Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Futility

Użytkownik
  • Zawartość

    12
  • Rejestracja

  1. Dziękuję, staram się trzymać i walczyć ale to nie jest łatwe A co do tego że tak się nie traktuje ludzi, to nikt nigdy mnie gorzej nie potraktował. Nigdy nikt nie sprawił, że czułem się tak źle i nigdy nikt nie zrobił sobie zabawy z moich najszczerszych słów "kocham". Skąd się biorą takie potwory?
  2. Czy dotyczy to też choroby afektywnej dwubiegunowej?
  3. @Linnea Wiem, sam się przekonałem o tym, że nie mam wpływu na to co inni myślą o mnie. Nawet, szczerze mówiac, nie chcę by mówili o mnie dobrze - wolałbym, żeby nie mówili wcale. I żeby nie słuchali jej plotek... Ale masz rację, nie powinienem się z niczego tłumaczyć, nie zrobiłem żadnej rzeczy o którą ona mnie posądza. Tylko kłopot w tym, że nikt może nie oczekiwać tłumaczeń a po prostu traktować mnie z góry bo rzekomo "wyszedłem z nożem" czy cokolwiek co jeszcze sobie wymyśli. Mocno się zastanawiam nad szukaniem pomocy prawnej ale obawiam się, że to przegram bo ona mnie po prostu zniszczy. Jak wspominałem, podczas wszystkich naszych kłótni przez internet kasowała swoje wiadomości i zostawiała tylko moje, dlatego jeśli przedstawi to jako dowody to ja wyjdę na tego złego, a ona na "dobrą". Ma też swoich znajomych po swojej stronie. W pierwszym poście pisałem, że w spotkaniu 1 ja i ich 3 stwierdzili, że wyszedłem do nich z "kolczatką". Wymyślili to sobie i mają 3 głosy przeciwko 1, bez dowodów. Spotykałem się w życiu z różnymi okropieństwami, ale nie aż z takimi żebym był kilkukrotnieposądzany o coś czego nie zrobiłem Moja rodzina odradzała mi szukanie sprawiedliwości w sądzie bo się tylko będę niepotrzebnie denerwował i jeszcze ją sprowokuję, przez co zacznie się mścić i robić to samo co robi ale skuteczniej. @neon Rozumiem Twoje podejście, nie jestem zły że zamiast mnie "przytulać" mówisz mocno ale dosadnie - to czasem jest konieczne. I tak, cierpię, ale NIE po stracie jej - ba, jedyne co mnie pociesza to to, że ten potwór nie jest mi już bliski. Cierpię, bo wracają do mnie flashbacki jej okrucieństwa, bo mi się ono śni, bo nadal mam to przed oczami. Nie tęsknię, nie chcę jej z powrotem, nie interesują mnie nieliczne dobre chwile które mieliśmy. One są niczym. I wiem, ludzie są strasznie samolubni, czasem zastanawiam się nad kompletnym odseparowaniem się od wszystkich i życiem tylko sam dla siebie. Ale lata samotności podczas takiej strategii chyba będą jeszcze gorsze... tyle, że nawiązać relacji teraz też nie umiem bo się za bardzo boję, że sytuacja się powtórzy
  4. Nie, nie szukam potwierdzenia własnych przypuszczeń. Poza tym, "jęczałem zawinięty w kokon" przez rok odkąd to zaczęło się dziać i dopiero teraz odważyłem się zacząć coś z tym robić, a pierwszym krokiem było założenie tutaj konta, podzielenie się historią i być może wspólne znalezienia jakiegoś wyjścia z sytuacji. Nie szukam atencji do popłakania sobie, bo wyłem już tak długo że nie chcę więcej. Po prostu spróbowałem wyjść do ludzi, to takie złe? Linnea, problem w tym że ci ludzie naprawdę w to wierzą... Ja tego do siebie nie biorę bo wiem że to są skończone bzdury, ale trudno olewać coś, co ciągnie się za mną jak smród. Przykładowa sytuacja to ta opisana w pierwszym poście - próbowałem z tym kimś porozmawiać czekając na stacji, a potem usłyszałem o sobie że wyszedłem do niej z nożem (!). Przy fałszywych oskarżeniach takiego kalibru naprawdę trudno jest zachować spokój
