Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Depresja

Znaleziono 105 wyników

  1. Czy branie przeciwdepresantów było przeciwwskazaniem do starania się o prawko? Czy biorąc leki (i przyznając się do tego) przeszliście badania lekarskie na prawo jazdy? Czy przyznaliście w wywiadzie na badaniach lekarskich kwalifikujących na prawko do przebytej albo obecnie leczonej depresji? Czytam o tym, że branie psychotropów to przeciwwskazanie do prowadzenia samochodu? A chcę mieć prawko. Mam się teraz ok ale biorę leki. Jak z tego wbrnęliście? Proszę o rady, Wasze doświadczenia.... Zatailiście chorobę?
  2. Czy lek przeciwdepresyjny zlikwiduje trudności z koncentracją i utratę zainteresowania zainteresowaniami które kiedyś cieszyły?
  3. Cześć wszystkim. Od dłuższego czasu (w sumie to od gimnazjum, a mam 23 lata) zmagam się z brakiem pewności siebie. W czasie okresu szkolnego (koniec gimnazjum i początkiem klasy średniej) opuszczałem zajęcia, zostawałem w domu ponieważ czułem lęk idąc tam. Byłem także pod koniec gimnazjum u psychologa, niestety źle to wspominam. Z czasem było trochę lepiej ale po ukończeniu szkoły zacząłem się przejmować ludźmi kto coś o mnie myśli czy mówi. Tak jak teraz mam lęki idąc np. do kościoła (przy większym gronie ludzi) lub myśląc o czymś do przodu bojąc się że dostanę np. mandat za przekroczenie prędkości lub za cokolwiek.. Z nerwów potrafię "przewracać" oczami w stresujących momentach. Myślałem, że z wiekiem to minie ale niestety jest coraz gorzej. Mam kompleksy, ponieważ jestem chudy i ciężko przez stres przybrać mi na masie. Szybko się poddaje np. podczas ćwiczeń mam zapał parę dni później odpuszczam lub chcąc rzucić palenie przestaje na ok. 1 miesiąc potem znów do tego wracam (palę e-papierosy, a w 3 klasie technikum rzuciłem tradycyjne). Często także rozmyślam o przeszłości, ponieważ miałem taki okres w życiu że źle traktowałem swoich bliskich oraz dużo piłem alkoholu (w sumie teraz w cięższych chwilach też sięgam po alkohol myśląc, że to może pomoże :)). Po ukończeniu szkoły ciężko było mi utrzymać się w jakiejkolwiek pracy (zwolniłem się sam z własnej woli pod wpływem emocji), obecnie od paru miesięcy pracuje ale jest to praca na magazynie z małą ilością osób (więc stres nie jest tak duży), a chciałbym się rozwijać niestety boję się, że znów ktoś "krzywo" na mnie popatrzy itp. Czasem gdy mam "doła" mam myśli samobójcze (chociaż wiem że i tak do tego nie dojdzie). Co do mojego stosunku do ludzi stałem się strasznie nerwowy, łatwo potrafię na kogoś popatrzeć z pogardą czy powiedzieć coś obraźliwego. Próbowałem namówić samego siebie na wizytę u psychologa czy psychiatry ale później rozmyślam czy to na pewno coś da.. Próbowałem także zażywać leki uspokajające, ashawgande niestety nic nie pomagało. Wiem, że moja przypadłość jest duża oraz że wyżalam się z czym nie czuję się dobrze i oddałbym wszystko aby być lepszym co siebie i innych ludzi. Chciałbym normalnie zacząć żyć i cieszyć się życiem. Z góry przepraszam jeżeli źle przybrałem w zdania, starałem się opisać jak najdokładniej swoją przypadłość. Pozdrawiam i życzę miłego dnia .
  4. Hej, nie wiem czy w odpowiednim miejscu tworzę ten temat. Jeśli nie to proszę o przeniesienie. Zacząłem się dzisiaj zastanawiać nad emocjami, tym co czuję i doszedłem do wniosku, że staję się coraz bardziej zimny. Owszem, biorę leki antydepresyjne, które mają wpływ na emocje, ale już przed nimi czasem łapałem się na tym, że w sytuacjach w których powinienem coś czuć nie czułem nic. Na przykład dziewczyna (już była) wysłała mi nagranie, monolog w którym odnosiła się do naszej związkowej sytuacji, płakała, a mnie to nie ruszyło. Mogłem iść po odsłuchaniu oglądać YT albo sobie pograć, itd. To było przed lekami. W trakcie farmakoterapii też jest podobnie. Ktoś ze znajomych pisze mi, że dzieje się coś złego, a ja nie mam tej empatii. Owszem, staram się pomóc, pocieszyć, ale w środku zero reakcji. Dostrzegam też to w odniesieniu do samego siebie. Kiedy robię coś nie tak albo próbuje przekonać siebie do działania, zrobienia czegoś ze swoim życiem, to tak jakbym mówił do ściany. Jakby dwie osoby były we mnie i ta słabsza chce ruszyć, być inna, lepsza, ale ta silniejsza totalnie ją olewa, bez mrugnięcia okiem, bez emocji. Też nie jest tak, że kompletnie nic nie czuję. Wciąż towarzyszy mi lęk, stres, radość, smutek, zdenerwowanie, itd. gdyby coś złego stało się moim bliskim, to nie wiem jakbym psychicznie sobie z tym poradził. Wszystkie znajomości jakie mam mógłbym zakończyć dzisiaj, a nie poczułbym, że mi ich brakuje. Pamiętam, że jeszcze z 5-6 lat temu wyglądało to inaczej, miałem empatię, cieszyłem się nawet z tego, bo dzięki temu łatwiej było mi zrozumieć drugą osobę. Pomóc jej. Dziś coraz rzadziej tak szczerze potrafię współczuć. Czy brak mi wrażliwości, takiej która sprawia, że łezka kręci się w oku człowieka? Raczej nie. Wiele sytuacji wpływa na mnie nawet zbyt bardzo. Na filmie Mój przyjaciel Hachiko mógłbym płakać cały czas jak i przy wielu innych scenach filmowych. Łza pojawiła mi się też na pogrzebie ciotki, ale nie z jej powodu, a tego przerażającego smutku i płaczu, np. mojej mamy czy jej męża. Kiedy w domu ktoś słyszy w TV, że zginęło dziecko to przeżywa mniej lub bardziej. Mi jest to obojętne. Czy ktoś jest w stanie powiedzieć mi co jest grane? Czy to może być jakaś choroba, a może efekt uboczny stanów depresyjnych, lękowych i nerwicy? Czy to wszystko świadczy o tym iż jestem złym człowiekiem? Coraz bardziej mi to przeszkadza. Oczywiście... bez emocji ale gdzieś w środku wiem, że to nie tak powinno wyglądać. Może opisałem to zbyt chaotycznie, zbyt mało szczegółów, ale ciężko wyrazić to słowami.
