Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Leki

Znaleziono 14 wyników

  1. poprostuktośtamtaka

    Powrót

    Cześć, jestem tu nowa, ale chyba jak zwykle za późno... Widze tu aktywności z 2016 roku, albo jest nadzieja i to mój laptop coś wolno działa hah No cóż jeśli jest ktoś kto nadal korzysta z tego forum to możecie śmaiło dać o sobie znać. Już nie daje sobie rady... Sama sobie się nie wygadam, zrezygnowałam pare miesięcy temu z psychoterapii na którą i tak wysłali mnie siłą. Czuje, że moja depresja tylko ukryła się na jakiś czas, ale powraca z mocniejszym kopem. A jak jest u was?
  2. PaulinaLina

    Czy to nerwica? Pomocy!

    Witam, Jestem nowym uzytkownikiem na tej stronie, a wiec napisze troche o sobie. Mam na imie Paulina. Odkad pamietam, zawsze czulam sie samotna. Zawsze mialam rodzine i znajomych przy sobie, lecz zawsze doskwieralo mnie uczucie samotnosci. Ciagle czulam sie nierozumiana, niepotrzebna, niechciana. Do dzisiaj mam takie uczucia, ale staram sobie z nimi radzic i wmawiac sobie, ze tak nie jest. Nie zawsze jednak sie udaje. Czesto mam doly i czesto tez placze. Tlumie w sobie tyle emocji ,ze nie potrafie czasami nad nimi zapanowac. Najczescie towarzyszy mi smutek i nerwy. Bardzo latwo jest mnie zdenerwowac i bardzo latwo doprowadzic do placzu. Do placzu potrafi mnie doprowadzic niemal ze wszystko... Zawsze unikalam zatloczonych miejsc, jazda autobusem czy tramwajem gdzie bylo pelno ludzi przyprawiala mnie o zawroty glowy. Mam problem z krytyka, strasznie nie lubie byc oceniana i takze sama mam surowe zdanie o sobie. Nie lubie byc w centrum uwagi, nie lubie gdy ktos sie na mnie patrzy bo odrazu dostaje paranoji. Przychodza mysli, moze jestem brzydka, moze mam cos we wlosach itp. Nie rozumiem skad sie to bierze, jest to strasznie glupie myslenie ale odkad pamietam tak mam. Staram sie unikac wiec sytuacji, gdzie jestem w centrum uwagi i musze rozmawiac z nieznajomymi... Glownym powodem dlaczego tutaj jestem byly ostatnie sytuacje... Cala firma w pracy miala zebranie na temat podwyzek, gdy szef zabral glos i wszyscy go stojac sluchalismy, ja zaczelam czuc sie slabo. Zaczelo mi sie robic ciemno przed oczami i balam sie ze zaraz upadne. Zerwalam sie szybko z tego miejsca gdzie wszyscy stali i poszlam predko do swojego biura gdzie bylam tylko ja. Probowalam sie uspokoic i jakos przeszlo. Myslalam ze to przez grype ktora wtedy mialam i poprostu organizm byl zmeczony. Jakos sie poprawilo i nastal weekend. Po weekendzie gdy wrocilam do pracy jeszcze bardziej chora, strasznie nie moglam sie skoncentrowac na tym co robie. Nie raz juz bylam w pracy gdzie bardzo zle sie czulam i bylam chora i zawsze sobie dawalam rade do konca zmiany. Nie pracuje fizycznie wiec nie widzialam zadnych dalszych problemów. Jednak tego dnia na przerwie zaczelam sie czuc podobnie jak na zebraniu. Czulam jak zbieraja mi sie mysli w glowie ze zaraz zemdleje mimo to ze siedzialam. Robilo mi sie czarno przed oczami i ciezko mi sie oddychalo. Bylam przerazona, nie wiedzialam co sie ze mna dzieje. Balam sie, ze zemdleje i ludzie si ebeda na mnie patrzec. Zaczna oceniac czy sie smiac albo ze nikt mi nie pomoze. Nie chcialam byc na jezykach.Poprosilam szefa o zwolenienie do domu. Tak i zrobilam i tego jeszcze samego dnia udalam sie do lekarza. Pomyslalam, ze moze cos mi jest, ze moze jestem na cos chora moze to cos powaznego. Lekarz sprawdzil moje cisnienie i zbadal krew. Wszystko wyszlo prawidlowe. Myslalam, ze te leki sa spowodowane tym ze jestem na cos chora. Nie mowie tutaj o grypie lecz o jakiejs powazniej chorobie. Jednak sie okazuje ,ze nic mi nie jest i krew mam naprawde zdrowa. Nie wiem jak mam dalej sobie radzic z tymi myslami. Utrudniaja mi one normalne funkcjonowanie. Codziennie boje sie co bedzie potem co bedzie jutro. Czy znowu dostane paniki, czy znowu bede sie bac ze zemdleje. Zamiast cieszyc sie zyciem ja staram sie zapanowac nad wlasnymi emozjami i myslami... Zanim ktos mnie odesle do lekarza, bardzo prosze o jakies rady lub podobne historie... Pozdrawia, P
  3. Shruiken

    Moja historia.

