moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

przez Łazarz 14 sty 2012, 19:02
Witam, nazywam się Tomek.

W listopadzie 2010 roku zniszczyła mnie choroba psychiczna; gdy sięgam pamięcią wstecz to wiem, że miałem ją już od ok.5 lat z tym, że jeszcze wtedy nie była na tyle rozwinięta by uniemożliwić normalne funkcjonowanie.
Musiałem przerwać studia na UW, byłem na III roku studiów dziennych, poświęciłem dużo by się tam dostać.
Wróciłem do domu, nie wiedziałem co się ze mną dzieje. W wyniku choroby z inteligentnego chłopaka zmieniłem się w osobę o bardzo małym IQ i pozbawionej emocji oraz maską na twarzy. Bylem w szoku, nie mogłem się z tym pogodzić, leżałem w łóżku leżąc 7 miesięcy, przez ten okres nie wychodziłem z domu, myślałem i planowałem samobójstwo, wchodziłem również na waszą stronę, oglądałem prawie wszystkie filmiki na których ludzie popełniali samobójstwo. Nie było godziny nie licząc snu żebym nie miał myśli s. W listopadzie 2010r. na początku mej wegetacji w raz z matką udałem się do psychiatry,nie potrafiłem się w sposób spójny i logiczny wypowiadać; lekarka stwierdziła, że pacjent(ja) w ich żragonie psychiatrycznym się sypie. Zdiagnozowała u mnie F20 czyli schizofrenie, przepisała mi pernazynę czyli neuroleptyki,(przeciwpsychotyczne) ja wtedy kierując się stereotypami śmiertelnie bałem się ich zażywać. Byłem w ogromnym szoku gdy to u mnie zdiagnozowano, czułem ogromny wstyd i napiętnowanie oraz pretensję do losu, dlaczego mnie to właśnie spotkało w momencie kiedy wreszcie zaczęło mi się układać w życiu i byłem na prawdę szczęśliwy. Z samej góry społecznej drabiny roztrzaskałem się na jej dole. Oczywiście nie przyjmowałem leków przez te 7 miesięcy, gniłem w łóżku wstając z niego do toalety, leżałem dzień i noc, tylko sen chwilowo przynosił mi ukojenie, tylko brak świadomości był stanem bez bólu psychicznego, dlatego też chciałem się wprowadzić w stan wiecznego niebytu czyli śmierci.
Pragnąłem śmierci jak niektórzy wygranej w totka, jednocześnie modliłem się do Boga o cud, oczywiście bez żadnych efektów, Bóg mnie zupełnie olał oraz oczywiście sam wprowadził mnie taki stan, miało to konsekwencje o których wspomnę później.
We wrześniu zdecydowałem się na zmianę psychiatry na tą do której poszedłem na samym początku. Ona także wypisała mi leki przeciwpsychotyczne, najdziwniejsze jednak było to, że ja na 100% nie słyszałem żadnych głosów i nie miałem żadnych psychoz bądź urojeń. Taką schizofrenię w której są psychozy paradoksalnie najłatwiej się leczy, im ostrzejszy przebieg tym łatwiejsze jest leczenie. Natomiast mój przypadek był niemalże niepoddającym się jakiemukolwiek leczeniu, były to tkzw. objawy ubytkowe, które o wiele bardziej są wyniszczające niż objawy wytwórcze czyli psychozy, głosy itp.
Moja nowa lekarka o której dowiedziałem się, że jest jedną z najlepszych w moim mieście(stolica wojewódzka) i pracuje w szpitalu psychiatrycznym, o jej umiejętnościach świadczyły ogromne kolejki pacjentów oraz pełnione przez nią stanowisko. Ambulatoryjnie przyjmowała tylko raz w tygodniu, przez resztę czasu pracowała w szpitalu.
Po dwóch bądź trzech wizytach postawiła mi ultimatum, mówiła, że leczenie w którym widzi mnie raz na 2 tygodnie to dupa nie leczenie, ona ma tego dnia po 20 pacjentów, ona musi mnie widzieć codziennie oraz tylko w szpitalu można bardziej eksperymentować z lekami, powiedziała, że albo pójdę do szpitala albo ona mnie nie będzie leczyć. Było to kiedy właśnie miałem ze sobą skończyć, bałem się szpitala jak ognia, gdyby mi nie zaproponowała mi tego szpitala i nie postanowiła tak zdecydowanego żądania, w wyniku braku poprawy ambulatoryjnego leczenia byłbym już na 100% martwy.
Kiedy było mi już wszystko jedno, kiedy byłem bardzo zdesperowany w wyniku jej perswazji zgodziłem się na pobyt w szpitalu psychiatrycznym na oddziale stałym czyli cały czas byłem w szpitalu. Gdyby tylko delikatnie zaproponowała mi pójście do szpitala na pewno bym się nie zgodził, moja wcześniejsza lekarka tak właśnie zrobiła i oczywiście do niczego doszło, wspomnę też, że do niej prawie nigdy nie było kolejek, ona była jeszcze trochę po 30-tce, była co prawda bardzo ładna ale nie miała doświadczenia oraz pracowała tylko ambulatoryjnie, nie leczyła tych najcięższych przypadków bo takie lądują w szpitalach.
Codziennie miałem myśli samobójcze, ciągle myślałem kiedy ze sobą skończę.
Następnego dnia, spakowany, pojawiłem się w szpitalu, moja lekarka którą wtedy zobaczyłem wyraźnie się ucieszyła, widać było, że jest ona lekarką z powołania i nie przypadkowo pełni tak prestiżową funkcję.
Powiem tak- w szpitalu poznałem mnóstwo ludzi, byłem na I piętrze na którym nie było ciężkich przypadków, ciężkie przypadki były na parterze, oczywiście po podpisaniu regulaminu nie dało się wyjść ze swojego piętra, ci z parteru nie mieli z nami styczności.
My też nie mogliśmy opuszczać swojego pietra bo podpisaliśmy taki właśnie regulamin.
Co do zawartych tam znajomości, pomimo widocznej choroby czułem się w tym miejscu bardzo dobrze, nie czułem się tam odszczepieńcem jakim byłem w normalnym świecie, tylko człowiek, który też jest chory jest w stanie zrozumieć innego chorego, w moim przypadku wytwarzało to relacje jakich nie dało się nawiązać ze zdrowymi ludźmi, nawet z psychiatrami. Lepiej mi było w szpitalu niż w domu.
Leczyli mnie tam pod kątem schizofrenii, dali mi maksymalne dawki leków(kwetiapina) ok. 800mg dziennie; bez poprawy, po ok. 5 tygodniach gdy doszli do wniosku, że może to być co innego naradzili się i postanowili leczyć mnie na schizofrenię oraz(uwaga) na DEPRESJĘ.
Codziennie był obchód, leczeniem pacjentów nie zajmował się jeden lekarz tylko cały zespół ok. 4-5. Najwięcej do gadania miała ordynatorka i z-ca, następna w hierarchii była moja lekarka, następni, młodsi z mniejszym doświadczeniem nie mieli prawie nic do gadania. Oczywiście istniało takie coś jak lekarz prowadzący, moim właśnie był taki leszcz młody ale on był w zasadzie jako zwykły pionek.
