Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Związek

Znaleziono 7 wyników

  1. Dzień dobry szanowni państwo, piszę tę wiadomość dla was ku przestrodze przed toksycznymi osobami. Zacznijmy może jednak od końca – zmarnowałem 5 i pół roku z pewną kobietą tak złą, że w zasadzie nie jestem w stanie po tym wszystkim nazywać jej człowiekiem. I choć poznałem wielu złych ludzi, nikt się do niej nawet nie umywał. I tak, byłem totalnym frajerem który widział to, ale nie chciał widzieć. Strach przed samotnością sprawiał, że postanowiłem się męczyć aby tylko nie zostać sam jak palec. Ostatecznie i tak zostałem, tyle że nacierpiałem się zupełnie niepotrzebnie, co skończyło się dla mnie końskimi dawkami leków, prawie udaną próbą samobójczą (służba zdrowia czasem działa lepiej niż moglibyśmy się tego spodziewać), doszczętnie zszarganą opinią publiczną, utratą wszystkich znajomości, a także stwierdzonym przez psychiatrę PTSD. Na początku było może i fajnie, bo wydawała mi się być miłą, wrażliwą dziewczyną. Czy byliśmy sami czy w jakimś innym towarzystwie, zawsze taka była, poza jednym wyjątkiem. Jej najlepszą przyjaciółką. Przy niej totalnie jej odbijało, zachowywała się jak niespełny rozumu pustak, potrafiła mnie wyśmiewać i szydzić z tych samych słów i zwrotów, które poza słuchem tej „koleżanki” wyraźnie doceniała i lubiła. Cały czas starała się zgrywać dorosłą, a dobra była tylko wtedy kiedy było dobrze. Kiedy było źle, nigdy nie było rozmowy, ani jednego razu. Potrafiła tylko krzyczeć, obrażać i wymuszać płacz, a także nie odbierać moich telefonów czy zupełnie ignorować moje wiadomości. Regularnie mnie blokowała na wszystkich mediach tylko po to, żeby za kilka dni odblokować i udawać, że zupełnie nic się nie stało. Ale dawałem się tym jej sztuczkom, bo od razu zgrywała miłą, łasiła się, mówiła mi wszystko to co chcę usłyszeć. Zaczynała też szukać powodów problemów we wszystkim tym co lubię i lubiłem i ochoczo mi tego zakazywała – gier, wyjść na piwo z kolegą, rozwijania pasji, a kiedyś nawet… ćwiczeń fizycznych. Cały czas starała się owinąć mnie wokół palca. I jej się to udawało. Podczas awantur zapędzała się regularnie coraz dalej, no bo zdołała poznać moje wszystkie słabości i je przeciwko mnie wykorzystać. Nikt nigdy nie jechał mi po emocjach tak jak właśnie ona. Krzyczała, czasem szarpała za włosy, obrażała („ty p***o”, „ty ch**u”), wygrzebywała brudy z przeszłości (dosyć smutnej – dręczenie w gimnazjum, szpital psychiatryczny, a nawet plotki rozsiewane przez te same osoby, które kiedyś nie dawały mi żyć), a wszystko to komentowała dosadnie „ale to prawda!”. Przez pewien okres mnie nawet… biła. Rodzice mnie wychowali tak, abym nigdy nie uderzył kobiety, dlatego trzymałem nerwy na wodzy. Kiedyś, jak zaczęła drapać pazurami po twarzy i gryźć w ręce, oddałem jej w ramię, lekko, żeby zrozumiała że to nie jest przyjemne. Takiej wiązanki na swój temat nigdy nie usłyszałem, a ciche dni trwały z 2 tygodnie, aż wreszcie sama mnie odblokowała i się odezwała. Niby zrozumiała przekaz bo już nigdy nie podniosła na mnie ręki, ale i tak w nerwach potrafiła mi przypomnieć to jedno lekkie uderzenie kompletnie pomijając fakt tego, co sama mi robiła. Problem był w tym, że moi rodzice ją polubili, zresztą nie tylko oni. Świetnie się maskowała, a demon wychodził z niej tylko wtedy, kiedy nie było żadnych świadków – tak jakby to planowała. Przy znajomych ograniczała się tylko do strzelenia focha o byle co i wyjścia z wyłączonym telefonem… i weź tu jej człowieku szukaj potem pod wieczór martwiąc się czy nie chce zrobić nic głupiego albo czy ktoś jej nie zaczepi. Każda kłótnia w której to ja byłem według niej winny miała też taki finał, że angażowała w to wszystkich – znajomych, swoją rodzinę, nawet moją. I wszyscy mnie potem ochrzaniali. A kiedy to ona zawiniła to cóż, udawała że nic się nie dzieje, tuliła się i gadała „to było dawno, zapomnijmy o tym”. ZAWSZE. Po kilku latach, może dwóch czy trzech, zwykła również ze mną zrywać, średnio raz na 2-3 tygodnie, czasem częściej, czasem rzadziej. A potem leciała tylko z tekstem że to