Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Dda

Znaleziono 6 wyników

  1. Hej..Długo myślałam, czy tutaj napisać, ale uznałam, że trzymanie tego w sobie nie ma już sensu..bo z kim pogadać? Z narzeczonym? Ok-o rodicach. Z rodzicami? O studiach, pracy. Z przyjaciółką? O kochanku...Wszystko zaczyna się od tego, że mój tato od lat miał/nadal ma problemy z alkoholem...Raz jest lepiej, raz gorzej. Zazwyczaj normalka, przemoc psychiczna na mnie, mamie i młodszym rodzeństwie. Ja pyskuję, ile fabryka dała, on nie lepszy. Mama albo krzyczy, albo zamyka sie w sobie, albo płacze, że znowu kłótnia. Rodzeństwo już dawno straciło kontakt ze światem, uciekają w telefony, w komputer, nie daj Boże w coś innego...Może dramatyzuję, ale od lat mam wrażenie, że wszystko na moich barkach...bywają dni, noce, kiedy martwię się o całą rodzinę, jakobym była odpowiedzialna za wszystko wokół. I za wszystkich. Mama super, ale co z tego, skoro atmosfera przez ojca bywa taka, że i ja psychicznie się na niej wyżywam...Zostawmy to...Mam narzeczonego. Jesteśmy razem 7 lat, niedługo ślub. On wie, zna sytuację, wyprowadzka nie wchodzi w grę - chcemy wszystko po kolei, oboje mamy podobne zasady i priorytety. Kłótnie były zawsze, najczęściej wywołane przeze mnie, potem kilka godzin płacz i użalanie się nad sobą, jaka to ja zła nie jestem, jak to nie mam dość, że wszystko przeciw mnie...On rozumie, czasem się pozłości, powie coś nie tak, ale rozumie. Jest moim wsparciem. Ale do tego stopnia, że dla mnie czasem to i tak mało. Chciałam czegoś więcej...Kilka lat temu wdałam się w romans z "kolegą" , żonatym, "nie układało mu się" , po alkoholu zaciągnął mnie do siebie, później ja w to brnęłam, podobało mi się. Ba! Byłam szczęśliwa, że wkońcu ktoś mnie rozumie, że ktoś się mną zainteresował, że jest "ekscytacja". Nie doceniałam spokoju poukładanego życia z moim wtedy jeszcze chłopakiem...Skończyłam to jakiś czas temu. Strasznie żałuję....niekomu się nie przyznałam, poza przyjaciółką, unikam go, ale wszystko wraca, kiedy mam gorszy dzień, w pracy kiepsko, dużo obowiązków, kłótnia z narzeczonym...Wiem, że się nie dam, nie wrócę do tego, ale czuję, że to mnie zniszczyło..czuję się nic nie warta...Wiem, żre narzeczony mnie kocha i nie zrobię tego nigdy więcej, ale czuję się nikim....Miewam myśłi, żeby uciec, być sama, schować się. Moja wyobraźnia nie pomaga - dniami i nocami śnię o nierealnym życiu, zapominając o tym realnym. Chwila euforii - mogę pracować, potem jesszcze w domu, jestem szczęśliwa...ale to mija. Kilka dni, płacz, żal, całe dnie w łóżku, kłótnia z każdym o wszystko. Alkohol...Potem pokutuję...wszystkich przepraszam, obiecuję poprawę, uśmiecham się..Ale za każdym razem mówię sobie że już nie dam rady...Mam w sobie coraz większe, narastające uczucie niepokoju...Doprecyzowałam je do tego stopnia, że jestem w stanie pomyśleć o czymś strasznym, żeby zacząć tracić oddech, zemdleć, czy też po prostu nabawić się kołotania w sercu, przez co nie raz miewam problemy z ciśnieniem...Ten niepokój we mnie narasta...Czuję się źle z tym, czuję się winna...Nie mam depresji..."jeśli byś miała depresję, nie wychodziłabys z domu wogóle, nie miałabyś siły nawet umyć zęby" mówią...Nerwica? Nieeee...może jestem nerwowa, ale przecież to "po tacie"....Stany lękowe? Dramatyzuję! Wymyślam