  5. No właśnie, to jest najgorsze, ja sam też nie wiem i nie wiem gdzie i jak szukać w tym pomocy
  6. Nie zabiłem, dlaczego miałbym zabić? Martwię się opinią innych, bo kończę studia w trakcie których pracowałem nad nazwiskiem i jestem przerażony tym, że ona może to wszystko zniweczyć, zniszczyć, nagadać bzdur i kompletnie zniszczyć coś, co w ostateczności mógłbym nazwać "karierą". Jak więc sam widzisz, wyprowadzka tu akurat nic nie da... Chcę ją po prostu powstrzymać, chcę żeby dała mi spokój, chcę żeby się odczepiła i najlepiej poniosła karę za to wszystko... A nawet jeśli nie, to żeby chociaż zostawiła mnie w spokoju
  7. Nie mówię, że wszystko wiem i nie chcę się z nikim licytować kto cierpi bardziej, źle mnie zrozumiałeś. Po prostu nie wiem co z tym zrobić i jak ją powstrzymać przed dalszym rujnowaniem resztek mojego życia, tyle
  8. Dobrze, terapia, rozumiem.Nie ufam terapeutom co prawda i odbijałem się od nich jak od ściany, ale zastanowię się, może spróbuję. Ale to też nie do końca w tym rzecz...Koszmary, uporczywe myśli i flashbacki jakoś zaduszę alkoholem, może w końcu same przejdą, może zdarzy się cud, może świat się skończy - nie wiem, nie mam bladego pojęcia, ale to jest tylko i aż przeszłość. Kiedyś chyba odejdzie w cień, choć trochę. Problem jest inny, problem jest w teraźniejszości. Ten potwór nadal niszczy mi życie i nadal zamienia je w koszmar, nadal "działa", a ja nie mogę nic z tym zrobić bo to nie mnie ludzie wierzą, to nie ja mam ładną buźkę i gromadkę znajomych za sobą... Czy jest jakiekolwiek korzystne wyjście z tej sytuacji, cokolwiek co może pomóc? Od kilku miesięcy noc w noc to pochłania moje myśli, głowię się i głowię i niczego nie mogę wymyślić. Na terapię, jak wspominacie, przyjdzie czas kiedy się do tego przekonam lub kiedy sytuacja wygaśnie, ale dopóki jest jak pożar, nie da absolutnie nic
  9. @Luna*, dlaczego "długo by pisac"? Śmiało, spróbuj, czasem naprawdę chciałbym dostać od kogoś radę i jakąś wypowiedź, nawet krytykującą. Cokolwiek, co będzie czymś innym niż cisza która coraz bardziej mnie przytłacza Nie chcę terapii, płacenie komuś żeby był moim sztucznym przyjacielem to głupota. Przerabiałem w życiu wielu terapeutów i albo to ze mną jest problem albo z nimi wszystkimi, bo to nie pomagało. Sam po prostu nie wiem co robić, dlatego nie wińcie mnie za ten temat... Jak wspominałem, sytuacja dzieje się od roku, od 6-8 miesięcy zbierałem się żeby komuś wreszcie o tym opowiedzieć, gdzie za pierwszym razem mnie zwyzywano i wygoniono, a za drugim dostałem kilka postów odpowiedzi. Żeby było jasne, bardzo za nie dziękuję bo to naprawdę dla mnie wiele znaczy. Nie znacie mnie, a i tak spróbowaliście mi pomóc - to wspaniała rzecz. Nie chcę tylko zostać teraz zostać wypędzony do terapeuty, bo co mam mu powiedzieć, jak mam znaleźć właściwego? Jak mam się z nim widywać, skoro trwa pandemia? Online? To nie to samo co w 4 oczy i tak zwyczajnie nie zaufam. No i dochodzi do tego moja nieufność i nieprzyjemne doświadczenia z poprzednimi terapeutami... Także czuję się totalnie zagoniony w kąt i jedynym przełomem odkąd to się dzieje było zarejestrowanie się na waszym forum
