Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Futility

Użytkownik
  • Zawartość

    42
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Dalej. Niestety dalej. Końca nie widać, a uciec też od niej też nie ma gdzie i dokąd
  2. Autor "żyje", ale czy to dobre słowo - nie wiem. Dziękuję za Twoje zainteresowanie, @forget-me-not. Bardzo się zdziwiłem, kiedy otrzymałem powiadomienie, że ktoś udzielił się w tym temacie. 1) Nie wiem, czy to jest PTSD czy CPTSD, i prawdę powiedziawszy, to nie robi mi to w głowie żadnej różnicy. Dalej to wszystko wraca w losowych momentach, uderza jak młot w głowę lub nagła fala gorąca i się śni. Kilka dni temu budziłem się pięć razy w ciągu jednej nocy z powodu koszmarów z tą sadystką, pięć razy! Nie umiem znaleźć żadnego ukojenia ani żadnej ucieczki, bo dopada mnie to nawet we śnie. Nie codziennie, na szczęście, ale kilka razy w tygodniu, czasem raz, czasem więcej. Od jakichś dwóch lat. Wystarczająco długo, by doprowadzić człowieka do obłędu i zrujnować wszystko to, czego ten potwór nie zrobił samodzielnie. 2) Dlaczego pozwalałem się nad sobą znęcać, pytasz... cóż. Byłem naiwny i długo wierzyłem w jej wszystkie zapewnienia i obietnice. Że już nigdy nie sięgnie w moją przeszłość, że przestanie powtarzać niektóre zachowania (typu blokowanie i foch zamiast rozmowy), że będzie mnie zawsze kochać, że nigdy nie zostawi. W końcu przestałem wierzyć w ten bullshit i zrozumiałem, że jest mi z nią źle. Że lubi się na mnie wyżyć jak ma zły dzień, że na każdym kroku musi pokazywać mi że jest ode mnie lepsza (a potem rzucać bezczelne "ale przecież nie rywalizujemy"), że jak spotykamy się w grupach innych ludzi to zwykle traktuje mnie z dystansem i pogardą. Ale z nią byłem... bo wiedziałem, że bez niej będzie jeszcze gorzej. A co mi dawała w zamian? Hmm. Udawaną troskę i nieszczere słowa, na które się łapałem. I masz rację, to pochodzi z deficytów w dzieciństwie, bo przez większość życia byłem zwyczajnie samotny, dlatego jak miałem wreszcie teoretycznie kogoś "bliskiego", to mogłem myśleć, że te czasy wreszcie minęły. Nie minęły. Okazały się tylko prologiem. 3) Nie do końca o to chodzi. Samo "rozstanie" (które nie było nawet rozstaniem, tylko rzuceniem mnie jak ostatnią szmatę) to coś, co było nagłe, szybkie i jednorazowe. Z upływem czasu to akurat mi się udało docenić i nawet teraz mnie cieszy, pisałem chyba kilka razy. Zmarnowałbym z nią życie, gdyby nie uhonorowała mnie w taki sposób jedyną szczerą rzeczą, na jaką było ją kiedykolwiek stać. Tak na stratę poszło niby "tylko" 5 lat. Ale problem w tym, że koszmar się nie skończył, bo tak na dobrą sprawę, to on zaczął trwać dopiero PO tym zdarzeniu. Ona JEST i na dodatek jest bardziej podła, niż była kiedykolwiek. Ja nie mam nadziei, że się poprawi i wróci, bez przesady, nie chcę jej nigdy w życiu nigdzie spotkać. Wiesz w czym rzecz, w czym problem? że to TRWA! Trwa w taki sposób, że ona i jej best "psiapsi" NADAL szczują na mnie ludzi, rozpowiadają plotki, kłamstwa, wymysły i mnie w taki sposób niszczą. Tak długo. Kontaktowałem się nawet z prawnikiem w sprawie zniesławienia, tylko muszę mieć jawne dowody, a zdobycie ich nie jest takie proste i po prostu wysiadam... Słyszę od bliskich to samo co na poczatku gimnazjum, kiedy dręczyła mnie moja klasa. "Przesadzasz", "nakręcasz się", "odpuść, to im się znudzi", "żyj swoim życiem i się nie przejmuj". Przez słuchanie takich gównorad pozwalałem się ośmieszać, obrażać, poniżać i właśnie dlatego, że to się powtarza, teraz MUSZĘ jakoś obronić się sam, bo nikt nie kwapi się do żadnej pomocy. Żadnej oprócz "idź na terapię". i co to da? Terapeuta poruszy świat i sprawi, że zostawią mnie w spokoju? Że wreszcie poniosą karę za swoje czyny? Nie, nie zrobi żadnej z tych rzeczy. A co do reszty rzeczy, o które nikt nie pytał, a które ciążą mi w głowie i których nie mam komu powiedzieć to opowiem Wam. Zawsze to lepiej, niż dusić w sobie. Część jest związana z tym, co opowiadalem użytowniczce @Dalja nieco wyżej. Wreszcie udało mi się rozwikłać tę zagadkę, czemu super-miła znajoma sprzed lat stała się mi wroga, i zrozumieć w czym rzecz. Chyba się domyślacie, prawda? Bingo, i ją ten potwór na mnie nabuntował. I ten akurat przypadek zabolał mnie najbardziej. To też dosyć ciekawa historia... Kiedy poznałem tę dziewczynę, kiedy pierwszy raz na nią spojrzałem, poczułem takie dziwne "coś" w sobie, taką