było głupie i że już nieważne bo mówiła to w nerwach… co nie przeszkadzało jej tego notorycznie powtarzać. Pamiętam też, że praktycznie nigdy mnie nie przepraszała, nawet pomimo jawnej winy. To znaczy owszem, mówiła przepraszam jak nadepnęła mi na but, szturchnęła mnie ręką albo ubrudziła napojem czy jedzeniem, ale w rzeczywiście ważnych sprawach nigdy. Powiedziała, że nigdy nie przeprosi bo „nie będzie się przede mną płaszczyć”. Nie lubiła moich kolegów i teoretycznie zabraniała mi się z nimi spotykać. To znaczy owszem, mogłem wychodzić, tyle że rezultat tego był oczywisty – foch. Trudno, straciłem te kontakty i do dziś ich do końca nie odnowiłem. Ale hej, miałem ją, wszystko miało być super ekstra, twierdziła że kocha, a ja frajer w to wierzyłem. I żeby być szczery, nawzajem nie lubiliśmy swojego towarzystwa. Ona moich kolegów bo przy nich byłem roześmiany i wyluzowany, ja jej bo mieli na nią zły wpływ – to oni w końcu chcieli żeby mnie zostawiła, a w pewnym momencie zerwali z nią znajomość twierdząc „on albo my”. Ja nigdy nie kazałem jej wybierać, ale tego nie zauważała. Chciała być pedagogiem i nawet poszła na takie studia, ale była i jest totalnie wybiórcza i dwulicowa. Jeżeli kogoś polubiła, była super. Jeżeli nie, udawała że go nie widzi i traktowała z jawną pogardą. Kiedyś na przykład na jakimś weselu czy innej imprezie rodzinnej zbywała mojego 7 letniego kuzyna tylko dlatego, że nie lubiła mojej kuzynki. Było mu przykro, bo pytał potem „czy ta pani się na mnie gniewa”. Świetny powód. Sama sobie wybierała kto zasługuje na jej uznanie a kto nie i robiła to w bardzo pokręcony sposób. A tego wszystkiego było jeszcze więcej. Kiedyś ustaliliśmy deal – zawsze kiedy wychodzimy to się o tym informujemy żeby się o siebie nawzajem nie martwić. Ja mówiłem jej wszystko, nawet gdy wyskoczyłem na 5 minut do sklepu po piwo czy coś do jedzenia. A ona tego nie robiła. Wiele razy potrafiłem ją spotkać jak jechała samochodem z miasta albo do miasta, a nie tak dawno odezwał się do mnie stary znajomy i po prostu pogadaliśmy jak kumple. Jaki ma to związek? Taki, że mówił mi że wielokrotnie widział ją z innymi osobami czy w barach czy miejscach publicznych i dziwił się, że jest ona tam beze mnie. Robiła mnie w konia i okłamywała przez cały czas. Cały związek!! I nie, to nie jest koniec tego wszystkiego. Na początku, wracając raz jeszcze, była miła i dało się z nią uzgodnić wiele rzeczy, ale w miarę jak „dorastała” (tylko prawnie, na pewno nie na umyśle), robiła się coraz gorsza. Po skończeniu 18 lat każda moja uwaga czy pytanie czy zastrzeżenie kończyły się „odwal się, jestem dorosła, mogę robić co chcę”. Potem odbiła jej szajba jak poszła do nowej szkoły, potem znowu na studiach – była nie do zniesienia, pojechała nawet na jakiś tydzień pomieszkać u koleżanki (o ile to była w ogóle koleżanka) mówiąc mi o tym dopiero przedostatniego dnia – a potem gdy spotkała się z Chodakowską i jej „ambasadorkami”. Wtedy zmiana w jej zachowaniu była już tak ogromna, że ta kobieta z którą byłem nie przypominała W OGÓLE tej z którą zacząłem związek. Wredna, opryskliwa, pusta. Kiedyś z szacunkiem do siebie i nieśmiałymi fotkami, zaczęła zaśmiecać swoje konto na Instagramie zdjęciami półnago, w staniku sportowym, w majtkach, nawet w bikini na basenie. Mimo, że umówiliśmy się kiedyś, że nie będzie robiła takich rzeczy bo… no czy naprawdę muszę to tłumaczyć? Chcielibyście widzieć waszą miłość i waszego aniołka półnagiego w necie?! Nikt by nie chciał! W momencie kulminacyjnym widziałem wstawioną fotkę z wypiętym tyłkiem. Serce pękało. W chwili wpadnięcia w najgorsze towarzystwo kompletnie mu uległa – zawsze zresztą zachowywała się tak samo jak jej wszystkie inne aktualne psiapsióły. A dodam, że zmieniała „najlepsze koleżanki” jak rękawiczki, praktycznie non stop. Było ich z jakieś 10 na przełomie tych kilku lat jak byliśmy razem. Kiedyś, z racjonalnie myślącej dziewczyny z szacunkiem do siebie stała się wyuzdaną wojującą lewaczką-feministką. Postanowiła, jak jej idolka Chodakowska, zrobić sobie kiedyś sztuczne cycki, mimo że była naturalnie