  5. Cześć, Już od dłuższego czasu borykam się z poczuciem, że w ogóle życie nie ma sensu. Gdy zaczęłam zastanawiać się nad moim życiowym celem doszłam do tego, że nie mam żadnego. Każdy dzień wygląda tak samo - praca, jedzenie, sen. Niedługo rozpocznie się kolejny rok studiów, na które poszłam z pewną nadzieją, że być może jakoś się podniosę, że uda mi się poukładać co nieco w życiu, ale okazało się, że był to strzał w kolano. Skończyłam na kierunku studiów, który jest dla mnie ciężki i jeszcze bardziej pogłębia stan, w którym jestem. Zaczynam rozsypywać się zdrowotnie, a żaden lekarz nie jest w stanie określić co mi dokładnie jest - tylko wzrusza ramionami zalecając więcej ruchu, ćwiczeń. A ja nie mam na nie siły. Nie mam siły na nic, mogłabym tylko spać i spać. To wszystko sprawia, że strasznie się zamartwiam o moje zdrowie, o moje życie, o to jak ono się potoczy, a potem dociera do mnie, że jakoś nic nie jest w tym życiu fajne, bo też nic mnie nie cieszy już od bardzo wielu lat. Jakbym miała nazwać swoje życie to powiedziałabym, że to egzystencja w trakcie oczekiwania na śmierć. Kilka lat temu próbowałam się leczyć psychiatrycznie, byłam na kilku sesjach terapii, ale nie było mnie stać by kontynuować leczenie. Teraz z resztą jest bardzo podobnie, a na Luxmed w moim mieście nie ma szans się dostać na wizytę. Najbardziej dobija mnie chyba bezgraniczne poczucie osamotnienia. Bo na dobrą sprawę nie mam nikogo. Rodzice mają własne problemy, siostra miewa epizody ciężkiej depresji i raczej to ja wspieram ją niż jest odwrotnie, nie mam żadnych przyjaciół, partnera, nikogo. Jestem sama. I wątpię, że to się zmieni - nie ważne jak się staram, w końcu ludzie o mnie zapominają i przypominają sobie o mnie tylko, jeśli to ja zainicjuję rozmowę, zupełnie tak jakby telefon czy internet działał tylko jednokierunkowo... Czy macie może jakieś sposoby jak poczuć się chociaż trochę lepiej?
  6. katarzyna.g

    smutek

    od kilku lat zmagam się z chronicznym smutkiem, przeszkadza mi to w codziennym funkcjonowaniu, np. jest mi za smutno, żeby iść do sklepu itd. Myślałam ze to lenistwo ale potrafię bardzo szybko przypomnieć sobie jakąś smutną rzecz z życia a najczęściej tęsknotę za czymś a wiadomo że przynajmniej póki co, osoby bliskie nie mogą być ze mną 24/7 żeby nie myśleć o tym, mam zdiagnozowane lęki i płaczliwość, jednak myśle ze może jest jakiś sposób na myślenie o innych rzeczach niż ten smutek, który u mnie powoduje lęki. Np. oglądam coś i zajmę myśli tym co akurat oglądam, wystarczy ze oderwę wzrok i coś sobie przypomnę, to w jakim miejscu w życiu się znajduje, to że mam ciągły mętlik w głowie i już przerażający smutek wraca :(
  7. Z powodu depresji straciłam ochotę i siłę na robienie tego, co kiedyś uwielbiałam robić. Teraz wiele razy się nudzę, ale też nie jestem w stanie się za nic zabrać, bo wszystko mnie męczy, nawet granie w ulubioną grę czy obejrzenie serialu na Netfliksie... Czy ktoś z was też tak ma/miał i jak sobie z tym radzicie/poradziliście?
  8. Hej. Jestem tu nowa i może najpierw przybliżę wam moją historię. Nie mam się komu wygadać, wyżalić, a może ktoś miał podobnie. Niedawno skończyłam 20 lat i... nie umiem sobie poradzić z życiem od 4 lat kiedy zmarł mój przyjaciel. Dlaczego aż tak to przeżyłam? Bo nie miałam nikogo bliskiego w swoim gronie. Nie pochodzę z bogatej rodziny, ojca nie miałam, mama zawsze była w pracy, a jeżeli wróciła do domu to uwagę skupiała na moich dwóch starszych braciach (w tym jednym niepełnosprawnym). W konsekwencji więcej czasu spędzałam z dziadkami i czułam się niechciana przez rodziców. Jak mama mi poświęcała chwilę uwagi to zazwyczaj dawała mi do zrozumienia, że do niczego się nie nadaję, że na pewno sobie nie ułożę życia i potrafiła powiedzieć, że żałuje tego, że mnie urodziła. Ciągle manipulowała moimi wyborami, to co ja chciałam robić w życiu jej się nie podobało i zawsze było jakieś "ale" : "ale to przecież daleko", "ale nas na to nie stać", "ale co jak Ci się nie uda". Zawsze szłam wytyczonymi przez nią ścieżkami. To krótko o rodzinie. W szkole natomiast byłam często wyśmiewana, że jestem biedna, mam ojca alkoholika i wyglądam jak paszczur. Oderwałam się od wszystkich osób i zatopiłam się w nauce - była to 2 klasa podatawówki. Zaczęłam czytać książki, zaczęłam rysować (jak każde dziecko), poszłam na zajęcia dodatkowe ze wszystkiego czego się da byleby być jak najdłużej poza domem, ale jednocześnie mieć wokół jak najmniej osób. W 4 klasie zaczęłam się zachwycać naukami ścisłymi i chciałam iść w tym kierunku. Podobał mi się świat matematyki, był taki piękny... Ale moja mama ten świat zniszczyła mówiąc, że i tak po tym nic nie będę miała (sama jest nauczycielem matematyki). Mimo tego jej nie posłuchałam i dalej pogłębiałam wiedzę. W 6 klasie podstawówki nadszedł wybór gimnazjum, myślałam, że będę mieć możliwość odbicia się i spotkania lepszych ludzi zwłaszcza, że nie szedł tam nikt z poprzedniej szkoły, ale było o wiele gorzej. Próbowałam się uspołecznić, ale znów zostałam wyśmiana tym razem przez sylwetkę (dużo ćwiczyłam), przez to że jestem kujonem i przez to że nie umiałam po prostu się nauczyć