dziwną, nie wiem, miłość? Taką inną od wszystkich. Jakbym zrozumiał, że to jest TA na którą czekałem całe życie. W jednej sekundzie. Ale byłem w związku z potworem - kiedy ten jeszcze nie pokazał za bardzo "ząbków" - i stwierdziłem że nie, nie można tak, tak się nie robi. Nie zostawia się jednej osoby dla drugiej z powodu byle zauroczenia. Więc zapomniałem, i starałem skupiać na tym, z kim jestem teraz. I kochać tą, która jest przy mnie, a nie tą, która mi raz w oko wpadła. I to właśnie moje zasady i chęć bycia fair sprowadziły na mnie teraz klęskę... Bo gdybym dawno temu, te 7 lat temu jak się poznaliśmy, uciekł z relacji i związał z tamtą dziewczyną, to moje życie teraz mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Nie wiem czy lepiej. Ale, szczerze powiem, zaryzykowałbym i tak. W każdym razie, po tych 7 latach uczucie do niej mi nie przeszło i chyba możecie sobie wyobrazić jak wielkim aktem sku********a było nabuntowanie na mnie akurat TEJ jednej osoby. Od tego momentu, równia pochyła zamieniła się w przepaść, bo na takie rąbnięcie poniżej pasa ani nie byłem gotowy, ani się go nie spodziewałem. Wtedy zrozumiałem, że ten potwór jest jeszcze gorszy, niż to sobie wyobrażałem. Próbowałem nawiązywać inne relacje, robić coś ze sobą, walczyć, starać się żyć, być szczęśliwy, szukać czegoś nowego, nowych pasji, zainteresowań, czegokolwiek. Przez tyle czasu bez żadnych rezultatów. Jestem całkowicie bezbronny na to, co ona odstawia, jestem jak poduszeczka która tak sobie leży, a ona od czasu do czasu podchodzi do niej i daje nowym ludziom nowe igły, które można we mnie wbić. I wreszcie się poddałem, bo brakło mi sił i wsparcia, motywacji, chęci, energii. Nawet mój doktor - pod którego opieką jestem już ok 10 lat- powiedział, że nie wyobraża sobie, co muszę teraz czuć i jak wiele bólu w sobie noszę. I pierwszy i jedyny raz... powiedział, że nie umie mi pomóc i że pomoże tu albo terapia albo cud. I że nie może mi zwiększyć dawki leków, bo mam już granicznie wysoką i wyższa mogłaby już być niebezpieczna dla organizmu. I tak sobie teraz gniję pod kamieniem, piję dla ulgi, i cierpliwie czekam, aż to wszystko się wreszcie skończy, a ja odnajdę spokój. Ta Amber Heard już chyba wygrała. Dziękuję Wam wszystkim za zainteresowanie, pomoc, rady. Jesteście najlepszymi ludźmi jakich kiedykolwiek poznałem, choć niby prawie w ogóle się nie znamy... Dziękuję. Będzie mi miło, jeśli nie zostanę odtrącony i przez Was
  3. Futility

    nowy lek ketrel

    Również biorę Ketrel, 400 mg, w połączeniu z jednym antydepresantem, ale tylko na noc (jedyna metoda aby normalnie spać), bo brany za dnia mnie dosyć mocno otumaniał i podwyższał ciśnienie krwi, a także regulował emocje niemalże do zera, do obojętności. Nie wiem czy pomaga bo nie wiem jak byłoby bez niego, ale skoro nie robię sobie szkody i nie "odwalam" jakichś akcji, to chyba spełnia on swoje zadanie. Zażywam ten lek od wielu lat pod okiem psychiatry, a różnica w stosowaniu leży w dawce i częstotliwości. Co jakiś czas robię badania krwi i pod tym względem nie ma żadnych skutków ubocznych, nic się nie odkłada w organizmie, wątroba też nie ma z tym problemów. Kawał życia na nim przejechałem i nie wyobrażam sobie egzystowania bez niego. Na początku leczenia brałem różne środki i dopiero na Ketrel zareagowałem prawidłowo
  4. Dziękuję za odpowiedzi, odniosę się do nich również po kolei, żeby niczego nie przeoczyć i przeanalizować Wasze rady i opinie. Będzie dużo czytania. @szataneczek nie dałem się oszukać głupiej kulturze w której miłość jest najważniejsza, ja po prostu byłem samotny przez większość życia. Nie aż tak jak teraz, momentami (lata temu) niemalże w ogóle, ale jednak. Słuchałem często, jakoś od gimnazjum, o związkach, widywałem zakochanych ludzi i też naprawdę, naprawdę chciałem, aby ktoś kiedyś mnie pokochał takim jakim jestem. Zazdrościłem wszystkim tym, którzy kogoś mieli. Chciałem kochać i być kochany, mieć kogoś, kto jest dla mnie wszystkim i dla kogo też ja jestem wszystkim. Marzyła mi się wręcz filmowa miłość, jak z bajki. Dlaczego? Z desperacji, smutku, osamotnienia, nadziei, że ktoś gdzieś tam na mnie czeka. Po prostu. Co do hobby, zainteresowań, celów... nie wiem jak to ująć, ale teraz brakuje mi sił, chęci i motywacji do pielęgnowania dawnych pasji i dążenia do czegokolwiek. Ot czasem skrobnę wiersz czy namaluję obraz i nic więcej. Brakuje mi