Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Futility

Użytkownik
  • Zawartość

    26
  • Rejestracja

  1. Nie mam urojeń co do niej, mam wiedzę na jej temat popartą ponad 5 latami związku i wiem na co ją stać i jaka może być. Jest manipulantką i świetnie udaje, sam się na tym poznałem, moi rodzice zresztą też bo mama kiedyś ją przejrzała po odstawianych szopkach i próbach sprawienia, żebyśmy my wszyscy, cała rodzina, poczuli wyrzuty sumienia bo coś się jej nie spodobało. Ale nawet gdybym miał urojenia to tylko ja, a tymczasem o tej akcji babcia sama mi powiedziała kiedy ją odwiedziłem. Powiedziała, że zrobiło jej się wtedy strasznie przykro, bo nigdy tej dziewczynie nie zrobiła krzywdy i autentycznie kiedyś ją lubiła... Po co miałbym to wymyślać? Jestem totalnie samotny, zniszczony, nie mam z kim rozmawiać, nie mogę znaleźć recepty na to wszystko co się dzieje i przyszedłem na to forum żeby poszukać pomocy, usłyszeć jakąś radę i dobre słowo (za każde z nich serdecznie dziękuję tym, od których je otrzymałem), a też to z siebie bezpiecznie i anonimowo wyrzucić i być może ustrzec innych przed takimi toksycznymi znajomościami, a nie po to by cokolwiek tutaj zmyślać i zaprzątać niepotrzebnie głowę tym, którzy czytając coś takiego mogliby się zacząć martwić Przykro mi że sugerujesz, łagodnie bo łagodnie, ale sugerujesz, że to mogą być tylko moje urojenia
  2. @Drachen Chyba nawet po latach nie będzie mi do śmiechu, co najwyżej będę żałował, jak mówisz, tak samo jak żałowałem że swego czasu podkulałem ogon zamiast się stawiać. Mogę mieć pretensje tylko do siebie. @Dalja Nie umiem przestać "interesować" się jak to mówisz, zatruła każdą moją myśl. Gdyby wyrzucenie jej z życia było takie proste, dawno bym sobie z tym poradził Dobija mnie to, że zgrywa taką dobrą dziewczynkę, że wszyscy dają w to wiarę, że wierzą w każde jej słowo na mój temat, że to jest tak okropnie niesprawiedliwe że zrobiła ze mnie kata a z siebie ofiarę. To jeden z głównych powodów dla których nie mogę się od tego odciąć - bo ona pracuje bez przerwy żeby wyglądało to tak, jakbym ja był tym złym. Gdyby to było zwykłe rozstanie i na tym koniec, na pewno zniósłbym to wielokrotnie lepiej. Ale jak mam walczyć z fałszem, oskarżeniami i plotkami, jak? Przecież tego się nie da rozwiązać w pojedynkę
  3. Nie chcę się mścić, robić jej krzywdy czy czegokolwiek, nie jestem bandytą choć ona próbuje ze mnie go zrobić, chcę sprawiedliwości i niczego więcej, naturalnej której ja bym nie wymierzył. Mówisz, że sama zemsta wypala w człowieku wszystko, ale to co się po tym we mnie ostało to tylko zgliszcza, pogorzelisko. Tego się nie da bardziej spalić. Byłem z nią dlatego, że... ufałem jej, słuchałem serducha a nie rozumu, zawsze potrafiła mnie omamić. Po jakimś czasie zrozumiałem, że z nią jest źle ale bez niej będzie jeszcze gorzej, dlatego dalej w tym trwałem. Jak widzisz, to akurat trafnie udało mi się przewidzieć Chcialbym żeby żyła daleko ode mnie ale nie, to to samo miasto, w dodatku małe, nawet dziś widziałem ją na stacji benzynowej. Poczułem się w tej chwili jakby mnie ktoś wrzucił do pieca. Wiem, że to może wydawać się dziecinne i że dużo emocji, nawet stanowczo ZA dużo emocji, ale niczym nie potrafię ich stłumić, nic nie daje ulgi, nic nie może ich wziąć w "łańcuchy" i chociaż trochę przytamować żeby się uspokoiły. To już tylko emocje, tylko negatywne emocje. Ostatnie zdanie jest... wymowne. Trafne. Masz kupę racji. Ona nie jest tego warta. Tylko problem jest jeden - nie kontroluję tego i nie umiem odciąć, nie dopóki to wciąż mnie dręczy
