Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Forum o nerwicy natręctw: doświadczenia, historie, pytania.

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez owocowymuss 03 maja 2013, 00:35
Hej! :) To mój pierwszy post tutaj, ale wątek śledzę już od jakiegoś czasu. Jak go znalazłam to nie posiadałam się ze szczęścia i nie dowierzałam, że są ludzie z podobnymi problemami do moich. Znalazłam Was w krytycznym momencie mojego związku. Jesteśmy razem już rok i spięcia, wątpliwości mam od samego początku, ale o tym póżniej. Dlaczego krytyczny moment? Już się zaczęłam poddawać zwyczajnie. Miałam kolejny napad, spinę - jak zwał tak zwał. Powiedziałam chłopakowi, że z wierzchu jest wszystko ok, ale gdzieś w środku ja "tego" nie czuje, nie wiem czy mi zależy. On sstandardowo się podłamał. Ja już nie miałam siły tamtego wieczoru. Chciałam żeby już jechał do domu, chciałam poczuć ulgę. Pamiętam gdy zostałam już sama, to czasem pojawiały się jeszcze myśli "może jeszcze zawalcz? Zobacz ile ze sobą macie...", ale głównie totalna demonizacja i ta chęć ucieczki, pragnienie ulgi. Następnego dnia rozmawialiśmy przez telefon, nie wiedziałam już czego chcę, On już był zrezygnowany, nie miał siły. Stanęło na tym, że jeśli chcę z Nim być to ja się muszę o to postarać, ja muszę zawalczyć, bo z tego wszystkiego On sam już nie wie czy chce ze mną być. No i po takich słowach coś się we mnie zbierało, ale było ciężko. Jakbym już nie miała siły walczyć, często czułam jakbym się zmuszała. Wiedziałam, że żeby z Nim być, żeby On przy mnie został, ja muszę przejść nad swoimi spinami, muszę być bardziej dla Niego, ale zawsze coś nie pozwalało mi na to, blokowałam się na swoich zapętlających się myślach "czy powinnam się starać? czy chcę tego? czy kocham? dlaczego ciągle jakiś głos we mnie mówi mi "nie chcę, nie kocham"? nie mogę zrobić czegoś dla Niego, bo wtedy nie myślę tak bardzo, a co jeżeli się okłamuję wówczas i zmuszam?". No ale znalazłam to forum i stwierdziłam, że może jednak "to to", ale moje chore myśli nie dają temu żyć? Jakoś tak wyszło, że nadal jesteśmy razem :) czasem jak miałam trudne chwile, to właziłam tutaj, przeczytałam kilka Waszych postów i od razu myśl "Kobietooo głupia, kochasz Go, wszystko jest w porządku, to tylko nerwica". Jednak boję się czasem, że się okłamuję, że to nie nerwica, że sobie wmawiam tą chorobę, a tak na serio nie powinnam być z moim chłopakiem. Wybieram się do psychiatry może, ale dopiero po maturach. Myślałam że do matur będzie luźno, że już nawet mi to trochę puściło, bo też już mój chłopak trochę obczaił ten problem i wie że jak mu powiem na początku czym się spinam, jakie mam myśli, to od razu jakoś to rozwiązujemy, ja jestem w stanie mu powiedzieć, że kocham i jest dobrze. Najgorsze jest wtedy, gdy to w sobie noszę i ściskam i nakręcam myśli, np. "patrz, gdybyś go kochała to nie przeszkadzało by Ci tak, że piszecie smsy przez pół dnia" itd.
Ja wiem, że walnę mega długi post i może nawet tak głupio na sam początek, ale muszę to wylać z siebie.
Jak teraz analizuję siebie pod kątem nerwicy, to problem z natrętnymi myślami miałam już od dawna (nawet wcześniej nie myśląc, że to może być nerwica o tym pamiętałam, mój obecny chłopak o tym wiedział i był to dla mnie taki aspekt "łagodzący", dzięki któremu oboje potrafiliśmy stwierdzić "ja chyba tak po prostu mam, taka jestem i mam z tym problem" i nie rozstaliśmy się).
Jakie myśli miałam zanim trafiło na temat miłości i związku? Wcześniej bardzo ważna była dla mnie wiara, byłam wręcz trochę za bardzo przechylona w tamtą strone. Skrupulanckie sumienie. Spowiadanie się z takich pierdół kompletnych, które nie dawały mi spokoju. Dochodziłam czasem do wniosku, ze skupiam się na takich badziewiach, zamiast skupić się na rzeczach ważnych i przejąć tym, że nie poprawiam w sobie rzeczy na prawdę ważnych. Mimo wszystko ta drobiazgowość nie dawała spokoju. Modliłam się, żeby Bóg mnie z tego uleczył. Na jakiś czas zniknęło.
W tym okresie miałam też bardzo bliski kontakt z pewnym zgromadzeniem zakonnym, bardzo się w to wkręciłam. Myślałam nad powołaniem. Były okresy, że jakoś czułam, że Bóg mnie wzywa do życia zakonnego, a były też takie, pełne płaczu - "Boże, ja nie chcę, chcę mieć chłopaka". I o dziwo, chłopak bardzo szybko się zjawiał ;p
Miałam też kiedyś problem z natrętnymi myślami bluźnierczymi. Mój umysł tworzył jakieś sceny erotyczne z udziałem Osób Boskich. Nie wiedziałam czy mam mieć wyrzuty sumienia czy co (połączcie to z sumieniem skrupulanckim ;/). Męczyłam się z tym strasznie.
Straszne były myśli odnośnie szatana, np. "szatanie przyjdź". Bałam się, byłam przerażona, nie mogłam spać. Ogromny niepokój, bo to zwłaszcza wieczorem. Bałam się zamknąć oczy podczas spłukiwania włosów w wannie albo przy zasypianiu bałam się odkryć jakąkolwiek część ciała, a pod kołdrą się gotowałam z tego stresu i paniki. A myśli mnie prześladowały, nie dawały spokoju. Bałam się, że mogę być opętana albo zniewolona. Jak to piszę, to na samą myśl troszku kręci mi się w głowie.
Raz miałam też schize, bo wszędzie widziałam liczbę "22". Patrzę na zegarek "22:22". Oglądam totolotka, gdy się zaczynał to na początku te kule takie się kręciły i znów liczba "22". I widziałam ją pewnie jeszcze w wielu miejscach. Byłam przerażona, bo jakoś łączyłam to z szatanem.
Gdy miałam takie nasilenie tych myśli o szatanie to oczywiście porządnie znać o sobie dawał lęk przed ciemnością. Przejście z łazienki do pokoju przy zgaszonym świetle było niemożliwe, zaśnięcie również. No ale lęk przed ciemnością towarzyszy mi od dzieciństwa. Brat potrafił mnie zamknąć w ciemnym pokoju i mnie z niego nie wypuszczać, a ja panikowałam i zamiast zapalić sobie światło, to tłukłam w drzwi zapłakana żeby mnie wypuścił xp no albo nie wiem, nakrywanie mnie kocem też było dla mnie doświadczeniem strasznym.
To wszystko miało miejscie gdy byłam w gimnazjum (oprócz nakrywania mnie kocem przez brata, bo to o wiele wcześniej xp).
Potem były wakacje między gimnazjum a liceum. Na wakacjach poznałam chłopaka - M.. Pamiętam, że na tym wyjeździe (jeszcze zanim poznałam M.), to miałam taką masakrę odnośnie klasztoru, płakałam, darłam się do Boga, że nie chcę itd. Później poznałam M. i od razu wiedziałam, że będziemy razem, bo tak to pachniało po prostu. Dwa tygodnie czy miesiąc później poszliśmy razem na pielgrzymkę warszawską. Było w porządku, byliśmy prawie nierozłączni. Wtedy to dopiero się zaczynało, nie byliśmy jeszcze razem tak na prawdę. No ale jakiś pierwszy dotyk itd. To były dla mnie ogromne emocje, bo to mój pierwszy chłopak na poważnie i w ogóle. Wróciliśmy do domu, ale niedługo potem od wyjeżdżał chyba na miesiąc. Tęskniłam strasznie, głównie za tym dotykiem ktory mnie tak fascynował -.- i ja tu mówię o zwykłym trzymaniu mojej dłoni ;) Potem był wrzesień, jakoś pod koniec jego imieniny. Pamiętam jak siedzieliśmy w kawiarni, a u mnie się zaczęło myślenie... Nie fascynuje mnie, już się nie czuję tak jak wcześniej, wkurza mnie w nim to że ma takie usta, taki uśmiech, takie spodnie. Może coś się wypaliło? O co chodzi? Ale wtedy to nie było jeszcze tak nasilone. Największa masakra była zimą. Chodziliśmy razem do liceum, każda przerwa razem. Jednego dnia dobrze, a kolejnego ja mam spięcie, już nie wiem czego chcę. Jeszcze do tego gdy miałam te wątpliwości to szliśmy czasem razem do kościoła, a on po wyjściu pytał "i jak? Już wiesz?", a ja mu mówię że nie. Na co on, że jak to mogę nie wiedzieć, że przecież rozmawiałam z Bogiem itd. -.