kogoś, kto dostarczy siłę do życia i rozświetli całą tą ciemność, w której teraz siedzę. Wiem, to głupie by uzależniać swoje życie od życia innych, ale jakoś tak to u mnie działa. I to jest błędne, wiem, ale jeżeli jest ktoś bliski, ktoś kto może być ze mnie dumny, o wiele prościej jest wstać z kolan i zawalczyć o lepsze jutro. @Dryagan przeczytałem Twoją historię, faktycznie widać pewne podobieństwa, zwłaszcza że ja również mam zdiagnozowaną chorobę afektywną dwubiegunową. I tak jak tamta Twoja była uważała Cię za "wariata", tak potwór którego tu opisałem też mnie tak traktował. Jak miałem gorsze okresy, spadki, to słyszałem głównie "jesteś poj****y" czy tym podobne zwroty z bardzo, ale to bardzo wyraźną pogardą w głosie, wytrzeszczaniem oczu i kręceniem głową z wyższością. Przez jej wyciąganie brudów z mojej przeszłości i jechanie po czułych punktach w tym czasie zdarzyło mi się przez nią kilka razy okaleczyć, w sensie pociąć, bo nie mogłem znieść bólu, jaki mi tym sprawiała. Zwłaszcza, że potrafiła też wtedy blokować numer GG i numer telefonu i nie mogłem do niej dotrzeć, więc bezradność i podburzone emocje sprawiały, że to robiłem. Po wszystkim potrafiła się jeszcze na mnie obrazić i mnie obwiniać, choć wiele razy jej tłumaczyłem dlaczego to tak się kończy - i błagałem, żebyśmy kłótnie i rozterki przepracowali i przegadali. Niestety, ona nie potrafiła, najpierw furia i jechanie na ostro ze słowami, potem blok gdzie się da. Nikt inny mnie tak nie doprowadzał do płaczu, często przed blokiem dzwoniłem. Jak słyszała, że łamie mi się głos albo płaczę to waliła tekstem pokroju ""przestań udawać" albo "cipa" i zero kontaktu dalej. Też mi się zdarzyło przez nią spróbować zabić, 2 lub 3 razy. W ogóle się tym nie przejęła, a jedna z prób była po związku, jak trafiłem do szpitala. Tamtejszy psychiatra powiedział, że kilka minut i mógłbym siedzieć na wózku albo już nie żyć, a ona do mnie "jakbyś chciał się zabić to byś się zabił". Co ciekawe, kilka lat temu jeden znajomy pokłócił się z dziewczyną i napisał mojej byłej, że chce się powiesić. Przejęła się jak nienormalna, dzwoniła do wszystkich jego znajomych i sama nawet chciała jechać żeby mu pomóc. Czyli naprawdę musiała mnie nienawidzić już wtedy albo traktować jak kogoś gorszego sortu, skoro tak do tego podchodziła i tak mnie ignorowała. Jednak widzę po Twoim przypadku, że nie taka jedna baba łazi po tym świecie i krzywdzi ludzi, a skoro miałeś taką samą beznadzieję jak ja i z niej wyszedłeś, to mnie też musi się udać, trzymaj kciuki. Dziękuję za opowiedzenie mi swojej historii, wiele daje do myślenia. @Dalja nawiązałaś do bardzo ciekawej kwestii z tym szukaniem innego obiektu pożądania. Nie opisywałem następujących zdarzeń tutaj bo i po co, nie miały zwiazku z tematem, ale skoro jest okazja to chętnie opowiem. Otóż mieliśmy kiedyś wspólną znajomą, jeszcze za czasów szkoły średniej. Była taką szarą myszką, bardzo nieśmiałą i wrażliwą dziewczyną, nawet nie korzystała z mediów społecznościowych a tylko z fb przez jakiś czas. Ale, poza tym, była najbardziej ciepłą i sympatyczną osobą jaką kiedykolwiek w życiu poznałem, po prostu istny anioł, jeśli można to tak nazwać. Kontakt jakoś się urwał pod koniec technikum i nigdy się więcej nie widzieliśmy pomimo mieszkania w jednym mieście. Ale ponad pół roku temu postanowiłem go odnowić, sprawdzić co u niej słychać, bo lubiliśmy się nawzajem. Okazało się, że po złapaniu kontaktu najmilsza osoba jaką znałem... jest swoim przeciwieństwem. Napisała, że nie jest zainteresowana rozmową i żebym się z nią więcej nie kontaktował. Spróbowałem napisać potem drugi raz, po czasie, ale napisała tylko że jak nie rozumiem to żebym udał się do terapeuty, sic, i mnie zablokowała kiedy zacząłem prosić chociaż o 5 minut czasu... Widzieliśmy się natomiast raz przypadkowo w pubie. Spotkanie twarzą w twarz to kilka sekund martwej ciszy i gapienia się jak ciele na malowane wrota. Ona nic nie powiedziała bo pewnie nie chciała skoro mnie nie lubi, a ja zapomniałem języka w gębie i byłem w szoku zaistniałą sytuacją Nie zawracam już dziewczynie więcej głowy, natomiast do dziś nie daje mi spokoju czemu to się tak potoczyło, czemu się tak zachowała. Była ostatnią osobą, którą mógłbym o coś takiego posądzać. Jedyne co pasuje do wzoru to to, że stała się jedną z kolenych osób, której moja była nagadała jaki ja jestem zły i okropny. A że nie była