, poxniej ze kreci mi sie w glowie i to jakas choroba (wszystko oczywiscie wymyslone, wyszlam z tego sama) ale teraz jakis idiotyczny homoseksualizm, 3 raz w zyciu sie tym zamartwiam i nawet nie pomaga mi to, że jak już opracowałam to kiedyś i wyszłam z tych zmartwień awięc nie mogę być homo, to nadal to nie pomaga. Nie wiem co mam robić, wkurza mnie to, chcę być szczęśliwa będąc w związku, a gdy wyobrażam sobie że zrywam z tego powodu z moim chłopakiem to jest równoznaczne do zmarnowania sobie życia, bo go naprawdę kocham. No właśnie ,tu też jest strach że może go nie kocham, ale jakim cudem miało się to zmienić po jednej myśli na WFIE. Pomóżcie, powiedzcie jak uwierzyć w to, że to natręctwo a nie prawda... bo ja naprawdę nie wiem co mam robić, to mnie męczy, prześladuje, nie mogę przez to spać, serce mi wali...
  2. Witam wszystkich, piszę ten wątek w desperacji bo mam już dość niemocy, niechęci i poczucia że drobne rzeczy mnie przerastają. Ale po kolei. Moim problemem jest strach przed nauką (i ogólnie podejmowaniem wszelkich "okołoedukacyjnych" czynności). Jestem studentką i chwilowo znalazłam się w takiej sytuacji, że jestem chora. Podczas nieobecności w szkole przegapiłam kilka ważnych zajęć, które będę musiała odrobić po powrocie (+ oczywiście czeka mnie zwykła nauka zgodnie z planem zajęć). W tej chwili czuję się dobrze fizycznie i powinnam pomału się zacząć uczyć żeby wszystkie zaległości ponadrabiać. Ale ja nie mogę... Kiedy otwieram skrypt i próbuję się uczyć mój mózg automatycznie się poddaje i wyłącza. Bardzo ciężko jest mi zacząć się uczyć i ja wiem że przyczyną tego jest strach przed tym że sobie nie poradzę, że kolokwium i tak napisze słabo, że się namęczę a to i tak na nic bo ostatecznie się skompromituję przy odpowiedzi i tak dalej. Nie jest to taki "typowy" strach (trzęsące się ręce, atak paniki) ale takie "zamulenie", mój mózg po prostu odmawia, zaczynam czuć się senna i wszystko mnie rozprasza. To tak jakby ktoś dał mi kartkę z napisem "3*4 + 2" i kazał to rozwiązać a ja rzuciłabym na to okiem, powiedziała po prostu "nie" i poszła spać. Straszna niemoc. Proszę o pomoc, o poradę, bo mój stan nie bierze się z lenistwa. To śmieszne, że osoba która z własnej woli zaczęła studiować teraz boi się nauki, tak nie powinno być. Studia zaczęłam niedawno, mogę zawalić przez to semestr. Dodam, że moje poczucie własnej wartości pod względem własnej inteligencji i uzdolnień jest dosłownie na dnie. Ten stan jest częściowo uzasadniony (fakt faktem że zbyt bystra nigdy nie byłam, zawsze poświęcałam na naukę dużo czasu a stopnie i tak słabe) a częściowo nieuzasadniony (często ze stresu głupieję jeszcze bardziej a kiedy zagryzałam zęby i naprawdę chciałam się czegoś nauczyć to zdarzały się też sukcesy).
  3. Hej, już jest podobny temat o strachu przed lekami. Ale chciałabym założyć osobny wątek bo jestem ciekawa, czy ktoś ma tak samo jak ja. Biorę od 15 dni zoloft 50 mg, wydaje mi się albo sobie wkręcam, że dostanę od niego alergii ( piecze mnie język, mam dużą łuszczycę i boje się, że nie zauważa alergii) i tak jest w kółko. Codziennie wstaje z lękiem, że muszę brać lek, biorę go tyle i nie widzę efektów, a mam wrażenie, że lęk się zaostrza. Czy ktoś miał podobnie ? Na dwa dni odstawiłam lek ale wróciłam bo jednak mimo strachu bardzo chce się już wyleczyć i poczuć minimalnie lepiej.
  4. Czy ktoś z was też boi się brać leki? Do tego stopnia, że ich nie bierzecie w końcu, nawet jak są wam przepisane i nawet gdy już macie je kupione? Ja tak mam, prawdopodobnie od nerwicy lękowej. Ale najbardziej boję się psychotropów, które dzisiaj już będę miała kupione... Choć boję się to eufemizm przy tym co w związku z tym czuję, no jestem przerażona po prostu Boję się że ich nie wezmę gdy mnie ogarnie paraliżujący lęk przed skutkami ubocznymi (nie umiem znosić wszelkich niedogodności, więc nawet zwykła senność mnie zdołuje), a tak bardzo ich potrzebuję, bo moje choroby psychiczne robią się coraz bardziej zaawansowane Ktoś z was też tak miał z lekami na zaburzenia psychiczne (ja mam przepisaną wenlafaksynę i olanzapinę)? Jak sobie z tym poradziliście? Jak się zmusić?
  5. Kaasia

    dubel

  6. Cześć, czy jest ktoś może na tym forum który ma lek przed nowym otoczeniem ludźmi, praca? Odkąd pamietam panicznie boje się nowych miejsc, ludzi, otoczenia, nie potrafię pójść sama do podstawowych miejsc, podjęcie nowej pracy jest dla mnie bardzo dużym wyzwaniem, 4 lata pracowałam w firmie której nienawidziłam za każdym razem gdy podjęłam decyzje o zwolnieniu i to zrobiłam, po kilku dniach bądź tygodniach wracałam, gdy dostaje tylko zaproszenia na rozmowę kwalifikacyjna do nowej pracy wpadam w panikę cały czas o tym myśle ( z reguły myśle za bardzo), rozmyślam różne scenariusze które są oczywiście jak najgorsze, nie dam sobie rady, nie będę potrafiła czegoś zrobić, zrobię siebie kretynke, stanie się wszystko co najgorsze i w efekcie końcowym nawet dzień przed takim spotkaniem nie jestem w stanie jej odbyć, czuje wewnętrzny niepokój, cala sie trzęsę, ostatnio doszło tez drapanie sie nieświadomie po palcach czasem do ran, nawet jak jestem już przed budynkiem panikuje dostaje atak duszności wracam do domu potem sama siebie za to nienawidzę, przez to wszystko czuje się coraz gorzej czuje ze w niczym w życiu nie jestem sobie w stanie poradzić
  7. Witam postaram się opisać moje pierwsze objawy i to co jest teraz. Zaczęło się w kwietniu 2020 dużo stresów i nerwów tak że już wtedy były bóle w klatce, szybsze bicie serca i drzenie rąk lecz to nie wywoływało u mnie lęku. Zaczęło się od czasu kiedy pewnego dnia za namową kolegów wziąłem niezbyt duża dawke amfetaminy. Wszystko było dobrze nawet nie poczułem bo było tego niewiele. Nazajutrz od samego rana zaczęły się dziwne zawroty i problemy z równowagą oraz coś jakbym automatycznie co chwila robił "zeza" tak dziwnie obraz mi się rozmywał oraz uczucie podobne do uczucia spadania w przepaść taka pustka w klatce co kilka sekund z czasem to minęło ale między czasie atak paniki i szpital. Wyniki krwi dobre. Potem zaczęły się dretwienia kończyn bóle w różnych częściach ciała i non stop dziwne problemy z równowagą niezbyt mocne niemal nieprzeszkadzajace ale było to uciążliwe. Oczywiście pierwszy prawie rok panika jak wychodziłem do sklepu czy gdziekolwiek momentalnie slabo i nogi jak z waty szybsze bicie serca. Miałem wizyty u neurologa, laryngologa, kardiologa badania EKG, EEG, ECHO serca, badania audio u laryngologa, 2 razy rezonans glowy, rezonans całego kręgosłupa jakieś pół roku temu. Między czasie podczas podróży znów silny atak paniki, wezwana karetka i jak tylko powiedzieli ze wszystko dobrze przeszło jak ręką odjął.Dostałem również lek escitalopram i nie wiem czy to również zasługa leku i tego że akurat zaczynała się pora cieplejsza jakoś od kwietnia tego roku objawy minęły, wychodziłem już wszędzie nawet sam oczywiście mając tam jakieś stresy ale nie bałem się nie miałem lęku. Ok. 1.5 miesiąca temu podczas jazdy samochodem dostałem silnego ataku paniki, poty, bicie serca, szybki oddech, drzenie ciała i tak przez pół godziny potem przeszło i przez kilka dni się tym stresowałem i obawy minęły. Nadużywałem też miedzy czasie alkohol i Ok 3 tygodnie temu była lekka przesada w weekend praktycznie piątek sobota niedziela przepite z kolegami. Od tamtego czasu przez kolejne 3 dni czułem się osłabiony I znów zacząłem się zastanawiać nad zdrowiem a od 3 tygodni leżę ciągle w łóżku bo jestem znaczy czuje takie osłabienie że wychodzę tylko do toalety i d kuchni mam brak apetytu problem znów z równowagą jakbym był oszołomiony cały czas, drzenia lub drętwienie mieśni i lekko często podwyższone ciśnienie, nie mam ataków paniki ani żadnych kołatan serca czy bólów w klatce jak było to kiedyś natomiast mam bol glowy z tyłu lub skroni nie zawsze i nie zawsze silny i czasem bol oczu i ciągle szumy w uszach jak leżę czasem jak siedzę. Dodatkowo ciągle się zamartwiam co mi dolega co również wykańcza. Zacząłem znów od 3 tygodni brać escitalopram 15mg i betaserc na zawroty równowagi . Czy to nawrot nerwicy i czy możliwe jest żeby od 3 tygodni było mi tak słabo że ledwo się ruszam?