piękna i atrakcyjna. Miała fantastyczny brzuch ale nigdy go nie lubiła, jak mi mówiła. Wstydziła się go i zakrywała rękoma nawet podczas seksu. Ale „ambasadorki” sprawiły, że nie widziała problemu w upladowaniu jego zdjęć na instagrama. Dobra, może go polubiła w końcu… ale nadal mówiła mi dokładnie to samo co przedtem. Wiedziała również, że tatuaże u kobiet kojarzą mi się bardzo źle i że przysięga na wszystko że nigdy nie zrobi. Mówiła, że kiedyś chciała ale „zmądrzała” bo była, jak stwierdziła, „rozpuszczoną gówniarą”. Ta przysięga była dla nas najważniejsza, a może raczej dla mnie, bo obiecała że nawet jeżeli się rozstaniemy, nigdy sobie tego nie zrobi. I nic, zrobiła 3 a jak ją znam to i więcej. To był dopiero ból. Na domiar złego, zdradzała mnie przez ostatnie lata związku. Raz nawet posunęła się do tego, że na jednym koncercie na którym byliśmy razem… przelizała się z jednym gościem kiedy ja byłem za ścianą, wewnątrz. Każdy znajomy który tam był i to widział potwierdzał to, informacja się rozeszła i każdy wiedział że jestem zwykły rogacz, ale nie, ona do samego końca zapierała się że nic takiego nie miało miejsca. Nie mówiąc już o tym, że do moich uszu doszły inne ekscesy i że raz nawet sama, chyba przez przypadek, wysłała mi na snapchacie zdjęcie jak się przytula z jednym kolesiem. A ja, głupi frajer, dałem jej szansę. Z tą różnicą, że powiedziałem jasno – nigdy więcej seksu bo się brzydzę, nie wiem kto tam jeszcze był. W końcu rzuciła mnie jak śmiecia, poblokowała wszędzie i do widzenia. Ani razu nie odebrała telefonu, nie porozmawiała twarzą w twarz, nie zakończyła tego jak człowiek – zerwała przez Gadu Gadu. Starałem się mimo tego o nią walczyć, wiecie? Debil… Szukałem sposobu na rozmowę, pytałem jej znajomych, prosiłem o spotkanie i nic. Raz na przykład poczekałem na nią na stacji jak wracała z uczelni żeby to omówić. Mówię „przepraszam że tu jestem ale…” i koniec, uciekła biegiem do samochodu, zamknęła się i odjechała. A potem opowiedziała swoim przyjaciołom, że… wyszedłem do niej z nożem. Mało? Raz przyjechali do mnie „pogadać” z koleżanką i jej chłopakiem. Żeby było jasne, to nie była rozmowa. Wcinali się bez przerwy w moje zdanie i odpowiadali za nią, cały czas. A potem zadzwonili do mojej matki, że wyszedłem do nich z „kolczatką”, czymkolwiek miałaby ona być. Innym razem pojechałem z kwiatami pogadać. Rzuciła tylko „idź stąd”, a potem zatrzasnęła drzwi przed nosem. Nabluzgała mi też przez jej znajomego i ponoć zgłosiła sprawę na policję za… nękanie. Wreszcie dałem sobie spokój, wpadłem w alkoholizm, przestałem ćwiczyć i o mało co nie zaprzepaściłem swoich studiów. Ale ona ze mną nie skończyła, nie. Zbuntowała wszystkich przeciwko mnie, praktycznie każdego wspólnego znajomego i wszystkich jej znajomych. Narobiła dymu w jednym z dwóch pubów do którego lubiliśmy kiedyś przychodzić że jestem taki a taki. Przez nią nie tylko straciłem kilku kumpli, kuzynkę i kontakt z kilkoma postronnymi osobami widywanymi np. na koncertach, ale i odwrócili się ode mnie wszyscy ci, których znaliśmy oboje. Nawet ostatnio szedłem, tak wyszło, za nią i jej koleżanką na ulicy po chodniku. Koleżanka się odwracała, aż wreszcie była się odsunęła a tamta „o co ci k***a chodzi”. O to, że chcę przejść, chodnik jest wspólny!! Mało? Nie... Pamiętam, że dostałem od niej kiedyś uroczy prezent na urodziny, samoróbkę. Pudełko, w którym było 365 małych karteczek dlaczego mnie „kocha”. Przypomniałem jej o tym i usłyszałem bezczelnie, że „to było dawno i się nie liczy”. To było napisać datę przydatności a nie wykorzystać moją naiwność… Lubiła też robić z siebie ofiarę i pokazywać całemu światu, jaki to jestem zły. Jak się wściekała, pisała mi potworne i okrutne rzeczy, waliła poniżej pasa. Prowokowała, krzywdziła. A kiedy pękałem płacząc przed monitorem, rzucała tylko że jestem ciotą czy cipą. Kasowała także swoje wiadomości i zostawiała tylko i wyłącznie moje. Jak inni patrzyli wówczas na mnie i na nią jest chyba oczywiste… Notorycznie wyniszczała mnie psychicznie, wiedziała jak boli blokowanie i cisza. Niejednokrotnie potrafiła