języka angielskiego (wolałam niemiecki). Tylko dlatego że byłam kujonem grupka koleżanek była dla mnie miła bo "miał kto im robić zadania". Często słyszałam od nich przykre rzeczy, ale się z nich śmiałam obracając wszystko w żart i wewnętrznie płacząc. W 2 klasie gimnazjum poznałam mojego przyjaciela (nazwijmy go Bartek). Była to jedyna osoba która mnie zaakceptowała i niestety była to przyjaźń na odległość. Pod koniec 3 klasy gimnazjum w czerwcu, kiedy nadchodził czas na wybór liceum, ja wegetowałam w łóżku. Nie byłam nawet w stanie iść na pogrzeb Bartka, na zakończenie szkoły. Jeszcze chwilę przed jego śmiercią, jakoś w lutym, poznałam swojego pierwszego chłopaka, a wakacje przed liceum okazały się najgorszym okresem mojego życia. Dawna "koleżanka" z podstawówki rozpuściła plotkę o tym, że znęcam się nad psami, że je zjadam. Mój "chłopak" za to na całą wieś wykrzyczał, że jestem dziwką i że byłam na skrobance, a tak naprawdę siedziałam u Bartka w szpitalu. Do liceum poszłam z nastawieniem wewnętrznym bardzo anty do ludzi, ale i tak miałam przyklejony uśmiech do twarzy. Byłam po prostu sztuczna, a oni wszyscy to łykali jak ryby przynętę. Zatopiłam się w nauce, przestałam się przejmować tym o ludzie o mnie myślą. Pamiętam, że samopoczucie miałam fatalne i zmieniło się to jakoś w 2 klasie liceum. Oczywiście na koniec szkoły średniej trzeba było podjąć wybór - na jakie studia iść. Moja mama nie przyjmowała do wiadomości tego, że chcę roku przerwy, że chcę odsapnąć od pogoni za karierą, a prawda byłą taka, że bałam się tam iść. Bałam się zaaklimatyzować. Mimo dużej ilości nauki matura poszła mi bardzo słabo. Nie dostałam się na wymarzone studia i w konsekwencji, za namową mamy, poszłam na takie na, które nie chciałam. Mimo to pokochałam miasto w którym studiowałam, poznałam swojego chłopaka, ale i tak podczas roku tam się zwyczajnie zapadłam. Nie zaliczyłam kilku przedmiotów i poczułam się jak nieudacznik patrząc jak mój brat sobie dobrze radzi, wszystko zalicza, a nasza rodzicielka jest z niego dumna, a mnie traktuje jak ofiarę losu. Postanowiłam zmienić kierunek studiów i wystartować na uczelnię, która była daleko od domu, ale... W lipcu zaczęłam czuć niemoc wstania z łóżka, co noc wymiotowałam, płakałam. Mimo to codziennie się uśmiechałam, żeby po sobie nie dać tego poznać. Po tygodniu studiowania wróciłam do domu i zaczęłam mówić, że to przez tęsknotę chcę wrócić, że sobie nie daję rady psychicznie, że będę mieć swojego chłopaka bliżej, pomogę w domu, poprawię maturę i dostanę się gdzieś bliżej. Wszystko mnie przytłoczyło. Widziałam zawód mamy i wiedziałam, że będzie mnie za to nienawidzić, dlatego na każdym kroku mi udowadniała to że jestem nieudacznikiem, że mój brat jest cacy bo studiuje, że jest mądry, a ja się do niczego nie nadaję... I ciężko mi z tym, że nie dałam sobie rady, że jestem do niczego. Zaczęłam mieć myśli samobójcze, z którymi próbuję sobie radzić, ale mi to nie wychodzi. Zaczęłam wyobrażać sobie świat beze mnie, że wtedy byłby lepszy... Gadałam o tym wszystkim z chłopakiem i chcę być dla niego silna, chcę dać sobie z tym radę, ale to jest silniejsze ode mnie i myślę czy by nie znaleźć mu dziewczyny, która jest mądrzejsza, ładniejsza, bardziej otwarta, a rodzinie córki/wnuczki/kuzynki, która by była lepsza ode mnie... Przepraszam, że wyszło to takie długie. Może wszystko wyolbrzymiam, może rzeczywiście jestem słaba, może rzeczywiście się do niczego nie nadaję... Chciałabym tylko wiedzieć czy jest ktoś kto był w podobnej sytuacji, albo ktoś kto by poradził jak się w takiej sytuacji ogarnąć skoro nie mam na to siły... I proszę - bez żadnych docinek. Mam nadzieję, że są tu jeszcze ludzie, a nie taborety. Z góry dziękuję za wszystkie odpowiedzi.
  9. Witam, mam 28 lat i jak w moim opisie jestem od roku trzeźwą alkoholiczką (piłam 8 lat; przestałam po przeżyciu delirium tremens), osobą w depresji (od kiedy pamiętam) i z nerwicą lękową i natręctw (od ponad 9 lat; pojawiła mi się bezpośrednio po ciężkim porodzie, który ledwo przeżyliśmy, gdyż odkleiło mi się łożysko, miałam bardzo silny krwotok i ponoć 15minut życia, przetaczaną wielokrotnie krew, syn miał wtedy 3pkt w skali Apgar) oraz z zespołem opóźnionej fazy snu (od kiedy pamiętam; ale ostatnio już całkowicie dzień zamienił mi się z nocą, co najbardziej mnie dołuje). Szukam jakiegokolwiek wsparcia, bo jestem bardzo już zdesperowana całym swoim życiem, coraz częściej też pojawiają mi się myśli samobójcze, a już jedną próbę miałam (kilka lat temu, wraz z obławą policyjną na mnie, chciałam skoczyć z mostu, zostawiłam list pożegnalny, samookaleczałam się i byłam pod wpływem alkoholu, w dodatku mój były mąż jest policjantem i on też tam był) i mam syna, więc teoretycznie mam dla kogo żyć. Jestem samotną matką, bezrobotną w wyniku moich problemów, które uniemożliwiają mi podjęcie pracy, borykam się z problemami finansowymi w sumie całe życie, co mnie bardzo przytłacza. Nie stać mnie na prywatnego psychologa, na NFZ gdzie nie pytałam, tam wizyty średnio dopiero za rok, a ja czuję, że jeśli skądś nie otrzymam pomocy to będzie źle... Od kiedy pamiętam, mam jakby pozakładane blokady