  8. Witam.Jestem pierwszy raz na tym forum i nie wiem zbytnio od czego zacząć. Mam 16 lat i podejrzewaną nerwicę lękową. Miałam trudne dzieciństwo, problemy u c z u c i o w e, toksyczny chłopak, dysfunkcyjna rodzina, policja, brak akceptacji samej siebie, ukrywanie emocji, udawanie kogoś kim się nie jest. Wszystko zaczęło się (miesiąc temu) od uczucia lekkości rąk, jakbym ich nie czuła. Później pojawiła się bezsenność (potrafiłam nie spać przez 3 dni ani 5 minut i normalnie funkcjonować), uczucie derealizacji i depersonalizacji.2 tygodnie. Jak zasypiałam to czułam, że tracę kontrolę nad swoim ciałem, czułam mrowienie nóg/rąk, drętwienie. I musiałam nimi poruszać, nie mogłam zasnąć bo czułam, że tracę nad swoim ciałem kontrolę. Wmówiłam sobie pląsawicę huntingtona, stwardnienie rozsiane, stwardnienie zanikowe boczne, atetoze (?), dystonia, rak mózgu, zespół wzgórzowy, niezbornosc ruchow, uszkodzenie rdzenia, uszkodzenie mozgu jakiekolwiek, udar mozgu, splątanie, padaczke, pląsawice sydenhama czy jakoś tak, zaburzenia czucia głębokiego, zespół hornera, zespół wilsona, niedowład połowiczy, zespół obcej ręki, niedowidzenie dwuskroniowe (?). Zaczęłam czytać o tych objawach i sprawdzałam co 5 minut moją koordynację ruchową, dotykałam nosa z zamkniętymi oczami, sprawdzałam asymetrię twarzy. No i zaczęłam się tak zagłębiać w te objawy. Jednej nocy (po ciemku) ruszyłam szybko ręką to wyszedł z niej 3 krotny cień o takiej samej barwie. (Palinopsja idiopatyczna czy coś takiego) Nie mam tego w ciągu dnia tylko w ciemnosci i pod wpływem szybkości. No i ja zaczęłam płakać, że mam uszkodzony mózg, że mam guza, splątanie, padaczkę, uszkodzenie kory mózgowej. No i zaczęłam dogłębiać wszystkiego. No i moja nerwica chyba (nie wiem) zaczęła imitować takie same objawy. Wystraszyły mnie moje objawy tzn. ruchy mimowolne każdego fragmentu ciała (głowy, kącika ust, nogi, każdego palca, ud, łydek, ramienia, powiek, łokcia), sztywnienie kończyn (palców u rąk i stóp, dłoni, nóg), nierówne źrenice, (Raz jedna jest większa, a raz druga więc nie wiem :( ) fascykulacje, zawroty głowy, drżenie dosłownie całego ciała, nawet policzków, szumy uszne, szarpnięcia mięśni. 24 na dobę. Jak zamykam oczy to czuję jak moje ciało (w tym mimika) jakoś sama się porusza? Mam zaburzenia widzenia w postaci powidoków/palinopsji, śniegu optycznego, mroczków, drganie/falowanie obrazu, ból różnych części ciała. Raz widzę kolory intensywnie, a raz jako wyblakłe (raz w jednym oku, raz w drugim, raz w obydwu?) Mam jakiś silny stan, że wszystko wokół mnie jest obce i odczuwam silny lęk przed snem i ciemnością. Od małego mam objawy hipochondryka, jak miałam 3 lata to płakałam że mi oko wypłynęło Miałam badania krwi, hormonów, moczu, OB itd. Pani doktor obejrzała mnie całą, razem z wynikami i stwierdziła, że jestem zdrowa jak rybka. Przepisała mi leki na uspokojenie i na lepszy sen i niby pomagają. Lekarz obejrzał moje źrenice i stwierdził, że są równe i że to zależy od padania światła. (Bo jedna była mniejsza i stwierdziłam, że to zespół Hornera. Ale teraz jak tak patrzę to ta mniejsza jest większa od poprzedniej, więc już nie wiem.) Ale ja sobie wmówiłam, że mam tętniaka albo guza mózgu, że uszkodziłam sobie mózg. I tak przez cały miesiąc googluję, płaczę, krzyczę, spisuję testament, mówię, że jak będę roślinką to niech mnie zabiją(XD) mam te objawy, wpadam w histerię bo nie wierzę lekarzom. Otwieram oczy i analizuję OD RAZU czy jest tak samo czy nie. Nie wiem czy te objawy to nerwica czy nie. Rok temu zaczęłam interesować się pieprzykiem, że to na pewno czerniak, później z zębami problem, że mam guzki na dziąsłach, że mam problemy z przysadką bo mam nieregularne miesiączki. Zaznaczam, że jestem BARDZO nerwowym człowiekiem, rozhisteryzowanym, przewrażliwionym, trochę egoistą. Przeszłam covid i się zastanawiam czy ten wirusek nie pogłębił moich lęków i zaburzeń w układzie nerwowym. Pozdrawiam
  9. Olliwiaa

    Witajcie

    Cześć wszystkim, na wstępnie zaznaczę, ze nie mam jeszcze postawionej diagnozy, natomiast czekam na wizytę u psychiatry. Odważyłam się w końcu to zrobić, bo czuje, ze nie poradzę sobie sama z tym, co mi dolega. Podejrzewam u siebie nerwice lekowa. Nie do końca wiem jak nazwać to, czego doświadczam. Ostatnio jest gorzej. Miewam ataki paniki, najczęściej czuje się wtedy jakbym za chwile miała zwyczajnie oszaleć. Potrafią pojawić się z nikad. Bardzo się wtedy boje, dostaje drgawek, ciezko Mi się uspokoić, nie mogę usiedzieć w miejscu, czuje przymus zrobienia czegokolwiek żeby tylko nie oszaleć. Zawsze po takich atakach jestem rozbita na kilka kolejnych dni. Ciagle o tym myśle, stresuje się, nakręcam. Nie spie wtedy w nocy, cała się się trzęsę ze strachu i stresu zupełnie bez powodu. Kiedy myśle o tym ze dziś nie zasnę to oczywiście tak się dzieje. Potem martwię się tym ze nie spie. Bardzo dużo się zamartwiam. Praktycznie cały czas towarzyszy mi lek w rożnym natężeniu. Do tej pory radziłam sobie sAma, kiedy miałam dużo zajęć nie miałam czasu rozmyślać. Ale od jakiegoś czasu czuje ze sama już nie dam rady dlatego zapisałam się do psychiatry. Ostatnie dwa dni czuje się tragicznie, Czuje jakby ro wszystko nie działo się naprawdę a samo myślenie o tym mnie stresuje! Boje się nawet myśleć o tym ze coś jest nie tak. Najbardziej boje się szaleństwa, ze zostanę potraktowana jak wariatka, ze może jednak wcale nic mi nie jest tylko coś sobie ubzdurałam, ze wymyślam, jak można się bać powodu, ale tak się dzieje. Mój ostatni taki napad pojawił się nagle bez przyczyny, nagle zaczęłam mieć poczucie nadchodzącej katastrofy, szaleństwa, nie wiem wtedy co ze sobą zrobić, nie umiem tego nawet nazwać. Nie umiem jeść od dwóch dni, jedzenie staje mi w gardle. Biorę leki ziołowe i po nich jest odrobine lepiej Zauważyłam ze takie stany potęguje Np nieregularny tryb życia. Kiedy trzymam się planu tj wstanę rano idę do pracy, zajmuje się czymś, wtedy jest lepiej. Gorzej gdy plan dni zostanie zaburzony, wtedy zaczynaja mnie łapać te myśli. Stresuje sie tez przez wyjazdami, zmiana pracy, różnymi decyzjami. Boje sie tez ciasnych pomieszczeń, długich wąskich korytarzy, dużej liczby schodów. Myśle wtedy o tym, ze nje mam możliwości szybkiej ucieczki z takiego miejsca. Post dość chaotycznie napisany, ale mam wiele myśli w głowie. Mam nadzieje ze poradzę sobie z pomocą psychiatry.