- a ja serio szukałam odpowiedzi u Boga, ale no trudno żeby On przede mną stanął i mi powiedział "Dziecko, bądź z tym chłopakiem, zaufaj, będzie w porządku". A ja w głowie słyszałam milion różnych głosów i myśli i jeszcze jak dochodziła rozkmina czy któryś z tych głosów jest głosem Boga, to ja już byłam rozłożona na łopatki. Zawsze starałam się mówić sobie "patrz, przecież jest w porządku", starałam się jakoś argumentować nasz związek, ale było trudno. Skrupulanctwo przejawiało się także w tym, że ja musiałam zawsze temu M. powiedzieć, że coś jest nie tak, miałam ciśnienie na to, żeby być całkowicie uczciwą. Za każdym razem gdy jakoś to rozwiązywaliśmy ja czułam trochę, że się zmuszam, nie miałam już siły. Pragnienie ulgiiiii. W pewnym momencie on już tego świrowania mojego nie wytrzymał i usłyszałam, ze albo z nim jestem albo nie i jutro mam Mu dać odpowiedź. Wówczas sparaliżowało mnie to strachem. Pamiętam, że starałam się wtedy uczyć chemii, oczywiście nie mogłam się skupić. Ogólnie moja pierwsza klasa liceum była jakimś żalem przez te wątpliwości, nie byłam w stanie się uczyć jakoś normalnie. A tamtego wieczoru musiałam z kimś pogadać. Nie mam z rodzicami świetnych relacji. To był pierwszy raz gdy poszłam do mamy. Zaczęłam się dusić od płaczu, długo nie mogłam nic powiedzieć, rozmawiałyśmy pół nocy. Czułam się troche niezrozumiana, ale ogólnie stanęło na tym, że ja za szybko z M. lecę do przodu, że za szybko, za poważnie. Ja się trochę buntowałam, bo jak to mam tworzyć niepoważny związek?! No i ogólnie stanęło na tym, że M. powiem iż chcę z nim być, ale trochę zluzujmy. Sama nie wiedziałam jak ma to wyglądać -.- Czułam potrzebę oddalenia się, zrzucenia odpowiedzialności. Bałam się wziąć odpowiedzialność za tego chłopaka, bałam się że jak już powiem "tak" to do końca życia, bałam się też go zranić i stąd te wszystkie wątpliwości, żeby go nie oszukać czasem, żeby być w 100% fair. Mieliśmy wtedy oboje nazwijmy to... "wspólnego znajomego". On rozmawiał i z nim i ze mną. Troche starał mi się przetłumaczyć, że jak sobie myślę że np. mój chłopak się beznadziejnie ubiera, to to nie jest nic złego, tylko jak chcę to mam go zaciągnąć do sklepu i tyle. A dla mnie to była sprawa wielkiej wagi i potrafiłam się spinać takimi pierdołami -.- A chłopakowi nie potrafiłam powiedzieć, że coś mi się nie podoba. Ten ktoś proponował mi, zebym przeszła nad tymi myślami, ale ja nie umiałam.
Co do tej sytuacji "ok, będę z Tobą, ale zwolnijmy" to w końcu skończyło się tak, że ja muszę sobie pewne rzeczy poukładać, a on będzie czekał. Oczywiście zaznaczałam "nie wiem czy wrócę", chciałam żeby nie było tak, że ja muszę do niego wracać, bo on czeka, chciałam nie czuć na sobie tego ciśnienia. Ostatecznie "przestaliśmy ze sobą być". Dalej w szkole przebywaliśmy razem, tylko trochę rzadziej, dalej on mnie odprowadzał czy coś i strasznie to głupie było, że zamiast buziaka to myśmy sobie podawali ręce. Niezręczne to i sztuczne. Ale w końcu mnie znowu zaczęło do Niego ciągnąć i nawzajem. I pewnego dnia, M. przeprosił mnie za to, że wcześniej się tak zachowywał, że mnie nie rozumiał. Nom, i znów byliśmy razem. Czasem było mi ciężko się z Nim dogadać, był bardzo radykalny, a mi się sypała wiara. On na siłę chciał mnie ciągnąć w górę, a ja jestem taka, że jak ktoś próbuje coś na siłę ze mną zrobić, to przynosi to odwrotny skutek i ja się zapieram. A jak mi się da wolność, to ja sama czasem przyłażę i stwierdzam, że chcę. Z M. było potem jeszcze trochę innych problemów, zazdrość była głównym. Wszystko po pewnym czasie zamknęło się w pętli [on]"dam Ci wolność, jeśli pokażesz że mnie kochasz", [ja]pokażę Ci, że Cię kocham, jeśli dasz mi wolność. Sądziłam że nie umiem się otworzyć, bo on mnie zamyka. Był zazdrosny o moich przyjaciół, chciał nam się wciskać w nasze układy, a ja nie chciałam. Oni byli jeszcze dla mnie ostoją. Ja do nich uciekałam od M. Podczas największych kryzysów siedziałam u nich przez cały weekend i opowiadałam o moich wątpliwościach, kręciłam się w kółko. M. denerwował się na mnie, bo ja zaczęłam mówić, ze nie chcę spędzać z nim każdej przerwy, że czasem pobyć z moją klasą. Godził się, ale z wielkim bólem. A ja byłam zła na tą zazdrość. No ale to mniej istotne. Miałam po prostu wyrzuty, że nie chcę z nim przebywać, a stąd też wątpliwości, standard -.-
W I kl. LO byłam w takim stanie, że potrafiłam na początku lekcji popychać pierdoły z koleżanką z ławki, po czym uciąć i się zamknąć na nowo w mojej dziurze, w którą spadałam jeszcze bardziej i ciągłe pytania "czy chcę z nim być?". Owa dziewczyna rozgryźć mnie nie mogła, dopiero gdy się dowiedziała co się działo, pokapowała ;p
Pamiętam też taką sytuację, lezałam już w łóżku, pisałam z M. na gg. Potem się żegnaliśmy. Jakoś on na koniec zapytał, czy chcę zeby sie wyspał czy coś. Ogólnie miałam spinę przez to, że nie wiedziałam czy zależy mi na tym, żeby się wyspał! I od razu telefon, płacz, że ja nie umiem kochać itd.
Ogólnie podczas tych spin, to czasem mówiłam, że powinnam napisać sobie na czole "nie podchodzić, rani". Czułam się winna tego wszytkiego, a M. oczywiście był święty, to ja byłam ta zła i niedobra w swoich oczach. Mi się też już wcześniej jakoś utarło, że ranię facetów. Ja chłopakom zawsze się podobałam, potrafiłam jakoś skokietować spojrzeniem może nawet nie celowo, ale nie chciałam nic więcej. No i mi się utarło, że jestem zła. Wmawiałam to sobie. Chciałam być czasem brzydka, oszpecona, żeby nikogo nie ranić. M. na pewno czuł, że się nim bawię, a ja tego tak bardzo nie chciałam...
Rozstałam się z nim. Ale wątpliwości nie były główną przyczyną. One też, ale ta zazdrość... Nie mogliśmy się dogadać. W końcu padło. Rozstaliśmy się jednogłosnie, nie zalowałam, poczułam ulgę. Cisza na morzu. Rozstałam się z nim przed wakacjami, miałam trochę myśli by wracać, ale stwierdziłam, że to nie ma sensu.
Rok byłam sama. Na początku II kl. LO stwierdziłam, że daję sobie rok, skupiam się na sobie, a nie na facetach.
Jakoś nienawidziłam trochę siebie. Bo miałam problem z tym, że ciągle patrzę się mijanym facetom na ulicy w oczy, że zachowuję jak jakiś łowca na faceta -.- oczywiście nie chodzi o to że byłam nachalna. W konsekwencji często chodziłam smutna, ze spuszczoną głową. Uważałam się za złą.
Nie wiem czy ja mam jakąś niezaspokojoną potrzebę przez mojego ojca? W trakcie tego roku zrobiłam jednak trochę głupich rzeczy. Potrafiłam się zakręcić na punkcie znajomego 46latka, którego spotkałam po ponad roku. Zaczęliśmy pisać. Tragedia. Spotkałam się z nim. Oj, jaka byłam głupia. Na szczęście nic mi się nie stało, a umówmy się - skończyć się to mogło różnie. Było to tak kompletnie nierozsądne... Jednak zmądrzałam i kontakt urwałam.
W maju II kl. LO poznałam mojego chłopaka - B. No i z Nim jestem do dzisiaj :) Poznaliśmy się przypadkowo. On jest dowodem na to, że złamałam moją regułę "rok bez chłopaka" ;)
Ogólnie to dzisiaj miałam porządną spinę, ale to raczej już nie myśli, a strach. Pojechałam do mojego chłopaka i nie chciałam się do Niego przytulać ani całować. On tego nie obczaja i bardzo to od razu odnosi do naszego związku, że się od Niego oddalam, że po co z Nim jestem, że Go nie potrzebuję :(
No ale w sumie wróciłam do domu i zaczęliśmy planować nasze wakacje. Spanie w nocy na plaży, łażenie po górach. I chcę tego. I marzę o tym, żeby było dobrze i na luzie. Nie ma opcji, będziemy razem ;) Jakąś taką trochę niechęć czuję do związku, ale to przez te myśli…
W sumie nie wiem czy był sens pisania tego wszystkiego. Więcej napisałam o moim poprzednim chłopaku niż obecnym, a tu o to się wszystko rozchodzi. Jednak nie mam już dzisiaj siły. Zresztą… kto to przeczyta o.o
Chyba czas iść spać.
Fajnie, że jesteście :)
Offline
Posty
27
Dołączył(a)
02 maja 2013, 20:54