w tym pierwszą tak zbuntowaną na mnie, to się nawet klei do kupy... To był pierwszy raz od momentu zakończenia opisywanego przeze mnie związku, kiedy ryczałem jak bóbr. I jak na razie ostatni. @szataneczek raz jeszcze, masz rację, muszę jakoś odżyć i znaleźć spełnienie w czymś innym niż relacje, ale, jak napisałem wcześniej, w takim stanie jest trudno to zrobić i zakasać rękawy. Mogę tylko dodać, że w tym roku, od Sylwestra, wiele się w mojej głowie zmieniło. Zwłaszcza myśl przewodnia - "Tym razem jednak nikogo nie potrzebujesz. Sam jesteś sobie światłem." I tego zamierzam się trzymać. Skoro ciągle jestem odrzucany, a w ostatnią noc w roku "znajomi" mieli wymówki żeby mnie nie zaprosić lub do mnie nie przyjść, to pora nie zaprzątać sobie głowy ludźmi i iść do przodu, choćby i samemu. Jeśli się ktoś trafi to super, jeśli nie, to może wreszcie nauczę się żyć z samym sobą. @Dryagan ponownie, nie założyłem tego tematu, żeby się tu żalić, choć może to tak wyglądać. Chciałem zrobić to, co nigdy mi nie wychodziło - znaleźć ludzi, którzy mnie wreszcie wysłuchają. Momentami nawet moja była terapeutka zdawała się mnie nie słuchać, dlatego mam nadzieję, że zrozumiecie w czym rzecz. Chciałem również ostrzec innych, - wiele bowiem w sieci przestróg, nie tylko w sprawie kwestii miłosnych ale też oszustw, finansów i tym podobnych rzeczy - wreszcie z siebie to wszystko wyrzucić i, co spostrzegłem jakiś czas temu, zrobić z tego jakby "pamiętnik" dla siebie samego i postronnych, mogących obserwować przemianę i przebieg wszystkiego, a nastepnie wysunąć wnioski na moim przykładzie. Mógłbym to zrobić i w dokumencie trzymanym na pulpicie, ale wtedy nikt by nie pomógł i nie wysłuchał. I wiesz co Ci powiem? Tak, ja jestem szcześliwy chociaż z tego powodu, że ten związek już nie trwa, to nawet jedyne, co mnie w tym wszystkim pociesza. Bo na stratę poszło 5 lat, nie reszta życia. Na szczęście się jej nie oświadczyłem, nie mieszkaliśmy jeszcze razem, nie byliśmy rodziną. I jak dobrze, że nie jesteśmy i nigdy nie będziemy. Jeszcze może uda mi się odżyć i wszystko naprawić, a dręczące mnie obecnie bolączki przetrwać, przemęczyć, a na końcu puścić w zapomnienie i wejść w nowe życie. Bez tego potwora nawet w myślach. Byłoby prościej jakby wszystko było przeszłe a ona nie buntowała ludzi na mnie, ale chyba niespecjalnie jestem w stanie coś z tym faktem zrobić. W każdym razie, cieszę się że nie muszę z nią rozmawiać ani się widywać, że mnie nie poniża, nie wykorzystuje, nie wyładowuje na mnie frustracji za nieudany dzień albo cokolwiek w tym rodzaju.
  5. Bardzo Wam dziękuję, że przeczytaliście i się odnieśliście, spróbuję teraz na to odpowiedzieć. Dalja, mam nadzieję, że masz rację że w końcu, może jutro, może za 5 lat, do tamtego gościa dotrze w co się wpakował i przed czym spróbowałem go ostrzec. Nic więcej w tym kierunku nie zamierzam robić, powiedziałem mu co miałem do powiedzenia i starczy. Jeśli chce kiedyś cierpieć i dawać się manipulować, droga wolna, jego życie, jego decyzje, jego błąd. Niech nauczy się na swoim, skoro na moim nie potrafił. Dryagan, ja wiem, że wałęsanie się po social medach byłej to głupota i działanie wręcz samobójcze, ale czasem mnie ściśnie wewnętrzne i zerknę... Niestety. Posłuchaj, ja nie myslę o zemście. Nie jestem bandytą, nie zamierzam robić jej krzywdy ani nic w tym rodzaju. Liczę tylko i wyłącznie na to, że sam los w końcu wymierzy jej sprawiedliwość. Wierzyłem kiedyś w karmę, ale odkąd ta sytuacja zaczęła się dziać, to wręcz wykopałem ją z życia, bo wyjątkowy bullshit dla naiwnych. Świat tak nie działa. Albo jeszcze nie zaczął tak działać. Nie wiem. Wiem tylko, że tego nie da się zapomnieć. Bardzo chcę, ale nie umiem - myślę o tym codziennie i regularnie mi się to śni, tak potwornie to boli. Nic w życiu nie bolało gorzej. Czuję się jak spięty łańcuchami w krematorium z otwartymi drzwiami do ucieczki. Jasne, są otwarte... ale i tak te łańcuchy nie pozwalają się wydostać. Co do reszty, to unikam jej jak mogę, to fakt, nie chcę jej widywać nigdy więcej. Nigdzie. Ale, niestety, żyjemy w niezbyt dużym mieście i czasem się zdarza. Na całe szczęście, głównie samochodami, więc co najwyżej skacze mi ciśnienie i robi się gorąco, nic więcej. Dalja, znów, te emocje są tak gigantyczne, bo nie pozwoliła nam się rozstać normalnie, jak ludzie - spotkać albo nawet pogadać przez telefon, oddać sobie nawzajem