  10. Czy mógłbym prosić o jakąś odpowiedź, radę, formę pomocy? Paskudnie mi się z tym żyje, bo to ciągle wraca. Raz na jakiś czas robi się spokojniej, dręczy mnie mniej snów i mniej myśli, a potem znowu uderza i wgniata mnie w ziemię, znowu mam to przed oczami, znowu to słyszę, znowu to przeżywam. Od roku próbuję sobie z tym radzić i jedyne co otrzymuje to efekt rollercoastera - chwilkę w górę żeby potem nagle i znikąd runąć w dół z potworną prędkością. Da się tą osobę jakkolwiek pociągnąć do odpowiedzialności, jakkolwiek naprawić obecną sytuację tak, żeby moje życie było życiem a nie wegetacją pełną strachu i flashbacków? Jestem w tym kompletnie zagubiony i sam nie wiem co robić, tylko codziennie piwo i piwo żeby chociaż przez kilka godzin było lżej, a potem idę spać, wstaję i znów to samo, powtórka poprzedniego dnia, tygodnia, miesiąca
  11. Dziękuję wam wszystkim za odpowiedzi i podanie mi pomocnej dłoni. @neon nie wydaje mi się, aby terapia coś tutaj dała. Owszem, wspomnienia tego i "flashbacki" wracają bez przerwy, a to wszystko śni mi się po nocach, ale to nie jest przeszłość żeby o niej zapomnieć i ją zwalczyć tylko teraźniejszość. Ta osoba nadal robi to co robiła, nadal działa na moją niekorzyść i stopniowo obraca wszystko i wszystkich przeciwko mnie... To z tym jest największy problem. Nie da się uciec od czegoś, co cały czas się dzieje. @ehempatia rozumiem co piszesz i że mogłaś potraktować kogoś podobnie i że możesz nie wzbudzić mojej sympatii, ale nie w tym rzecz. Myślę, że nie zachowałaś się aż tak źle, a pozostawienie kogoś z powodu zaburzeń jest czymś innym od tak jawnego okrucieństwa o jakim pisałem. Sam fakt, że o tym piszesz i przepraszasz za to co ona mi zrobiła świadczy o tym, że zdajesz sobie sprawę z tego jak się to potoczyło u Ciebie i widzisz swój błąd. Ona tego niestety nie widzi, nigdy nie widziała, i jest przeświadczona, że nie zrobiła niczego złego. @ z o. o. Tutaj nie chodzi o zemstę, ja nie chcę się mścić. Nie jestem żadnym bandytą, nie zamierzam robić jej jakiejkolwiek krzywdy. Chcę po prostu, aby to do niej wróciło, abym pierwszy raz w życiu spotkał się ze sprawiedliwością. Jak pisałem na początku tego wpisu, spotykałem ludzi złych przez ostatnie 8-9 lat, od trafienia do gimnazjum. Wielu mnie krzywdziło i zawsze kończyło się to tak, że oni wszyscy pozostawali bezkarni, a ja dusiłem się w tym, w co mnie wepchnęli.Gdy oni się śmiali, ja płakałem na oddziale psychiatrycznym z okaleczonymi rękami i tęsknotą za domem... Ale nic nie robiłem, wedle tego co mówisz, że hodowanie urazy do niczego nie prowadzi a kluczem jest wybaczenie. Ale im mógłbym nawet wybaczyć, wiesz? Byli(śmy) gówniarzami, podążali za tłumem, niech już będzie. Wybaczę nawet osobom spoza tamtej szkoły, tym którzy mnie bili i poniżali. Ale nie jestem w stanie przebaczyć osobie, która znęcała się nade mną gdy ja byłem w niej tak zakochany, że bez wahania rzuciłbym się w ogień aby tylko ją ratować. Sadystyczne zachowania od osób obcych nie bolą nawet w jednym procencie tak bardzo, jak otrzymywanie ciosów od osoby, którą kocha się ponad życie...