  10. Witam wszystkich użytkowników forum. Mam 17 lat. Zacznę od historii mojego zaburzenia. Był Rok 2018, żyłem normalnie z wyjątkiem nękania mnie w szkole i tików nerwowych (które nadal mam). Pod koniec tamtego roku po długiej walce z cukrzycą umarł mi dziadek, było mi z tego powodu ciężko, tiki nasiliły się do tego stopnia że już nie mogłem wytrzymać, więc zdecydowałem z rodzicami że pojedziemy do neurologa by ten zalecił mi jakieś leki. Przepisał mi haloperidol (wtedy jeszcze nie wiedziałem że to taki syf). Brałem ten lęk przez kilka dni. Pewnego dnia wyszedłem do kolegów i trochę wypiłem. Nie byłem świadom że z takimi lekami może się to skończyć tragicznie. Wszystko było ok aż do momentu gdy zrobiłem się cały blady, oblały mnie zimne poty zacząłem mieć mdłości, strasznie wysoki puls i depresję oddechową. Na szczęście jakoś to przeżyłem ale byłem blisko przekręcęnia się, prawie się udusiłem. Na drugi dzień było już w porządku lecz kilka dni później gdy poszedłem do szkoły zrobiło mi się niedobrze. Zaczęło mi się kręcić w głowie, miałem mdłości, musiałem się zwolnić bo nie wytrzymałbym. Wkoncu trafiłem do szpitala. Bardzo to przeżyłem ponieważ miałem leki wywołane tym lękiem i nie lubię szpitali. Po powrocie do domu wydawało się ze jest względnie normalnie lecz budziłem się już kilka dni z rzędu taki "nie swój" i zaczęła się cała paleta objawów: strach, lęk, płacz, derealizacja, depersonalizacja, dziwne uczucie w głowie, mimowolne wyobrażenia jakichś miejsc, sytuacji, natręctwa, mdłości, bezsenność, budzenie się w nocy i koszmary, wkręcanie sobie schizofrenii, zawałów, wylewów itp. Pojechałem z rodzicami do psychiatry. Lekarz powiedział że mam nerwicę i przepisał mi Asertin 50 (sertralina) zacząłem go brać i po kilku tygodniach zauważyłem poprawę lecz do normy wszystko wróciło dopiero po 3 miesiącach. I tak przez ten czas było już dobrze poza małymi wkrętami i hipochondrią. Aż do teraz. Musiałem mieć zabieg w szpitalu i bardzo to przeżyłem, zacząłem sobie wkręcać to że po wyjściu powtórzy się to samo. Dodatkowo zabieg był pod narkozą więc musiałem się zmierzyć że swoim największym lękiem (mam somnifobie która od czasu do czasu powraca) No i po powrocie do domu zaczął się płacz, lęk, derealizacja, depersonalizacja. Teraz gdy minęło od tego ponad 2 tygodnie czuje się jak nie czułem się chyba nigdy. Znowu zacząłem sobie wkręcać schizofrenie, boję się że zwariuje, ciągle mi się coś wyobraża i te wyobrażenia są jak z horroru, straszne i dziwne, w mojej wyobraźni czuje się jakbym był naćpany, coś w tym stylu, jakby śnił mi się koszmar tylko że ze świadomością. Takze odczuwanie świata się u mnie zmieniło. Świat też jest taki szary mroczny, i dziwny, jak z horroru, czuje się po prostu jakbym był z innego świata, jakbym zaczął nowe gorsze życie, to wszystko wydaje mi się liluzją, jakby świat był wymyślony, mam poczucie że już nie ma ratunku, odwrotu. Mam Również poczucie że żyje we własnym świecie, że żyje w świecie wyobraźni bardziej niż w realnym. Mam także wrażenie jakbym miał odlecieć, wyjść z ciała, przenieść się gdzieś. Jakbym miał wejść w inny stan świadomośći. Bardzo się tego boję i nakręcam się że będzie gorzej i wkoncu stracę kontakt ze światem. Nie mogę uwierzyć że to może być tylko nerwica, bo pomimo że tak się czuję myślę logicznie, nie mam urojen ani halucynacji i nie mówię od rzeczy. Mam wrażenie że już gdy doświadczyłem takiego stanu nigdy nie będzie tak jak kiedyś. Jak się czymś zajmę to jest trochę lepiej lecz później znowu sobie o tym przypominam. Czy jest możliwość że rozwija mi się psychoza lub mam początek schizofreni? Bo tak się czuję że nawet nie wyobrażałem sobie ze tak można. Moja wyobraźnia jest tak silna że boję się że przejdę w inny stan świadomości, że dostanę jakiegoś stuporu dysocjacyjnego. Sprawę pogarsza tylko fakt że ciągle się zastanawiam co mi jest i się tego boję, nie mogę tego zrozumieć. Leki biorę nadal. Miał ktoś lub ma takie objawy? Proszę doradźcie jak uspokoic moja wyobraźnię
  11. Rozpisałam się, ale mam nadzieję, że ktoś dotrwa do końca :) Od zawsze miałam tendencję do wymyślania w głowie różnych historii. Zwykle były to jednak takie opowieści, które wymyśla też wiele moich rówieśników, to znaczy marzenie o sytuacjach, które nie mają szans przydarzyć się w rzeczywistości, a w których ja brałabym udział, najczęściej miało to związek z tymi, w których byłam wtedy zakochana. Odkąd jednak pojechałam na studia i z powodu nieznalezienia zbyt wielu znajomych stałam się bardziej samotna, bo z przyjaciółkami miałam kontakt głównie przez telefon, w mojej głowie pojawiły się historie, w których mnie w ogóle nie było, główną bohaterką była osoba całkowicie zmyślona, większość bohaterów również, niektóre były osobami znanymi publicznie, którym wymyślałam różnego rodzaju koleje życia, trochę opierając się na tym, co jest o nich naprawdę wiadome, a czasem nie. Dodajmy, że od liceum pojawiło się we mnie dziwne zafascynowanie dojrzałymi kobietami, które w szkole objawiało się zakochaniem w nauczycielce, na studiach stało się zakochaniem w pewnej osobie publicznej, po kilku miesiącach ta osoba zmieniła się, ale nadal jest to dojrzała kobieta. Podejrzewam, że ma to związek z moją toksyczną matką, w której nie widzę wzoru, której to ja musiałam zawsze matkować, mediować w jej kłótniach z rodziną, wysłuchiwać, a kiedy dorosłam dawać jej rady, mówić co robi źle, tłumaczyć ją przed rodziną, a w podzięce jedyne co otrzymuję to naprzemienne obelgi, wyrzuty, z rzadka komplementy, kiedy ma wyrzuty sumienia, ale ja nie potrafię w nie wtedy uwierzyć, bo wiem, że za chwilę znowu może spowodować awanturę. Po pół roku studiów nastała pandemia, wróciłam do rodzinnego domu i tam spędziłam ponad rok. Wtedy tworzenie historii nasiliło się i to mocno, najbardziej w okresie zimowym i trwa aż do teraz. Potrafiłam spędzać czas bardzo długo chodząc po piętrze tam i z powrotem w głowie przeżywając historię obcych mi osób niczym serial. Chciałam odciąć się od nerwowej atmosfery panującej w domu, epidemii, mojego brania odpowiedzialności za matkę. Doszłam do takiego punktu, że gdy nie jestem skupiona na jakiejś czynności lub rozmowie z kimś włącza mi się od razu automatycznie tryb tego alternatywnego świata, tej alternatywnej historii. W pewnym momencie zaczęłam dostrzegać w tym pewien problem i zaczęłam tę historię spisywać, aby pozbyć jej się z mojej głowy. Tak powstała prawie trzystustronicowa książka, a po niej jeszcze jej przerobiona wersja, a na koniec kolejna, bo ta historia cały czas ewoluuje, nie zmienia się tylko główna bohaterka, która na początku wydawała mi się całkowicie obca - jest kobietą po czterdziestce, posiadającą rodzinę, wnuki, wygadaną, pewną siebie i niesamowicie piękną; ale teraz widzę, że tak naprawdę są w niej pewne cechy, które mam i ja tj. kompleks matki, wrażliwość, strach przed samotnością a jednocześnie te cechy, które ja chciałabym mieć. W dwóch pierwszych wersjach historia doszła do końca, a więc bohaterka zestarzała się i zmarła, ale nie zakończyło to epopei w mojej głowie. Cały czas rozbudowuję środek tej historii, a więc jej wiek średni i robię to nieświadomie. Ostatnią wersję historii spisałam w czerwcu, a już mogłaby być ona zaktualizowana. Kolejnym niepokojącym objawem jest moje zafascynowanie dojrzałymi kobietami. Obecnie bardzo