Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Leki

Znaleziono 42 wyników

  1. Od jakiegoś czasu boję się brać leki, nawet jeśli nie są one ryzykowne, czytam wnikliwie ulotki i najmniejsza wątpliwość sprawia, że nie wezmę leku. To pewnie od podejrzewanej u mnie nerwicy lękowej, która sprawia, że odczuwam lęk wobec najmniejszej rzeczy i nie tylko. Jestem ciekawa czy ktoś z was też tak ma i czy macie jakieś sposoby żeby jednak wziąć lek mimo dużego lęku
  2. Dzień dobry. Jestem dziewczyną, mam 14 lat i od zawsze zauważałam w sobie pewne objawy lękowe, najpewniej wynikające z mojej ogromnej wrażliwości. Rok temu przeszłam jednak bardzo silny atak nerwicy (poważne ataki paniki, ostre objawy somatyczne, depersonalizacja i odrealnienie, stan depresyjny...), po około dwóch miesiącach, przez uporczywe i okropne objawy podjęłam się leczenia - zaczęłam brać leki Asertin oraz uczestniczyć w terapii psychodynamicznej. I stopniowo postępowała naprawdę spora poprawa, tak że od przełomu lutego i marca czułam się naprawdę świetnie, wiosna i lato minęły mi spokojnie, pierwsze tygodnie od powrotu do szkoły również nie zapowiadały niczego złego. W sierpniu zaczęłam schodzić z leków, w czerwcu przerwałam psychoterapię nie wykluczając, ale jednak nie będąc też pewna powrotu od września. Trochę ponad tydzień temu zaczęłam się jednak czuć gorzej, w pewnym momencie przeszłam również dawno już obcy mi atak paniki i zaczęłam czuć się coraz gorzej. Nawarstwiło się to w moim przypadku z jakąś chorobą (sporym przeziębieniem? Grypą? Covidem? Nie wiem sama) i znowu czuję ogromny stres, niczym nieuzasadniony, apatię, pustkę i ustawiczny smutek, mam natrętne myśli, kołatanie serca, bóle brzucha (choć możliwe, że one wynikają też z choroby fizycznej). Stan od kilku dni utrzymuje się niemal nieprzerwanie i bardzo intensywnie. Czy możliwe jest, że nerwica powróciła i że miało na to wpływ schodzenie z leków i przerwanie terapii? Pozdrawiam.
  3. Czesc czy ktoś z was chodził na oddział dzienny, na psychoterapie jak to wyglądało u was ja lecze sie na Zaburzenia osobowości?
  4. Rozpisałam się, ale mam nadzieję, że ktoś dotrwa do końca :) Od zawsze miałam tendencję do wymyślania w głowie różnych historii. Zwykle były to jednak takie opowieści, które wymyśla też wiele moich rówieśników, to znaczy marzenie o sytuacjach, które nie mają szans przydarzyć się w rzeczywistości, a w których ja brałabym udział, najczęściej miało to związek z tymi, w których byłam wtedy zakochana. Odkąd jednak pojechałam na studia i z powodu nieznalezienia zbyt wielu znajomych stałam się bardziej samotna, bo z przyjaciółkami miałam kontakt głównie przez telefon, w mojej głowie pojawiły się historie, w których mnie w ogóle nie było, główną bohaterką była osoba całkowicie zmyślona, większość bohaterów również, niektóre były osobami znanymi publicznie, którym wymyślałam różnego rodzaju koleje życia, trochę opierając się na tym, co jest o nich naprawdę wiadome, a czasem nie. Dodajmy, że od liceum pojawiło się we mnie dziwne zafascynowanie dojrzałymi kobietami, które w szkole objawiało się zakochaniem w nauczycielce, na studiach stało się zakochaniem w pewnej osobie publicznej, po kilku miesiącach ta osoba zmieniła się, ale nadal jest to dojrzała kobieta. Podejrzewam, że ma to związek z moją toksyczną matką, w której nie widzę wzoru, której to ja musiałam zawsze matkować, mediować w jej kłótniach z rodziną, wysłuchiwać, a kiedy dorosłam dawać jej rady, mówić co robi źle, tłumaczyć ją przed rodziną, a w podzięce jedyne co otrzymuję to naprzemienne obelgi, wyrzuty, z rzadka komplementy, kiedy ma wyrzuty sumienia, ale ja nie potrafię w nie wtedy uwierzyć, bo wiem, że za chwilę znowu może spowodować awanturę. Po pół roku studiów nastała pandemia, wróciłam do rodzinnego domu i tam spędziłam ponad rok. Wtedy tworzenie historii nasiliło się i to mocno, najbardziej w okresie zimowym i trwa aż do teraz. Potrafiłam spędzać czas bardzo długo chodząc po piętrze tam i z powrotem w głowie przeżywając historię obcych mi osób niczym serial. Chciałam odciąć się od nerwowej atmosfery panującej w domu, epidemii, mojego brania odpowiedzialności za matkę. Doszłam do takiego punktu, że gdy nie jestem skupiona na jakiejś czynności lub rozmowie z kimś włącza mi się od razu automatycznie tryb tego alternatywnego świata, tej alternatywnej historii. W pewnym momencie zaczęłam dostrzegać w tym pewien problem i zaczęłam tę historię spisywać, aby pozbyć jej się z mojej głowy. Tak powstała prawie trzystustronicowa książka, a po niej jeszcze jej przerobiona wersja, a na koniec kolejna, bo ta historia cały czas ewoluuje, nie zmienia się tylko główna bohaterka, która na początku wydawała mi się całkowicie obca - jest kobietą po czterdziestce, posiadającą rodzinę, wnuki, wygadaną, pewną siebie i niesamowicie piękną; ale teraz widzę, że tak naprawdę są w niej pewne cechy, które mam i ja tj. kompleks matki, wrażliwość, strach przed samotnością a jednocześnie te cechy, które ja chciałabym mieć. W dwóch pierwszych wersjach historia doszła do końca, a więc bohaterka zestarzała się i zmarła, ale nie zakończyło to epopei w mojej głowie. Cały czas rozbudowuję środek tej historii, a więc jej wiek średni i robię to nieświadomie. Ostatnią wersję historii spisałam w czerwcu, a już mogłaby być ona zaktualizowana. Kolejnym niepokojącym objawem jest moje zafascynowanie dojrzałymi kobietami. Obecnie bardzo podoba mi się pewna kobieta ze świata publicznego. I to nie, że po prostu z wyglądu, ale wyczytałam chyba wszystko co da się na temat jej życia i wplotłam ją jako bohaterkę do mojej historyjki wyobrażając sobie różne wydarzenia z jej życia na podstawie tego, czego się o niej dowiedziałam. Do tego za każdym razem, kiedy jest mi smutno, źle i samotnie, włączam sobie filmiki z nią w internecie i słuchając jej głosu, widząc jej uśmiech, czuję takie dziwne ciepło, które mnie ogarnia. Jest to jakaś bańka, jak to nazwałam - kiedy inne rzeczy w świecie są takie paskudne i szare, to ona zawsze będzie tak samo piękna, tak samo elegancka, tak samo urocza. To chore, wiem. Od jakiegoś czasu podejrzewam u siebie właśnie nerwicę lękową. Od czasu jesiennej fali pandemii narastają we mnie lęki różnej maści. Dochodziło już do tego, że stresowałam się nie tylko jakąś sytuacją, ale też samym faktem, że mam w sobie lęki