sobie, że niby taka "delitakna " jestem...Jedyna słuszna rzecz - że to wszystko moja wina...Ten wewnętrzny głos ciągle bierze górę...Proszę, błagam, niech ktoś mi powie....Czy ja jestem normalna? Czy naprawdę nic mnie nie dotyczy, po prostu wymyślam? I skąd te wszystkie straszne historie, dlaczego ja? Dlaczego szukałam poparcia u innego, mając przy sobie ułożonego, kochającego chłopaka? Dlaczego krzyczę na rodzeństwo, pouczam, jestem sroga, a potem w samotności płaczę, bo mi ich żal? Dlaczego nie potrafię powiedzieć mamie "kocham Cię i cieszę się , że tyle dla nas robisz"? Dlaczego boję się, i czuję że jestem inna, że ludzie kidy mnie poznają z góry myślą "ona jest dziwna, ona jest inna" Dlaczego czuję się gorsza....Czy to naprawdę tylko moja chora wyobraźnia? Lenistwo? Niech ktoś mnie do cholery wyprowadzi z błędu...to nie będę szukała , błądziła pośród chorób, które pewnie również sobie wymyślam...:(\s\s Dodam tylko, że mam 24 na karku, na codzień naprawdę jestem aktywna...mam kilku dobrych przyjaciół, potrafię działać z podzieloną uwagą, dbam o dom i swoje otoczenie, raz na tydzień spełniam swoje hobby...Nikt mnie nigdy nie uderzył, staram się być dobra, przynajmniej dla obcych ludzi i znajomych, bo w rodzinie, jak wyżej, różnie bywa...Czy ktoś taki może wogóle mieć czelność obawiać się jakiegokolwiek braku, potrzebhować pomocy, liczyć na cud, że coś się może zmienić? Poczucie winy, relacje w rodzinie...Czy to po prostu życie?
  2. Cześć. Piszę tutaj, bo łapię się ostatniej deski ratunku. Może zdarzy się cud, w który tak po cichu kiedyś wierzyłam. Chociaż już na to nie liczę, za długo się zmagam ze sobą. Mam problemy z życiem. Nie mam siły, wszystkie aktywności życiowe są dla mnie bezsensowne, nie potrafię wykrzesać z siebie radości z życia, żyję bo muszę. Tak ciężko o tym mówić.. Wie tylko mój mąż, przed wszystkimi ukrywam, wstydzę się, że nie jestem jak inni. Nawet dla męża staram się jakoś żyć, bo szkoda mi go:( Wstydzę się, że mój mąż trafił na taką wariatkę bez przyszłości i lepiej żebym popełniła samobójstwo, on wtedy będzie miał szansę poznać kogoś normalnego i uwolnić się ode mnie. Bardzo mnie kocha, a ja nie umiem opisać jak bardzo jest dla mnie ważny, najważniejszy. Mam 25 lat, jesteśmy dwa lata po ślubie. Mieszkamy razem, staram się wykonywać obowiązki domowe i pracuję. Jest mi tak cholernie ciężko, dużo płaczę, jestem zrezygnowana, boję się wszystkiego, nie umiem opisać moich odczuć.. Czasem się zmotywuję, żeby iść np. na siłownię, ale to nie pomaga. Biorę leki od roku, diagnoza to problemy adaptacyjne. Biorę je, ale wydaje mi się, że to nie kwestia farmakologii, a coś we mnie siedzi, w mojej głowie i nie pozbędę się tych myśli, bo taka już jestem. Nie mogę się zdobyć na jakiś cel w życiu, żyję za karę, nie chcę już, nie chcę, żeby mój mąż musiał się za mnie wstydzić, nie chcę żeby rodzina i znajomi wiedzieli, że jestem nienormalna.. Buduję mur wokół siebie, wychodzę na zimną, złośliwą i wredną kobietę. Boże, nie wiem co robić. Przez to zdarza mi się palić, napić alkoholu, bo wtedy nie myślę, jest mi lepiej. Ale wiem, że nie tędy droga, boję się, że skończę jeszcze w rynsztoku.. Zwariuję, chyba tylko pod pociągiem moje miejsce, nie wierzę już, że cokolwiek się zmieni... Nie mam siły i wiary. Pomocy proszę..