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Avatar użytkownika
przez bedzie.dobrze 03 maja 2013, 12:31
ja mam co jakies czas 'watpliwosci'..."czy kocham meza", "czy chce go"...myslom tym zawsze towarzyszy lęk. Wczoraj namietnie maglowałam ten temat na terapii....lęk przed bliskoscia..ot co..moje drogie Panie i Panowie. Cale swoje zycie zyłam w swiecie wyobrazen...moje zwiazki zazwyczaj były na odleglosc..bo tak chyba bylo bezpieczniej..łatwiej było idealizowac partnera w glowie..nie trzeba bylo mierzyc sie z rzeczywistoscia...bo zwiazek dwojga ludzi, to nie tylko motylki w brzuchu...to tez przezywanie złości, stawianie granic, przezywanie rozczarowan...no bo przeciez nikt nie jest idealny...to normalne. Boimy sie zaufac sobie i partnerowi, boimy sie otworzyc..boimy sie, ze jak pokazemy swoje 'ja' to partnerowi sie nie spodoba...i nas odrzuci...lęk przed bliskoscia prawie zawsze laczy sie z lękiem przed odrzuceniem. Zastanowcie sie nad swoim przezywaniem emocji...czy potraficie swiadomie przezywac zlosc...czy umiecie stawiac granice...czy jestescie w stanie mowic o swoich lękach...czy czesto udajecie ' ze wszystko jest ok, to mnie nie rusza'. Bycie z kims w zwiazku to nie zlewanie sie w jedno ciało..to dwa odrębne ciała, ktore wyznaczaja granice..ktore sobie ufaja i sie wspieraja. Zaloze sie, ze wiekszosc z Was nie pozwala sobie na przezywanie emocji...ze ma niska samoocene..ze chce funkcjonowac w jakims schemacie...' zwiazek ma byc idealny, mamy sie kochac, nie klocic, nie zloscimy sie na siebie, nie doznajemy rozczarowac'....Lęk, i mysli 'kocham, nie kocham' sprawiaja, ze unikamy kontaktu z partnerem...-uciekamy przed bliskoscia, przed dojrzałym zwiazkiem!!!! W ogole korzystacie z pomocy terapuety czy sami tak borykacie sie z tym?