podoba mi się pewna kobieta ze świata publicznego. I to nie, że po prostu z wyglądu, ale wyczytałam chyba wszystko co da się na temat jej życia i wplotłam ją jako bohaterkę do mojej historyjki wyobrażając sobie różne wydarzenia z jej życia na podstawie tego, czego się o niej dowiedziałam. Do tego za każdym razem, kiedy jest mi smutno, źle i samotnie, włączam sobie filmiki z nią w internecie i słuchając jej głosu, widząc jej uśmiech, czuję takie dziwne ciepło, które mnie ogarnia. Jest to jakaś bańka, jak to nazwałam - kiedy inne rzeczy w świecie są takie paskudne i szare, to ona zawsze będzie tak samo piękna, tak samo elegancka, tak samo urocza. To chore, wiem. Od jakiegoś czasu podejrzewam u siebie właśnie nerwicę lękową. Od czasu jesiennej fali pandemii narastają we mnie lęki różnej maści. Dochodziło już do tego, że stresowałam się nie tylko jakąś sytuacją, ale też samym faktem, że mam w sobie lęki i to tak się zapętlało. Wielokrotnie miałam objawy somatyczne takie jak bóle mięśni, kończyn, uczucie słabości czy zawroty głowy. I właśnie zawsze uciekałam do tego w ten wymyślony alternatywny świat. Przedwczoraj doznałam dziwnego epizodu odrealnienia, co jak dzisiaj wyczytałam jest właśnie objawem nerwicy. Stałam na przejściu dla pieszych, a wszystko co działo się wokół mnie wydawało się być poza mną. Ludzie, auta, budynki wydały mi się obce niczym w jakimś śnie i to, co ja robiłam też było jakby nie moje. Dokładnie tak, jak czułam się kiedy robiłam coś w prawdziwym śnie. Wczoraj to uczucie pojawiło się znowu, kiedy wracałam wieczorem do domu. Niby wiedziałam, że to poczucie odrealnienia jest fałszywe i ten świat jest prawdziwy, ale jednocześnie było to bardzo dziwne. Boję się, że niedługo odkleję się za bardzo. Chciałabym znaleźć inny sposób na odreagowanie, a nie taki wydający mi się psychiczny i po prostu chory. Mam wyrzuty sumienia, że taka jestem. Chciałabym naprawdę przeżywać coś pięknego w życiu, a nie tylko wyobrażać sobie jakieś okropne historie o kobietach. Nie jestem lesbijką, wiem o tym, bo bardzo pragnę założyć rodzinę, mieć dzieci, a do tego pocałunki czy przytulenia (bo do niczego więcej nigdy nie doszło) ze strony mężczyzn sprawiały mi przyjemność (okay, raz durzyłam się w jednej koleżance i nawet kilka razy po alkoholu miałam wielką ochotę ją pocałować kiedy się przytulałyśmy albo tańczyłyśmy ale to wszystko) więc nie wiem skąd u mnie ta narastająca fascynacja kobietami i tworzenie o nich historii - bo w tych moich alternatywnych światach relacje heteroseksualne są bardzo marginalne, głównymi wątkami są właśnie relacje safickie. Nie wiem, czy to wynika z moich problemów z matką i niedoświadczenia od niej wystarczającej bliskości a wręcz nerwów, wyzwisk i stresu? Martwię się o siebie i swoją psychikę (też o matkę za którą czuję się wiecznie odpowiedzialna), a także jako że jestem osobą wierzącą mam co jakiś czas wyrzuty sumienia też z tego powodu, że takimi myślami grzeszę. Od jakiegoś czasu matka wypomina mi, że nie nie przyjmuję Eucharystii, ale nie czuję się gotowa pójść do spowiedzi i wyznać przed księdzem, że mam takie myśli o kobietach, a jeśli w pełni nie wyznam swoich grzechów to to przecież nie ma sensu. Dodatkowo cały czas boję się jak będzie wyglądał świat, że znowu zamkną nas w domach i będę jeszcze bardziej samotna niż teraz. Boję się też zostawać w domu, ale równocześnie obawiam się wyprowadzać, bo boję się zostawiać matki samej
  12. Długo myślałam nad tym co napisałam poniżej. Może ktoś miał podobnie. Wybieram się do psychiatry, ale zastanawiam się czy dobrze zrobiłam. Wahania nastroju w ciągu dnia Problemy z zaśnięciem, przebudzanie w nocy Zmienność emocji w ciągu dnia Zwiększona płaczliwość, potrafię codziennie znaleźć do tego jakiś powód, który z perspektywy czasu okazuję się głupotą Dni bądź godziny gdy mam doła, nie widzę sensu życia, nie mam na nic ochoty ani siły nic zrobić Zdarza się że coś mnie ucieszy, trwa to coraz krócej ale zdarza się Popadanie w taką jakby histerię gdzie płaczę , chcę krzyczeć, wyobrażam sobie śmierć i chcę umrzeć, tnę się , gryzę się po rękach Poczucie bezsilności, smutku, pustki, niechęć do życia Ciągłe zamartwianie się rzeczami które kiedyś nie powodowały u mnie takiego uczucia Zamykanie się w swoich myślach, w swoim świecie Problemy z zapamiętywaniem i skupieniem co według mnie jest następstwem tego że w mojej głowie jest masa myśli, rozmów co trochę burzy rzeczywistość wokół Strach przed interakcją z obcymi ludźmi jak witanie się, nawiązywanie kontaktów, problem z rozmową, patrzeniem w oczy i udzielaniem się. Na ogół w takich sytuacjach radzę sobie najlepiej po alkoholu Przez większość czasu poczucie zmęczenia braku energii żeby coś zrobić Słabe kontakty z rodzicami, rodziną Oprócz smutku, jest też dużo tego uczucia zobojętnienia, gdzie nie czuję kompletnie nic, nic mnie nie zaskoczy, nie ucieszy, nie rozzłości. Przebywanie w licznym gronie np. rodzinie, klasie pełnej ludzi wywołuje we mnie spięcie, nerwowość, zdenerwowanie, lęk, pocenie Wyraźcie proszę swoje opinie, może ktoś miał podobnie. Czy słusznie postąpiłam umawiając się do lekarza czy może wyolbrzymiam ?
  13. Witam, mam niespełna 20 lat i myślę, że rozwinęła się u mnie wyjątkowo paskudna nerwica. Mógłbym ją opisać jako życie w ciągłym niepokoju/strachu, brakiem możliwości czerpania przyjemności z życia, zerową motywacją i poczuciem ogólnego bezsensu istnienia. Moim głównym objawem jest irracjonalny, niepodparty żadnymi sensownymi powodami lęk przed zostaniem umieszczonym w więzieniu. Boję się, że nieumyślnie zrobię coś, przez co będę musiał resztę życia spędzić za kratami, albo też zostanę w jakieś przestępstwo po prostu wrobiony. Unikam między innymi jazdy samochodem, aby przypadkiem kogoś nie potrącić, albo co gorsza - nawet nie zauważyć samego wypadku i zostawić poszkodowanego na pewną śmierć. Wiem, że jest to niemożliwe, aby uderzyć w innego człowieka i zupełnie tego nie zauważyć, jednak zawsze pojawiają się u mnie natrętne myśli w stylu: czy cała podróż na pewno przebiegła spokojnie? czy samochód podskoczył bo najechałem na próg zwalniający, czy leżał tam może człowiek? Innym moim objawem jest strach o swoje życie, który objawia się najczęściej: -podczas jedzenia: a co, jeśli ktoś dodał mi do potrawy trucizny? -przed zaśnięciem: a co, jeśli ktoś podczas snu spróbuje mnie zabić? Pojawia się u mnie również strach przed chorobami, których istnienia mogę nie być świadomy i które mogą skrócić moje życie. Stan ten towarzyszy mi od kilku lat, jednak ostatnio bardzo nabrał na sile. Od czasu do czasu pojawiają się myśli samobójcze wywołane przez ogólny brak perspektywy na jakąkolwiek poprawę mojego stanu (tylko myśli, żadne realne plany ani nic w tym stylu, zresztą za bardzo boję się bólu). Zauważyłem, że moje objawy nasilają się za każdym razem, kiedy w moim życiu dzieje się coś dobrego, na przykład od niedawna jestem w związku z kochającą dziewczyną na której bardzo mi zależy, i za wszelką cenę nie chcę jej stracić. Odbyłem już wizytę u psychoterapeuty, udało nam się wspólnie ustalić, że duży wpływ na moją psychikę mogły mieć negatywne relacje z rodzicami, częste przeprowadzki czy bycie w przeszłości straszonym przez osoby trzecie właśnie więzieniem czy chorobami. Czy ktoś ma podobne objawy? Jakiekolwiek wskazówki jak zacząć żyć normalnie?