i to tak się zapętlało. Wielokrotnie miałam objawy somatyczne takie jak bóle mięśni, kończyn, uczucie słabości czy zawroty głowy. I właśnie zawsze uciekałam do tego w ten wymyślony alternatywny świat. Przedwczoraj doznałam dziwnego epizodu odrealnienia, co jak dzisiaj wyczytałam jest właśnie objawem nerwicy. Stałam na przejściu dla pieszych, a wszystko co działo się wokół mnie wydawało się być poza mną. Ludzie, auta, budynki wydały mi się obce niczym w jakimś śnie i to, co ja robiłam też było jakby nie moje. Dokładnie tak, jak czułam się kiedy robiłam coś w prawdziwym śnie. Wczoraj to uczucie pojawiło się znowu, kiedy wracałam wieczorem do domu. Niby wiedziałam, że to poczucie odrealnienia jest fałszywe i ten świat jest prawdziwy, ale jednocześnie było to bardzo dziwne. Boję się, że niedługo odkleję się za bardzo. Chciałabym znaleźć inny sposób na odreagowanie, a nie taki wydający mi się psychiczny i po prostu chory. Mam wyrzuty sumienia, że taka jestem. Chciałabym naprawdę przeżywać coś pięknego w życiu, a nie tylko wyobrażać sobie jakieś okropne historie o kobietach. Nie jestem lesbijką, wiem o tym, bo bardzo pragnę założyć rodzinę, mieć dzieci, a do tego pocałunki czy przytulenia (bo do niczego więcej nigdy nie doszło) ze strony mężczyzn sprawiały mi przyjemność (okay, raz durzyłam się w jednej koleżance i nawet kilka razy po alkoholu miałam wielką ochotę ją pocałować kiedy się przytulałyśmy albo tańczyłyśmy ale to wszystko) więc nie wiem skąd u mnie ta narastająca fascynacja kobietami i tworzenie o nich historii - bo w tych moich alternatywnych światach relacje heteroseksualne są bardzo marginalne, głównymi wątkami są właśnie relacje safickie. Nie wiem, czy to wynika z moich problemów z matką i niedoświadczenia od niej wystarczającej bliskości a wręcz nerwów, wyzwisk i stresu? Martwię się o siebie i swoją psychikę (też o matkę za którą czuję się wiecznie odpowiedzialna), a także jako że jestem osobą wierzącą mam co jakiś czas wyrzuty sumienia też z tego powodu, że takimi myślami grzeszę. Od jakiegoś czasu matka wypomina mi, że nie nie przyjmuję Eucharystii, ale nie czuję się gotowa pójść do spowiedzi i wyznać przed księdzem, że mam takie myśli o kobietach, a jeśli w pełni nie wyznam swoich grzechów to to przecież nie ma sensu. Dodatkowo cały czas boję się jak będzie wyglądał świat, że znowu zamkną nas w domach i będę jeszcze bardziej samotna niż teraz. Boję się też zostawać w domu, ale równocześnie obawiam się wyprowadzać, bo boję się zostawiać matki samej
  5. Czy psycholog byłaby w stanie jakoś wpłynąć na czas oczekiwania wizyty u psychiatry? Byłam rok temu u psychologa raz i poleciła mi iść do psychiatry, bo stwierdziła że potrzebne mi są leki bym mogła korzystać z terapii u niej (to prawda, nie potrafiłabym mówić jej o trudnych rzeczach w obecnym stanie i sama jej to wtedy oznajmiłam). Ale wizyta u psychiatry czeka mnie dopiero w lutym 2022, a nerwica, fobia społeczna i depresja sprawiają, że cierpię i dobija mnie to strasznie. Nie stać mnie na wizyty prywatne ani na wizyty w innym mieście. Ostatnio zastanawiałam się, czy ta psycholog nie miałaby możliwości czegoś zrobić, by termin wizyty stał się mniej odległy, ale nie mam pojęcia, czy dobrze myślę. Skierowania nie wypisze, bo do psychiatry go nie trzeba, więc tak właściwie nie wiem, bo by miała zrobić, ale na nic innego nie wpadłam. Co pan/pani o tym sądzi? Psycholog mi pomoże? Czy może jest jakieś inne wyjście?
  6. Cześć. Czy da wmówić sobie chorobę? Jest też te uczucie że się ma jakiegoś guza, albo inne takie. Od ponad dwóch miesięcy krążę po moim ciele z różnymi dolegliwościami - bóle, kłucia. Tym razem wydaje mi się, że mam powiększone jądro, chciałem się umówić do urologa ale nie przyjmuje tutaj i bym musiał dalej jechać. Jednak... Czy jest możliwe takie.. Z samej psychiki wytwarzanie jakichś bóli albo że coś jest powiększone, guzy w głowie itd?
  7. Cześć wszystkim! W zasadzie to jestem tutaj nowy, ale z nerwicą natręctw mam do czynienia odkąd pamiętam. Cieszy mnie fakt, że udaje mi się niekiedy ignorować natręctwa. Staram się funkcjonować normalnie jednakże przyznam, że nie zawsze jest łatwo. Dokucza mi sprawdzanie kranów, okien, drzwi oraz sprzętu rtv i agd przed wyjściem z domu jak i przed pójściem spać. Kiedyś pracowałem w bezpośredniej obsłudze klienta. Największą trudnością było np. wydawanie reszty. Podczas gorszego dnia, towarzyszył mi lęk o wydanie odpowiedniej kwoty. Teraz pracuję w telefonicznej obsłudze klienta. Trudności objawiają się wielokrotnym sprawdzaniem wiadomości mailowej przed wysłaniem gdziekolwiek. Sprawdzam treść, słowo po słowie. Nie ważne czy wysyłam wiadomość do klienta czy do kolegi siedzącego biurko obok. A wy? Czy macie jakieś swoje trudności, z którymi borykacie się w codziennych obowiązkach związanych z pracą zawodową? Pozdrawiam
  8. Nie wiem od czego zacząć ale postanowiłam założyć tutaj konto, bo już nie daje sobie rady. Przejrzałam forum i pocieszył mnie trochę fakt, że są jeszcze ludzie którzy rozumieją... Do sedna - czuje się po prostu gorzej niż gówno. Bezużyteczna, nieprzydatna do niczego, dla nikogo. Ktoś może pomyśleć no idiotka... kończy studia, ma męża, ma rodzine, jest zdrowa... Otóż nie do końca. Jestem kłębkiem nerwów, denerwuje się przy każdej okazji (tak samo jak mój ojciec alkoholik z zaburzeniami psychicznymi bliżej nie zidentyfikowanymi - bo sobie nie pozwolił). I to jest najgorsze - matka, która całe życie wmawia mi, że jestem jak ojciec - uparta, a dalej ją cytując "jebnięta, popierdolona, kretynka, nieudacznik", a poza tym jestem "od sprzątania, jak dupa od srania" jak to pięknie mi podziękowała podczas naszej kłótni, gdy kolejny dzień ja sprzątałam po wszystkich a ona siedziała w swoim pokoju i jedyne co robiła to obgadywala mnie do swoich koleżanek czy rodziny i jak zawsze użalała się nad sobą. Niestety muszę z nią mieszkać, bo nie mam gdzie - nie mam też pracy od marca tego roku, mąż zarabia także nie zbyt wiele. U teściów mieszkaliśmy krótko, gdy musieliśmy opuścić wynajmowane mieszkanie (właściciel chciał je wyremontować). Mąż raczej nie wytrzymałby długo z rodzicami, a poza tym niestety najlepiej mieszka się samemu. Kiedyś miałam dobre relacje z matką - dziś nie chce mi się nawet na nią patrzeć, a co dopiero gadać. Poczułam do niej obrzydzenie kiedy udawała