  12. Dzień dobry szanowni państwo, piszę tę wiadomość dla was ku przestrodze przed toksycznymi osobami. Zacznijmy może jednak od końca – zmarnowałem 5 i pół roku z pewną kobietą tak złą, że w zasadzie nie jestem w stanie po tym wszystkim nazywać jej człowiekiem. I choć poznałem wielu złych ludzi, nikt się do niej nawet nie umywał. I tak, byłem totalnym frajerem który widział to, ale nie chciał widzieć. Strach przed samotnością sprawiał, że postanowiłem się męczyć aby tylko nie zostać sam jak palec. Ostatecznie i tak zostałem, tyle że nacierpiałem się zupełnie niepotrzebnie, co skończyło się dla mnie końskimi dawkami leków, prawie udaną próbą samobójczą (służba zdrowia czasem działa lepiej niż moglibyśmy się tego spodziewać), doszczętnie zszarganą opinią publiczną, utratą wszystkich znajomości, a także stwierdzonym przez psychiatrę PTSD. Na początku było może i fajnie, bo wydawała mi się być miłą, wrażliwą dziewczyną. Czy byliśmy sami czy w jakimś innym towarzystwie, zawsze taka była, poza jednym wyjątkiem. Jej najlepszą przyjaciółką. Przy niej totalnie jej odbijało, zachowywała się jak niespełny rozumu pustak, potrafiła mnie wyśmiewać i szydzić z tych samych słów i zwrotów, które poza słuchem tej „koleżanki” wyraźnie doceniała i lubiła. Cały czas starała się zgrywać dorosłą, a dobra była tylko wtedy kiedy było dobrze. Kiedy było źle, nigdy nie było rozmowy, ani jednego razu. Potrafiła tylko krzyczeć, obrażać i wymuszać płacz, a także nie odbierać moich telefonów czy zupełnie ignorować moje wiadomości. Regularnie mnie blokowała na wszystkich mediach tylko po to, żeby za kilka dni odblokować i udawać, że zupełnie nic się nie stało. Ale dawałem się tym jej sztuczkom, bo od razu zgrywała miłą, łasiła się, mówiła mi wszystko to co chcę usłyszeć. Zaczynała też szukać powodów problemów we wszystkim tym co lubię i lubiłem i ochoczo mi tego zakazywała – gier, wyjść na piwo z kolegą, rozwijania pasji, a kiedyś nawet… ćwiczeń fizycznych. Cały czas starała się owinąć mnie wokół palca. I jej się to udawało. Podczas awantur zapędzała się regularnie coraz dalej, no bo zdołała poznać moje wszystkie słabości i je przeciwko mnie wykorzystać. Nikt nigdy nie jechał mi po emocjach tak jak właśnie ona. Krzyczała, czasem szarpała za włosy, obrażała („ty p***o”, „ty ch**u”), wygrzebywała brudy z przeszłości (dosyć smutnej – dręczenie w gimnazjum, szpital psychiatryczny, a nawet plotki rozsiewane przez te same osoby, które kiedyś nie dawały mi żyć), a wszystko to komentowała dosadnie „ale to prawda!”. Przez pewien okres mnie nawet… biła. Rodzice mnie wychowali tak, abym nigdy nie uderzył kobiety, dlatego trzymałem nerwy na wodzy. Kiedyś, jak zaczęła drapać pazurami po twarzy i gryźć w ręce, oddałem jej w ramię, lekko, żeby zrozumiała że to nie jest przyjemne. Takiej wiązanki na swój temat nigdy nie usłyszałem, a ciche dni trwały z 2 tygodnie, aż wreszcie sama mnie odblokowała i się odezwała. Niby zrozumiała przekaz bo już nigdy nie podniosła na mnie ręki, ale i tak w nerwach potrafiła mi