    Witam,na wstępie chciałbym przeprosić jeśli wpis umieszczony jest w złym dziale,nie miałem pojęcia gdzie to zamieścić,dlatego ewentualną pomyłkę wybaczcie a moderatorów proszę o przeniesienie posta w takim przypadku. Nie wiem czy uzewnętrznianie się na forum to dobry pomysł ale czuję się przyparty do muru. Mam 26 lat i problemy. Te towarzyszą mi od dziecka właściwie,ale ostatnich 8-9 lat to koszmar jeśli się nad tym zastanowię. Zawsze byłem dość rozchwiany emocjonalnie,skrajnie przeżywam każdą porażkę,bardzo zle radzę sobie ze stresem. Przez ludzi otaczających mnie uważany jestem myślę za ciepłego,miłego,zawsze pomocnego mężczyznę o pogodnym usposobieniu. I czasem uważam się za takiego sam ale nikt nie wie że jestem jednocześnie skrajnym pesymistą,żyję w ciągłym strachu i wiecznej depresji. Jak to w ogóle możliwe? Mimo wielkich planów szkołę zakończyłem na poziomie liceum,mimo że uważam się za osobę inteligentną to uczniem byłem bardzo miernym,nie radziłem sobie w środowisku szkolnym. Bardzo mocno przeżywałem swoją własną przecież decyzję o darowaniu sobie studiów,pózniej bywało już tylko gorzej. Poznałem dziewczynę,nieco młodszą ode mnie,cichą,skromną,dobrą,o takiej właśnie marzyłem i przez jakiś czas było lepiej,zaczęliśmy pracować w jednej firmie,było dobrze. Właśnie to gdy o tym wszystkim myślę jest sednem. Boję się że nigdy w życiu nie będę szczęśliwy,nie będzie nigdy wspaniale,może być tylko "w miarę dobrze". A potem myśli i problemy wróciły sam nie wiem skąd.Zaczęły się narkotyki,tzn te były gdzieś ze mną od czasów szkolnych ale teraz odkryłem że na haju nie muszę się bać ani martwić. Wszystko zręcznie ukrywałem przed drugą połówką. Narkotyki i pózniej alkohol w miejscu pracy stały się dla mnie normą. A pracę miałem świetną,byłem taką "maskotką firmy",wszyscy mnie znali i lubili,byłem jak myslę ulubieńcem kierowniczki,dużo mi to wszystko dawało,kontakt z nimi. Ale spaprałem i to. W końcu wieczne spacerowanie po firmie na haju albo pod wpływem zostało zauważone,i oczywiście nie zostałem zwolniony a tylko ostrzeżony przez kierowniczkę. 2 dni pozniej ostrzezenie się powtórzyło a tydzień pózniej wyleciałem. To był chyba najmroczniejszy okres w moim życiu. Po paru spędzonych tam latach poczułem jakbym stracił rodzinę. Przed drugą połówką udałem (mieszkaliśmy już razem) że szybko znalazłem nowy etat na magazynie. Wtedy pojawiły się inne myśli gorsze. Noce spędzałem włócząc się po mieście, w okolicy torów gdzie pełno siedlisk miejscowych bezdomnych. Po prostu siedziałem,piłem piwo i rozmyślałem o tym bagnie całymi nocami.Zamierzałem wreszcie skoczyć pod któryś z pociągów (wcześniej zapomniałem wspomnieć