Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Terapia

Znaleziono 3 wyniki

  1. Hej. Nie jestem pewna czy to, co przeżywam, to PTSD, mimo wielu przeczytanych artykułów, więc pokrótce przedstawię problem, z którym się borykam i może ktoś mi odpowie. Trzy lata temu wpadłam w złe towarzystwo: używki, panie lekkich obyczajów i nocne wycieczki były czymś normalnym. Wtedy myślałam, że chcę komuś pomóc. Niestety okazało się, że zostałam oszukana i zmanipulowana przez osobę, która wydawała mi się wtedy najbliższa. Przez rok żyłam w przekonaniu, że ktoś śledzi mój każdy krok, że ja i moja rodzina jesteśmy na celowniku, co później okazało się prawdą, ponieważ węszenie po szemranych dzielnicach i odkopywanie niewygodnych faktów ostatecznie kogoś zdenerwowało. W międzyczasie podsyłano mi listy, kartki i e-maile z pogróżkami, miejscami spotkań i ostrzeżeniami, których groza była poparta faktami z życia codziennego. Jakby ktoś faktycznie śledził zwyczaje moje i moich bliskich. Podrzucano mi również różne substancje, a w najgorszym momencie została zastraszona nawet moja mama. Po tamtym wydarzeniu zerwałam wszelkie kontakty, zmieniłam środowisko i zupełnie się zmieniłam, co zauważyła moja pozytywnie zaskoczona rodzina. Odmieniłam swoje życie, wyparłam tamtą siebie i stałam się swoim zupełnym przeciwieństwem. Zajęłam się milionem spraw, podjęłam wiele dodatkowych aktywności, spałam po 4/5 godzin na dobę, aby się ze wszystkim wyrobić, bo tak łatwiej było mi zapomnieć. Chyba chciałam zrobić wszystko, aby nie myśleć o rzeczach, które widziałam i przeżyłam podczas tamtego okresu. Ale ten tuszowany strach i emocje powróciły w postaci koszmarów. Rzadko pamiętałam swoje sny, ale w tamtym okresie bałam się zasnąć, bo jedyne, co pamiętałam po przebudzeniu to lęk, paraliże senne, brak kontroli nad sobą niczym w nieumiejętnym świadomym śnieniu, galopujące serce. Po mniej więcej 6 miesiącach takiego życia, załamałam się na około miesiąc. Nie wychodziłam z domu, fantazjowałam o samobójstwie, miałam wyrzuty sumienia, uważałam się za człowieka gorszego sortu; uważałam, że każdy widzi, co robiłam i że zdradza mnie każdy mój niefortunny ruch, a każde wspomnienie o narkotykach czy ich zapach powodowały u mnie gniew, potem agresję. Wdałam się w dyskusję z używającymi studentami, nie panowałam nad sobą, gdy ktoś palił obok mnie, a jednocześnie ciągle chodziłam po miejscach o nieciekawej reputacji, aby "sprawdzić" czy w razie powtórzenia się sytuacji, dałabym radę znów działać jak poprzednio (nie byłam święta: kłamałam, kradłam...), mimo że serce stawało mi w piersi ze strachu. Jakoś się podniosłam, naprawiłam to, co zniszczyłam, ale niedługo po mojej rekonwalescencji zmarła moja mama i gdy po kilku miesiącach poukładałam sobie codzienność, to znowu miałam "zawieszenie". Tylko tym razem wyrzuty sumienia były jeszcze gorsze, nie miałam siły na nic, zaniedbywałam wszystkie obowiązki, ignorowałam bliskich, nienawidziłam ludzi, ale przede wszystkim samej siebie - ponownie miałam myśli samobójcze. Cudem doprowadzono mnie do psychologa i po kilku spotkaniach oraz wizycie u psychiatry zdiagnozowano u mnie ChAD. Pani psycholog wiedziała o opisanym przeze mnie roku, ale nigdy nie zgłębiałyśmy tematu - pokazałam jej jedynie kartki z pogróżkami. Przepisano mi leki i przez jakiś czas faktycznie było lepiej, ale później nastąpił dołek, który przekreślił wszystko. Brałam leki, po kilku godzinach piłam (mimo że długo po osiągnięciu pełnoletności stroniłam od używek ze strachu, że się uzależnię), aby się odciąć i uwolnić od koszmarów i myśli o tamtych wydarzeniach, znowu zaniedbywałam obowiązki i rodzinę, bo przyjaciół nie miałam (starzy odeszli, gdy przeżywałam swoją "przygodę", a nowych nie umiałam znaleźć, bo nie byłam już taka nieskalana). Znowu jakoś się podniosłam, przeprowadziłam na drugi koniec kraju i myślałam, że wszystko mam już za sobą. Ale wystarczyła rozmowa z kimś albo przejście przez pewną część miasta, abym znowu poczuła ten paraliżujący strach. Dosłownie wmurowywało mnie w ziemię, a serce zaczynało walić jak młotem. Wystarczy, że mam gorszy dzień lub jakiś element, który wspomina mi o tamtym okresie, a wyrzuty sumienia, lęk, złość i wszystkie te emocje powracają. Często mam też poczucie, że nigdzie nie pasuję; że nie jestem kimś zdegenerowanym lub szukającym kłopotu, ale nie umiem odnaleźć się w świecie ludzi, którzy nigdy nie widzieli innej rzeczywistości. Z kolei z ludźmi, którzy pochodzą z takich środowisk, potrafię znaleźć nić porozumienia. Czuję się sobą i nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem, aby być akceptowana. Naprawdę staram się wyłuskać z tego, co