bezradną. Kiedy nie miałam już siły (ona pewnie też) ale ja chcialam pozbyć się ojca z domu (i to dawno) lecz ona mnie nie słuchała, bała się go. Mój ojciec pije od ok 15 lat z przerwami i jest z nim coraz gorzej. Teraz siedzi w swojej oborze jak to mówię a tak na serio wybudował dom, którego za grosz nie szanuje...tyle lat pracy, wyjazdów za granicę a on wszystko przepił i przepija dalej. Jedynie co tam ma to meble kuchenne i kanapę - od pół roku nic nie kupił bo ma inne priorytety. W domu wszystko brudzi, nie sprząta, rozwala kabine prysznicowa gorzej nic dziecko. A co jest najlepsze to, że mówi że czuje się jak na wygnaniu, że każdy ma go gdzieś. Ale prawda jest taka że karma wraca... Probowalismy mu pomóc już chyba z tysięczny raz ale nic. Wysyłaliśmy go do lekarzy, chcielismy mu załatwić terapię zamknięta... To wszystko na nic. Nawet teściom obiecuje, że nie będzie pil że to i tamto byle by ktoś go odwiedził... I faktycznie jeździmy tam jak idioci, jeszcze ostatnio posprzątaliśmy i daliśmy mu obiad, to co później zrobił? Za tydzień mieliśmy przyjechać ale uprzedził nas, że coś jest nie tak z ogrzewaniem i że muszą mu naprawić. Po czym pierwsi przyjechali teściowie, a on w progu ich wywalił, bo że on się źle czuje dziś, że to bez sensu i że sorry ale jedzcie do domu z powrotem... Na nasz ślub też nie przyszedł, bo się " źle czuł ". A na drugi dzień nam wydzwaniał, że nie wie co się z nim dzieje i że on się powiesi, a jak chcemy ratować chociaż psa to mamy przyjechać i to już! Powiedzcie mi czy wy byście nie zwariowali? Ja już na prawdę nie mam siły. Żałuję, że po szkole nie wyjechaliśmy gdzieś za granicę na zawsze i się nie odcięliśmy... Rówieśnicy nasi mają teraz żony, mężów, dzieci, w miarę stabilne pracę, mieszkania, domy... A my? No cóż... Wracając do wczesniejszego wątku - ojciec przez te całe lata wyjeżdżał do pracy za granice i jak zjeżdżał to już był koniec naszej wolności. Ale matka chyba to lubiła - ja bym nazwała to syndromem sztokholmskim. Ja znowu nie cierpiałam tego, bo gdy przyjeżdżał przynosil słodycze, było fajne ze dwa dni a potem darcie się o wszystko, bo nic mu się nie podoba, bo nie chodzimy w zegarku tak jak on chce, bo się źle powiedziało coś, bo w ogóle on ma zły dzień. Później obraza na pół roku, było raz nawet na dwa lata... (Przeze mnie, jak to on twierdził ale to on sam przestał do mnie gadać i się interesować). No a w międzyczasie hulaj dusza piekla nie ma - tatuś setka za setką, na kolację tabletki nasenne czy inne apapy i schizy w nocy. Nie zawsze było tak grubo ale dosyć często. Przy czym ja chodziłam do technikum, dużo zakuwalam i spotykałam się z moim obecnym mężem. A matka psuła nerwy dalej na własne życzenie i miała w dupie jak ja sobie z tym radze. Pamiętam jak kiedyś miałam nawet atak paniki, to zapytała co mi jest po czym zadzwoniła do siostry żaląc się jak to ona nie ma źle. Później zamieszkaliśmy z chłopakiem że sobą i też się nic nie zmieniło, staremu coraz bardziej odwalalo, mimo że czesciej wyjeżdżał. Nic też nie dał pobyt w szpitalu, kiedy to mój mąż go uratował jak pijany połknął w cholerę tabletek. Jak nas przepraszał, że on nie chciał, że on głupi, a i tak dalej robi swoje. Mając wszywkę jeździł dalej za granice, nie leczyl się i udawał, że jej nie ma - bo jak mu kumple mówili przecież można pić, że nic mu nie będzie. Tak jemu nic nie było, tylko mi - ześwirowalam do reszty, nie mam ochoty przez nich żyć i nie potrafię się odciąć. Mam też problemy z samoakceptacją no ale też mnie to specjalnie nie dziwi, zawsze czułam się gorsza, w podstawówce na wfie ostatnia, w okularach, później ogłuchłam na jedno ucho (aparat nie pomaga). Rodzice mnie nigdy nie chwalili, interesowali się głównie tym żebym do szkoły chodziła (miałam tylko jedno koleżanke i pamiętam jak dziś jak ona się rozchorowała i się o tym dowiedziałam to nie chciałam chodzić do szkoły, bo tak się wszystkim stresowałam). I z tym stresowaniem mam tak do dziś, w gimnazjum i technikum było już lepiej bo wzięłam się w garść i próbowałam nawiązywać bardziej kontakty, miałam więcej dobrych koleżanek, starałam się uczyć - mimo że musiałam dłużej siedzieć niż inni (tak mi się zdaje) ale to dzięki temu czułam się lepsza. Ale z tyłu głowy zawsze coś zostaje, nie jestem dalej pewna siebie, łatwo się łamie przy błahostkach a co dopiero problemach. Nie chcę mi się wstać z łóżka, robię to co muszę - prysznic, śniadanie, kawa, studia, szybkie zakupy i znów do łóżka przed tv lub telefon/laptop. Raz na jakiś czas się spotykamy ze znajomymi itp. ale ja najchętniej bym przesiedziała cały dzień w domu. Nic mnie nie cieszy nawet lampka wina... Gdy teraz szukam pracy na cześć etatu, żeby połączyć to ze studiami to stresuje się jeszcze bardziej, czy dam radę. Bo widzę, że jest jeszcze gorzej ze mną. Pamiętam że jak chodziłam do pracy to tak nie myślałam o wszystkim i jako łatwiej wszystko szło ale z drugiej strony nie nadaje się do wielu prac, gdyż często mam tak że Boje się panicznie z kimś rozmawiać, że go nie zrozumiem, że nie będę wiedziała co zrobić, że ktoś mnie wyśmieje. Boje się czy dam sobie radę w jakiejkolwiek pracy, czytam opinie o pracodawcach gdzie łapie się za głowę co można z ludźmi robić i tak mi się jeszcze bardziej odechciewa. Życie jest bez sensu. Studia ledwo się zaczęły od nowa i już mam problem, nie idzie mi w ogóle praca mgr. Pisze kilka dziadowskich stron i nic z tego nie wynika. Boje się, że jeszcze to zawale i będę bez normalniej pracy, bez studiów, bez wlasmego bezpiecznego kąta przy boku walnietych ludzi. W końcu jeszcze mój mąż znajdzie sobie kogoś innego, bo po co mu taka żona. Jednak nie chce robić tego tez mężowi, żeby siedział ze mną... mam wsparcie od niego, bo mnie pociesza, nie ocenia, często wysłucha jeśli w ogóle się odważne przemówić (mam z tym po prostu trudności) ale nie potrafi mi bardziej pomóc. Nie jest specjalistą, chce mnie wziąć do lekarza ale ja się boje... że otworze się komuś, a ktoś nie bedzie mi w stanie pomóc. Ostatnie dwa lata w wakacje siedziałam cały czas w domu! Wychodziłam tylko do pracy w tamtym roku, w tym już jej nie miałam. Wiem to jest dziwne, żeby młodej kobiecie nic się nie chciało. Ja próbowałam, starałam się ale i tak zawsze się poddałam. Nie mam już siły, nie mam pomysłu. Nie chce mi się nic. Najchętniej bym umarla, to nie pierwsza moja mysl.