przypomnieć to jedno lekkie uderzenie kompletnie pomijając fakt tego, co sama mi robiła. Problem był w tym, że moi rodzice ją polubili, zresztą nie tylko oni. Świetnie się maskowała, a demon wychodził z niej tylko wtedy, kiedy nie było żadnych świadków – tak jakby to planowała. Przy znajomych ograniczała się tylko do strzelenia focha o byle co i wyjścia z wyłączonym telefonem… i weź tu jej człowieku szukaj potem pod wieczór martwiąc się czy nie chce zrobić nic głupiego albo czy ktoś jej nie zaczepi. Każda kłótnia w której to ja byłem według niej winny miała też taki finał, że angażowała w to wszystkich – znajomych, swoją rodzinę, nawet moją. I wszyscy mnie potem ochrzaniali. A kiedy to ona zawiniła to cóż, udawała że nic się nie dzieje, tuliła się i gadała „to było dawno, zapomnijmy o tym”. ZAWSZE. Po kilku latach, może dwóch czy trzech, zwykła również ze mną zrywać, średnio raz na 2-3 tygodnie, czasem częściej, czasem rzadziej. A potem leciała tylko z tekstem że to było głupie i że już nieważne bo mówiła to w nerwach… co nie przeszkadzało jej tego notorycznie powtarzać. Pamiętam też, że praktycznie nigdy mnie nie przepraszała, nawet pomimo jawnej winy. To znaczy owszem, mówiła przepraszam jak nadepnęła mi na but, szturchnęła mnie ręką albo ubrudziła napojem czy jedzeniem, ale w rzeczywiście ważnych sprawach nigdy. Powiedziała, że nigdy nie przeprosi bo „nie będzie się przede mną płaszczyć”. Nie lubiła moich kolegów i teoretycznie zabraniała mi się z nimi spotykać. To znaczy owszem, mogłem wychodzić, tyle że rezultat tego był oczywisty – foch. Trudno, straciłem te kontakty i do dziś ich do końca nie odnowiłem. Ale hej, miałem ją, wszystko miało być super ekstra, twierdziła że kocha, a ja frajer w to wierzyłem. I żeby być szczery, nawzajem nie lubiliśmy swojego towarzystwa. Ona moich kolegów bo przy nich byłem roześmiany i wyluzowany, ja jej bo mieli na nią zły wpływ – to oni w końcu chcieli żeby mnie zostawiła, a w pewnym momencie zerwali z nią znajomość twierdząc „on albo my”. Ja nigdy nie kazałem jej wybierać, ale tego nie zauważała. Chciała być pedagogiem i nawet poszła na takie studia, ale była i jest totalnie wybiórcza i dwulicowa. Jeżeli kogoś polubiła, była super. Jeżeli nie, udawała że go nie widzi i traktowała z jawną pogardą. Kiedyś na przykład na jakimś weselu czy innej imprezie rodzinnej zbywała mojego 7 letniego kuzyna tylko dlatego, że nie lubiła mojej kuzynki. Było mu przykro, bo pytał potem „czy ta pani się na mnie gniewa”. Świetny powód. Sama sobie wybierała kto zasługuje na jej uznanie a kto nie i robiła to w bardzo pokręcony sposób. A tego wszystkiego było jeszcze więcej. Kiedyś ustaliliśmy deal – zawsze kiedy wychodzimy to się o tym informujemy żeby się o siebie nawzajem nie martwić. Ja mówiłem jej wszystko, nawet gdy wyskoczyłem na 5 minut do sklepu po piwo czy coś do jedzenia. A ona tego nie robiła. Wiele razy potrafiłem ją spotkać jak jechała samochodem z miasta albo do miasta, a nie tak dawno odezwał się do mnie stary znajomy i po prostu