o ustawicznych myślach samobójczych i jednej próbie,jeszcze w czasach licealnych) ale w głowie kiełkowała mi juz inna myśl,o zwróceniu mojej frustracji na inny tor. I oto ja,wprawdzie bez szkoły ale człowiek inteligentny,oczytany,lubiący uważać się za romantyka humanista spacerowałem nocami po ciemnych zaułkach i wzdłuż torów ze sporym nożem zatkniętym za kurtkę. Nie osądzajcie mnie zbyt surowo,ciężko naprawdę o tym pisać i przyznać sie do takich rzeczy samemu przed sobą. Zamierzałem w istocie zabić jakiegoś anonimowego bezdomnego,może więcej niż jednego jeśli udał by się 'pierwszy raz",bóg mi świadkiem jak byłem tego bliski. Nie wiem co mnie wtedy opętało,żyłem jakby w ciągłym zamroczeniu i nie wszystko pamiętam z tamtego okresu,nie do końca pamiętam jak to wszystko się skończyło. Znalazłem nową pracę w firmie konkurencyjnej do pierwszej więc "fachowca" w firmie witano z radością. Tam wytrzymałem 3 miesiące. Wkrótce potem skończyłem z narkotykami. Ciężko jest mi się odnalezc w jakimkolwiek nowym miejscu,w nowej sytuacji,za dwa tygodnie mam wyjechać do pracy za granicę (miałem pół roczną przerwę od jakiejkolwiek pracy) i bardzo się tego boję. Moja druga połówka wie już o moich problemach. To złota kobieta,wiem że sama nigdy mnie nie zostawi,ale z mojej strony ta miłość już dawno się ulotniła,to również bardzo mnie boli. Ciągle myślę na przemian o samobójstwie i skrzywdzeniu innych. To zwykłe fantazje,nocami myślę o sobie jak o odpowiedniku Breivika przemierzającego firmę/szkołę czy po prostu miasto i strzelającego do przypadkowych ludzi. Zdarzyło mi się niedawno wdanie w poważną bójkę,z błahego powodu na oczach wielu ludzi. W czymś takich nie brałem udziału nawet w czasach szkolnych. Nie śpię praktycznie od 7-8 miesięcy,ciągle czuję się wykończony. Doszedłem już do ściany i nie wiem co dalej. Dodam że nigdy nie byłem leczony psychiatrycznie,nigdy nie próbowałem się z nikim w mojej sprawie skontaktować i nie wiem czy potrafiłbym się otworzyć przed innym człowiekiem tym bardziej że moja szydercza natura zaraz podpowiedziała by mi że ten słucha mnie tylko bo mu za to płacę i mało go obchodzę. To że mieszkam w dość niewielkim miasteczku to także problem w kwestii tego.Byłbym jednak skłonny zgłosić się gdziekolwiek po pomoc,porozmawiać z kimś. Zastanawiam się czy ktoś z was mógłby choć spróbować powiedzieć co mi jest,co to może być. Chciałbym by ktoś się o tym wypowiedział,chciałbym móc wiedzieć cokolwiek zanim pomyślał bym o udaniu się z tym gdziekolwiek,byłoby mi łatwiej. Wybaczcie jeśli post jest zbyt długi i nieskładny,pisałem go dość chaotycznie. No i mam nadzieję że ktoś go przeczyta.
  4. Mildrettt

