Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

Czysty optymizm, czytając to forum nie poznasz kolejnych objawów nerwicy czy depresji, wręcz przeciwnie. Przeczytasz jak ludzie walczą z zaburzeniami!

CI co wyzdrowieli

Avatar użytkownika
przez Valeriana 07 kwi 2008, 02:10
Kochani! Z nerwica i agorafobia walcze juz od roku. Czuje , ze powoli mija, ale nie jestem pewna czy na pewno. Pokonalam wiele swoich lekow, poszlam nawet do nowej pracy (dopiero pierwszy tydzien) mimo, ze pare miesiecy temu nie wychodzilam nawet za drzwi mojego mieszkania.
CHcialam zapytac jak to jest wyzdrowiec? CZy to sie dzieje z dnia na dzien, czy raczej jest to proces. Nie wiem czy ktos jest w takiej fazie procesu, ze jest juz bardzo dobrze, ale nadal kwestionuje czy aby na pewno? Ja czuje, ze moge, ale boje sie wyzdrowiec. Czy ktos tak ma? Tak bym chciala, zeby bylo juz super. jstem tak blisko, ale....Prosze, Ci ktorzy wyzdrowieli, napiszcie jak to sie stalo i jak to odczuwaliscie. Z gory dziekuje!
Avatar użytkownika
Offline
Posty
8
Dołączył(a)
22 sty 2008, 21:42

Avatar użytkownika
przez pyzia1 07 kwi 2008, 08:57
cześć Valeriana, ja choruję na depresję od wielu lat i podobnie jak Ty też czuję, że z tego wychodzę ale boję się powiedzieć, że całkiem wyzdrowiałam, chyba żeby nie zapeszyć. Pewnie też dlatego, że myślałam tak już kilka razy ale niestety, cholerstwo powróciło. Tak, jak już pisałam w tym temacie, odstawiam leki, biorę coraz mniej i od maja planuję już wogóle nie brać. Jak odczuwam wyzdrowienie? Poprzez brak objawów choroby, nie płaczę, rzadko mam dołki i dobrze śpię-i mam nadzieję, że tak zostanie. Oprócz tego mam dużo energii, nawet zaczęłam uprawiać sport. Na razie po prostu cieszę się z tego, co jest a co będzie potem - pokaże czas.
Wszelkie przywiązanie jest koniec końców źródłem bólu.Szczęśliwi,którzy obywają się bez niego.Samotny nie opłakuje nikogo,nikt też nie płacze nad nim.Niech ten,kto nie chce cierpieć,kto czuje trwogę przed zgryzotą,uwalnia się od ludzi.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
745
Dołączył(a)
15 paź 2007, 10:28

Avatar użytkownika
przez Valeriana 07 kwi 2008, 16:07
Dzieki za slowa otuchy. No, ja juz prawie jestem zdrowa i teraz wiem, ze ta nowa praca byla zrodlem olbrzymich stresow dlatego chyba zrezygnuje z niej. Moze poszukam czegos mniej odpowiedzialnego na poczatek....Troche mi przykro, takie plany mialam z nia zwiazane...Eh...ALe trzeba walczyc dalej i sie nie poddawac...Pozdrowionka!
Przyjemność sprawiało mi coraz lepsze rozeznawanie się w samym sobie, wzrastające zaufanie do własnych moich snów, marzeń, myśli i przeczuć, oraz rosnąca świadomość siły, jaką w sobie nosze
Avatar użytkownika
Offline
Posty
8
Dołączył(a)
22 sty 2008, 21:42

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Avatar użytkownika
przez Rzaba 18 kwi 2008, 11:53
zimbabwe napisał(a):Życzę Wam wszystkim pokonania depresji - i nerwicy też. Ja od jakiegoś czasu czuję się jakbym była nowym człowiekiem - dosłownie.


Podpisuję się pod Twoimi słowami !
Jetsem zdrowa i szczęśliwa :D :D :D

Dzisjaj mialam pierwsza jazdę L -ką po Wrocławiu :shock:
Poradziłam sobie, chocią zjednego dziadka o mało ni eprzejechałam bo pomyliły mi się pedały :oops: :lol:
Mam tez szczeniaczka, którym się opiekuję.