odblokować mnie, zostawić jakąś wiadomość żeby mnie skrzywdzić, zmusić do rozpaczy i wywołać poczucie winy, a potem znowu zablokować żebym nie mógł odpisać. „Koniec z tym” albo „to już nie ma sensu” sprawiały, że miałem ochotę umrzeć bo bałem się jak debil o nią, że chce zrobić sobie krzywdę. Nic jej to nie obchodziło. Jeździła do koleżanki a mnie zostawiała w rozsypce. Nikt nigdy mnie gorzej nie traktował. Do tego mnie jeszcze szantażowała. Zrób to a tamto a się potnę albo że z nami koniec. Próbowała też szczuć moją rodzinę na mnie, korzystała z gabinetu mojej mamy za free (prowadzi gabinet kosmetyczny), pożyczała pieniądze („wisi mi” dobre kilkaset złotych i i tak wiem, że ich nie odzyskam), a gdy było źle to zawsze udawała niewiniątko i potem przez kilka dni dostawałem ochrzan od rodziców, cioci, babć, dziadków. Że jaki ja muszę być dla niej zly… dopiero po tym, jak zobaczyli jaka naprawdę jest, wszyscy mnie szczerze przeprosili za to, że dali się jej omamić. Powiedzieli, że cieszą się że wyszło jak wyszło bo dzięki temu zmarnowałem tylko 5 lat a nie resztę życia z kimś tak toksycznym. To tyle z tego co pamiętam. Nie piszę tego na trzeźwo ani spokojnie, bo choć rozstanie było prawie rok temu, nadal się z tego nie obudziłem, nadal to wszystko mnie boli, nadal mam koszmary i „flashbacki”. I nie, nie tęsknię, nie chcę jej z powrotem – szczerze nienawidzę i jestem pełen żalu i caly czas czekam, aż wreszcie karma do niej wróci i odczuje na sobie sprawiedliwość. Ale to się nie dzieje… Jestem teraz totalnym wrakiem, bo nie potrafię już nikomu zaufać. Gdy tak bliska osoba bez przerwy mnie raniła i wbijała noże w plecy, odsuwam podświadomie od siebie wszystkich i boję się zawrzeć jakąkolwiek znajomość. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę zdolny do wejścia w relację. Boję się i nikomu nie ufam, nie potrafię żyć. Ogień tego wszystkiego nadal nie wygasł i wciąż spopiela mnie od środka, zostawia tylko skorupę. Jestem przerażony tym, że nic a nic się nie poprawia i nadal mnie to nie odpuszcza. Nie wiem gdzie szukać pomocy, gdzie szukać sprawiedliwości, co zrobić aby wrócić do żywych i wstać z kolan. Nie potrafię. Według mojego lekarza, był idealny przykład nie tylko związku toksycznego, ale i psychicznego znęcania się. Ale po tym wszystkim to, według otoczenia, JA jestem tym złym a nie ona. Dlatego piszę to ku przestrodze do was wszystkich. Jeśli zobaczycie w swoich relacjach takie zjawiska jakie opisałem, zerwijcie je w cholerę – nic dobrego z tego nie wyjdzie a oszczędzicie sobie cierpienia i zdrowia. Jeśli możecie i czujecie taką potrzebę, prześlijcie to dalej. Chcę ochronić przed tym jak najwięcej osób. Pozdrawiam i obyście nigdy nie trafili na takich „ludzi” Bardzo proszę o pomoc, co z tym robić, jak walczyć, jak zacząć żyć I błagam, nie każcie mi "wypier..." bo już raz mnie tak pogoniono, sam się boję teraz wstawiać ten post że potraktujecie mnie podobnie Pozdrawiam
  2. Witam. Może zacznę od konca... Ogóle wszystkie te dziewczyny którymi wszyscy się zachwycają np. na Instagramie o nieskazitelnej urodzie i figurze, na mnie nie robią większego wrażenia i za 10 sekund o nich zapominam. Teraz przejdę do rzeczy. Kilka dni temu obejrzałem polski (nie tylko polski :-)) (swoją drogą świetny) film i jeszcze dwie godziny wcześniej nie pomyślałbym że tak to na mnie wpłynie. Był to film który większość z was pewnie widziało nakręcony w 1989 na faktach (celowo nie podaje tytułu ale podaje na tyle informacji żeby co poniektórzy skojarzyli bo jednak nie wiem jak zareagujecie). I odkąd zobaczyłem młodą w sumie drugoplanową aktorkę (w momencie nagrywania filmu była zbliżona wiekiem co ja teraz, to ważne! Żeby mnie nikt nie oskarżał o skłonności wiadomo jakie) nie mogę przestać o niej myśleć i przeszkadza mi to troszkę w normalnym życiu. Jest mi bardzo smutno. Do tego dochodzi nostalgia do czasów z lat przed 90 w których nawet nie żyłem ale znam je z różnych stron ( i nie koloryzuje ich ale i tak wolałbym w nich żyć przynajmniej w moim przypadku)( na ten temat nie będę pisał przynajmniej w tym wpisie, zresztą i tak