  4. @ezojaa Nie uważam żeby to mogło pomóc, ja się fatalnie czuję w obcym towarzystwie, nie cierpię kontaktów z ludźmi oko w oko, nie lubię kiedy do mnie mówią i kiedy muszę im odpowiadać - zasłona anonimowości w postaci pisania jest jedynym, co pozwala mi to obejść. I to nie jest tak, że ja się upijam, nie mogę przestać, piję byle co i tak dalej. To są zwykle 3 piwa, dawka która mnie w delikatny sposób otępia, pozwala się na chwilę oderwać i równocześnie następnego dnia o sobie "nie przypomina". Ja próbowałem bez tego, próbowałem robić coś innego, wrócić do ćwiczeń chociażby. I nic, w te dni w których nie piłem wszystko o czym pisałem wyżej nawracało, deptało mnie i uderzało z pełną siłą. Pod każdy wieczór czuję się jak śmieć, ale kiedy byłem trzeźwy czułem się jak śmieć x2, jeszcze gorzej mnie to męczyło. Alkohol na swój sposób pomaga. Zagłusza to. To jedyna działająca metoda. @Drachen Praktycznie wszystkie terapie na których byłem były do niczego. Nie wierzę, żeby to mogło pomóc. Poza tym, ja nie potrafię o tym mówić, umiem tylko napisać. Próby mówienia sprawiają, że to we mnie uderza raz jeszcze, pobrzmiewają mi potem w głowie moje własne słowa. Zakatowałbym się gdybym miał to werbalnie z siebie wyrzucać. I to nie są wspomnienia, to jest teraźniejszość, to się dzieje nadal. Wspomnienia faktycznie grają główną rolę, ale nie są jedynym. Gdyby były, złagodzenie ich ciągłego powracania byłoby na pewno prostsze. Sobie wybaczyłem że z nią byłem, po prostu manipulowała mną i okłamywała mnie od samego początku. Dlaczego miałbym za to winić siebie? Mogę tylko żałować, że dawałem jej kolejne szansy i nie zakończyłem tego aktu wcześniej. Ale jej nie wybaczę, nigdy w życiu, nie za to wszystko i nie po tym wszystkim. Czuję się kompletnie martwy w każdej sferze życia, zabity, zamordowany przez nią nożem w plecy. Martwy i pusty. Nie czuję dalszej potrzeby walczenia o cokolwiek. Nie chcę szczęścia, nie chcę nikogo nowego poznać. Chcę żeby poczuła to co ja
  5. Nie chcę się mścić, ale wybaczyć nie potrafię, nikomu. Wszystkie rany nadal są świeże i nadal pieką, nawet po 8 latach. A temu potworowi to wybaczać nawet nie chcę. Nie mogę i nie powinienem, nie wszystko zasługuje na wybaczenie. Gdyby tak się dało, wróciłbym do czasów gimnazjum i męczył się w nich nie 3 lata a 3 tysiące lat, ale żeby tylko ta sytuacja z tą cholerną sadystką nigdy się nie zdarzyła. Nigdy niczego podobnego nie czułem, takiego rozerwania, tak długiego i nieustającego bólu, takiego ciągłego katowania. Półtora roku życia, a może raczej wegetacji w tym stanie doszczętnie mnie zrujnowało - nie potrafię przez to zająć się czymś innym. To wraca ciągle, albo w snach albo uderzając nagle, jak fala gorąca. Mówiłem o tym. Nie umiem się skupiać nad tym co przede mną, bo niczego przede mną nie widze, nie mam już celów ani pragnień, wszystko ogranicza się do zabijania czasu do wieczora, picia, spania i tak w kółko. Bardzo chciałbym przestać o tym myśleć, ale to jest niemożliwe, nic na to nie pomaga. Ona zawsze czai się gdzieś z tyłu mojej głowy i nie chce stamtąd wyjść. Przepraszam za długie posty, przepraszam jeśli nudzę, ale tylko to forum daje mi kontakt z ludźmi i pozwala przepchnąć myśli i słowa z mózgu do języka, jest dla mnie jakby terapią, taką ostatnią ostoją, nie wiem nawet jak to nazwać. Przepraszam