Życzę wam wszytskim, zebyści erówniez wyszli z tej paskudnej choroby!
Sciskam Was mocno!!!!! :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:
zajrzę tu za jakiś czas i liczę na więcj ozdrowiłaych!
papap :D
"Okrutniejsze od smierci jest wciąż bać się umrzeć..."
Seneka
Avatar użytkownika
Offline
Posty
163
Dołączył(a)
14 cze 2007, 20:06

przez Goplaneczka 24 kwi 2008, 23:45
to ja się dopiszę.
moja recepta- duże zmiany i totalne olanie wszystkiego...
depresja z 99% bierze się z myśli, a te można zmienić.
W końcu ze mną było tak beznadziejnie, że doszłam do wniosku, że nic mi nie zaszkodzi. i odważyłam się zacząć żyć po swojemu.
na początku nie było ekstra, do dziś mi trują, że za mało się uśmiecham , ale zmiana jest jakościowa.
warto w pewnym momencie powiedzieć pas i zacząć wszystko od nowa, inaczej, lepiej. mamy tylko to jedne, krótkie, ulotne życie, które potem należy zdać gdzieś w zaświatach. lepiej zapewne podziurawione i zniszczone, ale markowe i szyte na miarę, niż powielające masowe produkcje, za to w dobrym stanie.
nie bójcie się powiedzieć sobie: koniec z tym, zmieniam się.
Goplaneczka
Offline

Re: Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

przez lordJim 27 maja 2008, 23:20
Witam!

To mój pierwszy post na tym forum od monad pół roku.
Wyzdrowiałem to może za duże słowo, bo nadal momentami bywa różnie. Nadal często brakuje mi energii, momentami powracają różne autodestrukcyjne myśli, dziwne zachowania. nadal wiele spraw mam niepoukładanych, wiele jeszcze przede mną.

Ale na pewno jest nieporównywalnie lepiej niż kilka miesięcy temu.

Przez przynajmniej pół roku chorowałem na dość ciężką depresje. Wiem, że nie było ze mną jeszcze tak całkiem tragicznie, ale nie byłem w stanie normalnie funkcjonować. Nie obyło się również bez leków (seronil przez 6 miesięcy) i wizyt u psychiatry. Wcześniej przez kilka lat (przynajmniej od 15-16 roku życia) miewałem różne niepokojące "stany", większość czasu żyłem w poczuciu winy i ze świadomością, że jestem gorszy niż inni, że nic mi się w życiu nie uda. Nie wiem jak określić taki stan, ale na pewno nie było to nic pozytywnego, nic na czym można by było cokolwiek "budować". Mniej więcej na początku poprzedniego roku coraz mocniej zacząłem odczuwać, że wszystko mnie przerasta, że wpadłem w jakiś dziwny stan i że z każdym dniem jest coraz gorzej. Kulminacja tego wszystkiego miała miesce dokładnie rok temu, tuż przed sesją letnią. Wtedy osiągnąłem swoje "prywatne dno". Pustka, niemoc, poczucie zdeterminowania przez różne przeciwności losu, brak perspektyw, przemęczenie, nerwobóle, bezsennność, marazm i apatia, upadek wszystkiego w co kiedykolwiem wierzyłem, przewartościowanie wszystkich wartości i zasad. Dno fizyczne, psychiczne i moralne.

Piszę o tym wszystkim, żeby podkreślić jak było. Dla mnie był to koniec wszystkiego - jedynym rozwiązaniem wydawało mi się samobójstwo. Wiem, że wiele osób, które to czytają może być teraz w podobnym stanie. Nie mam niestety gotowej recepty na wyjście z bagna jakim są depresja i nerwica. Chcę wam tylko powiedzieć, że na prawdę z wielu beznadziejnych spraw da się wyjść o własnych siłach. Ja niestety miałem to nieszczęście, że byłem praktycznie sam w tym wszystkim, nie miałem wsparcia w przyjaciołach, ani za specjalnie w rodzinie. Jednak wróciłem do życia.