  14. Jutro czeka mnie wizyta u psychologa. Nigdy wcześniej nie byłam na takiej konsultacji. Dostałam skierowanie od lekarza rodzinnego (po skierowanie do lekarza POZ wysłał mnie laryngolog). Od dawna czuję, jakby mi coś zalegało w nosie, na początku nie utrudniało mi to funkcjonowania, ale od października ub.r. mój stan znacznie się pogorszył i mam od tego czasu poważne trudności z oddychaniam przez nos i usta. Laryngolog twierdzi, że nic w moim nosie nie widzi, ale chodziłam dotychczas do lekarzy na NFZ (do psychologa też się zapisałam na NFZ) i żadnych bardzo dokładnych badań mi nie robił. Na ostatniej wizycie wysłał mnie do psychologa (wspomniał też, że psycholog mnie pewnie wyśle do psychiatry) i kardiologa (bo czasem budzę się w nocy przez utrudnione oddychanie). I właśnie jutro mam termin. Strasznie się boję, bo poza tym podejrzeniem nerwicy wiem, że mam też inne problemy psychiczne. Jeszcze w podstawówce/gimnazjum uświadomiłam sobie, że mam niemal wszystkie objawy fobii społecznej, a niedawno doszłam do wniosku, że prawdopodobnie mam też urojenia i depresję (mam 20 lat). Boję się nawet wspomnieć o tych dwóch ostatnich, nie wyobrażam sobie, że z kimkolwiek mogłabym o tym rozmawiać. W sumie to nawet nie wiem, czy wspomnieć o czymkolwiek poza tym na co dostałam skierowanie... Bo niby o fobii jestem gotowa powiedzieć, ale i tak mnie przeraża dalsze rozmawianie o niej. Cały czas nie jestem pewna czy mam nerwicę, mam też teorię, że laryngolog po prostu nie zrobił/zlecił mi wystarczająco dokładnych badań laryngologicznych, żeby dociec co mi jest. Najchętniej bym to odwołała i siedziała w domu. Boję się, że się rozpłaczę w gabinecie, bo naprawdę nie mam pojęcia jak moje ciało zareaguje na mówienie obcej osobie o tak delikatnych i trudnych dla mnie tematach, pewnie będę się strasznie trzęsła... Nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić, a to już jutro Od czasu kiedy mama mnie zapisała do psychologa, starałam się od siebie odsuwać wszelkie myśli o tym co mnie czeka, bo wiedziałam, że bym się ogromnie stresowała. Ale teraz już mi nic innego nie pozostaje, chciałabym się jakoś przygotować (chociaż nie mam pojęcia jak to zrobić i na miejscu pewnie wszystko i tak bym zapomniała z przerażenia), a jedyne co mi się chce to płakać, że muszę tam iść... Strasznie się boję i nie wiem co robić
  15. Witam, mam 23 lata i od 3-3,5 miesiąc borykam się z następującymi objawami. -Drżenia ciała -Drgawki -Nieustające mroczki przed oczami -Skurcze łydek i ud -Mrowienia w całym ciele -Pieczenia twarzy, nóg i pleców -Biegunka na zmianę z prawidłowym stolcem -Napięcia twarzy -Bóle żuchwy -Uwidocznienie żył na ciele -Pulsowanie żył -Przyśpieszone akcje bicia serca -Bóle wszystkich mięśni -Sztywności kręgosłupa -Ból miednicy -Uciski w głowie (głównie z prawej strony za okiem) -Chwilowe zaburzenia czucia kończyn -Silny lęk przed SM lub inna choroba -Bezsenność Morfologia OK, Badanie elektrolitów OK, Witamina D trochę niska, USG żył kończyn dolnych OK. Neurolog przeprowadził test młoteczka. itp i nic nie znalazł. Badanie dna oka wykazało tylko nadciśnienie tętnicze i delikatną wadę. Nie robiłem Rezonansu głowy, ponieważ neurolog nie widział podstaw. Proszę o opinie
  16. Witam, mam 22 lata i od momentu rozpoczęcia pandemii Covid-19 (nie jestem zarażony) dopadają mnie następujące objawy. -Bóle mięśni -Napięcia mięśni -Mroczki -Biegunka -Ataki paniki -Odczuwalne bicie serca -Napływy gorąca do głowy -Gorące ucho -Mrowienia -Pieczenia -Drętwienia -Drżenia ciała -Ciężkie nogi -Uczucie pulsujących żył -Bóle brzucha, pleców i stóp -Paraliże Wszystkie objawy zaczęły się nasilać stopniowo. Mam manie sprawdzania wszystkich objawów w internecie i nakręcania się na wybraną chorobę Np.Stwardnienie Rozsiane czy zakrzepica. 3 miesiace temu odstawiłem po kilku latach energetyki i papierosy. Badanie przeprowadzone przez neurologa nie wykazało żadnych odchyleń (skierował na badanie dna oka). Morfologia jak elektrolity wyszły super. Witamina D delikatnie niska. Badanie IgG i IgM przeciw Boreliozie negatywnie. Mam normalny apetyt, a nawet przytyłem 2kg. Czy dopadła mnie Nerwica? Nie miałem spokojnego/szczęśliwego dnia od 2 miesięcy. Pozdrawiam
  17. Witam. Po dzisiejszej ciężkiej nocy zdecydowałam się tutaj napisać. Chcę podzielić się z wami tym, przez co przechodzę oraz poznać wasze opinie i odczucia w tym temacie. Mam 19 lat. Od dawna miewam problemy ze snem w nocy. Odczuwam lęk, przez który nie chcę zasnąć, mimo zmęczenia i senności. Zaczęło się od występowania u mnie paraliży sennych i koszmarów. Na początku nie miałam pojęcia z czym mam do czynienia, że to paraliż. Strasznie mnie to przerażało i nie chciałam spać, nie chciałam by znów to mnie spotkało. Myślałam, że to się może dziać tylko w nocy, jednak jak się szybko okazało w dzień, gdy odsypiałam, również mnie to męczyło. Przyzwyczaiłam się i teraz już nie robi to na mnie większego wrażenia. Jednak w ostatnim czasie co noc nie mogę zasnąć przed 3. Wynika to z tego, że gdy zasypiałam wcześniej to dręczyły mnie koszmary i budziłam się o 3 w nocy. Mimo ogromnego zmęczenia po prostu nie jestem w stanie zamknąć oczu. Towarzyszy mi również lęk, że stanie się za chwilę coś bardzo złego, typu ktoś wejdzie do mieszkania, coś wybuchnie, coś walnie w Ziemię (XD), komuś z moich bliskich się coś stanie. Wtedy leżę, nasłuchuję co się dzieje dookoła i czekam jakbym była pewna, że za chwilę coś się wydarzy okropnego. Gdy ten stan mija, to wtedy wydaje się to być bardzo absurdalne. Co ciekawe nie mam problemów ze spaniem w dzień, jedynie zdarzają się paraliże. A jak już zasnę nad ranem to potrafię spać bardzo długo. Stąd naszła mnie myśl, że może boję się ciemności. Boję się też zawsze, że zobaczę lub usłyszę jakieś duchy czy coś w tym stylu. Gdy tylko na zewnątrz robi się jasno lęk opada. Dzisiejsza noc była chyba najgorsza ze wszystkich. Całą noc czułam niepokój, później się nasilił tak bardzo, że nie mogłam wytrzymać. Bałam się nawet ruszyć. Byłam przekonana, że za chwilę stanie się coś strasznego, że mnie coś lub ktoś zaatakuje. Długo mnie trzymało, nawet jak już zaczęło robić się jasno. Ciągle tylko świeciłam telefonem po pokoju i się rozglądałam dookoła, wypatrując czegoś niepokojącego. W pewnej chwili zaczęłam mieć wrażenie, że wariuję, że obraz zaczyna mi się rozmazywać, że naprawdę moja wyobraźnia coś zobaczy. Nie mam pojęcia już co robić i jak sobie z tym poradzić. Pomaga mi wytrwać oglądanie serialów podczas tych lęków lub pisanie z kimś. Ale to coraz częściej już nie wystarcza. Proszę o waszą opinię w tym temacie i rady.
  18. Hej. Nie jestem pewna czy to, co przeżywam, to PTSD, mimo wielu przeczytanych artykułów, więc pokrótce przedstawię problem, z którym się borykam i może ktoś mi odpowie. Trzy lata temu wpadłam w złe towarzystwo: używki, panie lekkich obyczajów i nocne wycieczki były czymś normalnym. Wtedy myślałam, że chcę komuś pomóc. Niestety okazało się, że zostałam oszukana i zmanipulowana przez osobę, która wydawała mi się wtedy najbliższa. Przez rok żyłam w przekonaniu, że ktoś śledzi mój każdy krok, że ja i moja rodzina jesteśmy na celowniku, co później okazało się prawdą, ponieważ węszenie po szemranych dzielnicach i odkopywanie niewygodnych faktów ostatecznie kogoś zdenerwowało. W międzyczasie podsyłano mi listy, kartki i e-maile z pogróżkami, miejscami spotkań i ostrzeżeniami, których groza była poparta faktami z życia codziennego. Jakby ktoś faktycznie śledził zwyczaje moje i moich bliskich. Podrzucano mi również różne substancje, a w najgorszym momencie została zastraszona nawet moja mama. Po tamtym wydarzeniu zerwałam wszelkie kontakty, zmieniłam środowisko i zupełnie się zmieniłam, co zauważyła moja pozytywnie zaskoczona rodzina. Odmieniłam swoje życie, wyparłam tamtą siebie i stałam się swoim zupełnym przeciwieństwem. Zajęłam się milionem spraw, podjęłam wiele dodatkowych aktywności, spałam po 4/5 godzin na dobę, aby się ze wszystkim wyrobić, bo tak łatwiej było mi zapomnieć. Chyba chciałam zrobić wszystko, aby nie myśleć o rzeczach, które widziałam i przeżyłam podczas tamtego okresu. Ale ten tuszowany strach i emocje powróciły w postaci koszmarów. Rzadko pamiętałam swoje sny, ale w tamtym okresie bałam się zasnąć, bo jedyne, co pamiętałam po przebudzeniu to lęk, paraliże senne, brak kontroli nad sobą niczym w nieumiejętnym świadomym śnieniu, galopujące serce. Po mniej więcej 6 miesiącach takiego życia, załamałam się na około miesiąc. Nie wychodziłam z domu, fantazjowałam o samobójstwie, miałam wyrzuty sumienia, uważałam się za człowieka gorszego sortu; uważałam, że każdy widzi, co robiłam i że zdradza mnie każdy mój niefortunny ruch, a każde wspomnienie o narkotykach czy ich zapach powodowały u mnie gniew, potem agresję. Wdałam się w dyskusję z używającymi studentami, nie panowałam nad sobą, gdy ktoś palił obok mnie, a jednocześnie ciągle chodziłam po miejscach o nieciekawej reputacji, aby "sprawdzić" czy w razie powtórzenia się sytuacji, dałabym radę znów działać jak