Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Miłość

Znaleziono 4 wyniki

  1. Zacznę od początku. Mam 20 lat, byłam z moim byłym chłopakiem (Mateuszem) przez 3,5 roku. Z nim uprawiałam pierwszy seks. Bardzo oboje angażowaliśmy się w ten związek, umieliśmy być razem szczęśliwi mimo wszystkich naszych wad i niedociągnięć. Oboje jesteśmy DDA. Zerwał ze mną 2 miesiące temu po tym, jak zatańczyłam z jakimś chłopakiem, którego nawet nie znałam. Po prostu, byliśmy na imprezie, był alkohol, on mnie ignorował, nie chciał ze mną rozmawiać i się wkurzyłam i zaczęłam tańczyć z tamtym człowiekiem, on mnie podniosł i wszyscy nasi znajomi to widzieli. Zaczęli mówić Mateuszowi, że jest pizdą, że tamten typ mnie obmacywał, itd. Po tym ze mną zerwał, powiedział, że to ostatecznie koniec na zawsze i już nigdy do mnie nie wróci (3 dni przed tym mówił, że chce ze mną zostać na zawsze). Życzył mi szczęścia i mówił, że nie chce przestać mnie znać. Minęło 1,5 miesiąca. Poszłam na imprezę razem ze znajomymi z klasy (chodziliśmy razem do klasy w szkole średniej), których on bardzo lubił. Ale dowiedzieli się jaka jest sytuacja i nie zaprosili go. On się o tym dowiedział i zadzwonił na tej imprezie do mnie, zaczął mnie wyzywać od szlałfów, kurew, najgorszych. Tłumaczył to tym, że spotkał jakiegoś chłopaka na rynku, który mu powiedział, że ja rzekomo powiedziałam jakieś jego sekrety i go wyzywałam do niego. A to nie prawda, zaczęłam się tłumaczyć, a on się upierał przy swoim, mówiąc, że ma pewność, że ja tak zrobiłam. Pisał pózniej w sms-ach, że jestem moralnym zerem, że mnie nienawidzi, że go zdradziłam, robiłam wodę z mózgu, że chce, abym straciła mowę i nie miała kontaktu ze światem. Mimo swojej pewności, że nic takiego nie powiedziałam, mam jakieś dziwne wyrzuty sumienia i czuję się jak dziwka. W zeszłą sobotę wysłał moim znajomym jakieś filmiki, w których mówił, że pokazywałam nasze wiadomości wspólnej koleżance (co jest akurat prawdą, pokazałam jej urywek wiadomości, w której ze mną ostatecznie zerwał). Znów zaczął mnie wyzywać, ale już nie wprost, tylko do innych. Mój obecny chłopak wkurzył się i zadzwonił do Mateusza. Wyzywali się bardzo. Mateusz mówił mu rzeczy typu, że go zdradziłam, że będzie żałował, że ze mną jest, że jestem dziwką, a on pizdą i robię słabą gałę. Przy rozmowie byli koledzy Mateusza, słyszałam ich, też po mnie równo jechali. Mateusz przyznał się, że odnowił znajomość z taką dziewczyną, której bardzo nie lubił, obgadywał ją do mnie i innych znajomych, mówił jej sekrety, itd. Wkurzyłam się i napisałam do niego sms-a, że fajnie, że mnie obrzuca jakimś gównem, a sam odnowił kontakt z osobą, która go obgadywała i on ją też. Po tym sms-ie ta dziewczyna pisała do mnie. Z jej wypowiedzi było widać, że Mateusz jej już wszystko opowiedział o naszym rozpadzie związku. Wkurzyłam się, ale jej nie odpisywałam, zignorowałam. Przedwczoraj wysłał filmik do mojej przyjaciółki, w którym mówił, że ma już wszystko czego chciał, że został szefem w jakiejś firmie, że będzie dużo zarabiał i jest bardzo szczęśliwy, a przeze mnie był pizdą, ale przez to, że jest-jak on to powiedział- prawdziwy i nigdy nie kłamie osiągnął sukces. Dzisiaj widziałam go jak wracałam z kościoła, ale on mnie chyba nie widział. Ogólnie mój problem polega na tym, że on dalej jest w jakimś stopniu dla mnie idealny i byłabym mu w stanie wszystko wybaczyć. Zamiast skupić się na obecnym chłopaku, tamten jeszcze siedzi i miesza w mojej głowie. A ja czuję się bardzo winna, mimo, że wiem, że nic złego nie zrobiłam. Co dziwne i ciekawe, on choruje na cukrzycę i musi przyjmować insulinę, ktora specyficznie pachnie. Od zerwania w losowych momentach czuję jej zapach przez 2-3 sekundy i potem on się "ulatnia"(?). Nie wiem, czuję, że wariuję. Nie umiem się na niczym skupić, nie umiem zapomnieć i nigdy nie zapomnę. Chodzę do psychologa, ale nie widzę efektów. Ja na prawdę nie daję sobie rady z tym, a rozmowa z nim w grę nie wchodzi, bo mnie zacznie wyzywać i mi to jeszcze wszystko pogorszy. Boję się bardzo, że nigdy nie będę szczęśliwa. O co mu w ogóle chodzi, na prawdę nic z tego nie rozumiem. Chcialabym z nim porozmawiać szczerze, ale wiem, że skończy się na wyzywaniu mnie i to pogorszy sytuację. Czy taka rozmowa będzie możliwa po paru miesiącach/latach? Co ja mam tak właściwie zrobić? Bardzo się gubię i nie umiem się na niczym skupić. Na domiar złego zaczęłam uciekać w alkohol i piję praktycznie codziennie. Dziękuję z góry za każdą odpowiedz!