    Toksyczna mama? Pomocy!

    em, że istnieje wątek o nerwicy, jednak potrzebuję założyć własny. Nie chcę dodawać do ogólnego, nie chcę, żeby był pominięty wśród innych postów, a naprawdę potrzebuję pomocy.Mam 24 lata. Wychowałam się z mamą, siostrą oraz babcią. Dzieciństwo pamiętam w kratkę. Ojca nigdy nie poznałam, wszyscy zacierali jego obraz. Słyszałam tylko, że alkoholik, że frajer, że dobrze, że umarł (miałam rok lub dwa), że nie warto wspominać. Tak więc żyłam przywiązana do mamy. Jaka jest moja mama?Ciężko określić. Kiedyś powiedziałabym, że cudowna, dobra. Wszyscy tak mówili, że anioł. Że wszystko by dla nas poświęciła. Nie biła mnie, nigdy nie tknęła kieliszka z %. Jednak uważam, że mam pewne blizny na psychice.. Mama wychowywała mnie i siostrę wraz z babcia. Nigdy nie pracowała. Skąd zatem kasa? Otóż.. sama nie wiem. To zawsze było wielkie tabu w domu. Kasa po prostu była. Mama miała wymówke, ze nie pracuje, bo babcia wymaga opieki (była chora i stara, ale nie aż tak, żeby nie móc wyjść na 4 h z domu). Z perspektywy czasu mysle, ze tak było mamie wygodniej. Po ojcu ja i siostra miałysmy rente, która przychodziła na konto mamy. I też dlatego ciągle miałam ciśnienie, aby się uczyc. Ciagle slyszalam, ze musze być najlepsza, jak dostawałam 3 to było "co już opuszczasz skrzydełka?", "masz mieć zachowanie wzorowe, liczymy na Ciebie, jesteś nasza dumą" Miałam wielka presje i uczyłam się bardziej dla niej niż dla siebie. Jak dostawałam gorsze oceny to płakałam, co mama powie w domu.. Ogólnie dom był pełen nerwów. Był jak jeden wielki szpital bo babcia dużo chorowała. Ambulans był co miesiąc, były krzyki, było wieczne umieranie (a raczej prawie umieranie). Chowałam się wtedy do łazienki żeby nie patrzeć na wymioty i zastrzyki i na strach starszej osoby ze zaraz umrze. Dorastałam w nerwach przed chorobami, nowotworami, przed upływającym czasem, starzeniem się. Dni były ustawiane pod humory babci, bo jak czuła się super to było ok, ale jak było źle, to wszyscy chodziliśmy jak w zegarku, byle nie było awantur ani płaczu ani karetki. Mama tez swoją drogą mnie szantażowała. Pamietam, jak mowila ze jak nie będę grzeczna i będę psuc im nerwy, to ona dostanie zawalu i wtedy dopiero będzie. OStendacyjnie wtedy klada dłon na klatke piersiowa, ze się zle czuje, a ja się balam i wolalam siedzieć cicho. Nihdy nie wyrzygałam jej jak bardzo jestem znerwicowana, bo balam się o jej zycie i ze będę winna jej śmierci. Wolalam plakac w ciszy. Zapytacie o siostrę? Siostra strasza 4 lata. Ona była bystra i już od dzieciaka widziala, ze nasz dom nie jest normalny. Ze inni mają ojców, ze stać ich na jakies wakacje nad morzem bo oboje rodziców pracują, ze jedza razem posiłki - u nas tego nie było. U nas był szpital i nerwy i ciagle mowienie, ze nas nie stać na wiele, ze ważne, ze chodzimy najedzone i ubrane , ze wystarczy przetrwać, egzystować. Siostra się buntowała. Była zła, miała dużo żalu do mamy, ze funduje nam takie zycie, zycie z chora starsza babcia, bez wzorca małźenstwa, ze chodzimy znerwicowane. Ja nie umiałam się przeciwstawić, a mama z babcia ciagle powtarzaly, ze siostra jest zła, ze jest czarną owca, ze mam jej nie słuchac, bo ona jest za ojca rodzina, a oni byli zli. A ja jestem taka cała mamusia, ze mam nie psuc nerwów, bo siostra już dużo ich napsuła. Wierzyłam w to, całe zycie byłam tak układana. Siostra ta najgorsza, ja najlepsza, cichutka, grzeczna, niewpędzająca mamy do grobu na zawał.Nigdy nie miałam wzorca jak postepowac z facetami. Mama nigdy nie znalazła sobie nikogo. Zyła tylko z nami. Żadnych randek, niczego. Nie wiedziałam, jaką być zoną kiedyś, jak wygląda zycie z osobą płci przeciwnej. Nie wychowała mnie tak, bym była kiedyś mamą i zoną. Raczej tak, żebym została z nią i na starość mogła się nią zając. Nie wychowała mnie na bycie samodzielną - wszystko robiła za mnie, pakowała mi plecak, prała mi wszystko nawet na studiach, prasowała ( bo ja przypale ), zmywała ( bo ja niedokładnie zmyje ), pakowała mi jedzenie na studia. Zyłam w przekonaniu, ze nic nie umiem, przez to zawaliłam kilka etatów bo uważałam, że nie dam rady w pracy, rezygnowałam z niej, odmówiłam kilku rozmowom rekrutacyjnym. Co do facetow - często odmawiam swojemu mezczynie seksu, bo czuje się jakbym robila cos złego, ze jakby mama mnie widziala w takiej sytuacji , byłaby zażenowała, ze