poprzednio (nie byłam święta: kłamałam, kradłam...), mimo że serce stawało mi w piersi ze strachu. Jakoś się podniosłam, naprawiłam to, co zniszczyłam, ale niedługo po mojej rekonwalescencji zmarła moja mama i gdy po kilku miesiącach poukładałam sobie codzienność, to znowu miałam "zawieszenie". Tylko tym razem wyrzuty sumienia były jeszcze gorsze, nie miałam siły na nic, zaniedbywałam wszystkie obowiązki, ignorowałam bliskich, nienawidziłam ludzi, ale przede wszystkim samej siebie - ponownie miałam myśli samobójcze. Cudem doprowadzono mnie do psychologa i po kilku spotkaniach oraz wizycie u psychiatry zdiagnozowano u mnie ChAD. Pani psycholog wiedziała o opisanym przeze mnie roku, ale nigdy nie zgłębiałyśmy tematu - pokazałam jej jedynie kartki z pogróżkami. Przepisano mi leki i przez jakiś czas faktycznie było lepiej, ale później nastąpił dołek, który przekreślił wszystko. Brałam leki, po kilku godzinach piłam (mimo że długo po osiągnięciu pełnoletności stroniłam od używek ze strachu, że się uzależnię), aby się odciąć i uwolnić od koszmarów i myśli o tamtych wydarzeniach, znowu zaniedbywałam obowiązki i rodzinę, bo przyjaciół nie miałam (starzy odeszli, gdy przeżywałam swoją "przygodę", a nowych nie umiałam znaleźć, bo nie byłam już taka nieskalana). Znowu jakoś się podniosłam, przeprowadziłam na drugi koniec kraju i myślałam, że wszystko mam już za sobą. Ale wystarczyła rozmowa z kimś albo przejście przez pewną część miasta, abym znowu poczuła ten paraliżujący strach. Dosłownie wmurowywało mnie w ziemię, a serce zaczynało walić jak młotem. Wystarczy, że mam gorszy dzień lub jakiś element, który wspomina mi o tamtym okresie, a wyrzuty sumienia, lęk, złość i wszystkie te emocje powracają. Często mam też poczucie, że nigdzie nie pasuję; że nie jestem kimś zdegenerowanym lub szukającym kłopotu, ale nie umiem odnaleźć się w świecie ludzi, którzy nigdy nie widzieli innej rzeczywistości. Z kolei z ludźmi, którzy pochodzą z takich środowisk, potrafię znaleźć nić porozumienia. Czuję się sobą i nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem, aby być akceptowana. Naprawdę staram się wyłuskać z tego, co kiedyś robiłam coś dobrego. Zaczęłam udzielać się w wolontariacie, który pomaga ludziom z przeszłością wrócić do codzienności. Wiem, jakie to trudne (nawet idiotyczny język, którym się posługujemy zupełnie się różni od tego z zewnątrz i trzeba się pilnować, nie tylko w przypadku przekleństw) i myślę, że w pewien sposób ich rozumiem. Teraz jest lepiej, ale nie jest jeszcze dobrze. Mam ciągle ten strach z tyłu głowy, te koszmary i wyrzuty sumienia, pociąg i jednocześnie odrazę do używek, alkoholu... Złość i rozczarowanie sobą, że kiedyś popełniłam błąd. Podczas górek jakbym tego nie pamiętała, ale każdy dołek to nie tylko depresja, ale i powrót do tamtego stanu sprzed trzech lat. Podsumowując: nie wiem, co robić. Nie wiem czy zapisywać się na terapię, a jeśli nawet, to czy wspominać terapeucie o tych zdarzeniach? Czy zgłębiać ten temat? Czy jeśli powiem, że myślę, że to PTSD, to uzna mnie za histeryczkę? Z drugiej strony tamten okres nadal paraliżuje moje życie i nie wiem jak sobie z tym poradzić. Gratuluję, jeśli dotrwałeś/dotrwałaś do końca mojego wypracowania
  19. Otóż już w podstawówce miałam problemy z rówieśnikami, przez co również z akceptacją samej siebie i swojego wyglądu. Nie byłam lubiana, było to po prostu widać. Dodatkowo niektórzy śmiali się ze mnie i obrażali od grubasów itd. W gimnazjum też słyszałam parę przykrych komentarzy, nie było jednak ich tak dużo jak w podstawówce. Jednak zostało mi to wszystko do dziś. Powiem wprost- nienawidzę siebie, swojego charakteru ani swojego ciała. Jeżeli chodzi o twarz, to raz uważam że nie jest najgorsza a raz że jest brzydka. Okaleczam się. To jest moja kara za to jaka jestem. Ciągle myślę o głodzeniu się- marzę o byciu szczupłym. Co do społeczeństwa- boję się ludzi. co chwilę myślę że ktoś mnie obgaduje. śmieje sie ze mnie albo coś złego sobie myśli. Boję się robić przy nich cokolwiek, jednym słowem boję się być wśród ludzi. Mam gdzieś prawie wszystko. Nie uczę się, mam gdzieś oceny, mam gdzieś czy ktoś odwróci sie ode mnie czy nie, jestem samotna, jednak mam gdzieś relacje z innymi. Totalnie tego nie rozumiem. Czuję jakbym nie miała nawet emocji. Potrafię być oschła dla własnej młodszej siostry, nie wzruszam się, jednak potrafię się śmiać, są rzeczy które potrafią mnie rozbawić. Myślałam że to może być depresja, ale przecież ja nie chodzę smutna, lecz szczęsliwa też nie jestem. Czuję jakbym była hmm.. obojętna? Nie wiem. Nawet nie współczuję innym. Płaczę jak ktoś powie że jestem gruba, albo powie cokolwiek na temat mojej wagi. Jestem przewrażliwiona na tym punkcie. Co chwilę boję się że mijające mnie osoby będą miały o mnie takie zdanie. Bardzo lubię, znaczy lubiłam śpiewać. Mimo że czasem dalej śpiewam, nie sprawia mi to takiej radości jak kiedyś. Czuję, jakbym również nie miała żadnej pasji. Myślałam kiedyś o samobójstwie, ale nie w sensie że chciałam się zabić. Po prostu przeszło mi to przez myśl, ale wiem, że wcale nie chcę umrzeć. Jestem leniwa. Wiele rzeczy nie chce mi się robić. Najchętniej siedziałabym w domu. Proszę, powiedzcie mi, co się ze mną dzieje. Nic z tego nie rozumiem.
  20. Moje lęki Każdy z nas w życiu doświadcza lęków, niepokoju. Niektórzy radzą sobie z tym lepiej, niektórzy gorzej. Ja jestem z tych, których lęk dobija całkowicie lub w ogóle. Tekst będzie opierał się na moich przeżyciach z tym okropnym uczuciem, które towarzyszyły mi od najmłodszych lat. Zacznę od tego, ze byłem wychowywany przez matkę, która starała się robić wszystko aby w życiu było mi dobrze. Mimo tego, że rzeczywiście robiła wszystko i nadal robi, towarzyszy jej myśl że nie jest wystarczająco dobra. Drugą najbliższą mi osobą jest babcia, która zastępowała mi ojca, który nas opuścił. Mam także siostrę, która nie ingeruje zbytnio w sprawy związane z domem, ale i tak jest kochana (czasami). Gdy miałem 3 latka, poszedłem do przedszkola, juz wtedy czulem ogromny niepokój oderwania sie od domowego zacisza. Byłem na tyle przywiązany do matczynego spokoju i domowej swobody, ze wyczyniałem cuda gdy mama zostawiała mnie na te kilka godzin w przedszkolu. Z ciężkim sercem wracała do auta, gdy słyszała mnie, wołającego do niej: „Nie zostawiaj mnie, nigdy Cię nie zapomnę. Będę tu czekał". Było tak za każdym razem. Przesiadywałem sam na ławce pod oknem i wypatrywałem ukochanej mamy. W wieku 6 lat poszedłem do klasy zerowej podstawówki, w której chyba czułem sie najlepiej. Miałem swoją przyjaciółkę Natasze, z którą nie mogłem przestać sie bawić. W tamtym czasie także odczuwałem lęk, ale nie był on na tyle silny aby przeszkadzał mi w normalnym funkcjonowaniu. Na klasie zerowej zakończył sie mój pozornie wewnętrzny spokój. Każdy kolejny rok spędzałem pod ścianą, nerwowo gryząc moje długie, czarne włosy. Po szóstej klasie, rozwiązały sie wszystkie moje kontakty z kolegami, było ich nie wielu. To wszystko spotęgowało mój lęk przed nową szkołą i trudnościami w nawiązywaniu kontaktów z grupą. Jednym słowem, czułem sie jak niewlasciwy odłamek puzzelka, w każdej możliwej sytuacji. Przed rozpoczęciem nauki w gimnazjum, wyprowadziliśmy się na wieś. Pierwszy rok minął dosyć ciężko, lecz większość mnie zaakceptowała i nie czułem się taki samotny. Nauczyciele nie byli niestety zbyt wyrozumiali, lecz nie mogę tego powiedzieć o wszystkich. Szkolny pedagog wraz z dyrektorką, zadufaną w sobie i swojej świetności oraz władzy, czepiali sie wszystkiego. Sam nie byłem święty. Wiele razy prowokowalem sytuacje po to, aby podyskutować i marnie udowodnić im moją racje. Byłem w tym wszystkim jednak szczery. Nikomu nie robiłem dobrze po to aby mi samemu było lepiej. Wszystko co mi się nie podobało wyrażałem słowami lub czynem. Ludzie tego nie tolerują. Trzeba być jednolitym ze stadem. Nie można odłączać się od reszty i dokonywać zmian. Podważanie czegoś jest niewłaściwe. Po co to robić, przecież jesteś, żyjesz, to ci wystarczy, tak myśli większość. Wszystkie te rzeczy podbudowywały mnie i w dziwny sposób zabijały lęk, tak naprawde przed niczym. Wiedziałem wtedy ze funkcjonuje, że coś robię, dokądś dąże. Przed rozpoczęciem drugiej klasy gimnazjum znalazłem przyjaciela. Kamil był w wielu rzeczach podobny do mnie. Był introwertykiem, który czasami jednak ulegał grupowej presji, lecz nie tak jak wszyscy. Był jedyną osobą dla mnie. Z całej szkoły tylko on mi odpowiadał. Zaczęliśmy się kumplować. W wieku 13/14 lat wypiliśmy razem nasze pierwsze piwo „Baca". Było cudownie i prześmiesznie. Wakacje mijały na ogół spokojnie, nie byłem zdenerwowany całym systemem i stadem glupich ludzi, ktorzy mnie otaczali. Mogłem na chwilę odetchnąć. W wakacje przed rozpoczeciem kolejnego roku szkolnego, znalazłem dziewczynę. Nie byłem jak wszyscy. Traktowałem to wszystko na poważnie, liczyłem na prawdziwy, młodzieńczy związek (nie przeliczyłem sie). W drugiej klasie gimnazjum zaczalem często pić z Kamilem. Po pewnym czasie stało sie to