W dniu obchodu gdy mieli mi właśnie podać anafranil, na korytarzu zaczepił mnie z-ca ordynatora, powiedział mi, że z tym nowym leczenie ,,poszliśmy po bandzie''. Nie zdawałem sobie oczywiście sprawy co to właściwie miało znaczyć. Oczywiście nie powiedział mi wtedy dlaczego użył tego zwrotu i co to dla mnie oznacza.
Podano mi anafranil, najsilniejszy lek na depresję, zaczęto od jakiś 160 mg na dobę, potem gdy nadal miałem maskę na twarzy i jak powiedziała kiedyś moja lekarka ,,pustkę w oczach" oraz oczywiście ogromne deficyty intelektualne i emocjonalne i myśli s. zadecydowano zwiększyć dawkę do 200 mg.- bez zmian, w sumie zatrzymało się również na maksymalnej dozwolonej dawki czy ok. 260 mg.
Powiem tak, na oddziale graliśmy dużo w ping ponga, ja i taki facet byliśmy najlepsi, często z nim wygrywałem, kiedy jednak dopierdolili mi te 260 mg to /cenzura/ ledwo co mogłem trafić w piłeczkę, jeszcze trochę a bym nie mógł trafić w drzwi.
Leżałem już tam 7 tydzień, nie było żadnej poprawy, wszystko było tak samo jak prze pójściem do szpitala. Co wtedy myślałem? Myślałem wtedy, że skoro przez te 7 tygodni mi nie pomogli to już nic mi nie pomoże, byłem przekonany, że zrobiłem wszystko co się dało i mogę teraz wykorzystawszy wszystkie możliwości wypisać się ze szpitala, wrócić do domu gdzie czekał już na mnie przygotowany wcześniej stryczek i z czystym sumieniem się powiesić. Nie mogłem się wprost tej chwili doczekać, mówię to z ręką na sercu, przysięgam wam, że tak myślałem. Powiedziałem ordynatorce, że mam zamiar się wypisać bo nie widzę żadnego sensu w moim dalszym pobyciem gdybyście byli w stanie mi pomóc to dawno byście to zrobili. Ordynatorka poprosiła mnie żebym wytrzymał tylko jeszcze jeden tydzień. Powiedziała, że chce bym poczekał aż zacznie działać nowy lek(odstawiono mi anafranil) ciągle jednak karmili mnie kwetiapiną ale w mniejszej dawce, tym nowym lekiem był słabszy od anafranilu antydepresant o polskiej nazwie seronil, jest on odpowiednikiem słynnej pigułki szczęścia zwanej w Ameryce pod nazwą ,,PROZAC''.
Po kilku dniach zauważyłem w sobie jakieś dziwne zmiany, zaczęło się od tego, że zaczynałem prowadzić coraz bardziej skomplikowane dyskusje; potem doszło o tego. co poniektóre żarty wywoływały we mnie śmiech; następnie przestałem w końcu gapić się bezmyślnie w jeden punkt aż w końcu z mojej twarzy można było wyczytać emocje, wracała mi mimika twarzy, umysł stał się jasny jak przed chorobą, wróciło mi moje poczucie humory, zacząłem swoimi żartami rozśmieszać innych, w 8-9 tygodniu aż trudno było mi w to uwierzyć byłem w 100% ZDROWY. Pewnego dnia ordynatorka była wręcz cała w skowronkach gdy mnie zobaczyła i porozmawiała, była zcahwycona moim wyrazem twarzy, zniknęła maska, byłem wreszcie sobą, ona powiedział, że z tym lekiem był to strzał w dziesiątkę. Dowiedziałem się od ordynatorki co znaczyło to pójście po bandzie. Jak niektórzy wiedzą, u osób ze schizofrenią pod żadnym pozorem nie należy podawać antydepresantów bo podnoszą one stężenie serotoniny i dopaminy, których właśnie podwyższona ilość u chorych wywołuje psychozy i to bardzo ciężkie psychozy. Po ludzku mówiąc, gdybym miał schizofrenię to po tym anafranilu powinno mnie kurewsko popierdolić odjebując mi na maksa, powinienem zacząć widzieć Szatana, słyszeć głosy i być niebezpieczny dla otoczenia, natomiast u mnie nie było najmniejszych zmian. Na dodatek gdy mnie uzdrowili tym prozackiem tymi bardziej upewniło ich to, że postawiono mi błędną diagnozę. Moje nielogiczne wypowiedzi, brak emocji wzięto niesłusznie jako objawy schizofrenii jednakże niesłusznie, były to właśnie objawy ciężkiej depresji w której także takie występują. 9 tygdodnia czułem się świetnie, jak gdybym dostał drugie życie, jednakże po tym prozacu według lekarzy zaczynałem się czuć wręcz aż za dobrze. Najwyraźniej w wyniku działania tej tabletki wpadłem w stan epizodu maniakalnego charakteryzującym się bezpodstawną euforią , szczęściem oraz wyolbrzymionymi nierealnymi marzeniami. Zdecydowano wiec by mi ten prozac odstawić, dano mi w zamian lamitrin, stabilizator nastroju, który pilnuje był nie znów nie złapał mega doła czyli depresję ale też bym nie miał górki czyli manii. Początkowo byłem tym faktem mocno zaniepokojony, kłóciłem się z lekarzami by mi znów dali prozac, śmiertelnie bałem się, że bez niego moja kurewska śmiertelna depresja może wrócić.
Mania ustąpiła, spędziłem w psychiatryku ok. 11 tygodni, całowałem się, macałem po cyckach 3 dziewczyny(wszystkie były nimfomankami), z dwiema byłem w łóżku.
Może wam się wydać dziwne dla mnie były piękne wakacje, w czasie pobytu czułem się jak w jakimś sanatorium, poznałem wiele osób, z jedną z nich mam stałe relacje, uciekłem w ostatniej chwili kosie Kostuchy, poprawa nastąpiła w ostatniej chwili, gdybym zrezygnował np. w 5 tygodniu to by lekarze nic nie wskórali, byłbym teraz martwy.
Druga sprawa, gdyby nie ultimatum mojej ukochanej lekarki, które także pojawiło się dosłownie w ostatniej chwili, byłbym teraz martwy.
Trzecia sprawa, gdyby nie ciąża i wesele mojej siostry nie poszedłbym na pewno do lekarki- byłbym teraz martwy.
Kończąc już wspominałem o moich relacjach z bogiem, nienawidzę go, uważam go za sadystę, który z lubością się nade mną znęcał, przeżyłem największe piekło mego życia, raz gdy wziąłem ibuprom i obwiązałem sznurkiem szyję po kilku minutach kiedy wstałem to nogi miałem jak z waty, omal nie zemdlałem, przejrzałem się w lustrze, moja twarz była cała ciemnogranatowa, zrejterowałem w ostatnim momencie, gdy poluzowałem węzeł usłyszałem ogromny szum odpływającej z mózgu krwi.
Będę nienawidził boga do końca życia, będę na niego bluźnił, śmiał się z niepokalanego poczęcia oraz wyszydzał kler oraz katolików i wszystkich jakichkolwiek wyznaniowców. Nie mam także najmniejszego zamiaru przestrzegać dekalogu itp. W poniedziałek wypisuję się ze wspólnoty katolickiej czyli dokonuję apostazji, nie wezmę ślubu kościelnego, a pogrzeb chcę mieć świecki.
Stałem się ateistą i antyklerykałem. Jeśli jednak zacznie mi się powodzić w życiu, jeśli spełnię moje marzenia to zastanowię się nad powrotem do kościoła.

