Wmówić sobie miłość

Metody rozwiązywania konfliktów w związkach. Problemy oraz sposoby radzenia sobie z "trudnymi" partnerami. Przemoc w rodzinie.

Wmówić sobie miłość

Avatar użytkownika
przez ( Dean )^2 19 sie 2011, 09:25
Sean1 napisał(a):trochę chorobliwe się zrobiło to fantazjowanie, po pierwsze zbyt idealistycznie do tego podchodzisz wszystkiego chociaż to pewnie nie główny problem bo spotykasz i poznajesz dziewczyny nowe, a po głowie cały czas ci ta jedna chodzi mimo że nawet jej nie znałeś prawie w ogóle, po drugie nigdy nie mów nigdy, zawsze ona może zerwać ze swoim, a ty wtedy możesz wkroczyć, życie jest pełne niespodzianek :D a tak naprawdę najlepiej przestać o niej myśleć, wiem że to trudne, ale w sumie problemem chyba nie jest ta dziewczyna, ale to myślenie, skąd wiesz że za jakiś czas nie poznasz nowej, coś zniszczysz i zaczniesz o niej myśleć, albo źle niby podejmiesz jakąś życiową decyzję tak jak pisałeś o tych studiach w wielu postach że nie możesz tego przeboleć itp. i znowu będziesz wracał do tego momentu... zmierzam do tego że jak nie dziewczyna, to co innego i znowu wynajdziesz sobie coś do czego będziesz wracał i obsesyjnie o tym myślał, a myślenie to cię będzie tylko wyniszczać.

No wiem że to co piszesz ,no to sama prawda.Sam tego nie rozumiem,to tak jakby było poza mną.Po prostu jestem jakoś nieproporcjonalnie wrażliwy na utratę.NIe umiem się z nią godzić.Do tego mam w sobie coś co sprawia że im rzecz jest bardziej niedostępna,odległa,trudna do zdobycia tym bardziej wydaje mi się cudowna i niezbędna do szczęścia.Każda zna zwrot trawa po drugiej stronie jest zawsze bardziej zielona,u mnie jest to samo,tyle że o wiele mocniej.Nie chce żyć bez rzeczy których nie mogę miec,po prostu emocjonalnie jestem przekonany że jak coś utraciłem to już nigdy nie będzie tak jak mogłoby być,nigdy nie będę szczęsliwy.
To jest wryte w moją psychikę tak mocno,że działa jak automat,całkiem poza moją kontrolą.Nawet nie tylę że nie mogę co wewnętrznie nie chce iść dalej po stracie czegoś,chce wracać do tego,tak jakbym przez to wracanie,rozpamietywanie mógł coś zmienić,albo chociaż być odrobinę bliżej tego co straciłem.Może po prostu głupio wierzę że szczęści może spotkać człowieka tylko raz w zyciu i jak już coś utraciłęm to nigdy nie będę już szczęśliwy.
Nie wiem czy warto próbowac już z tą Sylwią,choć jak piszesz życie jest pełne niespodzianek;]to naszczęśie to wmówione uczucie usycha jak odetnie się mu dostęp tlenu,ja odciąłem i już praktycznie jestem w stanie sie zdystansować do tego.Może podejmę małą próbę kontaktu tak z ciekawości ale na nic się nie nastawiam.

Trochę boję się tego że ten mój substytut miłości sprawia że naprawde nie umiem się zakochać.Ostatnio tak o tym myślałem,bo w sumie nigdy nie zakochałem się w taki normalny sposób.Nawet nie wiem jak to wygląda.Zdaję mi się,co muszę przyznać nie bez bólu,że ciąglę marzę,czekam podśwaidomie na idelną miłośc,idealnych przyjaciół,idealnych ludzi może nawet idealne zycie i daltego nie korzystam z tego co mam.Dlatego nie zakochuję sie w relnych dziewczynach,nie mam wielu realnych przyjaciol,nawet siebie realnego nie lubie za bardzo.Po prostu jestem na bakier z rzeczewistością.Nie chce w niej zyć,wyczekuje na dzien w którym wszystko nagle będzie piekne.Ech czemu takie idiotyczne zachowania zawsze zdarzają sie mnie.