po prostu nudne i monotonne, nie dawalo nam nic poza bólem brzucha. Zacząłem palić marihuanę, której zwolennikiem byłem od zawsze. W przeciwieństwie do alkoholu dawała mi ona spokój i opanowanie, mogłem na wszystko spojrzeć z innej strony. Zrezygnowałem totalnie z alkoholu. Paliłem dość rzadko. Razem z moim przyjacielem, zastąpiliśmy alkohol marihuaną. Nie robiliśmy tego tak często jak z butelką. Nie ciągnęło nas. Mój lęk do całego swiata odwrócił się, zacząłem żyć i funkcjonować jak każdy inny człowiek. Czułem się świetnie. Na kolejnych wakacjach spotkała mnie przykra sprawa z moją dziewczyną, która zaindukowała u mnie lekką depresję i wyciągnęła lęki na wierzch. Przestałem sobie radzić ze światem. Udałem sie wtedy pierwszy raz do psychiatry, który rzeczywiście mi pomógł, dostałem leki. Po 2 miesiącach stanąłem na nogi. Raczej zadziałała tu autosugestia, ponieważ leki po mniej wiecej tym czasie stają się „aktywne". Przez kolejne kilka miesięcy bylo przeciętnie, popałałem marihuanę i piłem okazjonalnie piwo. Moje lęki nie były bardzo mocne, miałem czasami trudności, ale każdy z nas je ma. W domu niestety bylo gorzej. Mama nie dogadywała się ze swoim narzeczonym, który nie traktował jej dobrze. Przez to wszystko zacząłem sie izolować, zamykałem sie w pokoju, byłem drażliwy. Podświadomie moje lęki i złość na mamy wybrańca rosły. Przechodziłem trzecią klasę gimnazjum. Pod koniec zacząłem więcej palić, alkohol wtedy odstawiłem całkowicie. Eksperymentowałem wtedy także z różnymi psychodelikami. Było to raczej z mojej wrodzonej ciekawości poznawczej. Byłem ciekawy wszystkiego. Mama się dowiedziała i zaczęła sie afera. Pozostałem tylko przy marihuanie i niczego więcej poza okazjonalną kodeiną nie używałem. W domu nie było dobrze. W tej chwili już mąż mojej matki zaczął byc agresywny i ciągle sfrustrowany. Zamykałem się juz coraz częściej w pokoju. Zostałem sam z lękiem i obawami o mame. Pewnego razu, nie mogąc patrzec jak ją traktował, postawiłem mu się i wyciągnąłem wszystko na wierzch. Wyprowadził się. Zaczęły się groźby w moja stronę. Po pewnym czasie sytuacja zamilkła i wszystko złagodniało. Dom stał sie na nowo oazą spokoju. Do czasu. Nie paliłem juz w tamtym okresie marihuany. Bałem sie, ze nasili moje lęki i pogłębi sytuację, w której wszyscy sie znajdowaliśmy. Wszystko na pozór było dobrze. Niewiele czasu po całej sytuacji dostałem bardzo silnych lęków z atakami paniki i depresją. Myślałem, ze przejdzie. Wytrzymałem kilka dni w tym stanie, po czym doszła tak silna derealizacja że nie odróżniałem czasami co jest prawdą a co fikcją. Mama próbowała zarejestrować mnie do psychiatry, niestety nieskutecznie. Kolejki były strasznie długie, a ja potrzebowałem pomocy na już. Udałem się do rodzinnego, od którego dostalem xanax i ssri, które przytłumiły moje emocje, niestety bardzo lekko. W tej chwili raz jest lepiej, a raz gorzej. Za dwa dni mam wizyte u psychiatry i decyduję się na psychoterapie. Niektóre dni to naprawdę męka. Nie życzę tego żadnemu wrogowi. Zwracajcie uwagę na to w jakim srodowisku sie obracacie i co jest dla was dobre. Niektóre rzeczy podświadomie wpływają na naszą psychikę i problemy wychodzą dopiero z czasem. Dlatego powinniśmy szanować swoje poczucie spokoju jak i innych, aby nie byc w sytuacji w której w tej chwili znajduję się ja.
  21. Jestem Maribell, mam 34 lata, dwójkę synów i nawet spoko męża. I tak jak Wy, niestety zmagam się z nerwicą lękową i hipochondria. Pierwszy raz dopadła mnie około 11 lat temu. Następnie się wyciszyła z małymi epizodami po czym wróciła w tym roku z mega natężeniem przez stres w związku i w pracy. Zaczęła już wracać około 2.5 roku temu ale było jeszcze znośnie. Natomiast teraz doszło do tego, ze np nie jestem w stanie nawet sie wykąpać cała pod prysznicem, żeby nie zamoczyć nosa i uszu i nie zarazić się czymś z wody, więc myję się na raty, że tak nazwę. Nie jestem w stanie wsiąść do samolotu bo się na pewno rozbije lub ja dostanę jakiegoś zatoru w trakcie lotu i umrę. Nie jestem w stanie jeść, bo jeszcze jedzenie mi utknie i się udusze. U dentysty nie wezmę znieczulenia, bo dostanę jeszcze na nie alergię i zejdę i tak mogłabym wymieniać. Potrafię przepłakać całą grypę bo to sepsa bankowo i umrę... Fajnie, że jest to forum i możemy się wzajemnie wspierać. Mi nerwica i hipochondria odbiera radość życia. Nic tylko kłaść się do trumny....
  22. Witam. Od dłuższego czasu zmagam się z pewnym problemem. Mianowicie odczuwam ogromny lęk przed chorobami fizycznymi, szpitalem, osobami chorymi (fizycznie). Jest to bardzo duży lęk. Miewam ataki paniki, uczucie niepewności strachu i jak już wcześniej powiedziałam owego leku. Od niedawna jest gorzej czasem nie mogę spać po nocach bo rozmyslam o chorobach i że je mam. Wmawiam sobie różne choroby regularnie sprawdzam swoje ciało z obawą że dopadła mnie jakaś choroba. Pytam bliskie mnie osoby czy z moim zdrowiem jest na pewno wszystko dobrze. Oni zawsze odpowiadają że wszystko jest bardzo dobrze. Czasem mam tak że chodzę do lekarza żeby zbadał moje ciało np brzuch . Zawsze każda wizyta kończy się pozytywnie. Jednak to mnie nie uspokaja. Proszę o pomoc.
  23. Witam, mam 16 lat i problemy z rozpoznaniem swojej orientacji. Strasznie źle czuję się z tym, że mogłabym stworzyć kiedyś związek z kobietą. Nie wyobrażam sobie takiego związku, może go nie chcę po prostu, bądż jest to dla mnie inne.... A najgorsze jest to że mogłabym, ale gdy o tym pomyśle, to nie wyobrażam sobie związku na dłuższą metę. Kocham tego przyjaciela, przynajmniej mi się tak wydaję. Boli mnie to, bo naprawdę nie chce, nie chcę go krzywdzić, on wiele przeszedł, a moje problemy mogą go tylko dobić. Naprawdę myślę, że wolałabym abym myślała o czymkolwiek innym niż własnej orientacji. Bardzo boję się, że pewnego dnia obudzę się i powiem, że jestem innej orientacji, gdzie wcale jej nie chce. Cały czas o tym myślę, chciałabym być 100% hetero, nie zastanawiać się tylko żyć jak inni. Boję się, że to może być od ,, drobnych'' problemów rodzinnych, cały czas kiedyś musiałam włączać sobie specjalnie muzykę dla OCD żeby w ogóle móc normalnie zasnąć. Dużo czytałam na forach o HOCD, jest to jedna z najgorszych nerwic, ale teraz nie wiem czy to tylko typowe zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Chciałabym mieć spokój ducha i wiedzieć, że stworzę kiedyś normalną rodzinę z mężczyzną u boku, ale z tymi myślami już sobie nie radzę. Napadło mnie to wczoraj i nie śpię już cały dzień. Kompletnie nic nie jem, nie mam na nic ochoty. Porównuję poziom podniecenia u obu płci, ostatnio też nawet sprawdzam czy mam na myśl kogoś motylki. Strasznie martwi mnie gdy odczuwam je przy kobiecie a z drugiej strony bardzo nie dawno przed atakiem myśli ze mogę być homo, kochałam chłopaka ,nie wiem czy nadal ale martwi mnie to, bo czy można przestać kochać tak z dnia na dzień i przestać odczuwać motyki co do tej osoby i jakiekolwiek uczucia ?strasznie się nakręcam, a wydaje mi się że to dla mnie dużo gorzej. Czy może mnie podniecać każda kobieta którą zobaczę na jakichkolwiek socialmediach? Przeraża mnie ten fakt. Miałam taki atak już wcześniej przed świętami bo śnił mi się stosunek z kobietą przez to przez całe święta schudłam z cztery kilo a z natury jestem bardzo chudziutka i mam niedowagę . Po jakimś czasie był spokój . Wtedy wydarzyła się niepokojąca sytuacja związana z moja koleżanką , z pokoju w internacie(mówiła straszne rzeczy przez sen,co było dla mnie traumatyczne i kilka dni nie mogłam się pozbierać, mówiła po angielsku coś w stylu ,,że jest demonem i nie może wyjawic swojego imienia bo to ja zniszczy,, moja psychika podupadła i nie mogłam dojść do siebie przez kilka dni, ale nie o tym to wyznanie niestety...).I w tym czasie zbliżyłam się do przyjaciela który już wcześniej mi się podobał, bardzo dużo przeszedł, nadal jest we mnie zakochany. A ja co? Nie chcę krzywdzić osoby do której coś czułam/czuję, opowiedziałam mu o tym co ostatnio przeżywam, ale on sam strasznie dużo przeszedł i mówi że zakochał się pierwszy raz (we mnie). Nie chciałabym się obudzić i stwierdzić, to nie to, jestem homo. Najgorsze w tym wszystkim jest to że przez to nie jem i nie śpię cały czas mam w głowie ''Dlaczego ja? Dlaczego musisz myśleć akurat o orientacji? Chciałabym być 100% heteryczką!" Boję się że będę homo , ale mam z drugiej strony nadzieję że to ta nerwica. Nie radzę już sobie z tymi myślami zabierają mi całe dnie, ale jeśli te objawy sprzed świąt ustąpiły i mogłam zakochać się w chłopaku? Mam straszne wyrzuty sumienia, od tego pojawiają mi się, sporadycznie myśli samobójcze . I nie wiem czy po prostu nie akceptuję tego że mogę być odmiennej orientacji, czy niej jestem i mam nerwice a do tego wmawiam sobie, że muszę być hetero,lub to po prostu nerwica. Dodam że z pójściem do psychologa u mnie ciężko rodzice zlekceważą moje objawy, bo naprawdę wiem, że łatwo powiedzieć udaj się do psychologa, on Ci pomoże, jestem z małej miejscowości, i nie ma tu za bardzo tolerancyjnych osób jak mi się wydaję.