nie jest to problem). Pewnie większość z was jak wyszukacie ten film i zobaczycie ją będzie się zastanowiało czy to na pewno ten film bo 'co można widzieć w urodzie tej dziewczyny'... Nie wiem zbyt co teraz zrobić, miałem ochotę obejrzeć następny film z jej udziałem ale to chyba zły pomysł... Napisałem na tym forum bo kiedyś inne nieistniejące już forum pomogło mi z czymś innym więc póki co mam same dobre doświadczenia i mam nadzieję że tak zostanie i nie pożałuje że napisałem ten wpis, mógłbym jeszcze tak pisać ale będzie mniejsza szansa że ktoś to przeczyta, pozdrawiam wszystkich i życzę zdrowia zarówno psychicznego jak i fizycznego. Ps. Jeśli ten wpis jest w złym dziale proszę o przeniesienie
  3. Witam serdecznie, mam prośbę o pomoc, mianowicie nie czuję się rozumiany w związku w którym jestem 5 lat. Choruje na różne zaburzenia psychiczne min.charakteropatię. Na pewnej grupie poznałem przecudowną osobę która także się leczy(ma dwubiegunówkę) rozumiemy się i szanujemy, moja dotychczasową partnerka chyba nie ma taktu bo śmieje się ze wszystkiego co dla mnie nie jest śmieszne a wręcz daremne. Jednocześnie boję się jednak odejść od partnerki bo jestem osobowością zależną, dodam że mieszkamy w Łodzi a osoba którą kocham w Szczecinie
  4. Witam, jestem nowy na forum... Zaczne moze od przedstawienia sie: Jestem młodym chłopakiem lat 24, pracuje, i... Potrzebuje pomocy... Prosze o przeczytanie wszystkiego mimo ze wiem ze to bedzie pewnie trudne dla wiekszosci. Zacznę od tego ze wychowywałem się w domu z rodzicami przy których brakowalo mi zauwazenia, chcialem zeby mnie zauwazyli, docenili, którzy ciagle mowili zebym spowaznial ze jestem dzieciak itd... oraz dziadkiem alkoholikiem. W podstawowce tylko tata pracował, więc bylem biedny. Trafilem do snobistycznej klasy i bylem wysmiewany i dreczony. Dzis nie boje sie o tym mowic, tak po prostu bylo. Plakalem, bylem sam, nie mialem zadnych przyjaciół. Wszyscy byli przeciwko mnie i nigdzie nie mogłem znaleźć pomocy. W domu wracałem to były afery z dziadkiem, nigdzie nie było spokoju. Mama w tym wszystkim była prawie niezauważalna, mówiła tylko ze bardzo mi współczuje. Pierwsze znajomości zaczalem zawierać w technikum, miałem czesc klasy w porządku i część ktora tez próbowała sie z czegos nasmiewac, ale nauczony bledami przeszlosci bylem wyczulony i reagowalem agresywnie i nie dalem sobie wejsc na glowe. Jednak odreagowywalem nieprzespanymi nocami, myslac o zagrozeniu ze powtorzy sie szkola podstawowa, uciekaniem z lekcji do domu, pod pretekstem bycia szkolnym cwaniakiem, łobuzem. A prawda byla taka ze czulem sie zle i wialem do domu... Obecnie pracuje, mam dziewczynę, która jest kochająca, wierna, troskliwa, mądra i bardzo ładna. Jedynymi jej minusami sa kontrola i zazdrosc. (Jednakze na poczatku znajomosci zrobila mi krzywde mowiac ze ma inny typ faceta, że nie ukrywa ze nie jestem taki... bylismy juz razem, i widzialem w jej oczach jakis zawod... Stalo sie to jak kiedys bylismy w sklepie i cos przymierzalem, potraktowala mnie zle przy swoich przyjaciolach, ktorych zupelnie nie znalem, nie zwracala na mnie uwagi, slowem sie nie odzywala. Chcialem sie z nia wtedy rozstac, przepraszala mnie 2 tygodnie i stwierdzilrm ze zobacze co bedzie dalej, no i faktycznie minelo kilka miesiecy i sie na prawde zakochala... Przeprasza mnie po dzis dzien za to co zrobila i mowi ze nigdy sobie nie wybaczy.) Do tej pory uwazalem ze ja kocham, i chyba nadal tak mysle. Mam z nia wspolne plany, konczy studia i mam zamiar wziac kredyt i kupic nam mieszkanie (jesli przez tego wirusa oczywiscie nie strace pracy) Celowo napisalem do tej pory gdyz chce zobrazowac swoj problem Wydawalo mi sie ze wszystko jest miedzy nami okej, jednakze przez tego wirusa widujemy sie teraz rzadko i jako ze dziewczyna bardzo mnie kontrolowala, to nie przeszkadzalo mki jakos bardzo to z jakis czas sie nie bedziemy widziec. Niby tesknilem, ale nie tak jak ona i w pewnym momencie stwierdzila ze mi to przychodzi jakos latwo, i ze nie tesknie za nia. Ze stalem sie malo wylewny a wczensiej bylem bardzo... No i sie