Nie w 100%, bo nic nie jest już takie jak "przedtem". Wiele się zmieniło. Na prawdę nie było mi łatwo np. pójść do pracy, wrócić na studia, na nowo otworzyć się na ludzi. Wiele okazji i spraw bezpowrotnie zaprzepaściłem, zrobiłem wiele głupot, wielu ludzi zawiodłem. Nadal miewam stany lękowe i momencty, gdy czuję przerastającą mnie niemoc. Słowem do teraz odczuwam efekty tego co mnie dotknęło - jednak po dniach kiedy byłem bliski obłędu i kiedy rozpacz, żal i ból były jedynymi uczuciami jakie odczuwałem, teraz po raz pierwszy patrzę w przyszłość i nie czuję lęku.

Podkreślę to jeszcze raz: dla mnie niesamowicie ważnym odkryciem było zdanie sobie sprawy z tego, że znów zaczynam mieć jakieś dalekosiężne plany. Zacząłem bez obezwładniającego mnie strachu myśleć o tym co tak na prawdę chcę robić w życiu i jak to osiągnąć. Wydaje mi się, że przez ten kryzys i "sięgnięcie dna" - jak to sobie prywatnie określam - udało mi się jednocześnie pokonać te rzeczy, które narastały we mnie od kilku dobrych lat.

Z jednej stony nikomu nie życzę tego przez co musiałem przejść, bo to na prawdę było piekło, ale z drugiej strony w pewnien sposób cieszę się, że stało się to co się stało. Czuję, że stałem się przez to dojrzalszym człowiekiem, nabrałem dystansu do siebie i problemów, nauczłem się lepiej rozumieć i pomagać innym, patrzeć nieco bardziej obiektywnie i mniej egocentrycznie. Moja wiara i światopogląd stały się mniej naiwne, mniej "wpojone" a bardziej "przeżyte" i autentyczne. W wielu sprawach musiałem się pogubić, żeby zacząć odnajdywać na nowo. (dobra, trochę to patetycznie brzmi, ale trudno...)

Nie wiem, czy mam prawo dawać komukolwiek jakiekolwiek rady, ale chciałbym coś od siebie napisać:
Przede wszystkim cieszcie się z każdego własnego sukcesu, a nie oglądajcie się na porażki i nie porównujcie się z innymi. Każdy człowiek jest inny, a miarą sukcesu jest to na ile udało nam się "przekroczyć siebie" i nasze własne słabości.

Po drugie - to co mi pomagało to myślenie o przyszłości i o tym, że jeszcze wiele rzeczy da się naprawić, nawet jeśli się w to nie wierzy. Moim zdaniem życie to walka: przegrasz, czy wygrasz coś w jakimś momencie - to nie ma znaczenia, liczy się to czy próbowałeś. Ja od dziecka fascynowałem się różnymi opowieściami o bohaterach - komiksy, filmy, legendy o rycerzach, książki fantasy - wiem, że to może śmieszne, ale ilekroć było mi ciężko myślałem o sobie jako o kimś rzuconym w wir walki przeciwko przeważającej liczbie przeciwników. Nie liczy się, czy przeżyjesz, ale w jaki sposób walczysz o życie i ilu przeciwników zabierzesz ze sobą ;) Pododnie starałem się patrzeć na problemy: nie ważne, czy w końcu któryś mnie przerośnie, ważne, że staram się je po kolei eliminować lub uczyć się żyć z nimi (to w wypadku tych, których nie mogę rozwiązać o własnych siłach - w moim przypadku pewne problemy zdrowotne, które do tej pory mi utrudniają pracę i naukę). Myślenie o efekcie działania często zakłóca sam przebieg tego działania.