  6. Wierzyłem w nią bardzo długo, często powtarzałem sobie "niech to los wymierzy sprawiedliwość", "zaczekam, oby było warto", "oby każdy dostał to na co zasługuje". I wiesz co? Nic, to złudne nadzieje, świat tak nie działa. Dręczyli mnie w gimnazjum, nauczyciele wiedzieli o fakcie i mieli to gdzieś i koniec końców, tyle lat po tym, nie stało się kompletnie nic, przez co miałbym w karmę uwierzyć. Nikt nie poniósł za to żadnej odpowiedzialności, do nikogo to nie wróciło. A ja, wpędzony w chorobę, do dzisiaj się z niej nie wygrzebałem, wciąż biorę leki, nie ufam nikomu, boję się nawiązywać znajomości, a odwagi i pewności w siebie nie mam za grosz. Byłoby fantastycznie, gdyby dobro i zło wracało do ludzi pomnożone, ale nie żyjemy w bajce i już dawno z takiego sposobu myślenia się otrząsnąłem Nie czułem szczęścia od momentu skończenia podstawówki, a raz jeden gdy kogoś naprawdę pokochałem to skończyło się to tak jak opisałem w pierwszym poście. Tyle lat pogoni za szczęściem i dalej go nie mam, tyle lat pragnę kochać i być kochany i spełnia się to tylko w pierwszej połowie. Tyle lat chcę być dla kogoś po prostu ważny. Szanowany. Potraktowany w porządku. A teraz jestem wypalony do cna, coraz mniej chcę do tych celów dążyć. Coraz więcej we mnie czerni i bólu, mogę cierpieć, ale chcę żeby ona wreszcie też zaczęła. Tylko tyle i aż tyle
  7. Pomaga, ale chwilowo, na krótko. Musi wystarczyć, nie mam lepszej metody i lepszego środka. "Fiksacja" nie wiem czy jest odpowiednim słowem, to ból, nasilone do chorych rozmiarów poczucie niesprawiedliwości. Nic w moim życiu się nie układa, katastrofa za katastrofą, a u niej co? Imprezy, radość, znajomi. Mój dziadek był bliski śmierci, straciłem swojego najlepszego psiego przyjaciela, zaginął mi kot, zostałem pobity na ulicy, straciłem kontakt z jedyną koleżanką jaką miałem, a przez to co ten potwór narobił do dziś to mnie każdy uważa za tego "złego". Ja już nie chcę tak dłużej, nie chcę cierpieć, chcę żeby wreszcie poniosła karę, żeby jeden cholerny raz dla odmiany to ona poczuła ból
  8. Nie chodzę, tylko dostaję recepty na leki. A o hospitalizacji nawet nie mów, trzy razy w życiu byłem jej poddany i za każdym razem była to trauma, strach i znaczne pogorszenie nastroju i stanu. Tak to na mnie wpłynęło, że szpitale, nawet zwykłe, kojarzą mi się tylko z lękiem i unikam ich jak mogę, a w innym łóżku niż swoje nie potrafię zmrużyć oczu i nie czuję się pewnie. To były paskudne doznania które wpłynęły na mnie tak, że przestałem ufać psychiatrom i psychologom żeby tam znowu nie trafić, żeby przypadkiem nie chlapnąć jęzorem czegoś, za co mnie potem złapią i wrzucą na oddział
  9. @Dalja Ale ja już nie potrafię inaczej, mam coraz więcej takich myśli. To co mi zrobiła czuję non stop, bez przerwy. To moja pierwsza myśl po obudzeniu się i ostatnia przed zaśnięciem, regularnie pojawia się to w koszmarach, a nawet gdy próbuję zabijać to na jawie czymkolwiek innym wraca, uderza, gorąca fala i obrazy tego wszystkiego przed oczami w nieskończoność. Wpędza mnie to w obłęd, nie da się uciec. Codziennie pod wieczór zabijam to alkoholem, na kilka godzin pomaga. Nadal czuję to samo, ale wtedy się chociaż mniej przejmuję. To opętało moją każdą myśl, a świadomość że nie poniosła za cierpienie i piekło w które