wszędzie i nie umiem ich zdjąć, uniemożliwia mi to normalne funkcjonowanie. Od listopada dopadła mnie totalna niemoc, depresja, z którą nie mogę poradzić sobie do dziś. Nie mam na nic sił, motywacji i co najgorsze, żadnej nadziei i perspektyw na lepsze życie. Bardzo chcę je zmienić na lepsze, chociażby finansowo, ale nie potrafię się przemóc, w ogóle jestem niezdolna do jakiegokolwiek działania. Dodatkowo przez niewyjaśniony paraliżujący mnie strach, oblałam właśnie studia, skąd także dostawałam pomoc socjalną i to mnie wyjątkowo załamało. Nie umiałam iść na zajęcia ze strachu, a tym bardziej, że dzień zamienił mi się z nocą i tak przesypiam całe dnie, a w nocy normalnie funkcjonuję (dziś zasnęłam o 8 rano, a wstałam o 19.30). Trwają ferie i dziecko jest u dziadków, ale one się niedługo kończą i jakoś będę musiała się męczyć i usiłować wstać o 7 rano i zawieźć dziecko do szkoły. To mnie także wyjątkowo dołuje i przeraża, bo zwykle nie potrafię zasnąć wcześniej niż 5rano. Poza tym, nawet jeśli udałoby mi się zasnąć o 22 to nawet o 7 nie potrafię się obudzić. Mam ogromny problem z obudzeniem się ze snu, mam bardzo twardy sen. Jak już zasnę to nie wiem, co się wokół mnie dzieje i nie słyszę totalnie nic, tym bardziej budzika, a i często nawet syn nie jest w stanie mnie dobudzić. Z tego powodu często syn nie chodził do szkoły, co mnie całkowicie przybijało i traciłam i tak nieistniejące poczucie własnej wartości. Zdarzało się, że nie spałam np po dwie doby, spałam co drugi dzień, żeby tylko syn poszedł do szkoły, albo jeśli musiałam gdzieś pilnie być. Jestem bezsilna wobec moich problemów ze snem i tej otaczającej mnie beznadziei. Jak mam rozwiązać moje problemy ze snem i depresją? Bardzo proszę o pomoc, poradę, ciepłe słowo, cokolwiek ;( Jestem po rozwodzie, obecnie w toku jest unieważnianie małżeństwa kościelnego, mąż, będący policjantem znęcał się nade mną psychicznie, podobnie jak mój następny partner. W toksycznej matce także nie miałam nigdy wsparcia, obecnie jestem bardzo samotna, nie mam przyjaciół, ani nawet znajomych. Jedynie jestem w związku z partnerem, w którym także nie mam wsparcia, gdyż on nie rozumie moich problemów, nic dziwnego, bo sam jest ciężko chory i potrzebuje przeszczepu nerki, żeby przeżyć. Przez kilka miesięcy po moim delirium chodziłam na terapię dla uzależnionych i tam psychiatra wypisał mi leki na nerwicę, które do teraz biorę, na terapię jednak nie chodzę, bo akurat w tym czasie syn ma zajęcia pozalekcyjne, na które bardzo chce chodzić, a ja bardzo z tego powodu ubolewam. Po przejściu delirium zrozumiałam, że muszę żyć dla syna i tego się kurczowo trzymam. Muszę - bo nie chcę, ja żyję tylko dla syna. A skoro już żyć muszę, to bym chciała się tak nie męczyć codziennie, bo nie wiem, czy będę w stanie wytrzymać w swoim postanowieniu.
  10. Ostatnio czuję duże napięcie związane z sytuacjami w moim życiu, tym bardziej teraz, gdy jestem chora na zapalenie zatok i nic nie mogę zrobić, bo muszę to przeleżeć a chciałabym wiele pozmieniać. Czuję się przez to winna, tym bardziej, że przez chorobę musiałam przesunąć o tydzień wyjazd do pracy za granicę i w oczach niektórych bliskich mi osób wyszłam na lenia (dodam, że od pół roku jestem bezrobotna, ponieważ czekałam na odpowiednią ofertę pracy, która się przytrafiła akurat w tym momencie w którym dostałam zapalenia zatok). Czuję się okropnie ze sobą bo teraz w oczach bliskich jestem najgorsza i w dodatku pewnie sobie ubzdurałam chorobę żeby tylko nie jechać a przecież powinnam zrobić to już dawno i tylko wszystko znów przedłużyłam. Nie wiem jak przekonać tych ludzi, że naprawdę mi zależało na wyjeździe, ale czułam się fatalnie (teraz już jest trochę lepiej, zwłaszcza kiedy spadła temperatura) i wolałam w takim stanie się nie ruszać. Mam 25 lat, pół roku siedzę w domu rodzinnym w dodatku bezrobotna. Od rana dziś oglądam zdjęcia i nagrania samobójców i ze wstydu przed sobą nie odbyłam sesji z moją terapeutką. Ta sutuacja i poczucie winy przerasta mnie do tego stopnia, że jedynym rozwiązaniem i ulgą są myśli o zabiciu się. Dodam, że z depresją walczę już od 6 lat i po tym jak zniszczyła mi start w dorosłość to dopiero od jakiegoś czasu miałam poczucie, że jestem gotowa wszystko powoli odbudować, przestałam mieć myśli samobójcze, nawet patrzyłam na przyszłość w bardziej kolorowych barwach, co mnie samą zdziwiło, bo jeszcze rok temu nie widziałam już dla siebie żadnej nadziei. Nie wiem czy ktoś przeczyta ten post, ale musiałam gdzieś to z siebie wyrzucić. Wiadomo, że lepiej było powiedzieć to terapeutce, ale wydaje mi się, że ona też jest już zażenowana moją obecną sytuacją i wstyd mi przed nią, że żadne moje plany nie dochodzą do skutku. Czeka mnie ciężki tydzień w domu rodzinnym z wypominaniem mi, że przecież już zdrowieje i mogłabym być teraz w pracy bo nic mi nie jest. Nie wiem jak zniosę to psychicznie. Jest mi za siebie wstyd, ale jakoś pojawia się we mnie iskierka nadziei, że przecież za tydzień będę już zdrowa, pojadę dorobić trochę większą sumę pieniędzy, po kilku miesiącach przyjadę Polski znów wrócę do miasta w którym kiedyś studiowałam i zacznę samodzielne życie na nowo.