  9. Dzień dobry. Jestem 46 letnim mężczyzną. Mieszkam za granicą i mój problem to nerwy, czesto agresja słona i nieradzenie sobie samemu ze sobą. Trace przez to wszystko i wszystkich. Jestem po przejsciach. W Polsce mam córke która za mną tęskni i nie widziałem jej od ponad pół roku. Dzwonie do niej prawie codziennie ale to nie to co przytulenie i zabawa na żywo. Nie wiem kiedy uda mi sie pojechac do kraju. Tu gdzie mieszkam mam partnerkę którą bardzo pokochałem, świata poza nią nie widze. Jestemy ponad rok ze sobą i ja zniszczyłem cały związek bo o byle co wybuchałem i robiłem awantury o byle co. Byłem nerwowy, brakowało przez pandemie pieniędzy bo nie było pracy, ona robiła wszystko by było ok a ja mimo tego kłóciłem sie z nia nadal, robiąc głupie sceny zazdrości pomimo ze jestem jej pewien ze chce być ze mną. Szukam pilnej pomocy bym sie zmienił i pokazał jej ze jestem jej wart i ze da mi jeszcze szanse na wspolne bycie bo sam nie dam rady juz teraz byc. Ona tez ma probemy ze zdrowiem po operacji i wspieram ją jak moge. W tej sytuacji jaka teraz jest nie wiele mogę jej pomóc. Błagam o pomoc bo nie umiem życ samemu zwłaszcza za granicą, bez nikogo. To jest straszne, boje sie następnego dnia. Do Polski tez nie mam gdzie wracac bo nie mam nic i nikogo poza kilkuletnią córeczką. Dodam ze nie mam nałogów - nie pije i nie pale, że jestem normalnym facetem bez nałogów, nie piłem, nie paliłem, nie brałem używek, całe życie pracowałem i zawsze byłem sobą. Od jakiegoś czasu po rozstaniu z matką dziecka zacząłem mieć problemy z nerwami, głową i psychiką, nie radze sobie w sytuacjach stresowych i boje się bardzo zostac sam, bez bliskiej osoby.
  10. Witam. Po dzisiejszej ciężkiej nocy zdecydowałam się tutaj napisać. Chcę podzielić się z wami tym, przez co przechodzę oraz poznać wasze opinie i odczucia w tym temacie. Mam 19 lat. Od dawna miewam problemy ze snem w nocy. Odczuwam lęk, przez który nie chcę zasnąć, mimo zmęczenia i senności. Zaczęło się od występowania u mnie paraliży sennych i koszmarów. Na początku nie miałam pojęcia z czym mam do czynienia, że to paraliż. Strasznie mnie to przerażało i nie chciałam spać, nie chciałam by znów to mnie spotkało. Myślałam, że to się może dziać tylko w nocy, jednak jak się szybko okazało w dzień, gdy odsypiałam, również mnie to męczyło. Przyzwyczaiłam się i teraz już nie robi to na mnie większego wrażenia. Jednak w ostatnim czasie co noc nie mogę zasnąć przed 3. Wynika to z tego, że gdy zasypiałam wcześniej to dręczyły mnie koszmary i budziłam się o 3 w nocy. Mimo ogromnego zmęczenia po prostu nie jestem w stanie zamknąć oczu. Towarzyszy mi również lęk, że stanie się za chwilę coś bardzo złego, typu ktoś wejdzie do mieszkania, coś wybuchnie, coś walnie w Ziemię (XD), komuś z moich bliskich się coś stanie. Wtedy leżę, nasłuchuję co się dzieje dookoła i czekam jakbym była pewna, że za chwilę coś się wydarzy okropnego. Gdy ten stan mija, to wtedy wydaje się to być bardzo absurdalne. Co ciekawe nie mam problemów ze spaniem w dzień, jedynie zdarzają się paraliże. A jak już zasnę nad ranem to potrafię spać bardzo długo. Stąd naszła mnie myśl, że może boję się ciemności. Boję się też zawsze, że zobaczę lub usłyszę jakieś duchy czy coś w tym stylu. Gdy tylko na zewnątrz robi się jasno lęk opada. Dzisiejsza noc była chyba najgorsza ze wszystkich. Całą noc czułam niepokój, później się nasilił tak bardzo, że nie mogłam wytrzymać. Bałam się nawet ruszyć. Byłam przekonana, że za chwilę stanie się coś strasznego, że mnie coś lub ktoś zaatakuje. Długo mnie trzymało, nawet jak już zaczęło robić się jasno. Ciągle tylko świeciłam telefonem po pokoju i się rozglądałam dookoła, wypatrując czegoś niepokojącego. W pewnej chwili zaczęłam mieć wrażenie, że wariuję, że obraz zaczyna mi się rozmazywać, że naprawdę moja wyobraźnia coś zobaczy. Nie mam pojęcia już co robić i jak sobie z tym poradzić. Pomaga mi wytrwać oglądanie serialów podczas tych lęków lub pisanie z kimś. Ale to coraz częściej już nie wystarcza. Proszę o waszą opinię w tym temacie i rady.