rzeczy, podziękować za nieliczne miłe chwile spędzone razem, życzyć sobie powodzenia i odejść w swoją stronę. Zakończyć to, jak na dorosłych ludzi przystało. A czy muszę przypominać jak ona to rozegrała? W razie czego, jest w pierwszym poście.... Dryagan ponownie, wiem, między miłością i nienawiścią granica jest bardzo, ale to bardzo cienka. A w tym przypadku, bezgraniczna miłość przeszła, wbrew mojej woli, w przepastną, dziką nienawiść. Masz rację, że nie da się uwolnić od kogoś, kto dalej budzi emocje, ale nie mam bladego pojęcia co mogłoby sprawić, aby ten gniew, żądza sprawiedliwości, furia, nienawiść, życzenie jak najgorzej, były w stanie przejść w chłodną obojętność i nic więcej. Chyba tylko jej dotkliwe cierpienie albo jakiś niezmierzony przełom w moim życiu, który wreszcie uczyniłby mnie szczęśliwym. Innymi słowy - CUD. W jedną lub w drugą stronę
  6. Przechodziłem coś bardzo podobnego i powiem tyle - uciekaj, ratuj się, ratuj się zanim zrobi z Ciebie swoją zabaweczkę, którą będzie traktowała tak, jak na obecną chwilę chce. Jak rzecz bez uczuć, jak przedmiot. Nie jest dojrzała do związku. Jeśli ją kochasz możesz dać jej ostatnią szansę, ale jeżeli po niej się nie zmieni, uciekaj najszybciej jak możesz
  7. Cześć, znowu ja, znowu chciałbym dodać kartkę do tego osobliwego kalendarza, mojego jedynego powiernika, jedynego słuchacza. Tylko tu mogę znaleźć ujście. Nie miejcie mi za złe, jeśli komukolwiek tu przeszkadzam. Ale ja... nigdy nie czułem się gorzej. To wszystko, całe to piekło, jest wiecznie żywe. Zawładnęło mną w każdej dziedzinie mojego życia. Nie umiem przestać o tym myśleć i nie wiem co zrobić, żeby mi się to regularnie nie śniło. Może czas na terapię, skoro nic się nie układa i końca nie widać. Na domiar złego, zrobiłem okropny, okropny błąd, który zrujnował resztki mnie. Ja... zerknąłem na instagrama tego potwora i to już rozerwało mnie na strzępy strzępów, opluło, podeptało, wbiło kotwicę pod żebro i wywaliło na środku oceanu. W życiu się tego nie spodziewałem, wątpiłem, ale to stało się faktem - można umrzeć dwa razy. Czasem, gdy wydawało mi się, że najgorszy horror jest za mną, naprawdę w to wierzyłem ale okazało się, że się myliłem. Po tym, jak sadystycznie zostałem potraktowany łudziłem się tylko na jedno, na sprawiedliwość. Chciałem, by ona też wreszcie zaczęła cierpieć. Nie wiem, jak wy na to patrzycie, zwłaszcza że robicie to z boku, myśląc trzeźwo, ale po czymś takim co opisałem trudno, by były we mnie jakiekolwiek inne myśli. Zwłaszcza, że ja nigdy tej sprawiedliwości nie poznałem, a moi oprawcy nigdy nie zostali ukarani, zwłaszcza ci, którzy przez lata dręczyli mnie w gimnazjum. Możecie sobie wyobrazić co czuje osoba, która od jakichś 10 lat cierpi, a winni tego cierpienia są bezkarni. Nawet im nikt nie pokiwał palcem "tak nie można", o jakichkolwiek konsekwencjach nie wspominając. Ale odszedłem od tematu, wracam zatem... Zobaczyłem, że jej życie odkąd rozwaliła mnie jak ostatniego śmiecia układa się rewelacyjnie, imprezy, koleżanki, nawet nowy chłopak. Kochałem ją ponad wszystko, słuchałem jej obietnic i przyrzeczeń jak zaczarowany, robiłem co mogłem by ją uszczęśliwić. Myślałem o niej codziennie, bałem się o nią, była moim światełkiem. I to "światełko" mnie zdradzało, poniżało, okłamywało, wyżywało się, dręczyło, a potem odwróciło role i zniszczyło reszki życia. I nie poniosło za to kary. Dlatego, gdy zobaczyłem że życie jest niewyobrażalnie niesprawiedliwe, gdy zerknąłem na jej instagrama, poczułem się tak, jak nigdy wcześniej. Wykopany z grobu, wskrzeszony tylko po to, aby umrzeć raz jeszcze. Cała ta rozpacz, cierpienie, ból, wszystko przeszło w... furię, gniew, nerwy, wściekłość. Zaciskam pięści aż nie zaczną mnie boleć, tłukę w worek treningowy, zdzieram gardło krzykami dopóki jestem w domu całkowicie sam. Nigdy się tak nie czułem. Tak źle. Jak zobaczyłem co się święci pomyślałem jedno - zabij się, smutny człowieku, nie będzie już lepiej, tego już nie zniesiesz. Ale porzuciłem tą myśl, stwierdziłem - NIE, stop. To, że przez tego potwora ja cierpię nie znaczy, że muszę skazać moich rodziców na cierpenie z powodu śmieci jedynego syna. Oni na to nie zasłużyli. Zwłaszcza, że we wrześniu był przecież pogrzeb mojego dziadka Kolejna osoba w mojej rodzinie nie może umrzeć, NIE MOŻE. Ale to co zobaczyłem, wpłynęło na mnie jeszcze gorzej niż może się wydawać. Stałem się