  11. Witam wszystkich wiem że było już pewnie dużo takich tematów ale szukając pomocy chciał bym przedstawić moją historię. Mam 24 lata i od paru lat regularnie trenuje na siłowni oraz sporty walki. Mój problem zaczoł się dwa miesiące temu po wypaleniu zbyt dużej ilości marihuany dodam że wcześniej paliłem okazjonalnie i nie byłem uzależniony pewnego dnia kolega namówił mnie na zapalenie tak zwanego wiadra ogólnie mówiąc wypaliłem dużo marychy na raz i kiedy faza weszła dostałem ataku paniki palpitacji serca i przez półtora godziny myślałem że umieram. Cały czas sprawdzałem puls i miałem wrażenie że moje serce zaraz wyskoczy albo się zatrzyma, bicie serca czułem w całej klatce piersiowej to był dla mnie wielkie szok ale kiedy faza zeszła poczułem się dobrze. Niestety za ok tydzień dostałem kołatania serca i bólów w klatce piersiowej po zrobieniu EKG okazało się że wszystko ze mną w porządku a ja się uspokoiłem lecz kołatania serca i lęk przed zawałem nie dawały mi spokoju co wieczór do tego doszły bezsenność i napady leku. Szukając pomocy natrafiłem na forum na podobne przypadki i postanowiłem udać się do psychiatry który przepisał mi citaxin 10mgraz dziennie i pregabaline 75mg dwa razy dziennie. W pierwszych tygodniach leczenia objawy się podwoiły ale udało mi się to przetrwać i mój stan zaczoł wracać do normy. Niestety po nieco ponad tyg spokoju będąc w pracy na nocnej zmianie znów dostałem ataków paniki i leku lecz nie jest to już lęk przed zawałem lecz przed zwariowaniem, mam natrętne myśli kładąc się spać często towarzyszą mi myśli które wzbudzają we mnie strach ogólnie lęk towarzyszy mi przez cały dzień a ataki paniki zdążają się bardzo często doprowadziło mnie to do takiego stanu że mam wrażenie że już nigdy z tego nie wyjdę i nie mam sensu życia przez co mam myśli czy ze sobą nie skończyć. Moje pytanie brzmi czy taki nawrót choroby się zdarza i czy ktoś z was przechodził przez podobny problem i jak sb z nim radził . Bardzo proszę o wyrozumiałość i pomoc z góry dzięki dziękuję
  12. Widziałam już tu kilka tematów na ten temat, ale żadnych podobnych do mojego problemu. Otóż od ok. ponad miesiąca zaczęłam odczuwać bóle w prawej stronie brzucha w okolicach pachwiny i pępka. Pierwsze co mi przyszło na myśl to wyrostek albo jajnik. Poszłam do ginekologa, ginekolog po badaniu USG wykluczył problemy z macicą i jajnikami, po uciskaniu brzucha po prawej stronie i brak reakcji z mojej strony wykluczył też wyrostek. Bóle jednak się nasilały i przeniosły się w góre brzucha pod żebrem, więc udałam się do lekarza rodzinnego, który po badaniu moczu i USG jamy brzusznej stwierdził kamice nerkową i dał mi skierowanie do szpitala na urologię. Na urologi pobrano mi krew i oddałam ponownie mocz do badania, i ponownie USG jamy brzusznej. Lekarz w szpitalu potwierdził kamień w nerce, ale dla pewności wysłał mnie jeszcze na tomografię komputerową, bo podzieliłam się z nim moimi obawami że może być to wyrostek. Na tomografii komputerowej wszystko w normie, okazało się że mam w jelitach kamienie kałowe i to prawdopodobnie one wywołują bóle. Zatrzymano mnie na noc na obserwacji i dano coś do picia na przeczyszczenie i wypuszczono do domu. Bóle brzucha pod żebrem z prawej strony ustąpiły po kilku dniach od wizyty w szpitalu, ale znowu przeniosły się na dolny odcinek brzucha, ból koncentruje się w pachwinie, promieniuje na biodro i udo. Byłam dzisiaj znowu u rodzinnego z wypisem ze szpitala i powiedziałam mu że być może jakoś przeoczyli na tomografii ten wyrostek bo znowu mnie boli na dole brzucha, to powiedział że na tomografii rzadko co da się coś przeoczyć i że promieniowanie bólu leży po stronie jelita i przepisał coś nowego na przeczyszczenie. Sama już nie wiem czy niepotrzebnie sobie wmawiam ten wyrostek czy może faktycznie mam się czego obawiać. Dodam że od razu po wyjściu ze szpitala naczytałam się że kamienie kałowe mogą przyczynić się do zapalenia wyrostka i może na tomografii jeszcze nie było stanu zapalnego a teraz się mógł nasilić? Między pobytem w szpitalu a dniem dzisiejszym mija równy tydzień. Nie wiem już czy to moja nerwica płata mi figle, czy depresja się znowu nasiliła bo mam ostatnio w życiu gorszy okres czy może nabawiłam się hipochondrii?
  13. Od 2019 roku leczyłam się lekiem przeciwdepresyjnym rexetin na nerwicę lękową i depresje, odstawiłam miesiąc temu bo czułam się już rewelacyjnie, niestety... Objawy wróciły, a razem z nimi wkręcam sobie że moge mieć depresje lekooporną i ogarnia mnie straszny lęk, nie wiem jak sobie z tym poradzić, proszę o jakieś rady, z góry dziękuję
  14. Czy lek wcześniej stosowany na depresję włączony ponownie zadziała tak samo? Pozdrawiam
  15. Witam, Jestem 31 letnim mężczyzną, który ma dość nieźle poukładane życie. Nie mogę narzekać na brak ciepłej rodziny, brak pieniędzy czy ogólnie brak bliskich znajomych/kolegów. Ale od zawsze odkąd pamiętam miewałem dziwne objawy. Zdarzyło mi się mieć zaburzenia lękowe mając ok 6-10 lat - związane z lękiem, że moi rodzice kiedyś umrą. Do tego pojawiły się zaburzenia natrętne tymczasowo w wieku ok. 13-16 lat związane z obrażaniem Boga w myślach (bałem się, że to się wydarzy więc to się działo). Na szczęście to minęło samo. Później miewałem różne problemy przy podjęciu ważnych decyzji - gdzie iść do szkoły, czy gdzie iść na studia (te zresztą mam do dziś, nawet kupno ciuchów sprawia mi problemy i analizuje czasem mega długo każdy zakup). Pojawiło się pierwsze niesamowite zakochanie w wieku 15 lat zakończone bardzo szybko złamanym sercem po 2 tygodniach. Nie mogłem się z tego otrząsnąć jakieś 2-3 lata. Dziś to już na szczęście za mną. Idąc dalej - na studiach czułem się wyobcowany w nowym mieście, nie znałem nikogo. Miałem tylko znajomych i ciągle czułem tęsknotę za domem i lęk ogólny. Nie czułem się bezpiecznie. Nie spałem zbytnio dobrze, wysyłałem się w weekendy w domu rodzinnym. Skończyło się po 1.5 roku mega napadem nerwicy natręctw i lęków co mnie wpędziło na 3-4 lata w SSRI - sertralina. Po tym czasie odstawiłem ją i suplementowalem dziurawiec bo mi wyraźnie pomagał, niemal tak dobrze jak sertralina. A teraz do sedna - zawsze byłem nieśmiały, zwłaszcza w stosunku do kobiet, toteż pierwszy poważny i długi związek zacząłem w wieku 27 lat. Wcześniej były różne kobiety (seks układ, romans w pracy, a także złamane serce, które mi znowu zabrało 2lata z życia), czy kolejna kobieta, z którą miałem romans i podobało mi się dopóki nie zaczęliśmy być razem. Nagle obróciło mi się o 180 stopni, zacząłem się obawiać, że to nie ta osoba, przestała mi się podobać, zaczęła irytować. Podświadomość jakby zadziałała. Albo to po