robie cos takiego, wstydzę się po prostu bliskości z facetem. Kocham go, jestesmy razem 6 lat, ale często placzę po stosunku.. i nie umiem mu wytłumaczyć, czemu ja nie chce isc do łóżka. Potem się obwiniam, bo on obwinia siebie i tak w kółko.Dalej - pieniądze.Ani ja ani siostra nie wiemy, skad mama ma wiecznie kase. Ok, dopóki się uczylam, była renta. Ale dawała mi z tej renty kase na studia. Ale przecież musiała tez mieć sama za co żyć, płacic na bieżąco rachunki, a ona nie pracuje jakies 25 lat. Wkurzało mnie zawsze takie zamiatanie pod dywan, zatajanie prawdy, temat TABU. Jak cos mi przelewala, mówiła, ze mam się cieszyc i nie pytac skad tylko brac jak daje. Wiec nie pytałam, bo i tak by mi nie powiedziała.Nigdy nie miałam swojego pokoju, spałam z nia dopóki nie wyniosłam się na studia ( w jednym łóżku). Siostra twierdzi, ze to chore (ona musiala spac z babcia). Mielismy dwa pokoje, ale mama nigdy nie zgodziła się, bym spala z siostra, a ona z babcia. Ogólnie bardzo mnie do siebie emocjonalnie związała - tak, ze mam pretensje do siebie, ze smiałam ją zostawić i wynieść się na studia do innego miasta. Ciagle boje się, ze ją zawiodłam, ze smiałam sobie ulozyc zycie z facetem, a ona sama na starość.. ze się starzeje, a mnie przy niej nie ma, ze nie widze jak się starzeje, ze nie ma mnie w razie jakby wylądowała w szpitalu. Ciagle uważam, ze mam do splaty jakiś dług, bo przecież tyle dla mnie zrobiła.. bo ogólnie pamiętam tez dobre strony - nigdy nie zostawiła mnie w potrzebie, zawsze mogę do niej dzwonic po porade, szanuje mojego faceta, ne biła mnie nigdy. Sasiedzi twierdza i znajomi, ze mam mame anioła z niebios. Jednoczesnie ja uważam, ze wyrządziła mi jakies krzywdy (świadomie bądź nie). I zle mi z tym, ze zle o niej mysle, bo przecież jest przekonanie, ze mame ma się jedna, ze mama to swietosc.. Ze przecież wychowała mnie sama, a to jakes osiagniecie, poswiecenie..Czy cos jeszcze?Tak, odkad skończyła mi się renta, wiem, ze jestem zdana na siebie. Dorosłe zycie mnie przytłacza . Nie ucze się już, nie mam stypendium, mama tez nic nie wysyła. Boje się, ze będę jak ona.. ze będę wolala isc na l4 zamiast pracować, no bo lepiej dostawac kase za nic. Nikt nigdy nie nauczył mnie ciężkiej pracy. U mnie w domu był tylko szpital, kasa nie wiadomo skad, renta i zasiłki. A i granie w lotto.. wieczne oddawanie kuponów, bo przecież lepiej dostac 100 tys za nic , za kupon za 2,50. Nie mówie - miałam dużo od mamy. Rower, słodycze, zabawki. Dlatego tym bardziej czuje się zle, tak ją "obgadując". Dalej - mama nie umie przyznać się do błędu. Nawet jak wie, ze cos zle zrobila i sa na to dowody ewidentne, ona owraca kota ogonem lub się obraza i koniec tematu. Przykład - mówie jej, dlaczego nie załozylas mi aparatu na zęby, do 14 roku zycia są darmo, kazałaś mi kłamac higienistce w szkole ze chodze do ortodonty, mamo ja to pamiętam - ona na to nie odpisuje tylko pisze ze już nie ma kasy na sms. Po czym nigdy nie wraca do tematu. Drugi przykład - mówie jej, ze chyba mam nerwice bo czasem mam stany lękowe, ze boje się chorób po wychowywaniu się w atmosferze nowotworu i lekarzy - ona nie odpisuje wcale, dopiero na drugi dzień jakby nigdy nic " miłego dnia ;* ".Czasem mysle, ze ona uważa, ze ja wymyślam i przesadzam, bo ja nie mam prawa do bycia inna, ze musze być idealna, bo jestem za nią, a nie za jej mezem, który umarł.Czuje się cholernie zagubiona zdana na siebie, mimo ze zapewnia mnie ze jestem jej ukochana córeczka, ze zawsze mogę do niej przyjść..Ostatnio powiedziałam jej, ze zle mnie wychowała. Ze nie jestem zdolna do samodzielnego zycia, ze nigdy nawet jabłka sama nie umiałam obrac, ze boje się ze ciagle będę myslec ze ją zawiodłam, na co ona odwróciła się do okna i powiedziała " a weź mnie nie denerwuj już bo zaraz karetke będę musiala wzywac, już dość mi Twoja siostra nerwow cale zycie napsula".Dla siostry mama nie istnieje, mówi ze za takie pieklo jakie nam zafundowała ona może sobie umierać i siostra ma to gdzies. Siostra ma depresje i miała nerwice, ale już jest lepiej. Mama jej depresje chyba ma gdzies bo uważa, ze to przez faceta z którym się rozstala, a nie przez dom. Mama w swoim mniemaniu jest idealną mamą, która wiele dla nas poswieciła.O tyle o ile dla siostry proste jest odcięcie się, dla mnie nie. Obwiniam się, ze mama tyle nam dała, a ja o niej zle mysle. Ze nie