jakoś, no nie wiem, szalony? Moje emocje się rozchwiały jak jasna cholera, chcę płakać i krzyczeć, znaleźć sposób na wyładowanie swojego szału, a przy tym nie chcę tego zrobić, bo to ja mam kontrolować gniew, a nie on mnie. Nie mogę nikogo skrzywdzić. Ale jestem dużo bardziej porywczy. Nie wiem jak to uspokoić. Nie chcę sytuacji, w której ktoś rozzłości mnie w stanie, w którym będę dyszał jak dziurawy piec, bił pięścią o pięść i i siedział umysłem w gorejącym piekle nieobecny duszą. Nie mogę być tym "bandytą", na którego ten potwór od lat mnie kreuje. Postanowiłem natomiast zrobić to, co zechciałem zrobić tym tematem - uratować innych przed podobnymi sadystami, wampirami energetycznymi, ludźmi o wyraźnie psychopatycznych skłonnościach i z tendencjami do wykorzystywania innych. Napisałem do obecnego chłopaka mojej byłej. Jak przyjaciel, nie wróg, nie ktoś zazdrosny, bo zazdrosny nie jestem i nie mam o co być. Bo o kogo? Kogoś, kto mnie zdradzał i kogo bałem/brzydziłem się potem całować, bo wiedziałem co miał w ustach? Darujmy sobie... Ostrzegłem go, powiedziałem mu jaka ona jest, podzieliłem się swoimi doświadczeniami, że przyrzekłem sobie, że nie pozwolę aby ten potwór kogokolwiek znów wykorzystał, skrzywdził i potraktował jak zabaweczkę do kopania, wbijania szpil, zaspokajania seksualnego i wywalana na śmietnik, jak już obecna "miłość" jej przejdzie i się znudzi. Reakcja, jak pewnie możecie się domyśleć, była oczywista - gość mnie zablokował i tyle z tematu. Sam się tego spodziewałem i to był pewnik, więc żadnego zaskoczenia. Wręcz mnie to rozbawiło, pierwszy raz od dawna ucieszyłem mordę. Ale liczę na to, że facet przynajmniej to zapamiętał, bo prędzej czy później sobie o tym przypomni, a moze raczej, ona mu da o tym przypomnieć. Nie wiem na ile rozsądne to było, pewnie niezbyt, ale spełniłem swój obowiązek i zrobiłem pierwszy dobry uczynek w nowym roku. Nie zdziwię się, jak po kilku latach on założy tu bliźniaczy temat o tej samej "osobie". Przepraszam jeśli przeszkadzam, musiałem to komuś powiedzieć, nikt mi już nie został, kto by uważnie słuchał
  8. Całkowicie sam, kolejny rok. Nieliczni "znajomi" mnie nie chcą. Mam chociaż skrzynkę piwa
  9. Wiesz, też niby czuję, że pomaga... ale to chyba zdaje się rozwijać chorobę, a ja nie chcę dojść do stanu, w którym będę gadał tylko do siebie i kreował wyimaginowane światy i wymyślonych przyjaciół w swojej głowie, bo w końcu całkowicie się zatopię w tym co zmyśliłem żeby było mi lepiej i totalnie utracę kontakt z rzeczywistością żyjąc tylko tym, co de facto nie istnieje. Muszę to przerwać jak najszybciej, póki jeszcze nie popadłem w obłęd i nie pojawiły się pierwsze oznaki schizofrenii. Porozmawiać jak najbardziej możemy na PW, ale ze spotkaniem nie wyjdzie, mam do Ciebie prawie 300 km
  10. Nie jest dobrze. Nigdzie nikogo nie udaje mi się poznać, nie mam z kim porozmawiać, odbija mi z samotności tak bardzo, że zaczynam czasem gadać do samego siebie. Żeby chociaż z sensem... nie, wyłażą mi z ust jakieś bzdury bez ładu i składu. Nie wiem jak to kontrolować, nie chcę się zbłaźnić kiedyś przez to w pociągu czy gdziekolwiek indziej. Nigdy nie byłem bardziej samotny
  11. Tu już nie chodzi o żadną pomoc, sytuacja jest tak przegrana a ból tak dotkliwy, że nieszczególnie mnie obchodzi czy ktokolwiek zechce i zdoła mi pomóc. W tym temacie od początku chciałem ostrzec innych przed takimi potwornymi osobami. Chciałem, by inni nauczyli się na moich błędach, zauważyli, być może, podobne zachowania w swoich relacjach, i wyciągnęli z tego wnioski. Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy wyciągnęli do mnie pomocną dłoń, i w temacie i na PW, bo było to motywujące i sprawiające, że naprawdę przez jakiś czas poczułem się lepiej. Po trwającym prawie dwa lata łańcuchu nieszczęść, od jednego do drugiego, naprawdę nie mam nawet siły, chęci i ochoty na szukanie terapii, bo jestem tak totalnie zniszczony i zgnojony, że ostatnie o czym myślę to próba pomocy swoim półmartwym zwłokom. Lubię po prostu czasem dać znać w tym temacie co okropnego się dzieje i obecnie stanowi on nie tylko formę przestrogi dla reszty, ale i swoistego pamiętnika, bloga, jak zwał tak zwał. Tu nie chodzi o pomoc, nie chodzi o to, by wymuszać na forumowiczach wiadomości w stylu "szkoda mi ciebie", ja chcę zwyczajnie dać ujście swojemu cierpieniu i wykreować dla siebie kronikę, która może nie tylko świadczyć o tym ile przetrwałem, ale i może być jakąś podstawą ku rozpoczęciu terapii, jeśli kiedykolwiek się na taką zdecyduję. Także dziękuję każdemu kto to czytał i nie traktował moich słów z pogardą czy rozbawieniem