prostu moje zaburzenia. Później, gdy rozstaliśmy się po miesiącu to najpierw poczułem "ulgę", natomiast później płakałem mocno przez 3 miesiące. Ale ilekroć się do niej zbliżałem i czułem, że mógłbym jeszcze do niej wrócić to wtedy pojawiał się znowu jakiś lęk. Nie wiem czy to przed tym, że to może być nie ta kobieta czy co. Kolejny związek (pierwszy długi) zaczął się bez uczucia motyli w brzuchu. Czułem też, że nie pasujemy do siebie z początku, bo ciągle przyrownywalem partnerkę do poprzednich kobiet, z jakimi się spotykałem. Myślałem tylko o sobie, byłem jak pępek świata. Po czasie "dotarliśmy się" lepiej choć nadal wybuchałem średnio raz na miesiąc krzycząc na nią często z błachych powodów (za co mi dziś niesamowicie wstyd, bo byłem jak niedojrzały dzieciak). Do tego ciągle w głowie łudziłem się, że pojawią się motyle w brzuchu. Tak jakbym uzależniał związek z kimś od tego czy one się pojawią. Niby wiem, że masa ludzi ich nie ma, albo że one przemijają szybko. A jednak nie umiałem odciąć się od myśli, że "to nie to" skoro nie było motyli. No i po roku zacząłem odczuwać jakby coraz bardziej depresję. Dziurawiec jakby utracił swoją moc całkowicie, dla mnie coraz mniej rzeczy na codzień zaczęło mi sprawiać radość. Zauważyłem, że nie umiem nawet rozmawiać ze znajomymi bo nudzę się nawet rozmową z drugą osobą. Coraz ciężej mi było znaleźć ciekawe zajęcie. Aż po 2 latach podjąłem decyzję, że chyba trzeba ten związek zakończyć i poszukać kogoś z kim będę szczęśliwy (jakbym liczył, że mi nowa partnerka da motyle w brzuchu i jednocześnie dzięki temu zniknie moja depresja, która była już wtedy wyraźna). Miałem nawet myśl, że jak nikogo nie znajdę to może wrócę do swojej byłej, bo wszak nie było mi z nią źle. W zasadzie patrząc tak z boku - była to wspaniała kobieta, a ja nie potrafiłem tego w ogóle docenić. Niestety, od rozstania mijają dwa lata, i my choć do niedawna mieliśmy fajny kontakt to ja nie potrafię się zdecydować. Nie mam zbyt wielu szans na poznawanie nowych ludzi (nieśmiałość, dość hermetyczne życie, zwykle większość aktywności poza domem z tymi samymi ludźmi), a na portalach randkowych skończyło się tym, że większość kobiet "olewałem" jakby uznając, że skoro nie wydają się dużo lepsze od mojej byłej (z którą mam kontakt dobry i czuję, że mógłbym wrócić) to nie warto zawracać sobie głowy. W zasadzie to widzę pewną analogię między pierwszy rozstaniem (po miesiącu związku z dziewczyną wcześniej), a tym rozstaniem sprzed 2 lat. W obu wypadkach poczułem ulgę najpierw, a potem tęsknotę pomieszana z lekami. Jak tak to sobie wszystko analizuje to mam wrażenie, że ja za każdym razem gdy mam podjąć jakąś decyzję to mam w głowie lęki, że to zła decyzja. A im większa waga tej decyzji tym większe i bardziej paraliżujące są te lęki. Aktualnie mam momenty, że bardzo boję się samotności lub tego, że moja ostatnia dziewczyna w końcu sobie kogoś znajdzie. Ale nie potrafię jakoś zaryzykować ponownie żeby spróbować związek z nią od nowa - tym razem już bardziej dojrzałe. Boję się, że to wynika tylko z mojego lęku przed samotnością oraz tego, że skoro nie poradziłem sobie z moimi problemami to w związku z nią znowu będę się czuł jak wtedy, niezaspokojony przez brak motyli, które gdy kiedyś odczuwałem to moja depresja chwilowo znikała. Aktualnie zacząłem terapię poznawczo behawioralną, mam nadzieję, że ona mi choć nieco pomoże w ogarnięciu swoich lęków i uczuć. Do tego rozważam powrót do SSRI żeby odciąć się od lęków. Mam nadzieję, że nauczę się jakoś radzić sobie z trudnymi decyzjami. Będę wdzięczny za wszelkie odpowiedzi, które mogą cokolwiek wnieść do moich problemów. Być może powinienem wybrać inny rodzaj terapii? Będę wdzięczny za podpowiedzi. Pozdrawiam, Marek
  16. Hej, już jest podobny temat o strachu przed lekami. Ale chciałabym założyć osobny wątek bo jestem ciekawa, czy ktoś ma tak samo jak ja. Biorę od 15 dni zoloft 50 mg, wydaje mi się albo sobie wkręcam, że dostanę od niego alergii ( piecze mnie język, mam dużą łuszczycę i boje się, że nie zauważa alergii) i tak jest w kółko. Codziennie wstaje z lękiem, że muszę brać lek, biorę go tyle i nie widzę efektów, a mam wrażenie, że lęk się zaostrza. Czy ktoś miał podobnie ? Na dwa dni odstawiłam lek ale wróciłam bo jednak mimo strachu bardzo chce się już wyleczyć i poczuć minimalnie lepiej.
  17. Witajcie, jest to mój pierwszy post na forum. Widziałem już kilka postów o tryptofanie na forum jednak chciałbym dowiedzieć się co w moim przypadku należałoby uczynić od 3 lat walczę z nerwica, raz jest lepiej raz gorzej, generalnie staram się o tym nie myśleć bo to nie pomaga. W styczniu zeszłego roku było już naprawdę spoko, ogarnąłem głowę i sposób myślenia . Wpadłem jednak na pomysł wyjazdu za granicę żeby trochę sobie zarobić. Padło na Islandię. Zimno, ciemno, Praca 250 h w miesiącu. Wiem, idealne miejsce pracy przy takich zaburzeniach :). Będąc tam mialem kryzys, lęki wróciły. Bylem 9 miesięcy bez zjazdu do domu. Wróciłem niedawno na stałe i rozpocząłem suplementacje na własną rękę, aby trochę odżyć. Aktualnie suplementuje witaminy z grupy adek, magnez, cynk ashwagandha. Ostatnio dodałem niacynę 2 g dziennie, inozytol 700 mg. Trafiłem na artykuł o tryptofanie i jego działaniu. Raczej cala kwestia nerwicy leży w sposobie myślenia i staram się nad tym pracować, efekty są. Chciałbym się jednak dodatkowo czymś wesprzeć no i padło na tryptofan. Moje pytanie to czy można suplementowac tryptofan - i w jakich ilościach - razem z niacyna, gaba i inozytolem. Niacyna i inozytol wpływają na układ nerwowy i czy przy takim miksie nie grozi mi ssri, czy ogólne przymulenie, zmęczenie, senność . Nie mam problemów ze snem, bardziej z obniżonym nastrojem, nerwowością . Dodam tylko że jestem abstynentem. Stąd pytanie czy może lepiej brać sam tryptofan, bez niacyny i inozytolu. Dzięki i pozdrawiam
  18. Czy ktoś z was też boi się brać leki? Do tego stopnia, że ich nie bierzecie w końcu, nawet jak są wam przepisane i nawet gdy już macie je kupione? Ja tak mam, prawdopodobnie od nerwicy lękowej. Ale najbardziej boję się psychotropów, które dzisiaj już będę miała kupione... Choć boję się to eufemizm przy tym co w związku z tym czuję, no jestem przerażona po prostu Boję się że ich nie wezmę gdy mnie ogarnie paraliżujący lęk przed skutkami ubocznymi (nie umiem znosić wszelkich niedogodności, więc nawet zwykła senność mnie zdołuje), a tak bardzo ich potrzebuję, bo moje choroby psychiczne robią się coraz bardziej zaawansowane Ktoś z was też tak miał z lekami na zaburzenia psychiczne (ja mam przepisaną wenlafaksynę i olanzapinę)? Jak sobie z tym poradziliście? Jak się zmusić?