  11. Co polecacie na stres, uspokojenie, wyluzowanie się po stresującym dniu w pracy?
  12. Witajcie! Od kilkunastu lat zmagam się z nerwicą lękową, a dopiero 3 lata temu zostałam zdiagnozowana. Od tamtego czasu nauczyłam się wiele na temat tego, jak sobie z nią radzić i bardzo chciałabym pomóc innym w życiu z nerwicą, bo sama w najgorszych momentach czytałam różne fora i blogi, głównie żeby sprawdzić, czy nie oszalałam. Dlatego założyłam bloga, na którym poruszam różne tematy, dzięki którym mam nadzieję, ktoś z zaburzeniami lękowymi będzie mógł poczuć, że nie jest z tym samym i że może pięknie żyć. Zapraszam Was serdecznie do czytania: https://nerwicajestok.blogspot.com/ Posty są na razie dopiero trzy, bo właśnie zaczęłam mój blog, ale mam już w planach dużo więcej! Chętnie przeczytam też, o czym wy chcielibyście przeczytać, czego się boicie, czy macie jakieś stany, w których wydaje się wam, że jesteście sami? Chciałabym stworzyć z mojego bloga taki podręcznik przetrwania dla nerwicowców, bo sama szukałam takich tekstów w swoich najgorszych chwilach. Dajcie znać
  13. Hej. Nie jestem pewna czy to, co przeżywam, to PTSD, mimo wielu przeczytanych artykułów, więc pokrótce przedstawię problem, z którym się borykam i może ktoś mi odpowie. Trzy lata temu wpadłam w złe towarzystwo: używki, panie lekkich obyczajów i nocne wycieczki były czymś normalnym. Wtedy myślałam, że chcę komuś pomóc. Niestety okazało się, że zostałam oszukana i zmanipulowana przez osobę, która wydawała mi się wtedy najbliższa. Przez rok żyłam w przekonaniu, że ktoś śledzi mój każdy krok, że ja i moja rodzina jesteśmy na celowniku, co później okazało się prawdą, ponieważ węszenie po szemranych dzielnicach i odkopywanie niewygodnych faktów ostatecznie kogoś zdenerwowało. W międzyczasie podsyłano mi listy, kartki i e-maile z pogróżkami, miejscami spotkań i ostrzeżeniami, których groza była poparta faktami z życia codziennego. Jakby ktoś faktycznie śledził zwyczaje moje i moich bliskich. Podrzucano mi również różne substancje, a w najgorszym momencie została zastraszona nawet moja mama. Po tamtym wydarzeniu zerwałam wszelkie kontakty, zmieniłam środowisko i zupełnie się zmieniłam, co zauważyła moja pozytywnie zaskoczona rodzina. Odmieniłam swoje życie, wyparłam tamtą siebie i stałam się swoim zupełnym przeciwieństwem. Zajęłam się milionem spraw, podjęłam wiele dodatkowych aktywności, spałam po 4/5 godzin na dobę, aby się ze wszystkim wyrobić, bo tak łatwiej było mi zapomnieć. Chyba chciałam zrobić wszystko, aby nie myśleć o rzeczach, które widziałam i przeżyłam podczas tamtego okresu. Ale ten tuszowany strach i emocje powróciły w postaci koszmarów. Rzadko pamiętałam swoje sny, ale w tamtym okresie bałam się zasnąć, bo jedyne, co pamiętałam po przebudzeniu to lęk, paraliże senne, brak kontroli nad sobą niczym w nieumiejętnym świadomym śnieniu, galopujące serce. Po mniej więcej 6 miesiącach takiego życia, załamałam się na około miesiąc. Nie wychodziłam z domu, fantazjowałam o samobójstwie, miałam wyrzuty sumienia, uważałam się za człowieka gorszego sortu; uważałam, że każdy widzi, co robiłam i że zdradza mnie każdy mój niefortunny ruch, a każde wspomnienie o narkotykach czy ich zapach powodowały u mnie gniew, potem agresję. Wdałam się w dyskusję z używającymi studentami, nie panowałam nad sobą, gdy ktoś palił obok mnie, a jednocześnie ciągle chodziłam po miejscach o nieciekawej reputacji, aby "sprawdzić" czy w razie powtórzenia się sytuacji, dałabym radę znów działać jak poprzednio (nie byłam święta: kłamałam, kradłam...), mimo że serce stawało mi w piersi ze strachu. Jakoś się podniosłam, naprawiłam to, co zniszczyłam, ale niedługo po mojej rekonwalescencji zmarła moja mama i gdy po kilku miesiącach poukładałam sobie codzienność, to znowu miałam "zawieszenie". Tylko tym razem wyrzuty sumienia były jeszcze gorsze, nie miałam siły na nic, zaniedbywałam wszystkie obowiązki, ignorowałam bliskich, nienawidziłam ludzi, ale przede wszystkim samej siebie - ponownie miałam myśli samobójcze. Cudem doprowadzono mnie do psychologa i po kilku spotkaniach oraz wizycie u psychiatry zdiagnozowano u mnie ChAD. Pani psycholog wiedziała o opisanym przeze mnie roku, ale nigdy nie zgłębiałyśmy tematu - pokazałam jej jedynie kartki z pogróżkami. Przepisano mi leki i przez jakiś czas faktycznie było lepiej, ale później nastąpił dołek, który przekreślił wszystko. Brałam leki, po kilku godzinach piłam (mimo że długo po osiągnięciu pełnoletności stroniłam od używek ze strachu, że się uzależnię), aby się odciąć i uwolnić od koszmarów i myśli o tamtych wydarzeniach, znowu zaniedbywałam obowiązki i rodzinę, bo przyjaciół nie miałam (starzy odeszli, gdy przeżywałam swoją "przygodę", a nowych nie umiałam znaleźć, bo nie byłam już taka nieskalana). Znowu jakoś się podniosłam, przeprowadziłam na drugi koniec kraju i myślałam, że wszystko mam już za sobą. Ale wystarczyła rozmowa z kimś albo przejście przez pewną część miasta, abym znowu poczuła ten paraliżujący strach. Dosłownie wmurowywało mnie w ziemię, a serce zaczynało walić jak młotem. Wystarczy, że mam gorszy dzień lub jakiś element, który wspomina mi o tamtym okresie, a wyrzuty sumienia, lęk, złość i wszystkie te emocje powracają. Często mam też poczucie, że nigdzie nie pasuję; że nie jestem kimś zdegenerowanym lub szukającym kłopotu, ale nie umiem odnaleźć się w świecie ludzi, którzy nigdy nie widzieli innej rzeczywistości. Z kolei z ludźmi, którzy pochodzą z takich środowisk, potrafię znaleźć nić porozumienia. Czuję się sobą i nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem, aby być akceptowana. Naprawdę staram się wyłuskać z tego, co kiedyś robiłam coś dobrego. Zaczęłam udzielać się w wolontariacie, który pomaga ludziom z przeszłością wrócić do codzienności. Wiem, jakie to trudne (nawet idiotyczny język, którym się posługujemy zupełnie się różni od tego z zewnątrz i trzeba się pilnować, nie tylko w przypadku przekleństw) i myślę, że w pewien sposób ich rozumiem. Teraz jest lepiej, ale nie jest jeszcze dobrze. Mam ciągle ten strach z tyłu głowy, te koszmary i wyrzuty sumienia, pociąg i jednocześnie odrazę do używek, alkoholu... Złość i rozczarowanie sobą, że kiedyś popełniłam błąd. Podczas górek jakbym tego nie pamiętała, ale każdy dołek to nie tylko depresja, ale i powrót do tamtego stanu sprzed trzech lat. Podsumowując: nie wiem, co robić. Nie wiem czy zapisywać się na terapię, a jeśli nawet, to czy wspominać terapeucie o tych zdarzeniach? Czy zgłębiać ten temat? Czy jeśli powiem, że myślę, że to PTSD, to uzna mnie za histeryczkę? Z drugiej strony tamten okres nadal paraliżuje moje życie i nie wiem jak sobie z tym poradzić. Gratuluję, jeśli dotrwałeś/dotrwałaś do końca mojego wypracowania
  14. Hey, Witam, dziś naszedł mnie taki problem... Otóż przypomniałem sobie o sprawie sprzed 10 lat jakoś, miałem wtedy 13 lub 14. Nigdy mnie to nie trapiło ani nie nurtowało, ale teraz jakoś mi wpadło do głowy... Byłem gościem uzależnionym od masturbacji i porno. Tak konkretnie. I to ryło mo banię. Przypomniałem sobie, jak raz była u mnie kuzynka z kuzynem. W coś tam się bawiliśmy. Ona mogła mieć... 7 czy 8 lat? Jakas tak różnica jest między nami. Z jakiegoś względu poczułem w pewnym momencie, ze odczuwam podniecenie co do niej, albo tak mi się wydawało. Strofowałem siebie, mówiłem stary to chore, opanuj się, co ty myslisz... Niemniej potem gralismy w jakas gre. Podczas niej dwukrotnie poprosilem kuzynke, zeby usiadla przede mną. W sensie dotykalem ją kroczem przez spodnie i czułem podniecenie. Nic więcej nie zrobiłem, totalnie nic. Ręce miałem przy sobie. Potem chyba ktoś nas zawołał z dołu albo ktoś przyszedł po nas i poszliśmy. Zrugałem siebie, że jestem delikatnie mówiąc rąbnięty z takimi myślami, chyba trochę czasu mnie to trzymało. I przeszło. Kuzynka chyba niczego nawet nie poczuła ani nie myślała, w końcu nic nie zrobiłem poza tym siedzeniem krótkim przy niej. Z resztą w naszej relacji nic się nie zmieniło, lubie ją i mamy dobry kontakt do dziś. Nigdy później podobne myśli ani zachowanie mi się nie zdarzyło. No pedofilem nie jestem, obrzydza mnie to i nigdy nawet nie wpadłem na to żeby do czegoś takiego dojść. Niemniej zacząłem sobie teraz wyrzucać że może ona coś wyczuła, że zniszczyłem jej dzieciństwo, że ma do mnie żal którego nie pokazuje, może za parę lat powie że ją molestowałem, chociaż kurna poza tym siedzeniem przez chwilę nic nie zrobiłem, nawet nie dotknąłem jej. Chociaż pamiętam jeszcze, że uciekalem i masturbowalem się w pokoju obok, mówiąc, że zaraz przyjdę. Nie myślałem wtedy jednak o niej. To było głupie i chore, no ale miałem wtedy te 13 czy 14 lat. Nigdy więcej takie coś mi się nie przytrafiło. Czy jest sens to rozpamiętywać? Wracać i martwić się że coś takiego się działo? Eh... Z jednej nerwicy w drugą...