"Lęk przed bliskością to nieświadoma obawa, która zakłóca nasze życie emocjonalne. Co trudniejsze, pojawia się w przypadku relacji, które mają dla nas szczególne znaczenie – związków opartych na miłości, czasem też w przyjaźni. Zakłóca je i utrudnia emocjonalne otwarcie się na ludzi. Często jesteśmy skłonni utożsamiać odczuwany lęk z obawami o odrzucenie, pogorszenie relacji lub o emocje, które nie zyskają wzajemności. Jednak tak naprawdę nasz lęk przed bliskością jest wyzwalany przez emocje pozytywne i to właśnie wejście w związek z kimś, na kim naprawdę nam zależy, najczęściej wzbudza ten głęboko skryty lęk.
Bez bliskości w miłości. To dość paradoksalne – im bardziej chcemy być blisko i intymnie z drugim człowiekiem, tym silniej nasz wewnętrzny wróg się temu sprzeciwia. Nie nasz partner, nie okoliczności, ale słabo rozpoznana siła, która drzemie w nas samych"

"Problemem jest to, że nasz wybraniec/wybranka widzi nas jako osoby godne miłości, wspaniałe, pełne zalet. Tymczasem my wcale nie musimy tak dobrze o sobie myśleć. Częściej czujemy coś zupełnie przeciwnego. A najczęściej pozostajemy w przekonaniu, że wcale nie jesteśmy godni miłości. I wcale nam się nie śpieszy do zmiany postrzegania nas samych. To wymagające zadanie, połączone z weryfikacją tego, jak byliśmy traktowani emocjonalnie przez naszych rodziców, poprzednich partnerów. Wolimy odrzucić realną miłość, niż wziąć się za bary z negatywnym obrazem własnej osoby. Tworzymy więc w sobie bariery, które mają nas przed miłością chronić. Można powiedzieć, że uzbrajamy się w emocjonalną zbroję. Często też nazywamy uzbrajanie obawą przed skrzywdzeniem, bo to dobrze usprawiedliwia pozostawanie w pozycji defensywnej. Któż może wymagać od nas, abyśmy wystawili się na ciosy?