ma faceta, wiec jak ja się odwroce, to ona umrze samotnie bez nikogo. Ze musze być dla niej dobra, bo ma tylko mnie. Wiecznie uważam, ze musze się jej tluamczyc z wszystkiego, bo ona i tak się dowie (kiedyś czytala nasze pamiętniki, bo lubi wszystko wiedzieć).Wiem, ze najpewniej potrzebuje terapii, ale przede wszystkim potrzebuje się wygadać. Z siostra mam lepsze kontakty niż kiedyś, coraz bardziej rozumiem jej punkt widzenia, a coraz więcej żalu mam do mamy. Wiem tez, ze mama nigdy w zyciu nie przyzna się do błedów, do niej po prostu to nie dociera. Ma jakas blokadę , która nie pozwala jej myslec, ze ktoś inny ma racje, a nie ona. W dodatku boję się, że serio kiedyś jej cos się stanie jak wyrzygam jej wszystko, a nie będę umiala zyc ze swiaodmoscia, ze zabiłam człowieka..Jakies rady? Czy moja mama jest toksyczna? Czy mam szanse na normalne zycie? Bardzo bym chciała, bo za dzieciaka go nie miałam.proszę o pomoc i opinię z zewnątrz, bo odkad przeprowadziłam się daleko, moje leki się nasilily, ze nie spełniłam jej oczekiwan (praca na produkcji nie jest dla ciebie, przecież zawsze bylas taka ambitna), ze ją zawodzę (jestem jakies 200km od domu), ze wybrałam zycie z facetem a nie tak jak ona zycie ze swoja mama na starość.W dodatku mam lekką hipochodnrie. Przez babcie i jej choroby ja wszystko widze u siebie, mimo ze wyniki mam super w normie. Ciagle się badam, ciagle się boje, ze a nuż cos się dzieje , ze będzie za pozno…Proszę o pomoc..Anna
  5. Witam, na forum jestem nowa. Od 2 lat zmagam się z napadami lęków (ledwo skończyłam liceum), miałam teraz dłuższe wakacje, było w porządku, zapisałam się na dosyć ciężkie studia, nawet nie wiem czy to odpowiedni kierunek dla mnie, a do tego wynajęłam mieszkanie 50km od domu z chłopakiem i przyjacielem. Wszystko było w porządku aż do teraz. Już miesiąc temu zaczęła mi się nawracać choroba, ciągły stres, lęk jak to będzie, co jeśli na studiach będę miała takie same jazdy jak w szkole i co jeśli rzucę studia, nie zostawię chłopaków na lodzie samych w mieszkaniu, za które trzeba płacić. Im bliżej tego wszystkie tym więcej czuję stresu. Nawróciły się biegunki, codzienne, histeryczna kulka w gardle, za parę dni idę do "swojego mieszkania" i ciągle lecą mi łzy ze stresu. Jestem totalnym domatorem, mam stwierdzoną fobię społeczną i lękową, nie radze sobie idąc na zakupy, a wybrałam mieszkanie poza domem i studia... mam wiele "ale", co jeśli w ogóle się do tego nie nadaję? Jak mam zostawić chłopaków samych, jak zrezygnowac ze studiów skoro dostałam nawet stypendium za naukę w liceum... Jestem w ciągłym stresie, mam wrażenie, że sobie nie poradzę, że to wszystko nie ma sensu, że nawet nie mam po co przenosić rzeczy do tego nowego mieszkania bo zrezygnuję po tygodniu... Czy ktoś z Was będąc w podobnym stanie pokonał lęki? Biorę antydepresanty, mam wrażenie, że już nie pomagają. Chodziłam na terapię rok, nie pomogła.
  6. Nazywam się Natalia . Mam 21 lat . Cierpię na nerwicę lękową z atakami paniki . Mam także drgawki dysocjacyjne .Z nerwicą zmagam się od dziecka . Tylko w tamtym czasie nie byłam diagnozowana . Ale ataków nie miałam . Bardziej nerwicę natręctw . Ataki zaczęłam dostawać od maja tego roku . . Obecnie jestem na terapii grupowej . Na która zaczęłam uczęszczać od 13 sierpnia . Byłam także w zakładzie psychiatrycznym w Starogardzie na oddziale 7 . Miesiąc i tydzień. Moje ataki były bardzo silne . Wyglądały jak ataki padaczki . Obecnie ataków nie mam . Ostatni był 25 sierpnia . Mój stan jest stabilny , Przyjmuję leki Chloroprothixen w dawce 50 mg - 3 razy dziennie i Lamitrin 50 mg - 2 razy dziennie . Obecnie zmagam się z depersonalizacją . Odczucie odrealnienia towarzyszy mi co najmniej od 1,5 roku . Piłam bardzo dużo alkoholu . Pomagał mi zapomnieć o bólu wewnętrznym . Ale poczucie oderwania od siebie zaczęło coraz bardziej się powiększać .Odstawiłam alkohol . Nie pije już pół roku . Ale mój stan się nie poprawił . Psychiatra zrozumiała , że poczucie odrealnienia bardzo mnie męczy . Przepisała mi lek Kwetaplex . Przyjmowałam go w dawce 25,50,100 mg i nie poczułam żadnej różnicy .Mam odstawiony ten lek . W pon będę testować nowy lek z nadzieją , że pomoże . Chętnie poznam osoby w moim wieku lub trochę starsze . By podzielić się doświadczeniami . I porozmawiać tak ogólnie . Chętnie zawrze nowe znajomości .
  7. strawbabyjam