  2. Dlaczego jest tak, że gdy jestem przy swoim chłopaku, myślę o nim jako o osobie z którą pragnę być do końca życia, aby był ojcem mojego dziecka, marzę o ślubie z nim, codziennym budzeniu się przy sobie... A kiedy nie ma go przy mnie, myślę że przez niego nie robię nic pożytecznego dla siebie. Dobra. Nie ze nic, ale ze bez niego mogłabym bardziej skupić się na sobie. Skupić się w końcu na nauce angielskiego, na spokojnie znaleźć nową pracę, mieć więcej czasu dla przyjaciół i rodziny i psa (na tym ostatnim najbardziej mi zależy). Kiedy nie ma go przy mnie, wizualizuje sobie nasze rozstanie. Kiedy z nim jestem, marzę aby się z nim zestarzec. Oskarżam go również w głowie o to, że przez niego staje się bardziej poważna. A to nudne i przykre. Czasem mam wrażenie jakby mnie niszczyl. Od 6 klasy podstawówki bez przerwy jestem w związkach. Pierwszy trwał prawie 4 lata, drugi ponad 4, trzeci właśnie trwa. Od lipca tamtego roku. Przeskakiwalam z kwiatka na kwiatek. Pierwszego chłopaka zdradzalam nie wiem ile razy (poprzez miłość głównie platonoczna, z fizycznosci było buzi i tulenie, czasem macanie), drugiego chyba ze trzy razy (pocałunki, platonoczna miłość, macanie). Poza tym, kiedy ktoś coś do mnie mówi, widzę szeroki wachlarz możliwości tego z jaką intencją ktoś wypowiada dane słowa w moją stronę. Przez co często źle interpretuje. Na dodatek nauczyłam się myśleć głównie w czarnych kolorach.
  3. Witam, piszę ten temat z nadzieją, że są osoby, które mają podobny problem lub się z takim spotkały. Być może nawet sobie z nim poradziły. Co jakiś czas miewam ataki lęku. Często naprawdę mocne, po których jestem blady, zalewa mnie zimny pot i czuję że zwymiotuję. Wszystkie napady pojawiały się w nocy, kiedy zasypiałem, często powodowały nieprzespane noce. Wtedy moje myśli nie były zajęte niczym i uczepiały się jakiegoś czarnego scenariusza, który mieliłem w głowie i sobie wkręcałem. Myślę, że mogę podzielić je na dwie grupy, tj. lęk przed samym lękiem w miejscach, w których ciężko byłoby mi sobie z lękiem poradzić (np. zasypiając w pokoju na wyjeździe ze znajomymi, lęk, że jak pojawi się lęk, to sobie z tym lękiem nie poradzę albo ktoś zauważy, że mam problemy z nerwicą) lęk przed poważną relacją, przed związaniem się O ile ten pierwszy jest, jak mi się wydaje, wtórny i trafia się bardzo rzadko, to ten drugi nie daje mi żyć. Wszystkie moje próby stworzenia związku wyglądają podobnie. Najpierw kogoś poznaję, zakochuje się, spotykam, wszystko jest pięknie, bo jest jeszcze niewinnie. Pojawiają się jakieś pocałunki, to wciąż jest niewinne, wszystko gra. Problem pojawia się, gdy trafiamy do łóżka. Przestaje być niewinnie, bo są możliwe konsekwencje. Po wszystkim u mnie pojawiają się myśli typu "a co jeżeli ona zajdzie w ciążę, przecież ja nawet nie wiem czy to ta jedyna, nie wiem czy chce się z nią wiązać na całe życie. a co jak nie bedziemy się dogadywać". Potem jest już równia pochyła. Każde zbliżenie kojarzy mi się z lękiem, po wielu lęk się pojawia. W końcu nie czuję już nic z zakochania, które mi towarzyszyło, a ona kojarzy mi się już tylko z lękiem. Staram się unikać seksu, potem w ogóle spotkań wykręcając się różnymi rzeczami. Gdy zasypiamy razem czuję lęk, nie śpię w nocy, chce uciekać. Koniec końców wybieram rozstanie, bo lęki stają się nie do zniesienia. Czuję się z tym fatalnie. Nie chce być sam, ale zawsze kończę w ten sam sposób. Podczas ataków próbowałem pomagać sobie hydroksyzyną, ale pomagała jedynie w tych ciężkich przypadkach, kiedy czuje że stracę przytomność lub zwymiotuję. Nic nie zmieniała w lękach, które towarzyszyły mi podczas zasypiania, myślenia itd. Nie wiem co robić. R.
  4. Nie będę się rozpisywać i przejdę do konkretów. Tęsknię bardzo za jedną osobą już ponad rok. W związku z zaistniałą sytuacją miewam sny, które staram się zrozumieć. Pierwsze kilka snów: On i ja jesteśmy w bardzo małym, podłużnym i ciemnym pokoju. W domyśle jest to jego pokój. Obydwoje jesteśmy smutni. Pojawiają się silne uczucia między nami i jednocześnie pojawia się dystans. Ostatni sen: Spotykam go we śnie. Od samego początku boję się, że go zaraz stracę. Tracę go z oczu. Na koniec siedzę sama w pokoju, który znam z poprzednich snów. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, co ten pokój symbolizuje i czy to nie jest jakaś forma kontaktu emocjonalnego/ telepatycznego między nami. Nie wiem czy coś takiego może istnieć. Dla mnie jest to tylko zagadka. Czy ktoś mógłby mnie trochę naprowadzić? Czy ktoś miał podobne zagwozdki? Może nie warto się nad tym zastanawiać?
×