  15. Cześć, od ponad pół roku lecze sie na nerwice lekowa, regularnie chodze na terapie i biore leki (Setaloft). Przez caly okres leczenia nie probowalam alkoholu, lecz ostatnio po rozmowie z moim lekarzem psychiatra dowiedzialam sie, ze odrobina alkoholu przy lekach SSRI nie jest zakazana. Tak tez zrobilam, wypilam w urodziny kilka lampek wina, na drugi dzien bylo wszystko w porzadku, ale kilka dni pozniej zaczelam czuc sie bardzo slabo. Aktualnie to trwa juz ok. 1,5 tygodnia jak czuje jakby leki przestaly dzialac, ataki paniki wrocily. Wizyte u lekarza mam dopiero za kilka dni, chcialam sie dowiedziec czy ktos z was tez mial takie objawy po alkoholu? I jak dlugo sie utrzymywala ta opornosc na leki? 
  16. Czy ktoś może do mnie napisać na priv? Boje się napisać tutaj o sobie a potrzebuje z kimś porozmawiać bo nie mam do kogo się odezwać a za dużo mam w sobie. Cierpię na depresje i nerwice lękowa...
  17. Otóż już w podstawówce miałam problemy z rówieśnikami, przez co również z akceptacją samej siebie i swojego wyglądu. Nie byłam lubiana, było to po prostu widać. Dodatkowo niektórzy śmiali się ze mnie i obrażali od grubasów itd. W gimnazjum też słyszałam parę przykrych komentarzy, nie było jednak ich tak dużo jak w podstawówce. Jednak zostało mi to wszystko do dziś. Powiem wprost- nienawidzę siebie, swojego charakteru ani swojego ciała. Jeżeli chodzi o twarz, to raz uważam że nie jest najgorsza a raz że jest brzydka. Okaleczam się. To jest moja kara za to jaka jestem. Ciągle myślę o głodzeniu się- marzę o byciu szczupłym. Co do społeczeństwa- boję się ludzi. co chwilę myślę że ktoś mnie obgaduje. śmieje sie ze mnie albo coś złego sobie myśli. Boję się robić przy nich cokolwiek, jednym słowem boję się być wśród ludzi. Mam gdzieś prawie wszystko. Nie uczę się, mam gdzieś oceny, mam gdzieś czy ktoś odwróci sie ode mnie czy nie, jestem samotna, jednak mam gdzieś relacje z innymi. Totalnie tego nie rozumiem. Czuję jakbym nie miała nawet emocji. Potrafię być oschła dla własnej młodszej siostry, nie wzruszam się, jednak potrafię się śmiać, są rzeczy które potrafią mnie rozbawić. Myślałam że to może być depresja, ale przecież ja nie chodzę smutna, lecz szczęsliwa też nie jestem. Czuję jakbym była hmm.. obojętna? Nie wiem. Nawet nie współczuję innym. Płaczę jak ktoś powie że jestem gruba, albo powie cokolwiek na temat mojej wagi. Jestem przewrażliwiona na tym punkcie. Co chwilę boję się że mijające mnie osoby będą miały o mnie takie zdanie. Bardzo lubię, znaczy lubiłam śpiewać. Mimo że czasem dalej śpiewam, nie sprawia mi to takiej radości jak kiedyś. Czuję, jakbym również nie miała żadnej pasji. Myślałam kiedyś o samobójstwie, ale nie w sensie że chciałam się zabić. Po prostu przeszło mi to przez myśl, ale wiem, że wcale nie chcę umrzeć. Jestem leniwa. Wiele rzeczy nie chce mi się robić. Najchętniej siedziałabym w domu. Proszę, powiedzcie mi, co się ze mną dzieje. Nic z tego nie rozumiem.
  18. Moje lęki Każdy z nas w życiu doświadcza lęków, niepokoju. Niektórzy radzą sobie z tym lepiej, niektórzy gorzej. Ja jestem z tych, których lęk dobija całkowicie lub w ogóle. Tekst będzie opierał się na moich przeżyciach z tym okropnym uczuciem, które towarzyszyły mi od najmłodszych lat. Zacznę od tego, ze byłem wychowywany przez matkę, która starała się robić wszystko aby w życiu było mi dobrze. Mimo tego, że rzeczywiście robiła wszystko i nadal robi, towarzyszy jej myśl że nie jest wystarczająco dobra. Drugą najbliższą mi osobą jest babcia, która zastępowała mi ojca, który nas opuścił. Mam także siostrę, która nie ingeruje zbytnio w sprawy związane z domem, ale i tak jest kochana (czasami). Gdy miałem 3 latka, poszedłem do przedszkola, juz wtedy czulem ogromny niepokój oderwania sie od domowego zacisza. Byłem na tyle przywiązany do matczynego spokoju i domowej swobody, ze wyczyniałem cuda gdy mama zostawiała mnie na te kilka godzin w przedszkolu. Z ciężkim sercem wracała do auta, gdy słyszała mnie, wołającego do niej: „Nie zostawiaj mnie, nigdy Cię nie zapomnę. Będę tu czekał". Było tak za każdym razem. Przesiadywałem sam na ławce pod oknem i wypatrywałem ukochanej mamy. W wieku 6 lat poszedłem do klasy zerowej podstawówki, w której chyba czułem sie najlepiej. Miałem swoją przyjaciółkę Natasze, z którą nie mogłem przestać sie bawić. W tamtym czasie także odczuwałem lęk, ale nie był on na tyle silny aby przeszkadzał mi w normalnym funkcjonowaniu. Na klasie zerowej zakończył sie mój pozornie wewnętrzny spokój. Każdy kolejny rok spędzałem pod ścianą, nerwowo gryząc moje długie, czarne włosy. Po szóstej klasie, rozwiązały sie wszystkie moje kontakty z kolegami, było ich nie wielu. To wszystko spotęgowało mój lęk przed nową szkołą i trudnościami w nawiązywaniu kontaktów z grupą. Jednym słowem, czułem sie jak niewlasciwy odłamek puzzelka, w każdej możliwej sytuacji. Przed rozpoczęciem nauki w gimnazjum, wyprowadziliśmy się na wieś. Pierwszy rok minął dosyć ciężko, lecz większość mnie zaakceptowała i nie czułem się taki samotny. Nauczyciele nie byli niestety zbyt wyrozumiali, lecz nie mogę tego powiedzieć o wszystkich. Szkolny pedagog wraz z dyrektorką, zadufaną w sobie i swojej świetności oraz władzy, czepiali sie wszystkiego. Sam nie byłem święty. Wiele razy prowokowalem sytuacje po to, aby podyskutować i marnie udowodnić im moją racje. Byłem w tym wszystkim jednak szczery. Nikomu nie robiłem dobrze po to aby mi samemu było lepiej. Wszystko co mi się nie podobało wyrażałem słowami lub czynem. Ludzie tego nie tolerują. Trzeba