    dubel

    Słuchajcie, mam pytanie które bardzo mnie nurtuje - biorę leki z grupy SSRI, czyli inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny. Na ulotkach leków (mam na myśli różne, typu apap itp) często można spotkać jako przeciwwskazania przyjmowanie inhibitorów MAO. Jak to ma się do przyjmowania SSRI? Nie zwracać uwagi czy unikać? Niby są to inne grupy leków, ale zarówno iMAO, jak i SSRI podnoszą poziom serotoniny, czy są możliwe interakcje?
  8. strawbabyjam

    IMAO a SRRI - zastrzeżenia na ulotkach

    Słuchajcie, mam pytanie które bardzo mnie nurtuje - biorę leki z grupy SSRI, czyli inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny. Na ulotkach leków (mam na myśli różne, typu apap itp) często można spotkać jako przeciwwskazania przyjmowanie inhibitorów MAO. Jak to ma się do przyjmowania SSRI? Nie zwracać uwagi czy unikać? Niby są to inne grupy leków, ale zarówno iMAO, jak i SSRI podnoszą poziom serotoniny, czy są możliwe interakcje?
  9. klaudia27

    Pierwsze koty za płoty

    Cześć mam na imię Klaudia mam 27 lat, w miarę szczęśliwe życie, gdyby nie : lęki, DDA, objadanie się i sięganie po alkohol. Tak ostatnimi czasy radzę sobie z nękającym mnie poczuciem lęku zwłaszcza w nocy, oraz poczuciem, "wiem, że nic nie wiem". Moja motywacja na dzień dzisiejszy jest zerowa, zdaję sobie z tego sprawę, i zaczyna mnie to uwierać "słodkie lenistwo" jest dobre do czasu. Zaczynam zauważać w sobie początki "hipochondrii" bo jak nazwać to najlepiej czuję się, gdy coś mi dolega? że czuję się wtedy zaopiekowana, kochana ? Nie jest to do końca normalne .Czego się spodziewam ? Może wyrzucenie tego z siebie jest dobre na sam początek? Może szkoda tej odrobiny samodzielności, którą udało mi się wypracować, tej miłości, którą ktoś bardzo ważny do mnie poczuł? Niezrozumienie dla tego chaosu, który pojawił się w moim życiu, żalu decyzji zwłaszcza zawodowych, posiadam wspaniałych ludzi wokół siebie, których nie potrafię docenić, spektrum możliwości, których nie potrafię wykorzystać ? "betonowe buciki" za bardzo przyspawały się do moich nóg, żeby choć trochę beton zaczął pękać ? nie lubię słowa "chciałabym" bo nie idą za tym w moim przypadku konkretne czyny, może zastąpię je słowem "spróbuję" i każdy krok na przód będzie miłą niespodzianką? Pozdrawiam wszystkich forumowiczów.
  10. Michał97

    Ponowna kuracja lekami.

    Dzień dobry, Od środy(15 sierpnia) biorę parogen(SSRI). Wcześniej brałem go przez rok w dawce 0,5 tabletki(10mg). Psychiatra mówił mi, że dawka jaką brałem nie miała prawa działać. Zalecił, abym zwiększył dawkę do 1 tabletki(20mg), następnie po tygodniu do 1,5 tabletki(30 mg), następnie po tygodniu do 2 tabletek(40mg). Mam skłonności do mocnej somatyki, hipochondrii, ale martwi mnie osłabienie, bóle w skroniach i ból głowy, ciężkie powieki, zmęczenie. Nie pamiętam jak zaczynałem kiedyś brać parogen czy wystąpiły takie objawy. Czy może to być to objawy powiększenia dawki? Czy należy, abym odstawił lek? Czy ktoś z Was ma/ miał podobne objawy? Pozdrawiam
  11. Hej! mam pytanie jaki lek na zaburzenia lękowe,nerwice,ogromny lęk pomógł wam najbardziej ? Dodam ze brałam przez rok Parogen ale po roku przestał działać
  12. Witam, od ponad 3 miesięcy lecze sie na nerwice lękową z napadami paniki i epizodami depresyjnymi, przez te 3 miesiace brałem spamilan 1/2 tabletki rano i 1/2 tableki wieczorem i sulpiryd raz dziennie rano. Te 3 miesiace wygladaly mniej wiecej tak ze raz na tydzien lub dwa dopadał mnie silny lęk albo silny smutek,ostatni miesiąc głównie smutek (W przerwach między silym lękiem/smutkiem bywało różnie, czasem dobrze czasem gorzej ale do zniesienia). W środe (10.07.2018) poszedłem do psychiatry opowiedzieć co się dzieje, psychiatra przepisała mi lek Miravil 50 mg i zaleciła żeby brać po pół tabletki przez 4 dni a potem już calą, dodatkowo zaleciła brać nadal spamilan w dawce 1 tableta rano 1 tabletka wieczorem i sulpiryd brać tak jak wcześniej. Nastepnego dnia obudzilem sie o 5 rano przestraszony, wziąłem hydroxyzyne i jakoś zasnąłem ale przez cały dzień juz byłem pozbawiony radości i smutny Dzisiaj (12.07.2018) wielokrotnie budziłem się w nocy zlany potem, od 3 do 4 rano dostalem biegunki (prawdopodobnie z nerwów) w końcu wziąłem hydroxyzyne i zasnąłem, teraz gdy to pisze jestem po drugim napadzie płaczu, nie wiem już co ze mną bedzie. No i mam kilka pytań: Czy to możliwe ze przy tak małej dawce i tak krótkim czasie brania Miravilu wystąpiły już pierwsze skutki uboczne? Jeśli tak to jak długo mogą one trwać i jak przetrwać czas w którym będą? Czy jeśli po tych ponad 3 miesiącach (prawie 4!) lęk i smutek nawracają, czy nie oznacza to że sulpiryd i spamilan sie nie sprawdziły? Czy jeśli po tak długim czasie lęki i smutek nie ustępują to powinienem zmienić psychiatre? Prosze o pomoc, pozdrawiam
  13. Mtyna

    Czy to nerwicą?