  3. Zacznę od początku. Mam 20 lat, byłam z moim byłym chłopakiem (Mateuszem) przez 3,5 roku. Z nim uprawiałam pierwszy seks. Bardzo oboje angażowaliśmy się w ten związek, umieliśmy być razem szczęśliwi mimo wszystkich naszych wad i niedociągnięć. Oboje jesteśmy DDA. Zerwał ze mną 2 miesiące temu po tym, jak zatańczyłam z jakimś chłopakiem, którego nawet nie znałam. Po prostu, byliśmy na imprezie, był alkohol, on mnie ignorował, nie chciał ze mną rozmawiać i się wkurzyłam i zaczęłam tańczyć z tamtym człowiekiem, on mnie podniosł i wszyscy nasi znajomi to widzieli. Zaczęli mówić Mateuszowi, że jest pizdą, że tamten typ mnie obmacywał, itd. Po tym ze mną zerwał, powiedział, że to ostatecznie koniec na zawsze i już nigdy do mnie nie wróci (3 dni przed tym mówił, że chce ze mną zostać na zawsze). Życzył mi szczęścia i mówił, że nie chce przestać mnie znać. Minęło 1,5 miesiąca. Poszłam na imprezę razem ze znajomymi z klasy (chodziliśmy razem do klasy w szkole średniej), których on bardzo lubił. Ale dowiedzieli się jaka jest sytuacja i nie zaprosili go. On się o tym dowiedział i zadzwonił na tej imprezie do mnie, zaczął mnie wyzywać od szlałfów, kurew, najgorszych. Tłumaczył to tym, że spotkał jakiegoś chłopaka na rynku, który mu powiedział, że ja rzekomo powiedziałam jakieś jego sekrety i go wyzywałam do niego. A to nie prawda, zaczęłam się tłumaczyć, a on się upierał przy swoim, mówiąc, że ma pewność, że ja tak zrobiłam. Pisał pózniej w sms-ach, że jestem moralnym zerem, że mnie nienawidzi, że go zdradziłam, robiłam wodę z mózgu, że chce, abym straciła mowę i nie miała kontaktu ze światem. Mimo swojej pewności, że nic takiego nie powiedziałam, mam jakieś dziwne wyrzuty sumienia i czuję się jak dziwka. W zeszłą sobotę wysłał moim znajomym jakieś filmiki, w których mówił, że pokazywałam nasze wiadomości wspólnej koleżance (co jest akurat prawdą, pokazałam jej urywek wiadomości, w której ze mną ostatecznie zerwał). Znów zaczął mnie wyzywać, ale już nie wprost, tylko do innych. Mój obecny chłopak wkurzył się i zadzwonił do Mateusza. Wyzywali się bardzo. Mateusz mówił mu rzeczy typu, że go zdradziłam, że będzie żałował, że ze mną jest, że jestem dziwką, a on pizdą i robię słabą gałę. Przy rozmowie byli koledzy Mateusza, słyszałam ich, też po mnie równo jechali. Mateusz przyznał się, że odnowił znajomość z taką dziewczyną, której bardzo nie lubił, obgadywał ją do mnie i innych znajomych, mówił jej sekrety, itd. Wkurzyłam się i napisałam do niego sms-a, że fajnie, że mnie obrzuca jakimś gównem, a sam odnowił kontakt z osobą, która go obgadywała i on ją też. Po tym sms-ie ta dziewczyna pisała do mnie. Z jej wypowiedzi było widać, że Mateusz jej już wszystko opowiedział o naszym rozpadzie związku. Wkurzyłam się, ale jej nie odpisywałam, zignorowałam. Przedwczoraj wysłał filmik do mojej przyjaciółki, w którym mówił, że ma już wszystko czego chciał, że został szefem w jakiejś firmie, że będzie dużo zarabiał i jest bardzo szczęśliwy, a przeze mnie był pizdą, ale przez to, że jest-jak on to powiedział- prawdziwy i nigdy nie kłamie osiągnął sukces. Dzisiaj widziałam go jak wracałam z kościoła, ale on mnie chyba nie widział. Ogólnie mój problem polega na tym, że on dalej jest w jakimś stopniu dla mnie idealny i byłabym mu w stanie wszystko wybaczyć. Zamiast skupić się na obecnym chłopaku, tamten jeszcze siedzi i miesza w mojej głowie. A ja czuję się bardzo winna, mimo, że wiem, że nic złego nie zrobiłam. Co dziwne i ciekawe, on choruje na cukrzycę i musi przyjmować insulinę, ktora specyficznie pachnie. Od zerwania w losowych momentach czuję jej zapach przez 2-3 sekundy i potem on się "ulatnia"(?). Nie wiem, czuję, że wariuję. Nie umiem się na niczym skupić, nie umiem zapomnieć i nigdy nie zapomnę. Chodzę do psychologa, ale nie widzę efektów. Ja na prawdę nie daję sobie rady z tym, a rozmowa z nim w grę nie wchodzi, bo mnie zacznie wyzywać i mi to jeszcze wszystko pogorszy. Boję się bardzo, że nigdy nie będę szczęśliwa. O co mu w ogóle chodzi, na prawdę nic z tego nie rozumiem. Chcialabym z nim porozmawiać szczerze, ale wiem, że skończy się na wyzywaniu mnie i to pogorszy sytuację. Czy taka rozmowa będzie możliwa po paru miesiącach/latach? Co ja mam tak właściwie zrobić? Bardzo się gubię i nie umiem się na niczym skupić. Na domiar złego zaczęłam uciekać w alkohol i piję praktycznie codziennie. Dziękuję z góry za każdą odpowiedz!