Może to wynika z mojej samooceny.Chyba po prostu boję się być z kimś prawdziwym,bo sie wstydze tego jaki jestem.Generalnie gdybym był z kimś to musiałbym pokazać mu,a raczej jej nędze mojego zycia.Gdy nie jestem z nikim blisko to przynajmniej mogę udawac,stwarzac pozory normalnosci,w związku nie dałbym rady,musiałbym pokazać że jestem odlutkiem z chad zamkniętym w swoim małym świecie.Boję się że ten obraz odrzuciłby każdego.Może dlatego łatwiej mi zyć z fantazjami.Ech.

Kurde poszedłbym do psychologa,ale nie mam na niego miejsca w zyciu.Z resztą nie za bardzo im ufam.Leki mi już pomogły,jak dziś czytam mojego pierwszego posta to czuję jakby pisał to ktoś inny.

Ale wiem że ten schemat pozostał.Już prawie sie powtórzył z inną dziewczyną,no dużo bardziej realną i dostępną<kiedyś bo jak widze dziś już nie> chyba wewnętrznie chce to utrzymywać,taką namiastkę uczuć skoro nie mam odwagi na realne.

Może gdybym miał jakąś okazję poznać nowych ludzi,mieć jakąś paczkę kumpli jak kiedyś,poznac jakieś nowe dziewczyny to poczułbym że mogę zacząc wszystko od nowa.Ale nie umiem po prostu wyjść do ludzi,nie mam punktu zaczepienia.Kolejny problem do listy.
Ech może ktoś wie jak się wychodzi ze stanu bycia odlutkiem,stawiam piwo za kazda dobrą radę.
Najgorszy jest wiatr.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1515
Dołączył(a)
03 kwi 2011, 20:06

Wmówić sobie miłość

Avatar użytkownika
przez Lolita 19 sie 2011, 12:32
Dean myślę że powinieneś udać się na terapie. I przepracować to wszystko z psychologiem.
To Ci pomoże zrozumieć dlaczego tak a nie inaczej się zachowujesz i może dzięki temu odważysz się w końcu pójść do ludzi.
Wyobraź mnie sobie; nie zaistnieję, jeśli mnie sobie nie wyobrazisz.

Lolita
Avatar użytkownika
Offline
Posty
322
Dołączył(a)
22 kwi 2010, 17:00

Wmówić sobie miłość

Avatar użytkownika
przez Sean1 19 sie 2011, 21:37
( Dean )^2 heh, ja też w sumie nigdy się nie zakochałem, było kilka zauroczeń ale nic wielkiego... a z tą paczką, ekipą też mam problem trochę... mam kilku znajomych ale oni studiują gdzie indziej i przyjeżdżają raz na miesiąc okokło, spotykamy się zawsze jak są bo to kiedyś była właśnie moja epika, sporo imprezowaliśmy razem itp
a teraz wszyscy gdzieś w rozjazdach i wiadomo jak to jest... staram się tu obdzwaniać wszystkich znajomych jakich mam na miejscu, raz na jakiś czas uda się kogoś wyciągnąć na piwo czy coś ale to nie to, wszyscy zazwyczaj zajęci i mają swoje życie, swoich znajomych. jeszcze znajomi z uczelni, mimo że ich dobrze nawet znam to jeszcze nie ten poziom żeby się zgadać w wakacje na jakąś imprę np. (oni są z innych miast). tak, myślę że właśnie taka paczka znajomych z którymi się spotyka regularnie by się przydała i mogłaby pomóc m. in w poszukiwaniu jakiejś dziewczyny
Avatar użytkownika
Offline
Posty
714
Dołączył(a)
10 maja 2010, 11:35

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Wmówić sobie miłość

Avatar użytkownika
przez Lolita 20 sie 2011, 19:49
Doom
I teraz nie wiem, jak myślicie, czy warto zgłosić się do psychologa i także o tym problemie porozmawiać?