pogadaliśmy jak kumple. Jaki ma to związek? Taki, że mówił mi że wielokrotnie widział ją z innymi osobami czy w barach czy miejscach publicznych i dziwił się, że jest ona tam beze mnie. Robiła mnie w konia i okłamywała przez cały czas. Cały związek!! I nie, to nie jest koniec tego wszystkiego. Na początku, wracając raz jeszcze, była miła i dało się z nią uzgodnić wiele rzeczy, ale w miarę jak „dorastała” (tylko prawnie, na pewno nie na umyśle), robiła się coraz gorsza. Po skończeniu 18 lat każda moja uwaga czy pytanie czy zastrzeżenie kończyły się „odwal się, jestem dorosła, mogę robić co chcę”. Potem odbiła jej szajba jak poszła do nowej szkoły, potem znowu na studiach – była nie do zniesienia, pojechała nawet na jakiś tydzień pomieszkać u koleżanki (o ile to była w ogóle koleżanka) mówiąc mi o tym dopiero przedostatniego dnia – a potem gdy spotkała się z Chodakowską i jej „ambasadorkami”. Wtedy zmiana w jej zachowaniu była już tak ogromna, że ta kobieta z którą byłem nie przypominała W OGÓLE tej z którą zacząłem związek. Wredna, opryskliwa, pusta. Kiedyś z szacunkiem do siebie i nieśmiałymi fotkami, zaczęła zaśmiecać swoje konto na Instagramie zdjęciami półnago, w staniku sportowym, w majtkach, nawet w bikini na basenie. Mimo, że umówiliśmy się kiedyś, że nie będzie robiła takich rzeczy bo… no czy naprawdę muszę to tłumaczyć? Chcielibyście widzieć waszą miłość i waszego aniołka półnagiego w necie?! Nikt by nie chciał! W momencie kulminacyjnym widziałem wstawioną fotkę z wypiętym tyłkiem. Serce pękało. W chwili wpadnięcia w najgorsze towarzystwo kompletnie mu uległa – zawsze zresztą zachowywała się tak samo jak jej wszystkie inne aktualne psiapsióły. A dodam, że zmieniała „najlepsze koleżanki” jak rękawiczki, praktycznie non stop. Było ich z jakieś 10 na przełomie tych kilku lat jak byliśmy razem. Kiedyś, z racjonalnie myślącej dziewczyny z szacunkiem do siebie stała się wyuzdaną wojującą lewaczką-feministką. Postanowiła, jak jej idolka Chodakowska, zrobić sobie kiedyś sztuczne cycki, mimo że była naturalnie piękna i atrakcyjna. Miała fantastyczny brzuch ale nigdy go nie lubiła, jak mi mówiła. Wstydziła się go i zakrywała rękoma nawet podczas seksu. Ale „ambasadorki” sprawiły, że nie widziała problemu w upladowaniu jego zdjęć na instagrama. Dobra, może go polubiła w końcu… ale nadal mówiła mi dokładnie to samo co przedtem. Wiedziała również, że tatuaże u kobiet kojarzą mi się bardzo źle i że przysięga na wszystko że nigdy nie zrobi. Mówiła, że kiedyś chciała ale „zmądrzała” bo była, jak stwierdziła, „rozpuszczoną gówniarą”. Ta przysięga była dla nas najważniejsza, a może raczej dla mnie, bo obiecała że nawet jeżeli się rozstaniemy, nigdy sobie tego nie zrobi. I nic, zrobiła 3 a jak ją znam to i więcej. To był dopiero ból. Na domiar złego, zdradzała mnie przez ostatnie lata związku. Raz nawet posunęła się do tego, że na jednym koncercie na którym byliśmy razem… przelizała się z jednym gościem kiedy ja byłem za ścianą, wewnątrz. Każdy znajomy który tam był i to widział