  24. Jak pisałam w temacie powitalnym, zmagam się z wieloma problemami, ale ostatnio najdotkliwszymi jest dla mnie nerwica oraz nasilająca się fobia społeczna, izolacja. Od ponad dwóch lat nie byłam nigdzie "na mieście", tak po prostu, poza jednym samotnym wyjściem do kina i jednym spotkaniem koleżanki z dawnych lat spoza miasta. Obecnie jestem po zakończonym prawie dwuletnim związku, zakończonym z mojej inicjatywy, ale ja nie o tym... Niemniej to poniekąd ważne w kontekście tematu. Język będzie dość dosadny, jeśli komuś to przeszkadza, uprzedzam; podobnie jak poruszenie wątku seksu. Jak ZMUSIĆ się do zrobienia czegoś, z czego - na dłuższą metę - będę odrobinę "zadowolona" i zmniejszy to moją izolację (chodzi o wyjście z kimś na pseudo-randkę, spotkanie zapoznawcze, ale nie poruchawcze... jeszcze) - ale czego się tak kurewsko boję...? ...że od paru dni nie mogę prawie spać i wyję, układam w głowie tysiąc scenariuszy od tego jak się ubiorę jeśli pójdę, co powiem jeśli nie, że nie wybaczę sobie nigdy i pogłębię izolację jeśli nie to doskonale zdaję sobie sprawę, ale opcja "pójdę" niesie za sobą panikę i wyjście poza strefę komfortu, wyrzucenie wręcz poza nią... Zawsze na spotkaniu w pubie mogę niby wstać i odejść jak coś będzie nie tak, ale chyba aż tak asertywna nie jestem, pomyślę sobie 'wytrzymam, głupio mi' i jakoś tak... Czuję się jak z rozdwojeniem jaźni. :( Wiem, że mi to pomoże, jak wspominałam, ale nie mogę się do tego przekonać mimo ustalenia już dziś dokładnego terminu, myślałam że jak to zrobię to trudniej będzie mi się wycofać. Próbuję sobie wyobrazić ulgę już po, ale nie chcę by ulga po spotkaniach z ludźmi wynikała u mnie tylko z faktu zakończenia tych spotkań i możliwości powrotu do chujowego comfort zone zaciskającego się niczym pętla na szyi, coraz ciaśniej... A to wymyślanie scenariuszy to moje przekleństwo i pierdolec; jak usiądę, jak się ubiorę, co odpowiem; tak bardzo chciałabym się z tego cieszyć i być spontaniczna. Zamiast tego (tu już mam świadomość, że lekko przesadzam, ale pojawia się cichy głosik - a jeśli nie?) mam wrażenie, że druga osoba ucieknie zamiast się do mnie IRL przysiąść, bo mam zwyczaj bycia 20 min wcześniej niż 2 minuty za późno. A jeśli będę wystawiona, to już w ogóle powrót do izolacji w chuj, choć teoretycznie są na to małe szanse... Zaś jeśli gadka nie będzie się kleić, no to bywa, koniec świata to nie będzie (choć i tak będę to tylko sobie wypominać przed snem miesiącami), progress jakiś tam w postaci odważenia się wyjść z kimś po raz pierwszy przez dwa lata z własnej inicjatywy, ale... No właśnie, mam tych ale z pięć tysięcy. :( To coś w stylu "chciałabym, ale się boję". Czasem dobrze skoczyć na głęboką wodę (jak np. pokonanie lęku wysokości skokiem na bungee, co zrobiłam i adrenalina po jest cudna), ale na samą myśl o wyjściu z domu włącza mi się tętno 200 i atak paniki oraz świadomość miliona złych cech swojego wyglądu/charakteru, nawet jeśli podświadomie wiem, że to choroba przesadza. Kolejna sprawa, boję się bliskości, boję się seksu, boję się jego konsekwencji, podczas wątpliwej jakości zbliżeń w przeszłości nie mogłam myśleć o niczym tylko "czy kondom się nie zsuwa/nie pęka", bo nie mogę przyjmować antykoncepcji hormonalnej ze względu na PCOS. Z tego też względu mam nadwagę i dość dysproporcjonalne ciało, małe piersi, na pewno nic seksownego mimo prób poprawy sytuacji przekłuciem sutków... Wiem INTELEKTUALNIE, że zabezpieczenie się prezerwatywą + tabletką poronną (jeszcze ważną mam w domu, Ellę sprzed wprowadzenia recepty) w razie czego daje mi PRAWIE pewność jeśli dobrze jej użyję, ale... No właśnie, mieszkam z babką, która najchętniej by widziała mnie żyjącą jako starą pannę z kotami, straszy mnie ciągle odnośnie zajścia w ciąże i dziecka, gdybym zaszła - albo aborcja (nie stać mnie) albo samobójstwo, bo nie urodziłabym, nie wyobrażam sobie tego, zniszczyłoby mi to studia i wszystko, całe moje życie. Zwłaszcza z facetem, z którym na 2-3 spotkaniu np. decyduję się iść do łóżka, ale nie jesteśmy w związku... Ot, przykład. Mam swoje "fetysze" i wiem, co lubię, teoretycznie jestem osobą otwartą w kwestii seksu; a jednak, w praktyce się spinam, boję się zdjąć stanik, boję się pokazać swojego ciała, boję się odrzucenia... Boję się ponad wszystko wpadki, choć intelektualnie wiem, że to możliwe w 0,00001% (anty + PCOS, który utrudnia zajście + tabletka w razie czego), teksty rzucane przez babkę jakoś "podświadomie" do mojego mózgu się wbijają i tam głęboko zostają. Jest to osoba z demencją, potrafiąca wyzwać mnie (wnuczkę) i swoją córkę (moją matkę) od "ćpunek, dziwek" i innych... Boję się, że na przykład po seksie oralnym skończonym w środku ust zostaną tam plemniki, pocałuję go gdzieś i jakimś cudem trafią do mojej pochwy, co zakrawa już na chorą obsesję; wybaczcie graficzne opisy, ale jestem w stanie pomyśleć jeszcze o wielu takich sytuacjach, np. przeniesione na palcach, na języku, źle założona prezerwatywa, felerna prezerwatywa, pisząc to płaczę i się nakręcam... TL;DR "chcę, ale się boję i wmawiam sobie chorobowo, że nie chcę wcale bo boję się odrzucenia, ale jeśli nie próbuję - tylko pogłębię izolację" - jakby nie było dobrego wyjścia... Niestety nie mam nikogo znajomego, takiego żeby mnie zaprowadził na siłę - rozważałam już to, i wtedy jakiś drink na odstresowanie i pewność, że nie ucieknę z pubu. Nie chcę nikogo skrzywdzić ani swoją chujową osobą, ani wystawieniem, bo to bardzo nie w porządku. :( Odważyłam się to napisać tylko dlatego, że rycząc jestem w 3/4 butelki wina. Mam dość spędzania każdego tygodnia tak samo, samotnie, płacząc, mam 22 lata i umarli mają w sobie więcej samoakceptacji i życia ode mnie...
  25. Witam od jakiegoś czasu mam problemy w szkole. Mam skończone 18 lat chodzę do Liceum w niedużej miejscowości. Mój problem to Matematyka. Opuścilam bardzo dużo godzin (z 20) z powodu tego przedmiotu , na samą myśl o nim robiło mi się gorąco raz zimno cała się trzęse, chce mi się płakać. Rozmawialam z nauczycielką, ze zacznę chodzić normalnie. Niestety w domu cały czas mnie to prześladuje nie mogę spać w nocy mam ciągle koszmary strasznie się boję paralizuje mnie ten strach co mam zrobic mam dopiero 18 lat zostało mi niecale 3 miesiące szkoły
×