  19. Kaasia

    dubel

  20. Hej nazywam się Klaudia i choruję na ChAD od 3 lat. Prowadzę także stronę internetową poświęconą chorobie afektywnej dwubiegunowej (https://afektywnadwubiegunowa.pl/) Na forum jestem pierwszy raz tak więc witam was tu wszystkich zgromadzonych
  21. Witam postaram się opisać moje pierwsze objawy i to co jest teraz. Zaczęło się w kwietniu 2020 dużo stresów i nerwów tak że już wtedy były bóle w klatce, szybsze bicie serca i drzenie rąk lecz to nie wywoływało u mnie lęku. Zaczęło się od czasu kiedy pewnego dnia za namową kolegów wziąłem niezbyt duża dawke amfetaminy. Wszystko było dobrze nawet nie poczułem bo było tego niewiele. Nazajutrz od samego rana zaczęły się dziwne zawroty i problemy z równowagą oraz coś jakbym automatycznie co chwila robił "zeza" tak dziwnie obraz mi się rozmywał oraz uczucie podobne do uczucia spadania w przepaść taka pustka w klatce co kilka sekund z czasem to minęło ale między czasie atak paniki i szpital. Wyniki krwi dobre. Potem zaczęły się dretwienia kończyn bóle w różnych częściach ciała i non stop dziwne problemy z równowagą niezbyt mocne niemal nieprzeszkadzajace ale było to uciążliwe. Oczywiście pierwszy prawie rok panika jak wychodziłem do sklepu czy gdziekolwiek momentalnie slabo i nogi jak z waty szybsze bicie serca. Miałem wizyty u neurologa, laryngologa, kardiologa badania EKG, EEG, ECHO serca, badania audio u laryngologa, 2 razy rezonans glowy, rezonans całego kręgosłupa jakieś pół roku temu. Między czasie podczas podróży znów silny atak paniki, wezwana karetka i jak tylko powiedzieli ze wszystko dobrze przeszło jak ręką odjął.Dostałem również lek escitalopram i nie wiem czy to również zasługa leku i tego że akurat zaczynała się pora cieplejsza jakoś od kwietnia tego roku objawy minęły, wychodziłem już wszędzie nawet sam oczywiście mając tam jakieś stresy ale nie bałem się nie miałem lęku. Ok. 1.5 miesiąca temu podczas jazdy samochodem dostałem silnego ataku paniki, poty, bicie serca, szybki oddech, drzenie ciała i tak przez pół godziny potem przeszło i przez kilka dni się tym stresowałem i obawy minęły. Nadużywałem też miedzy czasie alkohol i Ok 3 tygodnie temu była lekka przesada w weekend praktycznie piątek sobota niedziela przepite z kolegami. Od tamtego czasu przez kolejne 3 dni czułem się osłabiony I znów zacząłem się zastanawiać nad zdrowiem a od 3 tygodni leżę ciągle w łóżku bo jestem znaczy czuje takie osłabienie że wychodzę tylko do toalety i d kuchni mam brak apetytu problem znów z równowagą jakbym był oszołomiony cały czas, drzenia lub drętwienie mieśni i lekko często podwyższone ciśnienie, nie mam ataków paniki ani żadnych kołatan serca czy bólów w klatce jak było to kiedyś natomiast mam bol glowy z tyłu lub skroni nie zawsze i nie zawsze silny i czasem bol oczu i ciągle szumy w uszach jak leżę czasem jak siedzę. Dodatkowo ciągle się zamartwiam co mi dolega co również wykańcza. Zacząłem znów od 3 tygodni brać escitalopram 15mg i betaserc na zawroty równowagi . Czy to nawrot nerwicy i czy możliwe jest żeby od 3 tygodni było mi tak słabo że ledwo się ruszam?
  22. Dzień dobry, Chce napisać tutaj o moim obecnym życiu, mam mniej niż 24 lata nic nie osiągnełam/em w życiu, mam depresje stwierdzoną na podstawie wywiadu z psychiatrą, prawdopodobnie mam też zaburzenia obsesyjno kompulsywne, lęk społeczny, może nawet urojenia ksobne albo postawę osobną, zawsze jak gdzieś jestem poza domem, nieważne gdzie to mam wrażenie że każdy mnie obserwuje, zwraca na mnie uwage, jestem przez to skrępowana/y, chodzę niepewnie, cicho mówię, nie wiem gdzie patrzeć, wstydzę się przy wszystkich jeść,gadać,śmiać się,przebywać ,mam cały czas smutną/ ponurą minę i napięte mięśnie twarzy.ciągle o tym myślę jaką mam minę jak inni mnie widzą i myślę o każdym swoim ruchu, rzadko wychodzę na zewnątrz. Dużo leżę/śpię. Nie mam znajomych/przyjaciół,chłopaka/dziewczyny. Nie mam energii od dawna. Od zawsze bardzo negatywnie myślę i jestem lękliwy/a. Poważna/y,nie mam mimiki bo wstydzę się swojej twarzy. Jestem brzydki/a i nieatrakcyjny/a (wychudzony/a bo mało jadłem/am) kolejnym problemem jest skolioza z mojej winy ponieważ kiedyś jak mogłem to nie ćwiczyłam/em i wadą się pogłębiła. Odechciewa mi się żyć zwłaszcza przez to, myślę o samobójstwie( ale boję się bólu fizycznego) te problemy o których napisałem/am na początku mam od kilku lat. Czuje że mam zmarnowane życie. Chciałabym/ałbym być wielki/a, ale jestem nikim. Często widzę siebie tak jakby patrzyła na mnie druga osoba, w sensie że wyobrażam sobie jaka mam minę.albo jak siedzę to myślę jak wyglądam wyobrażam sobie