  12. Dzień dobry... Przepraszam za setne z kolei odkopywanie mojego tematu, ale on, oprócz podzielenia się z innymi swoją historią ku przestrodze, zaczął też po troszku pełnić dla mnie formę terapeutyczną, stał się sposobem na anonimowe wyrzucenie z siebie kolejnych trosk i konsekwencji wynikających z tego wszystkiego. Przepraszam jeśli jest to problematyczne, ale to co chcę powiedzieć jest dla mnie naprawdę ważne i równocześnie przerażające, sprawiajace że czuję się jak śmieć i odepchnięty demon, który powinien spłonąć w piekle i tkwić tam przez wieczność. Jak ten związek przebiegał i jak się zakończył wiecie, wiecie jak się ten potwór zachowywał względem mnie i co mi robił. Ale po czasie, patrząc i czując to wszystko na jawie i w koszmarach, nie bolą najbardziej zdrady, poniżenia i kłamstwa, nie. Najbardziej boli fakt zrobienia sobie przez nią tatu... dokończcie, mi to nie przechodzi ponownie przez palce. Wiem, brzmi irracjonalnie, "lecz się chłopie", ale tak po prostu jest i ja nie wiem dlaczego. Ona przez lata mi przyrzekała że nie zrobi, zawsze się tego bałem, obiecała że nie zrobi nigdy, nawet po ewentualnym rozstaniu. Ja się przez 5 lat modliłem, by to się nigdy nie stało. Czasem czułem, że mogę przesadzać - dopóki nie uderzył we mnie fakt dokonany. Zrozumiałem, że nie przesadzałem, a to był najczulszy z moich punktów. Dzień, w którym dowiedziałem się że to się stało był jedynym w swoim rodzaju. Poczułem się wtedy naprawdę... martwy. Zamordowany. Przez ponad 2 tygodnie od tego wydarzenia nie powiedziałem ani JEDNEGO słowa, do nikogo. Szedłem spać wcześnie i starałem się spać jak najdłużej. Większość dnia spędzałem w łóżku, nie czesałem się, jadłem tylko po to, żeby przestała boleć głowa i żeby móc przyjąć leki. Schudłem kilka kilogramów, wyrzuciłem wszystkie różańce, obrazki i inne sakralne rzeczy które dostałem np od babć przy jakichś tam okazjach. Znienawidziłem boga za to, że nie posłuchał mnie wtedy, kiedy go najbardziej potrzebowałem. Od tego smutnego dnia wszystko się zmieniło, nieodwracalnie. Datę pamiętam i zapamiętam na zawsze. Jak ktoś pyta mnie czasem o wiek, odruchowo odpowiadam tamtym, który miałem wtedy. Od tego czasu nic nie wydaje się realne i na niczym mi nie zależy, stałem się oschły, zgorzkniały, smutny. Tak, wiem, to niby nic wielkiego, ale ja naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego sprawia mi to taki ból. Ból, który, jak się ostatnio przekonałem, jest NAJGORSZYM jaki czułem kiedykolwiek w swoim życiu. A czułem go wiele. Przez ostatni rok straciłem cztery zwierzaki, z czego z dwoma wychowywalem się od dzieciaka. I... niedawno zmarł mój dziadek. Był mi bliski, często go widywałem (po kilka razy w tygodniu nawet), podwoziłem autem, rozmawiałem, żartowałem. Na wszystkich imprezach rodzinnych siedzieliśmy obok siebie lub naprzeciwko siebie, świetnie się rozumieliśmy, przekazał mi sporo wiedzy ze swojego fachu i był nie tylko dziadkiem, ale też świetnym kumplem. I tu zmierzam do najbardziej przerażającej rzeczy, takiej przez którą czuję się jak ostatni gnój, czarna owca w rodzinie, diabeł bez duszy, niewdzięczny odpadek, wymiocina. Otóż... w dniu w którym się dowiedziałem że zmarł, w dniu jego pogrzebu, w momencie stania nad trumną... to nie bolało tak bardzo, jak to co zrobił ten potwór. Ten jej tat..., nawet kilka, boli mnie BARDZIEJ od utraty tak bliskiej mi osoby. Nie wiem czemu. Ale bardziej, dużo, dużo, DUŻO bardziej. Nigdy nie miałem tak niskiej samooceny i tak okropnego poczucia winy jak teraz, ale to nie jest ode mnie zależne. Ale, jakby od tamtego momentu, faktycznie czuję się, jak wspominałem, zwyczajnie martwy - bo chyba nic już nie jest w stanie mnie skrzywdzić równie mocno. Nienawidzę siebie za to po stokroć bardziej niż normalnie i jeśli istnieje i bóg i życia po śmierci, to dziadek musi być mną niesamowicie rozczarowany, tak jak i ja sam jestem sobą. Ale ten ból, ta świadomość co zrobiła, naprawdę mnie okalecza i upośledza i teraz widzę to wyraźniej niż kiedykolwiek. I nie da się tego odwrócić. A teraz możecie wytknąć mnie palcami, bo gdyby moja rodzina się dowiedziała o tym co napisałem, pewnie sama by to zrobiła...