zaczelo... Zaczalem myslec ze moze ja juz jej nie kocham? Zaczalem myslec ze gdzies ide i widze nieraz jakas atrakcyjna kobiete i sie spojrze na nia, ze mi sie spodoba, ze zauwazam po prostu inne i ze to znaczy ze jej nie kocham. Nagle zaczela mi sie przypominac kolezanka z ktora sie kiedys spotykalem przed nia i ktora byla atrakcyjna. Zaczelo sie poczucie winy, obawa ze ja skrzywdze, z drugiej strony ze sam sobie wszystko zniszcze bo chce z nia byc i zalozyc rodzine... No i ze nie powinienem miec nihdy watpliwosci jesli to prawdziwa milosc... No i spirala trwa od jakiegos czasu non stop. 500x dziennie sobie mowie ze jest madra, fajna, ladna, ze ja kocham... Jakbym chcial sie sam na sile przekonywac. I mowie sobie kurde, na sile tak nie mozna, ale przeciez jak jestesmy razem (spotykamy sie juz) to wszystko jest okej, caluje ja ciagle, przytulam, mowie jej o sobie wszystko, wie o moich problemach o wszystkim... No i wyczytalem ze jest cos takiego jak nerwica natrectw czy zaburzenia obsesyjno kompulsywne w zwiazku i poza nim. No i mam pytanie czy takie nakrecanie sie i myslenie jest wlasnie takim czyms? W domu tez np mowie przedmioty ktore sa w okolo mnie. Czasem lapie sie na tym ze np patrze sie na biurko i obok i mowie 6 kawalkow ciasta, woda... W ogole nie wiem po co. Jak byłem mały to mialem kiedys mysli samobójcze i wystraszyłem sie ich i mowilem w kolko ,,nie nie nie, nie poddam nigdy sie." W pewnym momencie musialem zaczac mowic to glosno i moj pijany dziadek powiedzial ze jestem pier... No dobra, to jest jedna kwestia, ale pisze w temacie depresja, wiec juz tlumacze dalej i łączę wątek z dziewczyną. Mam jakis stan apatii czy anhedonii (brak poczucia szczescia) jestem ciagle zmeczony obojetnie ile bym spal. Bola i pieką mnie miesnie i stawy. Mam slabe libido i problemy z erekcja. Trwa to już kilka lat... Zaczalem ostatnio nieco unikac kontaktu, nie ze zupelnie, ale po prostu z moja dziewczyna jest tak ze sie spotkamy a zaraz musze wisiec przy telefonie i pisac dalej caly dzien. Informowac o wszystkim. No i jak sobie to tlumacze, to ta chec jej kontroli i jej zlosc jak np wyjde porozmawiac z kolega (jak nie ma stanu epidemii, nie mowie ze teraz, bo teraz to sie siedzi w domu...) to po prostu przez to troche tez sie dystansuje, i przez to ze mam wlasnie taki nastroj i nie chce zeby mnie ciagle w takim widziała... smutek nagle bez powodu taki ze mysle sobie po co w ogole zyc, nie wiem skad sie on bierze... Łącząc wątki chodzi mi o sedno sprawy, ze jak czasem nie mam ochoty faktycznie ciagle z nia rozmawiac to mam znowu kolejny powod do myslenia ze moze juz jej nie kocham, moze jej robie krzywde, zebym jej kiedys nie zdradzil. Mimo ze wiem ze bym tego nie zrobil i ze zadnej innej nie chce... A wracajac do depresji, a moze nerwicy, cholera wie czym to cale gowno jest... Jak budze sie rano to ciezko jest mi wstac. Mam takie mysli znowu to gowno, kiedy to sie skonczy... I jakies poczucie lęku, trzese sie w srodku, serce wali... Mozna zwariowac. Zyje weekendami, w tygodniu ide do pracy (pomimo ze teoretycznie ja lubie) mysle tylko czy sobie poradzę, czy mnie nie zwolnia przez tego wirusa co panuje teraz, jak to bedzie dalej, czy bede mogl kupic mieszkanie, mecza mnie tez mysli zwiazane z dziewczyna, ze martwie sie tym co powiedziala mi na poczatku ze ma inny typ, boje sie ze kiedys sobie takiego znajdzie, tym bardziej ze mam problemy z erekcja, i tu kolejna cegielka do braku poczucia wlasnej wartosci, obaw... I tu tez jest przyklad natrectwa, jak mi nie wyszlo 1 raz z pierwsza dziewczyna (ta jest 2ga) to w mojej glowie powstala mysl, a moze jestem gejem... Mimo ze nigdy nie interesowal mnie zaden facet i mnie takie cos obrzydza wrecz, i nigdy w zyciu czegos takiego bym nie mogl robic... Problem taki ze ta mysl wraca do dzis za kazdym razem jak mi nie chce stanac penis... Tez chore natrectwo i nie wiem jak sobie poradzic z tym. Byl tez czas ze myslalem ze jestem aseksualny i zaczalem o tym czytać i tez wracaly te mysli non stop, ale no przetlumaczylem sobie ze przeciez mam jakies fantazje, ze chociaz splycone to