Gratuluję wszystkim tym, którzy byli na tyle wytrwali i doczytali tego końca.
Dla wszystkich tych, którzy cierpią, mają obniżony nastrój, myślą o śmierci, samobójstwie, da tych co już mają wszystko zaplanowane i odliczają godziny do swojego wyzwolenia i ukojenia nieznośnego bólu- wiem co to znaczy, 10 miesięcy gniłem w łóżku, usiłowałem się zabić, byłem zdeterminowany próbować aż do skutku; błagam WAS! pójdźcie do psychiatry; jesteście w ciężkiej depresji, to choroba taka jak np. rak., chorobę czy to somatyczną czy psychiczną należy leczyć, mi współczesna psychiatria uratowała życie, pod pozorem wyjazdu do innego miasta spowodowałem, że tylko moja matka i 2 siostry o tym wiedzą, ten ból to cierpienie jest spowodowane za niskim stężeniem serotoniny i dopaminy, które odpowiadają za uczucie szczęścia, bez nich mamy zaburzone postrzeganie rzeczywistości, sprawy dla zdrowego człowieka u którego wywołują szczęście u chorego są kolejnym powodem do niewyobrażalnego bólu. Dajcie sobie ostatnią szansę, najszybciej do siebie i najlepiej wyzdrowiejecie w psychiatryku, ja trafiłem na bardzo dobry szpital, mogę dać zainteresowanym namiary, wiem, że są takie szpitale gdzie jest okropne wiariatkowo, słyszałem to od będących w nich współpacjentów. Jeszcze z 8 miesięcy temu tuż przed 2011 rokiem pisałem to samo co wy, że nie mogę już dłużej żyć, że chcę się zabić, ukrócić cierpienie. To co piszę jest prawdą, to moje życie, to wycinek z historii mego życia. Jestem zdrowy, wykluczono u mnie schizofrenię, na wypisie ze szpitala mam napisane F31 czyli choroba afektywna dwubiegunowa, osobiście uważam, że miałem depresję, a manię u mnie wywołał prozac. Mogę się mylić. Biorę lamitrin- stabilizator nastroju oraz kwetiapinę która także działa na depresję. Dodatkowo biorę propanolo, który skutecznie zwalcza drżenie rąk. Zapewniono mnie, że jeśli będę regularnie przyjmował leki to będę zdrowy, muszę uważać na alkohol bo ma działanie depresyjne. nie pijcie alkoholu bo pogłębicie depresję. Pamiętajcie- leczcie się, a wyzdrowiejecie, nie biadolcie w nieskończoność o tym jak bardzo jest wam źle tylko jak już wspomniałem- IDŹCIE DO PSYCHIATRY I SZPITALA PSYCHIATRYCZNEGO, WYZDROWIEJCIE I ŻYJCIE, SPEŁNIAJCIE MARZENIA.