Warto się zgłosić do psychologa. Na prawdę
Wyobraź mnie sobie; nie zaistnieję, jeśli mnie sobie nie wyobrazisz.

Lolita
Avatar użytkownika
Offline
Posty
322
Dołączył(a)
22 kwi 2010, 17:00

Wmówić sobie miłość

przez Sabaidee 21 sie 2011, 10:02
Wmówić sobie miłość to żadna sztuka. Wystarczy do tego wyposzczone serce. Sztuką jest wmówić komuś, że nas kocha.
Sabaidee
Offline

Wmówić sobie miłość

Avatar użytkownika
przez ( Dean )^2 23 paź 2011, 13:00
Pozwole sobie odkopać stary temat.Własciwie nie wiem po co.Znaczy wiem.Po kolei.
Dean myślę że powinieneś udać się na terapie. I przepracować to wszystko z psychologiem.
To Ci pomoże zrozumieć dlaczego tak a nie inaczej się zachowujesz i może dzięki temu odważysz się w końcu pójść do ludzi.

Wiem,już dzwoniłem do jednej psycholożki.Powiem szczerze,bardzo nie chce tego robić ale czuję że potrzeba.Właściwie czuje też że dojrzałem do grzebania w mojej pokręconej psychice.Wiem że to o czym tu napisałem kwalifikuje mnie to grupy świrów,nie jestem z tego dumny.Ale chyba to jedyna droga do normalności,uwiadomić sobie że coś jest ze mną nie tak.
Co do tego wyjscia do ludzi.Trochę źle się tutaj zobrazowałem.To nie jest tak że jestem milczkiem bez umiejetności społecznych.Naprawde dobrze radze sobie miedzy ludzmi,tylko że dzieki udawaniu,umiem przybierac maski,dzieki temu sprawiam wrazenie dowcipnego fajnego goscia,alle zarazem unikam ludzi bo to nie przyjemnie udawać.