czuje checi jakies tam, ze podobaja mi sie kobiety, ze zawsse swoja musze zlapac gdzies... I pytanie do was do kogo powinienem sie udac, czy mozecie nakreslic na podstawie tego co napisalem co mi moze byc, jak to zmienic... Czy da sie cos zrobic z tym czy już cale zycie taki bede... Chodze na terapie juz poltorej roku.. Z przerwą teraz bo przez tego koronawirusa moja terapeutka zawiesila dzialanosc na jakid czas... Bylem u psychiatry w technikum, bO mialem problemy z rozwolnieniem na tle nerwowym, a pozniej lek ze jak wyjde to mnie dopadnie rozwolnienie... No i tak bywalo... Bralem asertin przez pol roku... Swoja drogs mysle ze problemy z libido i erekcja moga byc teraz tego skutkiem... Bylem jeszcze kiedys u psychiatry i probowalem lekow na te bole miesni i problemy z libido, dal mi coaxil, a potem wellbutrin xr. Coaxil jest chyba delikatny, ale nie mialem jakichs efektow i go odstawilismy, potem bralem wellbutrin i troche mi libido ruszylo, niewiele, ale cos tam ruszylo, jednakze ogolnie wiekszych efektow nie bylo i mialem zmieniac leczenie na moklobemid, ale po wellbutrinie trzeba bylo odczekac jakis czas zeby przejsc na moklobemid i potem juz dalem sobie spokoj z lekami, stwierdzilem ze to tuszuje tylko wszystko... Nie wiem jak sobie pomoc, nie wiem co zrobic, nie mam pojecia, blagam o pomoc. Nie chce stracic dziewczyny, nie chce stracic calego swojego zycia... Chce w wieku 24 lat sie urodzic i byc szczesliwym, zyc normalnie a nie wegetowac... Dziekuje jesli ktos to csle przeczytal... Pozdrawiam... I przepraszam ze chaotycznie.
  5. Cześć, właśnie założyłam tu konto bo serce mnie boli ze stresu a nie mam sie komu wygadać... Mam 32 lata, teraz nie pracuję, ale za parę tygodni zacznę. Póki co siedzę w domu. Od kilkunastu lat choruję na depresję i nerwicę, leczę sie u psychiatry. Mieszkam z mężem i pięcioletnią córeczką. Bardzo się boję pójścia do pracy. Jestem niepewna siebie, czuję jakbym nie miałą odpowiednich kwalifikacji, boję sie że sobie nie poradzę, zawalę, bedzie wstyd, zwolnią mnie po okresie próbnym.. A nie pracuję od kilku lat, ostatnio chodziłam do pracy jeszcze zanim wyszłam za mąż..A druga sprawa jest taka, że jestem nieszczęśliwa w małżeństwie. Mój mąż to dobry człowiek, ma wady jak każdy, ale jest raczej dobrym mężem, ale po prostu przestałam go kochać. Jest dla mnie jak obcy, nie odczuwam przyjemności ze spędzania z nim czasu, o seksie nie wspomnę. Męczę się coraz bardziej, a wiem, że nie ma rozwiązania dla tej sytuacji, muszę po prostu w tym tkwić.. Nie wiem czego właściwie oczekuję, chyba rozmowy, troche zrozumienia, jakiegoś wsparcia. Nie mam przyjaciółek, przyjaźnie rozleciały mi się z czasem od kiedy wyprowadziłam sie od rodziców i zamieszkałam z mężem, to duża odległość. A na miejscu nie udało mi sie nawiązać fajnych trwałych znajomości, tylko koleżeństwa. Próbowałam terapii, ale po 6 spotkaniach zrezygnowałam, bo nie mogłam sie porozumieć z terapeutką, a może nurt tej psychoterapii był też dla mnie nieodpowiedni. Nie wiem.. W każdym razie wiązałam duze nadzieje z tą terapią, a teraz kiedy podjęłam decyzję o tym, żeby jej nie kontynuować, jest mi na sercu jeszcze ciężej. Niektóre sprawy np odnośnie strachu przed pracą mogę omówić z mężem czy siostrą, ale oni nie podzielają moich obaw, nie pomaga mi to. A o braku szczęścia w małżeństwie komu mogłabym powiedzieć.. Prosto w oczy nikomu.. Dziękuję z góry za Wasze wypowiedzi, pozdrawiam i życzę miłego popołudnia
  6. Witam , mam taki problem z moim obecnym narzeczonym . Planujemy ślub , oświadczył mi się rok temu i w sumie on ustalił datę ślub , że ma być za dwa lata bo on nie chce dłużej czekać bo ma swoje lata też. Nie cieszy mnie przyszłe przygotowania do tego ślubu ponieważ on w większości szczegóły ustala z moja rodziną nie ze mną. Na przykład gdy byliśmy rezerwować salę ślubną to ani raz się do mnie nie odezwał , nic nie zapytał czy mi wszystko odpowiada wręcz unikał mnie .Moim problemem jest jego zachowanie w stosunku do mnie w miejscach publicznych ale i nie tylko. Podam przykłady np. nie zgadza się odnośnie żebym wzięła dwa nazwiska