być jednolitym ze stadem. Nie można odłączać się od reszty i dokonywać zmian. Podważanie czegoś jest niewłaściwe. Po co to robić, przecież jesteś, żyjesz, to ci wystarczy, tak myśli większość. Wszystkie te rzeczy podbudowywały mnie i w dziwny sposób zabijały lęk, tak naprawde przed niczym. Wiedziałem wtedy ze funkcjonuje, że coś robię, dokądś dąże. Przed rozpoczęciem drugiej klasy gimnazjum znalazłem przyjaciela. Kamil był w wielu rzeczach podobny do mnie. Był introwertykiem, który czasami jednak ulegał grupowej presji, lecz nie tak jak wszyscy. Był jedyną osobą dla mnie. Z całej szkoły tylko on mi odpowiadał. Zaczęliśmy się kumplować. W wieku 13/14 lat wypiliśmy razem nasze pierwsze piwo „Baca". Było cudownie i prześmiesznie. Wakacje mijały na ogół spokojnie, nie byłem zdenerwowany całym systemem i stadem glupich ludzi, ktorzy mnie otaczali. Mogłem na chwilę odetchnąć. W wakacje przed rozpoczeciem kolejnego roku szkolnego, znalazłem dziewczynę. Nie byłem jak wszyscy. Traktowałem to wszystko na poważnie, liczyłem na prawdziwy, młodzieńczy związek (nie przeliczyłem sie). W drugiej klasie gimnazjum zaczalem często pić z Kamilem. Po pewnym czasie stało sie to po prostu nudne i monotonne, nie dawalo nam nic poza bólem brzucha. Zacząłem palić marihuanę, której zwolennikiem byłem od zawsze. W przeciwieństwie do alkoholu dawała mi ona spokój i opanowanie, mogłem na wszystko spojrzeć z innej strony. Zrezygnowałem totalnie z alkoholu. Paliłem dość rzadko. Razem z moim przyjacielem, zastąpiliśmy alkohol marihuaną. Nie robiliśmy tego tak często jak z butelką. Nie ciągnęło nas. Mój lęk do całego swiata odwrócił się, zacząłem żyć i funkcjonować jak każdy inny człowiek. Czułem się świetnie. Na kolejnych wakacjach spotkała mnie przykra sprawa z moją dziewczyną, która zaindukowała u mnie lekką depresję i wyciągnęła lęki na wierzch. Przestałem sobie radzić ze światem. Udałem sie wtedy pierwszy raz do psychiatry, który rzeczywiście mi pomógł, dostałem leki. Po 2 miesiącach stanąłem na nogi. Raczej zadziałała tu autosugestia, ponieważ leki po mniej wiecej tym czasie stają się „aktywne". Przez kolejne kilka miesięcy bylo przeciętnie, popałałem marihuanę i piłem okazjonalnie piwo. Moje lęki nie były bardzo mocne, miałem czasami trudności, ale każdy z nas je ma. W domu niestety bylo gorzej. Mama nie dogadywała się ze swoim narzeczonym, który nie traktował jej dobrze. Przez to wszystko zacząłem sie izolować, zamykałem sie w pokoju, byłem drażliwy. Podświadomie moje lęki i złość na mamy wybrańca rosły. Przechodziłem trzecią klasę gimnazjum. Pod koniec zacząłem więcej palić, alkohol wtedy odstawiłem całkowicie. Eksperymentowałem wtedy także z różnymi psychodelikami. Było to raczej z mojej wrodzonej ciekawości poznawczej. Byłem ciekawy wszystkiego. Mama się dowiedziała i zaczęła sie afera. Pozostałem tylko przy marihuanie i niczego więcej poza okazjonalną kodeiną nie używałem. W domu nie było dobrze. W tej chwili już mąż mojej matki zaczął byc agresywny i ciągle sfrustrowany. Zamykałem się juz coraz częściej w pokoju. Zostałem sam z lękiem i obawami o mame. Pewnego razu, nie mogąc patrzec jak ją traktował, postawiłem mu się i wyciągnąłem wszystko na wierzch. Wyprowadził się. Zaczęły się groźby w moja stronę. Po pewnym czasie sytuacja zamilkła i wszystko złagodniało. Dom stał sie na nowo oazą spokoju. Do czasu. Nie paliłem juz w tamtym okresie marihuany. Bałem sie, ze nasili moje lęki i pogłębi sytuację, w której wszyscy sie znajdowaliśmy. Wszystko na pozór było dobrze. Niewiele czasu po całej sytuacji dostałem bardzo silnych lęków z atakami paniki i depresją. Myślałem, ze przejdzie. Wytrzymałem kilka dni w tym stanie, po czym doszła tak silna derealizacja że nie odróżniałem czasami co jest prawdą a co fikcją. Mama próbowała zarejestrować mnie do psychiatry, niestety nieskutecznie. Kolejki były strasznie długie, a ja potrzebowałem pomocy na już. Udałem się do rodzinnego, od którego dostalem xanax i ssri, które przytłumiły moje emocje, niestety bardzo lekko. W tej chwili raz jest lepiej, a raz gorzej. Za dwa dni mam wizyte u psychiatry i decyduję się na psychoterapie. Niektóre dni to naprawdę męka. Nie życzę tego żadnemu wrogowi. Zwracajcie uwagę na to w jakim srodowisku sie obracacie i co jest dla was dobre. Niektóre rzeczy podświadomie wpływają na naszą psychikę i problemy wychodzą dopiero z czasem. Dlatego powinniśmy szanować swoje poczucie spokoju jak i innych, aby nie byc w sytuacji w której w tej chwili znajduję się ja.
  19. Kochani, Dołączyłam tutaj, bo mam za sobą ciężką walkę, którą wygrałam. Wygrałam, bo wierzyłam we własne siły i się nie poddałam. Każdy z nas może z tego wyjść, ale trzeba zmienić styl życia i myślenia, nie stanie się to w ciągu jednego dnia czy tygodnia, ale po kilku tygodniach, a na pewno miesącach będziecie wolni. To nie jest puste gadanie, ważyłam 31 kilogramów, bałam się wszystkiego... Oto moja historia: xxxxx Nieładnie tak reklamować swój kanał...
  20. Witam Jestem osobą,która walczy z różnym skutkiem z nerwicą lękowa od 19 lat.Miałam bardzo trudne dzieciństwo,bardzo rygorystyczne i despotyczne wychowanie ze strony ojca.Nie wiem i nie znam uczucia "jak to jest się nie bać". Nerwica lekowa pokrzyzowala całe moje życie.Przez silne stany lękowe nie miałam sily się uczyć chociaż bardzo chciałam.Musiałam ciągle przerywać edukację.Do tego dochodzily zaburzenia wegetatywne.Wybieram się na kolejną w swoim życiu psychoterapię I zawsze mam nadzieję,że to pomoże zabić demony przeszłości.Może teraz się uda.