mnie wpędziła żadnej odpowiedzialności łamie mnie każdego dnia, depcze, zabija a następnego dnia wskrzesza tylko po to, żeby zabić ponownie. Powoli przestaje mi zależeć na wszystkim innym w moim życiu, coraz bardziej pragnę nie swojego szczęścia, a zwyczajnej sprawiedliwości. Ten cholerny potwór zamordował całego mnie, całą osobowość, wszystkie myśli, chęci, pragnienia i marzenia, zostawił tylko wypaloną, zgniecioną, oplutą skorupę. Nie da się tak żyć, tak wegetować, nie wiem co mam robić i ile jeszcze tak pociągnę
  10. Przepraszam za odkop ale to jest aktualne, u mnie nic a nic się nie poprawia pomimo prób, nic nie wychodzi. Objawy PTSD się nasilają a to wszystko co zrobił mi tamten potwór wraca, wraca non stop i w snach i na jawie obojętnie czym bym się zajmował. Wariuję z samotności i bezsilności, jestem drażliwy, bezużyteczny, nic nie potrafię zrobić i niczym się zająć, najprawdopodobniej uwalę semestr na studiach bo nie jestem w stanie zająć się zadaniami. Ciągle tylko piekło tego co się działo i dzieje, a świadomość że ja cierpię i cierpię coraz bardziej, a tamtej sadystce wszystko wiedzie się jak najlepiej dobija mnie każdej chwili. Gdzie jest sprawiedliwość, gdzie jest kara, dlaczego to nie chce działać, dlaczego to tak musi wyglądać? Dlaczego codziennie giną niewinni i dobrzy bo mają po prostu pecha, a ten potwór jest szczęśliwy, bezkarny, dumny? Tylu osobom przydarzają się tragedie a jej nie, żadnych. Żadnej śmiertelnej choroby, żadnego wypadku, żadnego napadu - nic, co każdego dnia kogoś dotyka. Jestem w całkowitej rozsypce, jestem załamany, rozbity, zanurzony w ciągle trwającym koszmarze poniżenia i niesprawiedliwości, nie mogę z tym żyć, przesłania mi to wszystkie inne myśli. Pomocy. I błagam, nie usuwajcie tematu, nie usuwajcie tego wpisu jeśli uznacie za odkopywanie, ale to forum i ta wiadomość to chyba jedyna forma społecznej relacji jaką w ogóle mogę mieć. Wariuję, płonę w środku, niemo krzyczę, czuję się jakbym byl we własnej czaszce i tłukł w jej ściany żeby się wydostać. Nie chcę już tego bólu
  11. z o. o. - terapia? Próbowałem niejednokrotnie przez wszystkie lata i wszystkie spotkania uważam za zmarnowane. Traciłem na to czas i pieniądze i nic dobrego z tego nie wychodziło. W obecnej sytuacji związanej z pandemią tym bardziej to nie wypali - online z żadnym terapeutą nie nawiążę "więzi" i nie obdaruję go zaufaniem, a ze spotkaniami twarzą w twarz może być trudno, tym bardziej że mam te nieszczęsne zajęcia online i musiałbym liczyć na szczęście że ktoś będzie miał czas akurat w tym samym czasie co ja... Dzitek - mam GG, co prawda żadne słoneczko prócz mojego tam już nie świeci, ale mam, czasami wchodzę z nadzieją że ktoś się do mnie odezwie. Ale nie wiem jaki sens ma szukanie tam znajomych, zadziwiająco łatwo trafić na jakiegoś zboczeńca Próbowałem z losowymi rozmówcami i nigdy nie trafiłem na kogoś sensownego. Możesz do mnie napisać na PW, jeśli masz GG to mogę podać Ci swój numer
  12. Biorę leki od wielu lat, odkąd ponad roku temu moje życie zamieniło się w koszmar dawki znacznie wzrosły, nigdy nie były aż tak wysokie