Skąd bierzemy negatywne przekonania/emocje na temat nas samych? Są czymś innym niż myśli o grubych udach czy niezdolności do nauki języków. Są wytrenowanym, głęboko osadzonym skryptem naszej psychiki. We wczesnym dzieciństwie, odczuwając deficyt miłości, dezaprobatę lub odrzucenie rodziców (a wszyscy tego doświadczają, nawet jeżeli mają fenomenalnych rodziców), musieliśmy sobie jakoś radzić z potężnym i zagrażającym nam odczuciem. Nie zanegujemy rodzica, negujemy własną wartość. Wtedy łatwiej zrozumieć dlaczego nie dostaliśmy tego, co było nam potrzebne.

Jako dorośli mylimy skutek z przyczyną. Odczucie bycia niewartym miłości myli nam się z innymi, wtórnymi przekonaniami, obawami. Nie skupiamy się przesadnie na rozumieniu tego, co się z nami dzieje. Po prostu zostajemy ze znanymi skryptami, reakcjami i powtarzamy je w kolejnych, ważnych dla nas związkach. Jesteśmy na tyle dobrzy w oszukiwaniu siebie, że od bliskości nie uciekamy. Za to wpadamy w nowe romanse, bo dzięki temu poczujemy to „coś”, dreszcz bycia na świeżo kochanym. Dogadzamy sobie na wszystkie możliwe sposoby albo wręcz przeciwnie, karzemy się, bo przecież to wszystko nasza wina. Zapijamy demona albo kombinujemy nieprzeciętnie, co by tu wykonać, żeby do drugiego człowieka nie zbliżyć się tak naprawdę, tak bez pancerza. Nie odrzucamy bliskości świadomie i z intencją, to bardzo podświadomy mechanizm. W chwilach intymności emocjonalnej i fizycznej zachowujemy się w określony sposób – taki, który spowoduje napięcie w nas albo w drugiej osobie. Tak, żebyśmy albo mogli odepchnąć, albo zostać odepchnięci."

"Jeśli poznasz któreś z poniższych zachowań, warto się chwilkę nad sobą zastanowić. To są schematy ucieczki od bliskości.
Nieokazywanie uczuć, reagowanie obojętnie lub odrzucająco na pozytywne bodźce emocjonalne (mąż gotuje dla żony kolację, ona krzyczy, że przecież on wie, że ona nie je klusek, bo jest na diecie).
Pozostawanie podejrzliwym lub wręcz paranoicznym wobec partnera (doszukiwanie się negatywnych motywacji zachowań), ponadprogramowa zazdrość. Czasem po prostu wystarczy niezauważanie, że partner chce dobrze.
Utrata zainteresowania seksem i dotykiem.
Krytykanctwo wobec partnera, związku. Dostrzeganie negatywów, które przysłaniają pozytywy."

"Łatwo powiedzieć, robi się długo i mozolnie. Po pierwsze trzeba zmierzyć się z głębokimi, negatywnymi przekonaniami o nas samych (wspomnienia, ból, czasem rozpacz). Czasem, żeby dogrzebać się do tego, co leży na dnie, potrzebna jest pomoc psychologa. Jednocześnie trzeba świadomie i uważne dbać o to, by nie odpychać partnera lub partnerki, nie zwiększać przepaści w związku. Nagrodą są głębokie, satysfakcjonujące związki, w których seks i emocje są drogą do wyrażenia więzi łączącej ludzi.

Miłość jest uczuciem wymagającym, i to nie tylko pracy, co samo w sobie brzmi dziwnie. Także otwarcia się na nią i wyjścia ze swojej skorupy. Co prawda, wszyscy marzymy o idealnym partnerze, ale gdy już się znajdzie jakiś świetny człowiek, który chce z nami żyć, znoszenie związku okazuje się być bardzo trudne. Fantazje są prostsze od rzeczywistości, bo wystawienie na miłość może być dla nas przerażające, naruszać nasze bariery obronne, wpędzać w niepokój, który racjonalizujemy. Kochanie kogoś niesie nie tylko namiętności i szansę na spełnienie, ale obawę przed krzywdą czy stratą."