  21. Witam. Moja historia jest bardzo długa i czuje potrzebe podzielenia się z nią tutaj, ponieważ chyba muszę już szukać pomocy na wszystkich frontach. Obecnie leczę się u psychiatry na depresję i efekty są narazie ciężkie do oceny. Dawno temu miałem kilka traumatycznych przeżyć które sprawiły, że miewałem lęki i ataki paniki(palenie trawki wzmocniło ich genezę). Piłem wtedy sporo alkoholu, co jeszcze bardziej zniszczyło mi zdrowie, relacje i system nerwowy. Dziś już nie miewam ataków paniki, aczkolwiek występuje ciągle lęk taki wolnopłynący. Sport pomaga, ciekawe zajęcia pomagają, aczkolwiek niestety nie mogę się ustabillizować i wpadam w okresy super aktywności i okresy gorszego samopoczucia. Borykam się od bardzo dawna z niską, praktycznie nieistniejąca samoooceną, która często przeobraża się w poczucie wyjątkowości i "mi się należy być mądrym i wyjątkowym". Zupełnie nie mogę sobie poradzić z tym uczuciem. Przeszkadza mi prowadzić stabilne życie i relacje międzyludzkie. Bardzo się denerwuje, kiedy mam do czynienia z osobami wyżej w hierarchii i które wiedzą więcej ode mnie w temacie od którego zależy moja samoocena(jak praca np). Czuje się ciągle głupi, przewrażliwiony, podatny na wywieranie wpływu przez osoby o silniejszej psychice. Nie wiem czego chce od życia, nie wiem co mam robić. Mam słomiany zapał praktycznie we wszystkim. Żongluje różnymi zainteresowaniami na przestrzeni lat, co chwile do nich wracając nigdy nie zagłębiajac sie w nic na dłuższy czas. Przez co zawsze jestem średni, mierny. Ciągle czuje się niekompletny i za głupi. Nie wiem co z tym zrobić. Medytuje, miewałem okresy nawet kilkumiesięcznej praktyki non stop, jednak zawsze wypadało coś co przerywało ten etap. Mam kobietę, aczkolwiek nie jestem w stanie czerpać z tego faktu jakichś wzniosłych uczuć i czerpać sensu życia. Brakuje mi celu, czegoś trwałego w tym zmiennym świecie. Mam niskie żelazo, kwas foliowy, ferrytyne, wit d. Z ostatniej pracy się zwolniłem, byłem wypalony, poirytowany. Poszedłem do nowej, jednak po kilku miesiącach w nowej pracy wyszło że mam ogromne problemy z pamiecia, koncentracja i motywacja. Parę dni temu oświadczyłem, że i z tej pracy się zwalniam. Mam spory kredyt do spłacenia, aczkolwiek nawet on nie spowodował paraliżu przed tą decyzją. Często zyje z dnia na dzien, nie planuje. Zyje tu i teraz, uciekajac w fantazje i rozmieniajac sie na drobne. Chciałbym z tym skończyć, tylko nie wiem jak.
  22. Witam. Od dłuższego czasu zmagam się z pewnym problemem. Mianowicie odczuwam ogromny lęk przed chorobami fizycznymi, szpitalem, osobami chorymi (fizycznie). Jest to bardzo duży lęk. Miewam ataki paniki, uczucie niepewności strachu i jak już wcześniej powiedziałam owego leku. Od niedawna jest gorzej czasem nie mogę spać po nocach bo rozmyslam o chorobach i że je mam. Wmawiam sobie różne choroby regularnie sprawdzam swoje ciało z obawą że dopadła mnie jakaś choroba. Pytam bliskie mnie osoby czy z moim zdrowiem jest na pewno wszystko dobrze. Oni zawsze odpowiadają że wszystko jest bardzo dobrze. Czasem mam tak że chodzę do lekarza żeby zbadał moje ciało np brzuch . Zawsze każda wizyta kończy się pozytywnie. Jednak to mnie nie uspokaja. Proszę o pomoc.
  23. Cześć. To mój pierwszy wpis tutaj. Proszę o wyrozumiałość, jeśli czytacie coś podobnego po raz setny, ale chciałam opisać dokładnie swój przypadek. Mam 25 lat, a ataki nerwicy zaczęły się u mnie jakoś ok 18stki. Były częste, prawie co noc. Nasilaly się w sytuacjach stresowych czy po alkoholu. W wielu 20 lat zamieszkałam u swojego chłopaka i na początku ataki były takie jak zawsze, ale chyba ze względu na jego obecność stopniowo ich ilość oraz intensywność zmniejszyły się. Na około półtora roku w ogóle zapomniałam co to atak nerwicy. Zasypialam jak dziecko, spałam do rana, no po prostu zwykły człowiek bez swoich urojen. Niestety miesiąc temu sytuacja życiowa zmusiła mnie do wyprowadzki z jego domu i wprowadzenia się z powrotem do swojego rodzinnego. No i się zaczęło... pierwszy tydzień był ok. Spałam normalnie ale już z tyłu głowy moje nerwicowe lęki się uaktywnialy. Teraz nie śpię już druga noc z rzędu przytłoczona swoimi lękami, bólem i ciężkością w klatce piersiowej, dretwieniem lewej ręki i oczywiście ogromnym strachem przed śmiercią. Jestem bardzo zmęczona marzę o śnie ale jak tylko Oko się przymknie to zaraz wybudza mnie nagły skurcz serca A za chwilę jego kołatanie i strach że to na pewno już tym razem zawał... czy uważacie że moja nerwica wróciła przez to że znowu mieszkam w swoim domu i podświadomie przypomina mi się że to tutaj miały miejsce wszystkie moje najgorsze ataki? Czy może dlatego że śpię znowu sama po tylu latach spania obok kogoś kto sama obecnością hamowal moje ataki, a gdy przyszły pomagał się z nimi uporać? Jestem prawie pewna że gdyby był obok mnie spalabym teraz normalnie... Nie wiem co będzie dalej. Jak mam zasnąć wiedząc że za chwilę obudzi mnie strach i ból... boję się że tak będzie już co noc i w końcu padne z wycieńczenia. Wstydzę się dzwonić do chłopaka i zameczać go przez telefon swoimi nerwicowymi problemami. Pozdrawiam wszystkich nerwicowcow którzy nie mogą spać i myśleć o niczym innym niż ten irracjonalny strach...
  24. Witam, od około 2 miesięcy biorę paroksetyne w dawce 40mg rano tłumi moje lęki w miarę dobrze ale w sytuacjach stresowych np wizyta u dentysty co mi się ostatnio przytrafiło Lekarz dodał mi takie leki : paro 40 mg, tiaprid pmcs 1/4 tabletki 3x dziennie , spamilan 5mg rano 5 wieczorem i miansec 15 na lepszy sen miałem jeszcze wcześniej gabapentin teva i fluanxol ale po nich mialem ciągłe mdłości czy tez wrażenie że zaraz zwymiotuję a takimi odczuciami przejawia się moja nerwica czyli MDŁOŚCI i chciałem was zapytać czy taki zestaw da radę ew. co wy byście doradzili. Pozdrawiam Serdecznie misiaki Wszelkie decyzje odnośnie leczenia należy podejmować za zgodą i w porozumieniu z lekarzem prowadzącym!
  25. Witam mam pytanie czy jeżeli biorę leki ssri od roku to czy jedno piwo raz na jakiś czas nie zaszkodzi? Wiem że nie powinno się pić w trakcie terapii ale chcę się dowiedzieć.
×