potwierdzał to, informacja się rozeszła i każdy wiedział że jestem zwykły rogacz, ale nie, ona do samego końca zapierała się że nic takiego nie miało miejsca. Nie mówiąc już o tym, że do moich uszu doszły inne ekscesy i że raz nawet sama, chyba przez przypadek, wysłała mi na snapchacie zdjęcie jak się przytula z jednym kolesiem. A ja, głupi frajer, dałem jej szansę. Z tą różnicą, że powiedziałem jasno – nigdy więcej seksu bo się brzydzę, nie wiem kto tam jeszcze był. W końcu rzuciła mnie jak śmiecia, poblokowała wszędzie i do widzenia. Ani razu nie odebrała telefonu, nie porozmawiała twarzą w twarz, nie zakończyła tego jak człowiek – zerwała przez Gadu Gadu. Starałem się mimo tego o nią walczyć, wiecie? Debil… Szukałem sposobu na rozmowę, pytałem jej znajomych, prosiłem o spotkanie i nic. Raz na przykład poczekałem na nią na stacji jak wracała z uczelni żeby to omówić. Mówię „przepraszam że tu jestem ale…” i koniec, uciekła biegiem do samochodu, zamknęła się i odjechała. A potem opowiedziała swoim przyjaciołom, że… wyszedłem do niej z nożem. Mało? Raz przyjechali do mnie „pogadać” z koleżanką i jej chłopakiem. Żeby było jasne, to nie była rozmowa. Wcinali się bez przerwy w moje zdanie i odpowiadali za nią, cały czas. A potem zadzwonili do mojej matki, że wyszedłem do nich z „kolczatką”, czymkolwiek miałaby ona być. Innym razem pojechałem z kwiatami pogadać. Rzuciła tylko „idź stąd”, a potem zatrzasnęła drzwi przed nosem. Nabluzgała mi też przez jej znajomego i ponoć zgłosiła sprawę na policję za… nękanie. Wreszcie dałem sobie spokój, wpadłem w alkoholizm, przestałem ćwiczyć i o mało co nie zaprzepaściłem swoich studiów. Ale ona ze mną nie skończyła, nie. Zbuntowała wszystkich przeciwko mnie, praktycznie każdego wspólnego znajomego i wszystkich jej znajomych. Narobiła dymu w jednym z dwóch pubów do którego lubiliśmy kiedyś przychodzić że jestem taki a taki. Przez nią nie tylko straciłem kilku kumpli, kuzynkę i kontakt z kilkoma postronnymi osobami widywanymi np. na koncertach, ale i odwrócili się ode mnie wszyscy ci, których znaliśmy oboje. Nawet ostatnio szedłem, tak wyszło, za nią i jej koleżanką na ulicy po chodniku. Koleżanka się odwracała, aż wreszcie była się odsunęła a tamta „o co ci k***a chodzi”. O to, że chcę przejść, chodnik jest wspólny!! Mało? Nie... Pamiętam, że dostałem od niej kiedyś uroczy prezent na urodziny, samoróbkę. Pudełko, w którym było 365 małych karteczek dlaczego mnie „kocha”. Przypomniałem jej o tym i usłyszałem bezczelnie, że „to było dawno i się nie liczy”. To było napisać datę przydatności a nie wykorzystać moją naiwność… Lubiła też robić z siebie ofiarę i pokazywać całemu światu, jaki to jestem zły. Jak się wściekała, pisała mi potworne i okrutne rzeczy, waliła poniżej pasa. Prowokowała, krzywdziła. A kiedy pękałem płacząc przed monitorem, rzucała tylko że jestem ciotą czy cipą. Kasowała także swoje wiadomości i zostawiała tylko i wyłącznie moje. Jak inni patrzyli wówczas na mnie i na nią jest chyba oczywiste… Notorycznie wyniszczała