KOCHANI TYLKO CIEZKA PRACĄ NAD SOBĄ MOZEMY COS ZMIENIC...A TO FAKTYCZNIE DŁUGA I MOZOLNA PRACA...ALE TRZEBA WIERZYC, ZE W KONCU ZASWIECI DLA NAS SLONCE :D
Avatar użytkownika
Offline
Posty
225
Dołączył(a)
27 mar 2013, 07:51

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez owocowymuss 03 maja 2013, 12:59
Hm, jest w tym lęku przed bliskością coś.
Ja czasem mam tak, że jakby jest fajnie, fajnie, ale już się gdzieś w głębi siebie spinam, że ja zaraz będę chciała ucieć, bo już długo trwa nasze spotkanie czy coś. Jeszcze jak coś razem robimy, jest ok, ale jak to jest siedzenie i oglądanie filmu to boję się, że będę czuła w sobie to spięcie. I powiedzmy po całym dniu spędzonym razem, następny albo dwa następne muszę spędzić sama.
Czasem jest też tak, że rośnie we mnie jakieś małe napięcie i jakby chcę żeby coś się spierniczyło, bo po kłótni przychodzi zawsze jakaś świeżość ;/ to kijowe, bo kłótnie często jednocześnie męczą i burzą.
Nie jestem w stanie też pokazać partnerowi prawdziwej siebie. Jest to obłożone długimi rozmowami, płaczem, tłumaczeniem, zapewnieniami. A wiele naszych spięć wynika z tego, że ja się bałam Mu coś powiedzieć, bo boję się, że będzie z tego afera na cały dzień i znowu nasz związek zawiśnie na włosku :(
Jejku, a nie chcę zmieniać sobie chłopaków, bo będę czuła "coś". Z moim B. też przecież czuję, tylko to już jest inne, trochę dojrzalsze, a ja często mam wrażenie, że nie czuję w tym jakiejś pełni, że jestem przygnieciona, spięta, stłamszona.
Offline
Posty
27
Dołączył(a)
02 maja 2013, 20:54

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Avatar użytkownika
przez bedzie.dobrze 03 maja 2013, 13:19
owocowymuss, ja tez mam problem, aby pokazac swoje 'ja'..ostatnio Mąż mnie wkurzył swoim zachowaniem..to była drobnostka..jednak mnie irytowało i nie chcialam,a by tak więcej robil....o matko...zeby mu to powiedziec..poł nocy nie spałam..a rano mowiac mu to, ryczałam jak bóbr..bo bałam sie, ze zezloscilam sie bez powodu i, ze moge go tym urazic o_O. Z tym napieciem mam tak samo...spedzam milo czas..jestesmy na spacerze, ogladamy film, jestesmy na wycieczce..a ja czuje napięcie albo lęk...chce uciec...chce sie gdzies zaszyc w mysiej dziurze, niedostepna dla nikogo. Ech..kiedy znow Męża nie widze, bo jest w pracy, to mi tęskno. Jest wpaniałym człowiekiem...duzo z nim rozmawiam o tej mojej nieszczesnej nerwicy ( nerwica natrectw, stany lękowo-depresyjne)..mysle, ze lepiej trafic nie mogłam....grr i wciaz uwazam, ze nie zasluguje na niego...ze jestem felerna, przez ta chorobe
Avatar użytkownika
Offline
Posty
225
Dołączył(a)
27 mar 2013, 07:51

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez owocowymuss 03 maja 2013, 13:39
Ja zaś dzisiaj rano pokłóciłam się z moim chłopakiem, bo nie chciałam mu napisać "kocham Cię". I tu nie chodzi raczej o to, że Go nie kocham faktycznie, ale raczej o to, że nie chciałam Mu tego powiedzieć, a wiem, że no... ta miłość między nami jest, to jest jakaś baza, gdzieś głęboko, coś co dla mnie jest mimo wszystko stałe chociaż mam masę wątpliwości. Dlaczego nie chciałam Mu powiedzieć? Bo gdzieś na wierzchu czai mi się niepokój i masa pytań. Dla Niego jednak to stałe nie jest, czuje sie jak idiota wodzony przeze mnie za nos :( że ciągle zmieniam zdanie. Nie mogę Mu wytłumaczyć, że to nie jest tak. Mówi Mi, że On wszystko wytrzyma, ale potrzebuje tego "kocham", jak ja nie umiem Mu tego powiedzieć, to jest tragedia. Do tego jeszcze się na Niego wściekam, że On tego nie rozumie i że czuję jakby to na mnie wymuszał. Zaś z drugiej strony nie wiem o co robię tyle krzyku -.- i przez to że On ma mnie już dosyć pod tym względem pogłębiają się moje wątpliwości, ale w sumie Go rozumiem czasem, bo wiem że ciężko wytrzymać z taką mną. Zaś jak On tak reaguje, to znów zaczynam myśleć i kręcę się tak w kółko.
Wiem, że ja to muszę rozwalać, ale jak słyszę od Niego czasem, że muszę to zrobić, że to nie jestem ja, bo przecież jednego dnia jest fajnie, chcę się przytulać, uśmiecham się, a drugiego uciekam przed dotykiem, to się potrafię wściec, bo muszę nad czymś przejść, nad całym moim lękiem... Jeszcze jak już tak się zdemonizuję raz, to potem przez kilka dni do siebie dochodzę i jakoś otwieram na ten związek i przekonuję, że może ten mój B. jednak nie jest debilem. On chce mi pomóc, ale jednocześnie jest już tym wszystkim zmęczony :(
a ja jakby nie mogę sobie pozwalać na np. niemówienie Mu "kocham", bo będą takie sytuacje jak dzisiaj.
I tak już jakoś nauczyłam się to mówić i przestało być to dla mnie takim wielkim problem, bo kilka miesiecy temu, to jednego dnia było tak, a drugiego ja już nie wiem czy kocham...
Boję się czasem, że się oszukuję, że Go nie kocham, że tylko sobie wmawiam :l
I gdybym wiedziała, że to nerwica np. byłoby mi łatwiej jakoś czasem się jakby zmuszać, przechodzić nad sobą.
bedzie.dobrze Ty tęsknisz za mężem, a ja często analizuję czy tęsknię, dlaczego nie tęsknię i uciekam przed spotkaniami, żeby one nie były za częste, żebym się nie spięła czymś, żebym miała wolność jakąś, swój świat, panicznie bronię swojego terytorium. I w ogóle to podziwiam Cię, że jesteś w małżeństwie i dajesz z tym wszystkim radę :) Bo jak ja nie dam rady z tym do ślubu, to średnio sobie wyobrażam wspólne mieszkanie przy mojej częstej chęci ucieczki, odizolowania się. Mimo że ślub widzę raczej w pozytywnych barwach, to boję się że zwariuję -.-
Offline
Posty
27
Dołączył(a)
02 maja 2013, 20:54