bo nie jestem jakaś zbytnio wyuczona ani ze mnie żadna gwiazda jak to powiedział. Kolejną rzeczą jest traktowanie mnie w taki sposób przykład z niedawna : byliśmy razem na dyskotece i staliśmy razem ,on mnie objął i piliśmy coś, w tym czasie patrzeliśmy się na tańczących na parkiecie ludzi. Po jakimś czasie doszedł do nas jakiś nieznajomy chłopak i zapytał się czy mogę wziąć do tańca (chodziło o mnie). Jego odpowiedź bardzo mnie zszokowała powiedział „JAK CHCE TO NIECH IDZIE” nie wiem czemu ale zrobiło mi się tak przykro po takich słowach . Nie wiem czy kochający narzeczony powinien tak odpowiedzieć lekceważąco. W tym momencie poczułam się mniej bezpiecznie przy nim ze względu na to , że właśnie w takich sytuacjach kiedy sam mógł się wystraszyć żeby tamten chłopak nie uderzył go albo coś ( bo wiadomo ja to jest na dyskotekach) to poczułam się jak on popycha mnie w ogień a sam się ratuje. Czy z takim człowiekiem mogę być bezpieczna ? zadaje sobie to pytanie codzienne . Kolejnym przykładem jest sytuacja z balu sylwestrowego na którym byliśmy razem. Dodam jeszcze , że jestem osobą małomówną, spokojną , nie pajacującą w tumie wśród znajomych. Skoro jesteśmy już 4 lata razem to widocznie mój chłopak musiał to zaakceptować. Ale sytuacja z sylwestra spowodowała , że nie mam pewności . Mój narzeczony podczas zabawy sylwestrowej odwrócił się do siedzącej obok dziewczyny którą poznaliśmy wspólnie podczas naszego pobytu 5 dniowego i cały czas z nią rozmawiałam a na mnie nie zwracał uwagi . Nawet jak wyszłam do łazienki i wróciłam zero reakcji nawet się nie odwrócił jak wróciłam , on był zainteresowany rozmowa , śmiał się a na mnie nie zwracał uwagę , ze siedzę sama miedzy nim i obok jakiegoś obcego mężczyzny który rozmawiał ze swoja dziewczyna i swoja paczka. Czy uważacie , że jego zachowanie jest w porządku wobec mnie?
  7. Witam, piszę ten temat z nadzieją, że są osoby, które mają podobny problem lub się z takim spotkały. Być może nawet sobie z nim poradziły. Co jakiś czas miewam ataki lęku. Często naprawdę mocne, po których jestem blady, zalewa mnie zimny pot i czuję że zwymiotuję. Wszystkie napady pojawiały się w nocy, kiedy zasypiałem, często powodowały nieprzespane noce. Wtedy moje myśli nie były zajęte niczym i uczepiały się jakiegoś czarnego scenariusza, który mieliłem w głowie i sobie wkręcałem. Myślę, że mogę podzielić je na dwie grupy, tj. lęk przed samym lękiem w miejscach, w których ciężko byłoby mi sobie z lękiem poradzić (np. zasypiając w pokoju na wyjeździe ze znajomymi, lęk, że jak pojawi się lęk, to sobie z tym lękiem nie poradzę albo ktoś zauważy, że mam problemy z nerwicą) lęk przed poważną relacją, przed związaniem się O ile ten pierwszy jest, jak mi się wydaje, wtórny i trafia się bardzo rzadko, to ten drugi nie daje mi żyć. Wszystkie moje próby stworzenia związku wyglądają podobnie. Najpierw kogoś poznaję, zakochuje się, spotykam, wszystko jest pięknie, bo jest jeszcze niewinnie. Pojawiają się jakieś pocałunki, to wciąż jest niewinne, wszystko gra. Problem pojawia się, gdy trafiamy do łóżka. Przestaje być niewinnie, bo są możliwe konsekwencje. Po wszystkim u mnie pojawiają się myśli typu "a co jeżeli ona zajdzie w ciążę, przecież ja nawet nie wiem czy to ta jedyna, nie wiem czy chce się z nią wiązać na całe życie. a co jak nie bedziemy się dogadywać". Potem jest już równia pochyła. Każde zbliżenie kojarzy mi się z lękiem, po wielu lęk się pojawia. W końcu nie czuję już nic z zakochania, które mi towarzyszyło, a ona kojarzy mi się już tylko z lękiem. Staram się unikać seksu, potem w ogóle spotkań wykręcając się różnymi rzeczami. Gdy zasypiamy razem czuję lęk, nie śpię w nocy, chce uciekać. Koniec końców wybieram rozstanie, bo lęki stają się nie do zniesienia. Czuję się z tym fatalnie. Nie chce być sam, ale zawsze kończę w ten sam sposób. Podczas ataków próbowałem pomagać sobie hydroksyzyną, ale pomagała jedynie w tych ciężkich przypadkach, kiedy czuje że stracę przytomność lub zwymiotuję. Nic nie zmieniała w lękach, które towarzyszyły mi podczas zasypiania, myślenia itd. Nie wiem co robić. R.
×