    Dzień dobry. Jestem Martyna i mam 22 lata. Zastanawiam się czy mam nerwicę. Jestem studentką i nie mam tyle funduszy, żeby się leczyć. Jest możliwość, że poradzę sobie z tym sama? Niżej opiszę objawy: * przy ludziach mam problem z koncentracja, z pamięcią i jestem otępiała. Nie umiem myśleć przy nich tak logicznie, jak będąc sama. Tylko przy może 3 osobach tak nie mam albo pod wpływem alkoholu, *boję się wystąpień publicznych: wargi drżą, serce szybko bije, głos się załamuje, czuję coś dziwnego w gardle, często muszę robić kilkusekubdowe przerwy podczas mówienia. Słyszę wtedy jak bije mi serce, jakby uderzało o żebra, *mam niską samoocenę, * przejmuję się wszystkim. Drobne rzeczy potrafię analizować połowę dnia, * nie umiem przyjąć krytyki: potrafię rozmyślac pół dnia np. o tym, że zostalam skrytykowana przez niezbieranie swoich włosów ze zlewu w łazience. Zaczęłam przygotowywać się do wyjść w swoim pokoju, żeby ktoś mnie nie skrytykował za kolejny błąd zrobiony w łazience. To tylko przykład, * często mam problemy z oddychaniem. Robię kilka płytkich wdechow, mam wrażenie że jestem niedotleniona i muszę zrobić co kilka wdechow duży wdech. Czasami nie mogę wciągnąć powietrza do końca. Czuję jakąś blokadę w płucach. Pomaga mi ziewanie na siłę. Wtedy czuje, że jestem dotleniona. Te problemy się nasilają jak o nich myślę, * czasami boję się zasnąć, bo boję się, że się nie obudzę, * często boję się, że moja mama umrze. Wyobrażam sobie jej śmierć i się boję tego, że będę cierpieć po jej śmierci. Mam tak też czasami z moimi zwierzakami. Są już stare i wiem, że niedługo ich już ze mną nie będzie i już wyobrażam sobie ból po ich stracie, *nie mam ochoty na seks. Wolę zaspokajac się sama. Nie robię tego często. Może raz na 2 tygodnie. Chłopak umie mnie zaspokoić, ale i tak mogłabym z nim to robić raz na pół roku. Kiedyś tak nie miałam, * czasami odczuwam stres bez powodu. Tak po prostu czegoś się boję i nie wiem nawet czego, * około kilka dni na miesiąc mogę w nocy nie spać. Nie mogę zasnąć. Odsypiam w dzień albo wcale. Jak przesypiam cała noc, to i tak rzadko mi się zdarza zasnąć od razu. Zwykle leżę z godzinę i dopiero zasypiam. Często też budzę się w nocy. Wysiłek fizyczny lub jego brak nie mają na to żadnego wpływu - sprawdzone, * boję się chyba zbyt wielu rzeczy. Nie wierzę w duchy, ale często boję się spać. Jak nie ma wspolokatorow, to śpię przy zapalonym świetle. Jak jestem sama, ktoś zadzwoni do drzwi i nie wiem kto to, to zdarza mi się nie otworzyć, bo się boję. Boję się zanurzyć całą głowę pod wodę, boję się wysokości, ciemności i pewnie większości rzeczy, których można się bać. Chłopak ze mnie się śmieje (nie mam mu tego za złe, to nawet jest trochę śmieszne), bo łatwo mnie wystraszyć. Siedziałam z nim w lesie i jakiś owad uderzył w liść blisko nas. Wstałam i chciałam uciekać. Malowalam się i do kosmetyczki była przyczepiona nić - odskoczylam jakby mnie ktoś prądem porazil. Myślałam, że to pająk. Wystraszyłam się też mojego cienia, który się poruszył od świateł mijającego mnie samochodu. Te 3 sytuacje są z wczoraj. Codziennie chociaż raz muszę bardzo się wystraszyć głupiej rzeczy. Oglądanie horroru ze mną to dodatkowe emocje. Chłopak mówi, że bardziej go straszę ja, przez moje krzyki i ucieczki od ekranu, niż sam film. Ostatnio podrapałam się po twarzy do krwi, tak się wystraszyłam potwora z horroru, * śmierci tak bardzo się boję, że napiszę o niej oddzielnie. Panicznie jej się boję. Nie mogę sobie wyobrazić co będzie jak umrę. Jestem ateistką, dlatego mam jeszcze większy lęk. Boję się tego, że zniknę i wszystko się skończy. Dlatego boję się też, że będzie wojna. Co jakiś czas mi się śni, że jest w Polsce wojna i uciekam przed bombami itp. * chyba mam zespół jelita drażliwego: wzdęcia mam przez większość czasu, co jakiś czas biegunki. Przy bardzo dużym stresie wymiotuję albo chce mi się wymiotować, * stresuję się przy rozmowie z 95% osób. Nawet rozmowy z rodzicami albo z chłopakiem (jestem z nim 2,5 roku) są stresujące. Jak kogoś poznaję, to przez stres mało mówię. Nie potrafiłabym wymienić komuś na żywo chociaż 5 rzeczy, które opisałam - problem z koncentracją przy ludziach. Jak już wspomniałam, nie mam kasy na leczenie i szukam pomocy tutaj. Jeśli ktoś przeczytał to do końca, to dziękuję za poświęcony czas. 🙂
×