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez mains 03 maja 2013, 23:17
owocowymuss, Witaj, myślę że jest to nerwica w 100 % ja takie objawy mam od 2,5 roku ,ale zauważyłam coś co mnie zaintrygowało w twoich postach.
Twój chłopak jeśli Cię kocha i jest na tyle dojrzały musi zrozumiec i zaakceptowac co do cna twój problem, dziwne jest że obraża się gdy mu nie powiesz "kocham" badz że bez tego nie wytrzyma to powiem szczerze nie jest fair i troche niedojrzałe bo to nie o to chodzi by co 5 min mówic"kocham" ale myśle że przede wszystkim chodzi o czyny, gesty i sama obecnosc.
Nie chce tu twojego lubego obrażac broń Boże ani oceniac ale tak to widze, powinien dac Ci otuchy ze swojej strony mimo że też nie jest mu z tym łatwo i poczekac aż troche ten stan nasilenia minie niby chce Ci pomóc a jednoczesnie chce wymusic na Tobie cos na co nie masz sił na dany czas, oboje musicie mys silni i mocni w tym wszystkim.

Trzymam za nas wszystkich mocno kciuki!! :*
Offline
Posty
62
Dołączył(a)
06 lis 2012, 23:16

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez owocowymuss 03 maja 2013, 23:52
Wiem. Ja też tak to trochę widzę. Zastanawiam się czy nie oczekuję od Niego zbyt wiele. Bo to ja ciągle robie problemy, to ja ciągle jestem chwiejna, to przeze mnie jest źle :( a mi po prostu czasem jest trudno. Jeśli powiem mojemu chłopakowi "słuchaj, mam takie i takie myśli, ale kocham Cię" to jest wszystko ok, gdy zabraknie "kocham Cię" jest żal. Nie wiem co mam robić, przechodzić nad tymi moimi problemami do tych słów "kocham Cię" czy wtedy kiedy nie mam siły, to mówić, że nie mam na to siły. Tylko że ja czasem już nie mam siły nie mieć na to siły xp bo jest gorzej. Też czasem podejście mojego B. wydaje mi się słabe do tej kwestii, bo wszystko jest dobrze kiedy ma jakies zapewnienie o moich uczuciach. Z jednej strony go rozumiem. Z drugiej nie mam siły tłumaczyć już czasem dlaczego tego nie potrafię w danej chwili powiedzieć. Nie wystarczy, że jestem, że ogólnie zachowujemy się raczej jak normalna para. Bo zachowywać się tak potrafię. Mówić - nie zawsze. A z tym że On na mnie to wymusza czuję się jeszcze gorzej i z jakiejś przekory tym bardziej nie chcę Mu tego dać :(
Rozmawialiśmy o tych spinach i w ogóle, ale dla Niego brak słów "kocham" stawia nasz związek na krawędzi. Dla mnie nie, dla mnie która ma milion wątpliwości tak się nie dzieje, a dla Niego tak. Często czuje się przeze mnie odtrącony. A jeśli w tym momencie neguje miłość itd., to jest jeszcze gorzej, bo już nie wiem jak mam z tej sytuacji wybrnąć.
B. nie potrafi się do tego zdystansować i uznać, że to problem we mnie, a nie w naszym związku. A moje wątpliwości nie sugerują, że chcę to już skończyć, tylko że po prostu trudno mi powiedzieć, że kocham. Ech, już sama nie wiem.
Ogólnie to B. potrafi być wobec tego wszystkiego czuły i wyrozumiały do momentu gdy Mu jestem w stanie powiedzieć, że kocham. To czasem boli. I już nie wiem kto tu jest egoistą. I zawsze wtedy wywiązuje się kłótnia.
Gdyby mi powiedział "ok, w porządku, nie musisz mi tego mówić, bądźmy razem po prostu" to poczułabym się o wiele lepiej i może nawet na podstawie tekiego zachowania bym stwierdziła, że jest kochany i że jest mega i w ogóle to go kocham.
To jest najtrudniejsza kwestia.
Jak wpadam w czarną dziurę myślenia, to On się na mnie denerwuje, że w tym siedzę i myślę zamiast zacząć coś robić, żeby ogólnie się czymś zająć. I w ogóle On się czuje przeze mnie nie doceniany, a ja często i tak przez Niego nie rozumiana, ale nie chcę chłopaka wykończyć. Jednak to że oczekuje ode mnie tych słów jest wg mnie egoistyczne, no ale ja nie dając Mu tego może też zachowuję się egoistycznie?
Wszystko jest dobrze jak jest dobrze albo tylko trochę źle. A jak się spierniczy we mnie i pójdzie lawina, to jest najgorzej. Bo On się boi moich zachowań i zachowuje się wg mnie jak ostatni kretyn, a ja się boję tych Jego zachować kretyna (które są kierowane jakimś strachem przed zranieniem) i nakręcam się jeszcze bardziej, że może nie powinnam być z Nim. I pętla strachu się nakręca.
Cięzki temat.
Jeśli słowa liczą się bardziej niż jakaś obecność czy coś co po prostu między nami jest, to ja nie wiem.
Pamiętam taką sytuację z początków znajomości, jak ja ogólnie jeszcze wstrzymywałam się ze słowem "kocham". Potrafiłam Mu z uśmiechem przywieźć kolację do pracy, ale nie potrafiłam wyznać żadnych uczuć, bo niczego nie byłam pewna.
Offline
Posty
27
Dołączył(a)
02 maja 2013, 20:54