  4. Witam. Mam 28 lat, moja narzeczona 29. Jesteśmy ze sobą 3 lata, po 2 latach oświadczyłem się jej, zaplanowaliśmy wesele, które miało być za rok w sierpniu. Ogólnie można powidzieć sielanka, nawet jeśli kłóciliśmy się to szybko dochodziliśmy do wspólnych rozwiązań, aby było jak najlepiej dla nas. Ja również jestem DDA, mój ojceic pije odkąd pamiętam w domu nigdy mi niczego nie brakowało, nie było awantur (ostatnie kilka lat się zdarzają), po prostu pił i szedł spać. Od rodziców wyprowadziłem się rok temu i mieszkamy razem z narzeczoną. Namówiłem ją swego czasu na terapie (u niej pije oboje rodziców), mimo że ja sam nie chodzę. 2 tygodnie temu po terapii przyszła do mieszkania i powiedziała mi że nie chce ze mną ślubu ani ze mną być, że przerobiłą to na terapii i tak jej wyszło. Żadnych oznak nic, tak po prostu z dnia na dzien postawowiła zerwać ze mną, spakowałem się i wyszedłem. Powdziedziałem że okej ze jest mi przykro. Po kilku dniach przyszedłem niby po resztę rzeczy, ale tak na prawdę się rozkleiłem i chciałem zeby do mnie wróciła, powiedziała że nie, że musi to sobie przemyśleć. Mineło 1.5 tygodnie nie odzywamy się do siebie a ja nie wiem co mam robić. Chciałbym ją odzyskać, nie rozumiem jak psycholog mógł ją tak nakierunkować żeby zerwała ze mną? Jakieś pomysły, dać jej czas, odezwać się?
  5. A więc zobrazuje zarys sytuacji . Pochodzę z rodziny alkoholików . Mój ojciec był w ciągu alkoholowym 25 lat z czego nie pij tylko rok. Zmarł w wieku 54 lat na marskość wątroby . Mama piła 12 lat . Obecnie nie pije 11 lat . Od dziecka miałam wstręt do alkoholu .Ponieważ widziałam jakie skutki za sobą niesie jego spożywanie .Brzydziłam się nim . W gimnazjum przysięgłam sobie , że nigdy alkoholu nie tknę .I tak było do czasu 2 klasy technikum . Mój 1 kontakt z alkoholem był w domu chłopaka mojej byłej przyjaciółki . Jej siostra i ona zaproponowała ,że urwiemy się z lekcji . A byłam uległa więc się zgodziłam . Wymyślili , że urządzimy sobie maraton filmów Harry'ego Pottera . Z przyjaciółką gadaliśmy i czekaliśmy aż wróci pozostała dwójka . Przyszli z zakupów . Rozpakowywali siatki i wtedy moim oczom ukazały się butelki z alkoholem . Z początku na spokojnie oglądaliśmy film . Zajadając się chipsami . No i w końcu otworzyli butelki . Poczułam zapach piwa . Nie wzbudził mojego zachwytu . Byłam zniechęcona . I wiedziałam , że nie złamię swej obietnicy .Wszystko było w porządku . Oni sobie pili i tyle . Lecz do momentu gdy zaczęli mnie namawiać bym spróbowała . Nie zgadzałam się . Lecz naciskali coraz bardziej . I nie chcąc wyjść na jakąś dziwaczkę . W końcu zrezygnowana się zgodziłam . Pamiętam ,że najpierw posmakowałam piwa owocowego z puszki . Dla mnie to było wystarczające . Moja przyjaciółka też się ze mną zgodziła . Wiedząc o mojej sytuacji , że moi rodzice byli uzależnieni . Jej siostra jednak nie dawała za wygraną .I zasugerowała bym spróbowała zwykłego piwa . Zgodziłam się . Mimo początkowych niechęci i nie przekonującemu mnie zapachowi wzięłam łyk . I zasmakowało mi . Piłam na przemian owocowe piwo z przyjaciółką i zwykłe z jej siostrą . Czułam ,że jestem lekko pijana. Śmiałam się bez powodu . Spodobało mi się to uczucie . I największe co