Wracając to głównego wątku tego tematu.Strasznie wstyd mi czytac to co napisałem.Dlatego że całe życie byłem no człowiekiem rozumu,ateistą zakochanym w naukach przyrodniczych,racjonalistą.A teraz czuję sie upokorzony bo zostałem pokonany przez irracjonalne uczucia i mój wizerunek siebie jako racjonalnego człowieka trochę sie posypał.Właściwie całkiem.
Nie przestałem myleć o Sylwii,wręcz przeciwnie o mało nie wpadłem znowu w depresje przez myślenie o niej.Potrafie wyczuć kiedy zwykły smutek zamienia się w depresyjny i wiem że byłem już na granicy,traciłem motywacje,poczucie sensu.
Spotkałem ją na uczelnii nie dawno.Na poczatku mnie nie poznała ale pózniej powiedziała mi cześc i poszła dalej.To było dla mnie naprawde bolesne.Nie winie jej za to że ułozyła sobie zycie,winie boga/wszeświat/los/fatum/rachunek prawdopodobieństwa za to że akurat ja musiałem dostac w prezencie od losu chad.
Teraz już nawet nie wiem czy chodzi mi o nią.Czy raczej o życie które mogłem miec.Wróciłem na budownictwo i radzę sobie teraz naprawde dobrze.Chce mi sie uczyć zintegrowałem sie z ludzmi.Ogólnie jestem bardzo zadowolony ze studiowania.ALE jednocześnie czuję ból,zdaję sobie sprawę że gdybym miał te leki 2 lata temu,gdyby ktoś rozpoznał u mnie chad ,gdybym zaczął się leczyć wcześniej...pewnie byłbym dziś szczęśliwym człowiekiem.A tak przeżyłem dwa fatalne lata,znowu na pierwszym roku,wszystko od początku.Spotykam nie tylko Sylwie ale tez innych ludzi z tamte grupy,oni są juz na trzecim roku i strasznie mi przykro,nie mogę zrozumieć czemu musiało to spotkac mnie.Nie mogę się z tym pogodzić.
No i ta Sylwia,czemu los musiał mnie odepchnąc od niej.Co bóg ma do mnie,nie lubi mnie czy co.I po częsci dlatego chce ją odzyskac.Cały czas gdy nie byłem na budownictwie coś kłuło mnie w środku ze powinienem tam byc,nie mogłem się pogodzić ze studiowaniem na innym kierunku.Wróciłem i jestem z tego powodu przeszczęśliwy.Czuję że jestem na miejscu,że tak miało być.
To samo kłucie czuję w sprawie Sylwii,po prostu czuję że musze to naprostowac,tak jak naprostowałem studia.Nie powinienem wierzyć że mi się uda,teoretycznie nie mam żadnych szans.Praktycznie też nie.Pewnie dalej chodzi z tym chłopakiem a ja nie mam nawet kiedy jej spotkać za bardzo,nie bedę za nią łaził bo nie chce zeby sie poczuła naciskana czy coś takiego.
Wszystko mi mówi że powinienem to zostawić i iśc dalej.Ale jakieś irracjonalne coś każe mi nie rezygnować.Jednoczesnie to coś zadaje mi cholerny ból za każdym razem gdy sobie uświadomie że dla niej nie istnieje i że pewnie kocha kogoś innego.To jakas subtelna autodestrukcja.A mimo to nie chce tego zostawic,chyba dlatego że to wyobrażenie jakie o niej sobie stworzyłem jest bardzo podobne do tego jaka naprawde jest.W sumie nie wydaje mi sie ona olsniewająco piekna,raczej przecietna czy wybitnie madra po prostu coś mnie do niej ciągnie.
Wydaje mi sie że gdyby nie ta depresja i to co rozerwało mi wtedy zycie pewnie coś by nas łączyło dlatego że spotkałem już na swoje drodze ludzi podobnych charakterem do niej i to zawsze były swietne relacje.
W sumie nie znoszę wierzyć w przeznaczenie,uważam że to idea dla idiotów a mimo to chetnie bym w nie uwierzył jesli tylko byłoby dla mnie pomyślne w tej sprawie.

Jedyne co udało mi sie wymyslić w przerwach miedzy załamywaniem się i mysleniem nad tym że idiocaiłem na tylę że niedługo uwierze że jestem napoleonem,nakreśliłem pewien plan.
Planuje delikatnie sie do niej zbliżyc,sprawdzić czy wszechswiat,bóg,fatum,cz kolwiek innego nie ma czasem dla mnie pomocnej dłoni dzieki której udałoby mi się coś zdziałać.Czasem jak czytam na tym forum niezwykłe historie tego jak poznawali się ludzie mam iskierke nadzieji ze mi isę uda.Nie wszystko przebiega w życiu standardowo.Szczególnie w moim.
Ale równoczesnie zamierzam poznać jakoś więcej dziewczyn,nie wiem jeszcze jak<podpowiedź od forum mile widziana>,zakładam kurs tańca może,pewnie zapiszę się do młodzieżówki jakiejś partii,nie wiem co jeszcze może jakies kółko zainteresowań,choc na pk to pewnie gej party.Zamierzam poznac wiecej dziewczyn po to zeby zaamotyzowac ewentualne niepowodzenie z sylwią.
No i zaczne psychoterapie ,może okaże się że mam tą obsesje dlatego że byłem w dzieciństwie molestowany przez obcych i wyparłem to z psychiki i stąd całe zamieszanie.
Dobry plan czy jakies sugestie?
Nie postawiłbym nawet złotówki na to że mi się uda,więc pewnie za jakiś czas bedę musiał sobie pocierpiec i zaakceptować mój marny los,a jesli bóg istnieje to kiedys mu za to wszystko wygarne.
No to tyle w dzisiejesz audycji.
Najgorszy jest wiatr.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1515
Dołączył(a)
03 kwi 2011, 20:06

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 11 gości

Przeskocz do