  23. Witam. Założyłem ten temat aby podzielić się a także zrozumieć swój stan. Przez kilka lat leczyłem się na zaburzenie osobowości i fobie społeczną. Przyjmowałem takie leki: Coaxil 12,5 mg dwa razy na dobę, Sulpiryd 50 mg dwa razy na dobę, Duloksetyna 30 mg raz wieczorem i Trittico XR 150 mg na sen. Ten zestaw leków brałem kilka lat pod kontrolą lekarza a także chodziłem regularnie na terapie i było super. Czułem się radosny, zmotywowany, wszystko miało sens. Myśli były poukładane dawały kopa do działania. Po jakimś czasie moja terapeutka uznała że zrobiłem postępy, postanowiłem po obgadaniu z nią odstawić leki i spróbować żyć bez chemii. Zgłosiłem się do swojego psychiatry i dokładnie z nim to obgadałem, powiedział mi jak odstawić leki. I tu zaczął się koszmar, który trwa już do tej pory. Po stopniowym schodzeniu z leków jednego wieczora coś mi się stało. Był to czwarty dzień bez leku sulpiryd. Poczułem niesamowity ból brzucha i taki jakby kilku sekundowy szok, uderzyło to z zaskoczenia. Po tym fakcie strasznie mnie zemdliło i cały wieczór wymiotowałem. Na drugi dzień nie byłem w stanie nic zrobić, zero koncentracji, ból głowy, ból brzucha i straszna nerwica żołądka, każde wypowiedziane słowo lub myśl powodował odruch wymiotny (oddychanie także). Zgłosiłem się jak najszybciej do psychiatry i mu o tym opowiedziałem, zwalił to na objawy odstawienne i zapewnił mnie że wszystko z czasem minie. Zaufałem mu. Z dnia na dzień zamiast być lepiej było coraz gorzej. Z dnia na dzień stawałem się coraz bardziej przygnębiony, wystraszony i chaotyczny. Do tego cały czas towarzyszyły i towarzyszą mi objawy takie jak ból brzucha, wymioty, zawroty głowy, brak koncentracji i lęk oraz poczucie życia w bańce oraz natrętne obrazy i myśli wywołujące wymioty, tak jakby dwa obrazy się na siebie nakładały a mózg nie umiał ich rozdzielić i się przeciążał. Po oczyszczeniu organizmu z leków i pogarszającym się stanem z dnia na dzień poszedłem do innego psychiatry. On kazał mi brać anafranil w max dawce i haloperidrol, niestety zero efektu leczniczego. Objawy tak jak były tak się tylko nasilały. Zaliczyłem więc kilku lekarzy i terapeutów oraz testowałem różne leki... nic nie działało i nie działa, stałem się kompletnie lekooporny. Trwa to do tej pory... wymioty, natrętne myśli i obrazy, lęk, pssd, zaburzenia funkcji poznawczych, brak pamięci krótkotrwałej, to aktualny mój stan. Czy jest ktoś kto z takim czymś miał do czynienia? Nie wiem co robić, jak z tym żyć i co myśleć... leczyłem się na zaburzenie osobowości i fobie a skończyłem z jeszcze gorszym stanem. Za wszelkie odpowiedzi, rady jak z tym sobie poradzić itp. z góry dziękuję. PS: Powrót do sulpirydu nawet zwiększonej dawki nic nie dawał, wszystkie leki przestały na mnie działać nawet w max dawkach.
  24. Betixa

    Brak ruchu

    Mam objawy depresji (mam też sporo innych dolegliwości, psychicznych i somatycznych, np. duszności, lęki, osłabienie) i od ok. 2 lat całe dnie praktycznie spędzam w łóżku, wychodzę z pokoju tylko do łazienki i czasem zrobić sobie herbatę. Nie potrafię tego zmienić, bo nawet jak postanowię wychodzić na spacery, to maksymalnie na dwóch się kończy, ponieważ nie umiem być regularna. A obecnie dodatkowo demotywuje mnie mocniejsze osłabienie niż zazwyczaj - gdy chodzę albo stoję bardzo szybko się męczę, czuję się mocno ociężała i boli mnie dolna część pleców. Dlatego teraz już w ogóle nie wychodzę z domu, bo boję się co się może stać i jak się mogę czuć. Jakie są konsekwencje braku ruchu? Może gdy je poznam, to mnie to zmotywuje do rozpoczęcia regularnych spacerów. I czy w moim stanie to bezpieczne po prostu zacząć chodzić? Jak powinnam się do tego zabrać, by jak najmniej ucierpieć?
  25. Poszłam do internisty z następującymi objawami: •trudności z oddychaniem •osłabienie •dyskomfort w okolicach m.in. klatki piersiowej, szyi, brody •flegma •kaszel, kichanie •kłucie w ramieniu lewej ręki •zaparcia, czasem biegunki •problemy ze snem •zgaga, czasem czkawka, odbijanie, rzadko cofanie się •brak energii •lęk, niepokój, czasem panika •rozdrażnienie •trudności z koncentracją •pogorszona pamięć •trudności w myśleniu •niskie poczucie własnej wartości •zmniejszony apetyt •częsty smutek •pesymizm •drżenie, kołatanie serca w stresie •brak przyjemności z tego co kiedyś sprawiało radość •trudność w wykonywaniu zadań •czasami lekkie uczucie jakbym nie była w swoim ciele, gdy wtedy dotykam np. swojej ręki to trochę mam wrażenie jakbym nie dotykała siebie •rzadko trudności z przełykaniem śliny •uczucie pustki w głowie, niemożność ubrania w słowa tego co chcę wyrazić, trudność w adekwatnym nazywaniu tego co czuję, wątpienie w siebie •lęk i wstyd w sytuacjach społecznych •unikanie sytuacji społecznych •zamartwianie się sytuacjami społecznymi Bardzo możliwe, że któryś z tych objawów źle nazwałam albo że któreś dolegliwości pominęłam. Wręczyłam pani doktor kartkę z wypisanymi tymi objawami, ale chyba nie przeczytała wszystkiego, no i pokazałam niektóre dotychczasowe wyniki badań, wspomniałam też że lekarze u których jak dotąd byłam nic nie stwierdzili (laryngolog, pulmonolog, alergolog) i że w lutym będę miała pierwszą wizytę u psychiatry na NFZ (na to stwierdziła, że powinnam iść prywatnie, tylko że mnie stać minimum na jedną, pisałam o tym w innym wątku). Stwierdziła że nie jestem chora i że dolegliwości mam od psychiki. Przepisała mi Texibax (1 raz dziennie rano), Validol (brać tylko w momencie ataku duszności, ale ja mam często takie momenty że nie mogę wziąć oddechu, więc pewnie będę przyjmować ten lek przynajmniej raz dziennie) i Hydroxyzinum Adamed (1 raz rano i 2 tabletki na noc). Jednak przeczytałam w internecie że nie można stosować Validolu gdy ma się zgagę/refluks oraz z innymi lekami uspokajającymi, czyli wygląda na to, że ja go nie mogę brać, skoro miewam dość często zgagę oraz został mi też zapisany Hydroxyzinum? Dlaczego taka kombinacja leków została mi więc przepisana i czy powinnam i czy powinnam z któregoś leku zrezygnować?
×