czułam się wyluzowana . A pierwszy raz upiłam się u przyjaciółki na wsi . Pijąc na przemian wino,piwo i wódkę . Oczywiście nie mogło się to skończyć inaczej , że zwymiotowałam to wszystko . I to był początek mojego picia . Potem potoczyło się lawinowo . Jeździłam do niej coraz częściej pijąc coraz więcej . Urywał mi się film i wymiotowałam najczęściej . Ale z czasem mój organizm się uodpornił . I byłam w stanie wypić nawet 6 piw na głowę . Moja tolerancja rosła . U niej miałam 12 dniowy ciąg . Swoje pierwsze ciężko zarobione pieniądze zmarnowałam na alkohol . Zarobiłam je pracując na weselach jako kelnerka wraz z przyjaciółką i jej siostrą . Przepiłam 1000 zł . Poszło to tak szybko .Ponieważ stawiałam każdemu .Przyjaciółka zajmowała się mną najczęściej gdy nie byłam się sobą zająć . Mówiła bym przystopowała . Lecz ja byłam uparta . I czułam powoli przymus picia . Z jej kolegami i siostrą . Ale to był znajomości tylko do picia . Jej mama i tata byli uzależnieni od alkoholu . Więc nie było problemu , że pijemy w domu . Często jej mama się dołączała czy ciotka lub wujek . Poczułam 1 raz w życiu akceptację . Bo od dziecka czułam się odrzucona . Stali się oni tak jakby moją rodziną której nigdy nie miałam . Patrząc wstecz wiem teraz , że to było chore . Szukałam tam gdzie nie powinnam . Po tym ciągu miałam przerwę . .W miejscu zamieszkania upijałam się także z koleżanką ze szkoły . I również cały czas jeździłam do niej na wieś i piłam z już moimi kolegami i jej rodziną .O tym ,że tak piję dowiedziała się 2 koleżanka ze szkoły .Która również sporo wylewała za kołnierz .Zaprosiła mnie na działkę . Byli tam jej znajomi . Z początku byłam zestresowana . Ale alkohol szybko temu zaradził .Spiłam się bardzo mocno . Zasnęłam na trawniku . Jej chłopak zaprowadził mnie do altany . W której spałam . Po przebudzeniu zostałam nagrana na Snapchata przez kuzynkę jej chłopaka . Materiał widziało parę set osób . Lecz to mnie nie zniechęciło . Piłam dalej coraz większe ilości . Po powrocie do szkoły . W październiku i listopadzie . Miałam dwu tygodniowe ciągi .Piłam z dwiema koleżankami z klasy . Bardzo duże ilości alkoholu . Kończyło się to najczęściej urwanym filmem . W 3 klasie trochę przystopowałam ale nadal piłam z koleżankami i na wsi z kolegami . Nadal spore ilości . Czułam się coraz gorzej . Mama nie widziała co się ze mną dzieje .Wracałam najczęściej w nocy .W 4 klasie piłam trochę mniej .Szkoła skończyła się w kwietniu .Pomimo moich wyskoków . Szkołę zdałam . Na zakończenie roku spiłam się jak wszyscy . Ale kontaktowałam . W wakacje piłam z koleżanką ogromne ilości . Do urwania filmu . Pracowałam od października 2 klasy w Carreffour na umowę zlecenie . Więc jak za dużo wypiłam pisałam SMS ,że mnie nie będzie i tyle nie było problemu . W styczniu w sylwestra się spiłam na wsi u przyjaciółki . Wróciłam taksówką do domu . I zrozumiałam ,że mam problem . Czułam to od początku . Miałam wyrzuty sumienia ,że piłam , starałam się przestać , a nie mogłam . Moja tolerancja była coraz większa . stawiałam sobie okres ile nie będę pić i za każdym razem się nie udawało .Pasowało wszystko do tego ,że byłam uzaleźniona .Lecz nie piłam sama i sądziłam ,że to nie czyni mnie