  13. Dzień dobry Opisywałem już swój przypadek na forum, ale przychodzę z kolejnym, z jego następstwem - skrajną samotnością. Nie pamiętam kiedy ostatnio wychodziłem z domu z innego powodu niż zakupy, nie mam absolutnie z kim porozmawiać, nie mam żadnych znajomych, żadnych przyjaciół, nikogo z kim mógłbym przynajmniej przez kilka minut popisać, nawet o bzdurach, pogodzie, o spotkaniu w cztery oczy nie wspominając. Jakoś od kiedy zaczynało się dziać to o czym niegdyś pisałem zacząłem bardziej "dziczeć", z jednej strony chcę rozmowy ale z drugiej, kiedy czasem mam kontakt z drugim człowiekiem, czuję się skrępowany, czuję przykrość, rzucam zdawkowe odpowiedzi i ciągle patrzę w podłogę żeby jak najszybciej wrócić do bezpiecznego domu, ostoi. Od jakiegoś czasu nie mam na nic energii, uczestniczę w zajęciach online ale nic do mnie nie dociera, już minęła ponad połowa semestru a ja nie pamiętam o czym w ogóle ona była... A gdy wykładowcy mnie o coś pytają to od razu wychodzę z sesji, kilka minut siedzę z twarzą wciśniętą w dłonie i to wszystko przeżywam, rozmyślam o tym. To odruch, jak pada moje nazwisko to nie chcę mówić ani słowa, instynktownie robię to co robię, kamerki nigdy nie włączam bo nie chcę by ktokolwiek na mnie patrzył. Odebranie paczki od kuriera było dla mnie wielkim stresem. Raz postanowiłem zrobić coś ze swoim życiem i pójść na siłownię, na zajęcia 1v1 z trenerem. Ale byli tam inni ludzie i nie mogłem znieść ich obecności, po powrocie z pół godziny leżałem na podłodze w kiblu z zamkniętymi oczami i bez żadnej myśli w głowie, czułem się jak śmieć. Nakaz noszenia maseczek jest dla mnie błogosławieństwem, nikt mnie nie widzi, przynajmniej części mojej twarzy. Ostatnio dopada mnie jakiś nagły regres energii, smutek, rozpacz, nie jestem zdolny do niczego, nawet chodzenie sprawia mi problem i jest tak bardzo męczące. Nie byłem w stanie zrobić, od początku semstru, praktycznie żadnego zadania, porzuciłem hobby bo nie miałem na nie siły, ciągle jestem śpiący, ospały, wyprany z energii życiowej. Zamknęli też sklep do którego regularnie chodziłem, w którym chociaż z widzenia znałem personel, a gdy przyszło mi pójść do innego, a nawet dwóch, to tylko gapiłem się w podłogę i wychodziłem z zakupami tak szybko, że bałem się że ktoś krzyknie za mną "złodziej". Nawet wpadłem na jakiegoś pana bo nie zwracałem uwagi na to co się wokół mnie dzieje. Nie mam kontaktu ze swoją jedyną "przyjaciółką" od ponad 4 miesięcy, nie wchodzi na instagrama a tylko tam mieliśmy kontakt, ale nie wiem czy nie wchodzi - może wchodzi, ale mnie ignoruje. Nie rozumiem tego, tej sytuacji, siebie samego. Nie wiem czy może chciałbym kogoś poznać czy wprost przeciwnie, zamieszkać w jaskini albo lesie i nigdy w życiu na nikogo więcej nie patrzeć. Jestem rozbity i nie wiem co robić, zrobiłem tylko test w sieci na depresję który wiadomo, nie jest wyrocznią, ale coś tam może podpowiedzieć. Mój wynik to 64 pkt, a dopisek był "normalny wynik mieści się od 0 o 9 punktów". Ale błagam wszystkich którzy to przeczytają, nie chcę żeby to zgłaszać, nie chcę do szpitala, byłem kilka razy i nic nie pomogło. Nie zamierzam też robić sobie żadnej krzywdy, nie okaleczam się i nie chcę tego robić, nie chcę się zabijać, ja po prostu nie mam siły do wszystkiego i chcę pomocy, rady, nie uwięzienia mnie
  14. Dziękuję, staram się trzymać i walczyć ale to nie jest łatwe A co do tego że tak się nie traktuje ludzi, to nikt nigdy mnie gorzej nie potraktował. Nigdy nikt nie sprawił, że czułem się tak źle i nigdy nikt nie zrobił sobie zabawy z moich najszczerszych słów "kocham". Skąd się biorą takie potwory?
  15. Czy dotyczy to też choroby afektywnej dwubiegunowej?
×