Z poważaniem

[i] Łazarz
Ostatnio edytowano 18 sty 2012, 18:47 przez *Monika*, łącznie edytowano 1 raz
Powód: zmodyfikowano treść postu na prośbę użytkownika
Offline
Posty
255
Dołączył(a)
14 sty 2012, 18:56

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

przez uzytkownik 14 sty 2012, 19:12
Gratulacje, że przetrwałeś! Masz moc.
Mania ustąpiła, spędziłem w psychiatryku ok. 11 tygodni, całowałem się, macałem po cyckach 3 dziewczyny(wszystkie były nimfomankami), z dwiema byłem w łóżku.
Nie będę ukrywał - tu się uśmiechnąłem :great:
Tak przy okazji, ile masz lat?
uzytkownik
Offline

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

przez Łazarz 14 sty 2012, 19:20
Wtedy miałem 23, teraz 24. Ojej ktoś to przeczytał :P Na imię mam Tomek
Offline
Posty
255
Dołączył(a)
14 sty 2012, 18:56

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Avatar użytkownika
przez Spooky 14 sty 2012, 19:33
Nie sądziłem, że dojdę do końca, ale budująco się czytało.
Mogłeś sobie darować techniczne uwagi co do wykonania.
Ale brawo :brawo:
Avatar użytkownika
Offline
Posty
686
Dołączył(a)
10 sty 2012, 23:43

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Avatar użytkownika
przez Lord Kapucyn 14 sty 2012, 19:39
Łazarz, ten który zmartwychwstał i powrócił do świata żywych (ja też brat apostata i antyklerykał jakby co, gdybyś chciał mnie posądzić o jakieś konotacje z KK). Budujący post. :great:

Łazarz napisał(a):muszę uważać na alkohol bo ma działanie depresyjne. nie pijcie alkoholu bo pogłębicie depresję.