alkoholiczką . Postanowiłam nie pić przez 3 miesiące i się udało Niestety w kwietniu się złamałąm koleźanka miała urodziny . I wypiłąm z nią . I w moje urodziny takźe piłam . I raz z koleźankami . Gdzie wypiłam bardzo dużo i wymiotowałam . Urwany film oczywiście .W maju piłam zaprzestałam .picia . w maju zaczęłam dostawać ataki paniki . W czerwcu coraz silniejsze . I trafiłam pod koniec czerwca do szpitala . Wiem ,że pomyślicie byłaś w szpitalu nie miałaś dostępu . Ale po wyjściu nadal nie piję . Trwa to już 6 miesięcy . I już zawsze tak będzie . Bo tego chce . Wiem ,żę jakbym tknęła alkohol to bym odpłynęła . Naprawdę da się . Tylko trzeba przed sobą przyznać ,że ma się problem . Ja to zrobiłam . Byłam na spotkaniu AA i opowiedziałam tam swoją historię . Byłam tam raz . Nigdy więcej się tam nie zjawiłam . Nie podważam sensu mityngów AA . Lecz to nie było dla mnie .Chciałam sama zawalczyć . I mi się udało . Urwałąm wszelkie kontakty z ludźmi z którymi piłam . Mam kontakt z 1 koleżanką z którą piłam . Lecz jak się spotkaliśmy niedawno we wrześniu . To wspominała jak to było gdy pilyśmy . Ona by chciała wrócić do niektórych momentów .Ja bym chciałą wymazać ten okres z mojego życia .Na siłe wspominałam ten okres ,że niby było śmiesznie . Ale wtedy było tragicznie . Pisaliśmy ostatnio na messenger . Lecz teraz się nie odzywam , Jakoś nie wiem o czym pisać . Ta przeszłość mnie bardzo męczyła , ale wkońcu się z nią pogodziłam . I zaakceptowałam ją . Niby alkoholizm to choroba . Tak mówi moja mama . I tak słyszałam i czytałam na internecie . Lecz według mnie to nalóg jak każdy inny . Każdy może przestać pić jeśli tylko chce . Takie jest moje zdanie .Niestety ciężko mówić mi ,że to choroba . Myślać o moim ojcu . Który znecał się nad moją mamą psychicznie i fizycznie . I niszczył mnie i moje rodzeństwo . Nie jest i nigdy nie będzie mi go żal .Sam wybrał sobie taki los .
  6. Cześć mam na imię Klaudia mam 27 lat, w miarę szczęśliwe życie, gdyby nie : lęki, DDA, objadanie się i sięganie po alkohol. Tak ostatnimi czasy radzę sobie z nękającym mnie poczuciem lęku zwłaszcza w nocy, oraz poczuciem, "wiem, że nic nie wiem". Moja motywacja na dzień dzisiejszy jest zerowa, zdaję sobie z tego sprawę, i zaczyna mnie to uwierać "słodkie lenistwo" jest dobre do czasu. Zaczynam zauważać w sobie początki "hipochondrii" bo jak nazwać to najlepiej czuję się, gdy coś mi dolega? że czuję się wtedy zaopiekowana, kochana ? Nie jest to do końca normalne .Czego się spodziewam ? Może wyrzucenie tego z siebie jest dobre na sam początek? Może szkoda tej odrobiny samodzielności, którą udało mi się wypracować, tej miłości, którą ktoś bardzo ważny do mnie poczuł? Niezrozumienie dla tego chaosu, który pojawił się w moim życiu, żalu decyzji zwłaszcza zawodowych, posiadam wspaniałych ludzi wokół siebie, których nie potrafię docenić, spektrum możliwości, których nie potrafię wykorzystać ? "betonowe buciki" za bardzo przyspawały się do moich nóg, żeby choć trochę beton zaczął pękać ? nie lubię słowa "chciałabym" bo nie idą za tym w moim przypadku konkretne czyny, może zastąpię je słowem "spróbuję" i każdy krok na przód będzie miłą niespodzianką? Pozdrawiam wszystkich forumowiczów.
×