kiedyś robiłam coś dobrego. Zaczęłam udzielać się w wolontariacie, który pomaga ludziom z przeszłością wrócić do codzienności. Wiem, jakie to trudne (nawet idiotyczny język, którym się posługujemy zupełnie się różni od tego z zewnątrz i trzeba się pilnować, nie tylko w przypadku przekleństw) i myślę, że w pewien sposób ich rozumiem. Teraz jest lepiej, ale nie jest jeszcze dobrze. Mam ciągle ten strach z tyłu głowy, te koszmary i wyrzuty sumienia, pociąg i jednocześnie odrazę do używek, alkoholu... Złość i rozczarowanie sobą, że kiedyś popełniłam błąd. Podczas górek jakbym tego nie pamiętała, ale każdy dołek to nie tylko depresja, ale i powrót do tamtego stanu sprzed trzech lat. Podsumowując: nie wiem, co robić. Nie wiem czy zapisywać się na terapię, a jeśli nawet, to czy wspominać terapeucie o tych zdarzeniach? Czy zgłębiać ten temat? Czy jeśli powiem, że myślę, że to PTSD, to uzna mnie za histeryczkę? Z drugiej strony tamten okres nadal paraliżuje moje życie i nie wiem jak sobie z tym poradzić. Gratuluję, jeśli dotrwałeś/dotrwałaś do końca mojego wypracowania
  2. Dzień dobry, Mam pytanie, bo potrzebuję trochę obiektywnej oceny osób, które też korzystały z terapii. Od kilkunastu miesięcy zmagam się z lękiem uogólnionym. Nieustannym napięciem, zmęczeniem, niewyspaniem, brakiem możliwości "wyluzowania się", trudnościami w zasypianiu. Od ponad roku jestem na lekach. Od 5 miesięcy chodzę też na terapię. Z polecenia mojego lekarza jest to terapia poznawczo-behawioralna, która z założenia nie miała trwać długo. Problem w tym, że mam wrażenie, że na tej terapii nic się nie dzieje, że ona mi nic nie robi. Moja terapeutka bardzo dużo mi mówi, mam wrażenie że jakby mówi mi dużo o teorii, jak pewne mechanizmy działają, jak się warunkujemy, jak powtarzamy pewne mechanizmy. Natomiast brakuje mi przełożenia tego wszystkiego na mój konkretny przypadek. Za każdym razem zadaję sobie pytanie "No ok, to ma sens, ale teraz co ze mną". Mam wrażenie, że większość naszych spotkań jest jak pierwsze trzy spotkania, na których ona ciągle mówi mi "no, będziemy pracować nad tym, u nas robi się to tak, będziemy robić takie ćwiczenia" itp. Itd. Dwukrotnie w czasie trwania terapii powiedziała mi, że w sumie ona nie jest do końca pewna, co mi jest, i na razie tak próbuje różnych metod. Kilkukrotnie powitała mnie słowami "ooo dobrze że pan jest, po ostatnim spotkaniu to myślałam, że pan już nie przyjdzie". Oczywiście to wszystko co tu piszę, to wnoszę też na tę terapię, wszystkie moje wątpliwości, itp. Ale wtedy powiedziała mi np. raz, że czuje się niekomfortowo z tym co mówię, i że czuje się teraz jak na castingu, na którym to ona ma mnie przekonać, że to co ona mi oferuje rzeczywiście działa. A ja dalej nie potrafię zasypiać, dalej gaszę światło i cały mój mózg budzi się na nowo. Dalej nic mi ta terapia nie daje. Nie mam takiego poczucia, że jestem właściwie zaopiekowany, nie czuję, żeby moja terapeutka miała takie poczucie, że ona jest pewna tego co robi, że wie co robi, że mi pomoże. Ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że ona bardzo chce, że jej zależy, że chciałaby mi pomóc, ale mam takie wrażenie - że nie wie w ogóle jak. Nie wiem trochę co robić. Wewnętrznie czuję, że ta terapia mi nie pomaga, ale równocześnie wiem, że to nie jest sztuka terapię rzucić i przerwać, więc chce mieć 100% pewności, że to rzeczywiście to. Że może powinienem spróbować u kogoś innego, a może terapia poznawczo-behawioralna nie jest dla mnie.
  3. witam wszystkich, mam do Was pytanie. czy odczuwacie czasem zazdrość jak widzicie innego pacjenta waszego T.? jakie macie doświadczenia z tym związane? czy rozmawialiście kiedyś o tym z Waszymi terapeutami, jeśli tak to co wam odpowiedzieli ? U mnie ostatnio wydarzyła się pewna sytuacja. Terapeutka wyszła z pacjentką z gabinetu i zaczęły rozmawiać przy mnie na błahy temat oraz umawiały się na kolejne spotkanie. Miałam wrażenie, że ich rozmowa była ciepła. Czułam się niezręcznie, no i, ich rozmowa zachodziła na mój czas. Bardzo mnie to uderzyło, poczułam się gorsza, nieważna. Miałam wrażenie, że T. bardziej zależy na niej, że o nią się martwi, a ja jestem jej obojętna. Podczas sesji byłam bardzo zestresowana, zamknięta, nie potrafiłam rozmawiać nt poważnych spraw, T. też chyba się nie chciało. Rozmowa była płytka, a T. była miła, ale zdystansowana. Pomysłałam sobie "pewnie całą energię zużyła na rozmowę z tamtą, wtedy była zaangażowana i zainteresowana, i to się odbiło na mnie"... Gdy wyszłam z sesji, w drodze powrotnej się strasznie poryczałam. Czułam się okropnie. Nie wiem, z czego takie cos u mnie wynika, nie wiem nawet czy to normalne.
×