Sorry, ale to akurat nieprawda. Powtórzę z innego tematu:

"Nie należy łączyć działania depresantów z objawami depresji, jednej z postaci zaburzeń afektywnych; są to pojęcia niezwiązane ze sobą. Antydepresanty, leki stosowane w depresji nie mają działania antagonistycznego (sprzecznego, przeciwstawnego) w stosunku do depresantów (alkoholu etylowego, benzodiazepin, opiatów itd.)".

To, że dany związek chemiczny należy do grupy depresantów, nie oznacza, że powoduje depresję. Oznacza to, że wpływa sedatywnie, uspokajająco na oun.

Druga sprawa: coraz więcej osób kwestionuje i poddaje w wątpliwość hipotezę serotoninową i hipotezę katecholaminową. Badacze skłaniają się w stronę hipotezy dopaminowej i innych dysfunkcji mózgu.
There is one wonder drug, but in three substances.
In the name of the stimulating N-(4-Bromophenyl)adamantan-2-amine,
and of the empathogenic (±)-4-Amino-3-phenyl-butyric acid,
and of the nootropic Ethyl 1-(phenylacetyl)-L-prolylglycinate.

"Jeżeli przysłucham się uważniej, słyszę jak moje geny łkają".
Avatar użytkownika
Offline
Moderator/ R2 - D2
Posty
14243
Dołączył(a)
05 maja 2011, 00:00

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Avatar użytkownika
przez Supełek 14 sty 2012, 21:36
Tomku, gratuluję :great:
i bardzo, podkreślam, BARDZO się cieszę, że napisałeś ten post :D

Przyznam, że to forum obserwowałam już od jakiegoś czasu, ale for tego typu starałam się unikać - zauważyłam pewną tendencję - jest na nich mnóstwo wpisów dołujących i czasem mam wrażenie, że mało, iż ludzie faktycznie cierpią, to jeszcze dodatkowo się nakręcają, czytając nawzajem swoje posty
Teraz jestem, ale sobie "filtruję". kiedy widzę temat sugerujący, że jest miejscem do prześcigania się w dołujących wyznaniach, omijam...

Dziękuję Ci raz jeszcze za Twoje słowa (no może z wyjątkiem "tych" szczegółów - ominęłam je starannie, bo raczej działają dołująco, ale pomyślałam, że może potrzebowałeś napisania tego ;) ). Są dla mnie bardzo budujące, zwłaszcza, że sama ostatnio byłam na krawędzi...

Życzę zdrowia i powodzenia w dalszym leczeniu :)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
25
Dołączył(a)
11 sty 2012, 21:14

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

przez Łazarz 15 sty 2012, 01:34
Droga Supełko

Jest mi bardzo miło, że udało mi Cię ucieszyć jakoś podbudować, jest to historia z happy endem, mówią , że co cię nie zabije to cię wzmocni- nie zgadzam się z tym; można wegetować będąc zniszczonym i nigdy się z kolan nie podnieść.
Miałaś rację, chciałem to z siebie wyrzuci(szczegóły), po prostu te opisy jak to zrobić dominowały moim myśleniem przez ostatnie 10 miesięcy, leżałem i czytałem oraz oglądałem bardzo dużo rzeczy na ten właśnie temat.
Tak jak Ty zauważyłem, że większość tematów dotyczy użalania się nad sobą, drążeniem tematu choroby i pisaniu jak bardzo mi źle na tym świecie, rozumiem, że jest to wina depresji, z tym, że ludzie w ciężkiej depresji nie mają ochoty nawet o tym pisać.
Piszesz, że byłaś na krawędzi, wiem co to znaczy, mam nadzieję, że czasownik ,,byłam'' oznacza, że już na niej nie jesteś.
Z ą chorobą nie da się walczyć, konieczna jest pomoc specjalistów, to tak jakbyśmy chcieli sami się zoperować.

Również życzę Ci zdrowia i szczęścia w życiu :great:
Offline
Posty
255
Dołączył(a)
14 sty 2012, 18:56

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Avatar użytkownika
przez tahela 15 sty 2012, 02:06
Przeczytałam całe , fajnie napisane , pomyłka lekarza w sumie słaba ta lekarka musiał byc bo ja jak czytałm to myśłam sobie,ż emasz z pewnoscią depresję z tym,że myślałm,z e moze jest ona spowodowana następstwem wiadomosci o schizie. Dwubiegónówke mozesz mieć rzeczywiście a depresja to jest naprawdę nieciekawa sprawa gorzej jak depresja jest spowodowana jakims konkretnym wydarzeniem w zyciu i jej objawy zawsze sie nasilaja jak sie o tym myśli, musz esie tez zgodzić ,ze nie p.oójscie do lekarza i siedzenie jest bez sensu , trzeba koniecznie isc do lekarza bo to jedtyny sposob by sobie chociaz troche pomóc.
Kto utraci raz będzie zawsze czekać
Zatrzymujesz czas i zaglądasz w przepaść
Zostaje smutek i tylko smutek
Ostry jak nagły serca głód
Wiatr co zwala z nóg
Smutek i ty
Avatar użytkownika
Online
Posty
10992
Dołączył(a)
09 sty 2011, 23:22