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez agucha 06 maja 2013, 08:27
Już nie mogę.... Pomocy! Nie potrafie opanować płaczu z powodu takiego ze cos mnie tknelo i weszlam na problemy w zwiazkach na tym forum. Czytam posty ze ktos przestał czuc cos do drugiej osoby, ze sie rozstaja itp. Jak zwykle jak to czytam to momentalnie zaczynam WYC pocic sie itp., ze nie jestem chora tylko po prostu juz nic nie czuje i ze musze to skonczyc, bo bede sie ciągle męczyć.... nie moge juz ..........!
Offline
Posty
303
Dołączył(a)
30 sie 2009, 09:00

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez mains 16 maja 2013, 13:32
Ezekiel, Co u ciebie słychac ? dawno nie pisałes :) jakieś zmiany w życiu ? czy może brak czasu ? :)
Offline
Posty
62
Dołączył(a)
06 lis 2012, 23:16

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez cookiemonster 16 maja 2013, 15:36
a nie jest czasem tak ,ze chcemy byc za bardzo fair w stosunku do drugiej osoby? Czy czasem nie jest tak ,ze w ogole nie znamy siebie , nie jestemy nauczeni kochac i co za tym idzie oszukujemy siebie bo tak bardzo boimy sie samotnosci? z doswiadczenia wiem ,ze zwiazki z nerwicowcami nie maja sensu , bo wiecznie robimy awantury i albo idziemy na terapie albo czas zakonczyc meczyc druga osobe , bo zaden czlowiek na to nie zasluguje :/ sorry ale taka prawda , zwiazek polega na akceptowaniu wad drugiej strony a , my skupiamy sie na detalach , skoro czujemy sie bezpiecznie ze swoja polowka to to jest najwazniejsze ale nie oczekujmy ,ze bedzie ona zyla za nas , bo my w rzeczywistosci boimy sie zycia i czas ruszyc dupe i przestac sie uzalac jak nam zle , albo walczymy albo uciekamy , paradoksalnie nie podobaja sie nam cechy osobowosci drugiej polowki , ktore sami mamy ale tak bardzo siebie nie lubimy ,ze mamy to wyparte , terapia i jeszcze raz terapia , ogarnia nas lęk na sama mysl no rozstaniu ale nie chce tu nikogo straszyc ale moze byc i tak ,ze jestesmy z ta osoba ze wzgledu na strach przed samotnoscia , musiscie sie ludzie poznac!!!
Offline
Posty
119
Dołączył(a)
17 kwi 2008, 17:57

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez mains 16 maja 2013, 16:38
cookiemonster, walczyć jak ? Czyli wychodzi na to że z nikim nie będziemy i jesteśmy skazani na samotność skoro taki związek z nami jest nierealny.. Chociaż właśnie dziwne jest to że nie akceptujemy wad które kiedyś zupełnie mi nie przeszkadzały a widzialam je , a z drugiej strony nie chce tracić tej osoby....
Offline
Posty
62
Dołączył(a)
06 lis 2012, 23:16

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez cookiemonster 16 maja 2013, 16:40
Po pierwsze czy chodzisz na terapie? Po drugie czego w swoim partnerze nie akceptujesz? Co Ci przeszkadza? Jakie masz natrectwa? Bo to bardzo wazne
Offline
Posty
119
Dołączył(a)
17 kwi 2008, 17:57

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez mains 16 maja 2013, 17:01
Chdzilam długi czas , narazie jest w miarę ok wchodzę tabletek.. Natrectwa mam różne począwszy od tego że muszę zerwać bo mam taki mus w sobie po że nie kocham l, jak usłysze że ktoś się rozstal to odraz w głowiemam że też mmuszę bo go oklamuje chodź o wszystkim wie, są momenty że naprawdę jest dobrze czuje całą sobą uczucie jakim go darze a za chwilę jest mi ciężko nawet się przytulić :) ciężko powiedzieć czego nie akceptuje, prędzej wszystko ki nie pasuje albo wyolbrzymiam noi do tego słabe libido i brak pociągu fizycznego wogóle nie umiem się do tego przekonać.. Ale to akurat wiem że przy każdym było by mi ciezko o jakied zbliżenie -.-...
Offline
Posty
62
Dołączył(a)
06 lis 2012, 23:16

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

przez cookiemonster 16 maja 2013, 17:11
a jak bylo z rodzicami? jakie masz z nimi kontakty? jak na moje oko to bardzo boisz sie bliskosci nie tylko fizycznej ale takze mentalnej , im jest blizej tym bardziej uciekasz , musisz sie zajac czyms w trakcie dnia ,a nie wiecznymi analizami , odrzuc te zastanawianie sie czy kochasz czy nie , skup sie na tym co dzieje sie tu i teraz , kiedy myjesz np. ręce to skup sie na tej sytuacji , obserwuj to zdarzenie i tak ze wszystkim , jesz jakis owoc to skup sie na jego smaku , bo my nerwicowcy nie mamy wypracowanego bycia tu i teraz tylko ciagle odlatujemy do analiz , dzieki tym czynnoscia poznasz bardziej siebie , a jakie masz jeszcze inne natrectwa? czy to tylko skierowane do partnera?
Offline
Posty
119
Dołączył(a)
17 kwi 2008, 17:57

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 9 gości

Przeskocz do