mnie psychicznie, wiedziała jak boli blokowanie i cisza. Niejednokrotnie potrafiła odblokować mnie, zostawić jakąś wiadomość żeby mnie skrzywdzić, zmusić do rozpaczy i wywołać poczucie winy, a potem znowu zablokować żebym nie mógł odpisać. „Koniec z tym” albo „to już nie ma sensu” sprawiały, że miałem ochotę umrzeć bo bałem się jak debil o nią, że chce zrobić sobie krzywdę. Nic jej to nie obchodziło. Jeździła do koleżanki a mnie zostawiała w rozsypce. Nikt nigdy mnie gorzej nie traktował. Do tego mnie jeszcze szantażowała. Zrób to a tamto a się potnę albo że z nami koniec. Próbowała też szczuć moją rodzinę na mnie, korzystała z gabinetu mojej mamy za free (prowadzi gabinet kosmetyczny), pożyczała pieniądze („wisi mi” dobre kilkaset złotych i i tak wiem, że ich nie odzyskam), a gdy było źle to zawsze udawała niewiniątko i potem przez kilka dni dostawałem ochrzan od rodziców, cioci, babć, dziadków. Że jaki ja muszę być dla niej zly… dopiero po tym, jak zobaczyli jaka naprawdę jest, wszyscy mnie szczerze przeprosili za to, że dali się jej omamić. Powiedzieli, że cieszą się że wyszło jak wyszło bo dzięki temu zmarnowałem tylko 5 lat a nie resztę życia z kimś tak toksycznym. To tyle z tego co pamiętam. Nie piszę tego na trzeźwo ani spokojnie, bo choć rozstanie było prawie rok temu, nadal się z tego nie obudziłem, nadal to wszystko mnie boli, nadal mam koszmary i „flashbacki”. I nie, nie tęsknię, nie chcę jej z powrotem – szczerze nienawidzę i jestem pełen żalu i caly czas czekam, aż wreszcie karma do niej wróci i odczuje na sobie sprawiedliwość. Ale to się nie dzieje… Jestem teraz totalnym wrakiem, bo nie potrafię już nikomu zaufać. Gdy tak bliska osoba bez przerwy mnie raniła i wbijała noże w plecy, odsuwam podświadomie od siebie wszystkich i boję się zawrzeć jakąkolwiek znajomość. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę zdolny do wejścia w relację. Boję się i nikomu nie ufam, nie potrafię żyć. Ogień tego wszystkiego nadal nie wygasł i wciąż spopiela mnie od środka, zostawia tylko skorupę. Jestem przerażony tym, że nic a nic się nie poprawia i nadal mnie to nie odpuszcza. Nie wiem gdzie szukać pomocy, gdzie szukać sprawiedliwości, co zrobić aby wrócić do żywych i wstać z kolan. Nie potrafię. Według mojego lekarza, był idealny przykład nie tylko związku toksycznego, ale i psychicznego znęcania się. Ale po tym wszystkim to, według otoczenia, JA jestem tym złym a nie ona. Dlatego piszę to ku przestrodze do was wszystkich. Jeśli zobaczycie w swoich relacjach takie zjawiska jakie opisałem, zerwijcie je w cholerę – nic dobrego z tego nie wyjdzie a oszczędzicie sobie cierpienia i zdrowia. Jeśli możecie i czujecie taką potrzebę, prześlijcie to dalej. Chcę ochronić przed tym jak najwięcej osób. Pozdrawiam i obyście nigdy nie trafili na takich „ludzi” Bardzo proszę o pomoc, co z tym robić, jak walczyć, jak zacząć żyć I błagam, nie każcie mi "wypier..." bo już raz mnie tak pogoniono, sam się boję teraz wstawiać ten post że potraktujecie mnie podobnie Pozdrawiam
×