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Avatar użytkownika
przez *Monika* 15 sty 2012, 02:37
Łazarz, Bardzo optymistyczny post. Czytając go, z góry snułam domysły, że zakończy się pozytywnie.
Ktoś wcześniej napisał, że mogłeś sobie darować szczegółów co do spraw technicznych samobójstwa, miał rację.......
Ja jeszcze będąc na Twoim miejscu drążyłabym zapobiegawczo temat...bo jeśli masz CHAD, to drążyłabym jakie czynniki wywołały to zaburzenie u Ciebie. Zapisałabym się na psychoterapię.
Jesteś młody, tyle życia przed Tobą.
Obrazek
Avatar użytkownika
Offline
Główny Moderator
Posty
18813
Dołączył(a)
16 paź 2009, 19:20
Lokalizacja
Ślązaczka z krwi i kości

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

przez intel 15 sty 2012, 11:41
Nie rozumiem , czemu tak obawiacie się tych szczegółów popełniania samobójstwa.
Co poniektórzy może przestaną dzięki temu bredzić w kółko , że "samobójstwo to tchórzostwo"
"Tchórzostwo"? -to dlaczego większośc nie potrafi nawet spokojnie tego przeczytać?
Byłem tak samo blisko tego czynu. W związku z czekającym mnie wyrokiem sądowym istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że to zrobię. Mam to dokładnie zaplanowane. Najgorszy paradoks tej sytuacji jest taki, że teraz , kiedy mój stan się znacząco poprawił NIE CHCĘ TEGO ROBIĆ. Lecz po pierwsze nie będę miał wyjścia, a po drugie wiem że BĘDĘ MIAŁ ODWAGĘ i dość determinacji aby to zrobić.
Dlaczego nie będę miał wyjścia? Ano dlatego , że z chorobą psychiczną nie da się siedzieć w więzieniu.
Zaliczyłem pół roku, w trakcie którego odebrało mi rozum do reszty.Wiem już skąd się wzięło powiedzenie "walić głową w ścianę"
W czasie trwającego całymi tygodniami I MIESIĄCAMI największego jaki można sobie wyobrazić ataku paniki w ciasnym i półmrocznym zamkniętym pomieszczeniu straciłem resztki kontaktu z rzeczywistością. Naprawdę nie wiedziałem już nawet w jakim mieście jestem .......
Łazarzu.
Miałem dokładnie takie same objawy jak Ty bez przerwy przez 4 lata.Żadne leczenie nie przynosiło najmniejszej poprawy , a nawet jeszcze objawy pogłębiały się..3 pobyty w psychiatryku zamkniętym i 3 na dziennym oddziale psychiatrycznym. I z takimi objawami zamknęli mnie w areszcie. Z bardzo poważnymi zarzutami.Niestety w trakcie obłedu choroby i pod wpływem leków psychotropowych dopuściłem się współudzialu w przestępstwach przeciw mieniu..
Już zanim mnie aresztowali , w trakcie choroby zdecydowałem się popełnić samobójstwo.Nie da się żyć w tak psychicznym i intelektualnym upodleniu. Choroba odebrała mi to co najważniejsze-rozum. Venlafaksyna po kilku dniach wysłała mnie z linką do lasu. Miałem już pętlę na szyi i pieniek pod nogami. Jedno kopnięcie dzieliło mnie od UPRAGNIONEGO BŁOGIEGO NIEBYTU. Jednak ostatnia myśl o 5 letnim synku spowodowała, że STCHÓRZYŁEM.
Potem dalsze miesiące udręki, ale mialem świadomośc już , że w razie czego jestem w stanie to zrobić.
Potem brutalne aresztowanie (szyta głowa, pęknięte kręgi i wybite zęby ) i mała, ciasna , przeludniona cela.
OBŁĘD . Żadne słowa nie oddadzą tego, jak to jest w maxymalnym nasileniu choroby psychicznej zostać zamkniętym w więzieniu.
Podjąłem tam decyzję o samobójstwie przez powieszenie na prześcieradle.W ciężkich bólach odkładałem przez 2 miesiące okruszki clonazepamu aby uśpić nimi pozostałych osadzonych pod celą , żeby mi nie przeszkodzili.Na szczęście zanim mnie zamknęli wielokrotnie czytałem Medycynę Sądową i zawarte tam informacje na temat mechanizmu wieszania.Wiem, że do zamknięcia tętnic szyjnych wystarczy nacisk rzędu około 5 kg, czyli tyle ile wynosi ciężar samej głowy.Dlatego można powiesić się na siedząco na klamce ( niektórzy nawet powiesili się tak przez zabawę- utrata przytomności następuje po kilku sekundach od zamknięcia światła tętnic szyjnych-agonia jest już na nieświadomce ). Można też powiesić się na leżąco nawet i tak mialem zamiar to przeprowadzić. Miałem dolne łózko. Nade mną było kolejne.Chciałem o to górne w nocy zahaczyć prześcieradło, zakneblować się , żeby charczeniem nie pobudzić i tak juz zaspanych po dosypanym ukradkiem clonazepamie kolegów z celi.
Rzecz cała miala odbyć się w pozycji na brzuchu. Nogi zahaczone o żerdkę za wezgłowiem.Gdy założyłbym juz sobie pętlę czym prędzej wsunął bym ręce za plecami w przygotowaną pętlę , żeby w momencie gdy stracę przytomnośc nie zsunęły się i nie spowodowały odciązenia pętli i nie zepsuły całej procedury... Przystąpiłem na wszelki wypadek do Spowiedzi i Komunii ( 2 razy na miesiąc przychodził Ksiądz ) Decyzja zapadła. Wyznaczyłem termin.
Wypuścili mnie 4 dni przed tym terminem…
I co??
To tchórzostwo?? Ciekawe ilu z Was miało by jaja aby to wszystko przeprowadzić.
Oczywiście , że się bałem. STRASZNIE SIĘ BAŁEM . Ale to nic w porównaniu z katuszami jakie przechodziłem w czasie uwięzienia. I nie ludzi się bałem. Tych mam w dupie. Oszalałem z powodu tego co się stało z moim umysłem i emocjami.