  13. Nie mam urojeń co do niej, mam wiedzę na jej temat popartą ponad 5 latami związku i wiem na co ją stać i jaka może być. Jest manipulantką i świetnie udaje, sam się na tym poznałem, moi rodzice zresztą też bo mama kiedyś ją przejrzała po odstawianych szopkach i próbach sprawienia, żebyśmy my wszyscy, cała rodzina, poczuli wyrzuty sumienia bo coś się jej nie spodobało. Ale nawet gdybym miał urojenia to tylko ja, a tymczasem o tej akcji babcia sama mi powiedziała kiedy ją odwiedziłem. Powiedziała, że zrobiło jej się wtedy strasznie przykro, bo nigdy tej dziewczynie nie zrobiła krzywdy i autentycznie kiedyś ją lubiła... Po co miałbym to wymyślać? Jestem totalnie samotny, zniszczony, nie mam z kim rozmawiać, nie mogę znaleźć recepty na to wszystko co się dzieje i przyszedłem na to forum żeby poszukać pomocy, usłyszeć jakąś radę i dobre słowo (za każde z nich serdecznie dziękuję tym, od których je otrzymałem), a też to z siebie bezpiecznie i anonimowo wyrzucić i być może ustrzec innych przed takimi toksycznymi znajomościami, a nie po to by cokolwiek tutaj zmyślać i zaprzątać niepotrzebnie głowę tym, którzy czytając coś takiego mogliby się zacząć martwić Przykro mi że sugerujesz, łagodnie bo łagodnie, ale sugerujesz, że to mogą być tylko moje urojenia
  14. @Drachen Chyba nawet po latach nie będzie mi do śmiechu, co najwyżej będę żałował, jak mówisz, tak samo jak żałowałem że swego czasu podkulałem ogon zamiast się stawiać. Mogę mieć pretensje tylko do siebie. @Dalja Nie umiem przestać "interesować" się jak to mówisz, zatruła każdą moją myśl. Gdyby wyrzucenie jej z życia było takie proste, dawno bym sobie z tym poradził Dobija mnie to, że zgrywa taką dobrą dziewczynkę, że wszyscy dają w to wiarę, że wierzą w każde jej słowo na mój temat, że to jest tak okropnie niesprawiedliwe że zrobiła ze mnie kata a z siebie ofiarę. To jeden z głównych powodów dla których nie mogę się od tego odciąć - bo ona pracuje bez przerwy żeby wyglądało to tak, jakbym ja był tym złym. Gdyby to było zwykłe rozstanie i na tym koniec, na pewno zniósłbym to wielokrotnie lepiej. Ale jak mam walczyć z fałszem, oskarżeniami i plotkami, jak? Przecież tego się nie da rozwiązać w pojedynkę
  15. Nie chcę się mścić, robić jej krzywdy czy czegokolwiek, nie jestem bandytą choć ona próbuje ze mnie go zrobić, chcę sprawiedliwości i niczego więcej, naturalnej której ja bym nie wymierzył. Mówisz, że sama zemsta wypala w człowieku wszystko, ale to co się po tym we mnie ostało to tylko zgliszcza, pogorzelisko. Tego się nie da bardziej spalić. Byłem z nią dlatego, że... ufałem jej, słuchałem serducha a nie rozumu, zawsze potrafiła mnie omamić. Po jakimś czasie zrozumiałem, że z nią jest źle ale bez niej będzie jeszcze gorzej, dlatego dalej w tym trwałem. Jak widzisz, to akurat trafnie udało mi się przewidzieć Chcialbym żeby żyła daleko ode mnie ale nie, to to samo miasto, w dodatku małe, nawet dziś widziałem ją na stacji benzynowej. Poczułem się w tej chwili jakby mnie ktoś wrzucił do pieca. Wiem, że to może wydawać się dziecinne i że dużo emocji, nawet stanowczo ZA dużo emocji, ale niczym nie potrafię ich stłumić, nic nie daje ulgi, nic nie może ich wziąć w "łańcuchy" i chociaż trochę przytamować żeby się uspokoiły. To już tylko emocje, tylko negatywne emocje. Ostatnie zdanie jest... wymowne. Trafne. Masz kupę racji. Ona nie jest tego warta. Tylko problem jest jeden - nie kontroluję tego i nie umiem odciąć, nie dopóki to wciąż mnie dręczy
×