Teraz pomimo czekających mnie srogich terminów czuję się dużo lepiej.
Odstawiłem prawie wszystkie leki , a zwłaszcza w cięzkich bólach benzodiazepiny. Tą resztkę życia jaka mi pozostała chcę przeżyć na trzeźwo.
Zaskoczyła wreszcie po roku uczęszczania PSYCHOTERAPIA.POMAGA COŚ Z CZEGO CAŁY CZAS SZYDZIŁEM.......
Mam coraz dłuższe okresy "czystości umysłu "
I teraz po prawie 5 latach nieprzerwanej męki , kiedy czuję się znacznie lepiej, będę musiał zapewne odejśc.
Nie wrócę do więzienia nawet na 5 minut.
Wpłątałem się w trakcie choroby nieświadomie w grubszą aferę i teraz grozi mi 15 lat, a realnie prokurator chce minimum 5-7....
Na szczęscie w dniu ogłoszenia wyroku nie będę musiał pozbawiać się życia w tak karkołomny sposób , jak chciałem to uczynić w celi.
Mam to zaplanowane. Samochód z wypożyczalni, butelka Jacka Danielsa w trakcie jeżdżenia, celem dodania sobie odwagi ( tak-samobójstwo to "tchórzostwo" ), potem już tylko droga krajowa , gdzie mam upatrzone miejsca , 200 km/h i TIR z naprzeciwka.
Tchórzostwo? Ciekawe kto z "odważnych" jest tak zdeterminowany jak ja..........Oczami wyobraźni widzę co się ze mną stanie.........
Istnieje jednak jeszcze promil szansy , że otrzymam z powodu choroby wyrok w zawieszeniu. To i Rodzina ,a zwłaszcza 7 letni Syn mnie jeszcze trzyma przy życiu.
Gdyby faktycznie tak się stało ( wyrok w zawieszeniu ) uznam , że dostałem nowe życie.
Gdy uda mi się wówczas utrzymać przynajmniej taki stan zdrowia jak obecnie-dam radę żyć bez myśli samobójczych.
Chociaż, kto raz już przekroczył mentalnie barierę samobójstwa juz zawsze będzie tym czynem obarczony....
Jak widać każdy ma szansę w końcu trafić na odpowiednie leczenie.
U mnie zadziałało niestety za późno.W momencie, kiedy raczej już nie mam szans nacieszyć się tak długo oczekiwaną poprawa zdrowia.
Lecz "niezbadane są wyroki Boskie".
Czasami niemożliwe staje się możliwym ,jak to pięknie powiedziano w moim ukochanym filmie " Pulp Fiction"
Żyję NADZIEJĄ , choć to ponoć "matka głupich " Ale skoro zgłupiałem od choroby to chyba na tą Matkę mogę liczyć , nie ? :-)
intel
Offline

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

przez pambuk87 15 sty 2012, 12:11
Nie liczyłbym na "błogi niebyt", wiara jest sprawą osobistą, ale potencjalnym samobójcom polecam relacje ludzi (szczególnie samobójców, ale także naukowców, lekarzy, ateistów) którzy przeżyli tzw. NDE (Near Death Experience, śmierć kliniczna) oraz postudiowanie badań nt. świadomości. Część naukowców tłumaczyła wizje raju i piekła tym, że w momencie śmierci uwalnia się duża ilość substancji zwanej DMT z szyszynki mózgowej. Teoria ta została obalona, ponieważ było kilka przypadków, gdzie wykres EEG pokazywał brak aktywności mózgu a operowana pacjentka będąca w stanie śmierci klinicznej opisała ze szczegółami przebieg operacji. Śmierć pozostaje więc tajemnicą, ale baaardzo wiele rzeczy wskazuje na to, że nasza świadomość NIE jest produktem mózgu i coś po śmierci się z nią dzieje, generalnie świadomość jest czymś bardzo zagadkowym.
Offline
Posty
3
Dołączył(a)
17 gru 2011, 18:17

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Avatar użytkownika
przez Spooky 15 sty 2012, 13:22
Mam to zaplanowane. Samochód z wypożyczalni, butelka Jacka Danielsa w trakcie jeżdżenia, celem dodania sobie odwagi ( tak-samobójstwo to "tchórzostwo" ), potem już tylko droga krajowa , gdzie mam upatrzone miejsca , 200 km/h i TIR z naprzeciwka.

Czuje, że przetestuję ten patent niebawem. Tylko ja z miłą chęcią zrobię to autem rodzinnym.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
686
Dołączył(a)
10 sty 2012, 23:43

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Avatar użytkownika
przez Supełek 15 sty 2012, 17:52
intel, jak to, kto ma JAJA, by to zrobić??? żartujez sobie?
wiesz? ja w gruncie rzeczy zazdroszczę tym, u których myśli samobójcze przybierają postać fantazji... wow, KILKA MIESIĘCY dumania nad tym, jak się zabić??????? to oznacza, poza męczarnią, że ta osoba ma KILKA MIESIĘCY, podczas których być może ktoś zdąży jej pomóc...
ja byłam po tygodniu myśli "s" wykończona.. bo u mnie nie są na etapie wielkiego planowania, rozważania. krótko i treściwie "skończ to". tak naprawdę jest na to milion sposobów, jak ktoś chce zrobić, to skutecznie, podkreślam, NAPRAWDĘ CHCE, SKUTECZNIE i nie ma PRAWDZIWYCH oporów, to zrobić to szybko...
ja nie mam problemów z manipulacją ze swoim organizmem. choćby typu- nie dam sobie przebić ropnia, wyjąc drzazgi.. ale sama sobie mogę wszystko rozbabrać, rozgmerać, jeśli uznam,, że ostateczny cel jest wart tego...

dlaczego nie opisywać??? wnioski nasuwają się choćby po przeczytaniu postu Łazarza. bo to nakręca... tak, jak na forach bulimicznych/anorektycznych-tych, które nie są DOBRZE moderowane, aż roi się od tematów, w których ludzie ze szczegółami opisują, jak to sobie pomóc w wymiotach, tak samo jest tutaj....

ważne jest, co czytasz o i czym myślisz... żeby uratować się kilka dni temu, chodziłam i jak czubek na głos powtarzałam sobie słowa/frazy (ale krótkie!!!) pozytywne. zauważyłam, że jeśli myślałam o czymś negatywnym, to się nakręcało. więc pomyślałam, że muszę, choćbym od tego rzygała, nakręcić się pozytywnie. więc szłam np. z psem na spacer, powtarzając głośno "życie jest wartościowe, wartościowe, wartościowe...". "jest dobrze, dobrze, dobrze..." itd. itp. kosztowało mnie to wiele, cała głowa krzyczała "g***, sama w to nie wierzysz". ale to było jedyne, co mi pomagało (a w domu-szperanie za różnymi metodami, badaniami etc.). KOLOSALNE znaczenie ma to, z czym się stykasz... wystarczyło poczytać wątki i tematy o CHAD i od razu stwierdziłam, że muszę mieć to k****o. a jeśli tak, nie widzę sensu walczyć o swoje życie... taki jest właśnie wpływ tego, co człowiek czyta i na czym się skupia....


a wracając. Łazarz, jeszcze raz gratuluję... na wszelki wypadek - możesz mi podesłać na priv informacje, co to był za szpital? moja kuzynka ma męża, u którego stwierdzono schizofrenię. różnie idzie z leczeniem... może zawsze warto skonsultować...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
25
Dołączył(a)
11 sty 2012, 21:14

moja historia, dla szukających ukojenia w śmierci.

Avatar użytkownika
przez Alex2971 15 sty 2012, 18:30
Intel, z tym TIREM, może być różnie. Czekając (jadąc oczywiście) na TIRA można wpaść w poślizg i wylądować w rowie.Potem tylko nieprzyjemności z policją i po co to? Piguły też są do niczego, szczególnie po alkoholu.Nie przyjmą się i cała noc na białym uchu. Z kolei powiesić, to się trzeba umieć i tu naprawdę trzeba mieć dużo odwagi. Ja tego jeszcze nie próbowałem, właśnie dlatego, że się boję.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
8
Dołączył(a)
15 sty 2012, 17:40

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 17 gości

Przeskocz do