Na koniec uważam, iż warto zdać sobie sprawę z tego, że na życie trzeba nieraz patrzeć również z jakiejś "duchowej" perspektywy. Przed chorobą byłem wierzącą osobą, teraz raczej już nie do końca, ale... Wydaje mi się, że wreszcie udało mi się wyrwać z myślenia o wszystkim w kategoriach pragmatyzmu i utylitaryzmu. To temat na osobny wątek, chcę tylko podkreślić, że takie doświadczenia jak depresja, czy nerwica uczą pewnej mądrości o życiu i moim zdaniem bardzo ważne jest próbować odnaleść w tym wszystkim jakieś "niedoczesne" odniesienie.

Chciałbym również podziękować wszystkim osobom na tym forum. Byliście dla mnie impulsem do działania i do tego, żeby jakoś się podnieść i próbować powoli iść do przodu. Wybaczcie chaotyczność tego posta, bo piszę trochę pod wpływem chwili - mam jednak nadzieję, że komuś z was w jakiś sposób doda to energii i wiary w to, że może być dobrze. Jeśli mi się udało - uda się również i wam, bo wcale nie jestem silnym, ani pewnym siebie człowiekiem, tylko zwykłym facetem, który musiał w pewnym momencie zdecydować czy nadal chce się "w to wszystko bawić" ;)

PS. Mam nadzieję, że nikt nie pomyśli sobie, że jakoś chcę się tym postem "pochwalić". Było mi ciężko, może inni mają, czy mieli gorzej ode mnie, ale chcę tylko pokazać, na moim przykładzie, że z wielu pokręconych spraw da się wyjść. Oczywiście nie mam pojęcia, czy w momencie jakiś poważnych problemów wszystko nie wróci do mnie, ale tego nikt nie może być pewien. Nadal pozostało wiele "dziur do załatania", lecz póki co mogę wreszcie w miarę "normalnie" funkcjonować. Pozdrawiam!
lordJim
Offline

Re: Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

przez Motylek29 30 maja 2008, 12:11
LordJim ... Alleluja ;)
Bardzo fajnie, super, ekstra, czad, fajowo i oczywiście ZAJEBIŚCIE że to napisałeś!!!
A chwalić sukcesami się trzeba bo po pierwsze utrwalają się w naszej głowie, a po drugie dają siłę napędową tym, którym się jeszcze nie udało!

Już z jednej depresji wyszłam i po niej miałam praktycznie 5 lat baaarddzzzoooo tłustych czego się nie dotknęłam zamieniało się w "złoto" same sukcesy to było 5 najwspanialszych lat mojego życia (tak myślałam) ... ale w tym biegu nie widziałam wielu sygnałów które zaczął wysyłać mi mój organizm: zaczęły się koszmary nocne, brak koncentracji, nerwowość, zmęczenie, chwilowe załamania brak wiary w siebie (co u mnie było nie do pomyślenia!!!) i nagle wszytsko pękło jak bańka mydlana ... straszna depresja, lęki, natręctwa jak to napisał LordJim Dno fizyczne, psychiczne i moralne. Ja osoba wysportowana normalnie dynamit czułam się tak jak by mi "oprogramowanie odinstalowali" jak by mi ktoś zasilanie wyłączył.

Znowu zaczęłam mozolne leczenie intentywna terapia i jest coraz lepiej ale koszmar gdzieś jeszcze we mnie siedzi i pewnie długo nie wylezie ...

Kochani chce wam przekazać jeden cenny wniosek z całej mojej sytuacji. Nie sa ważne w życiu pieniądze, wspaniałe nabytki to nie nasze dobra określają naszą wartość w społeczeństwie (ja niestety nak myślałam). Najważniejszy jest ten spokój wewnętrzny, poranny letni wiatr we włosach, zapach wiosny jak się wychodzi rano na dwór, spokojny sen w nocy i uśmiech w lustrze jak się patrzy rano na siebie, rodzina i przyjaciele.
Zupełnie zapomniałam o tych chwilach z młodzieńczych lat.

Życzę wszystkim powodzenia w walce z naszymi demonatmi bo "jutro" jest nowe i wolne od błędów :)
Offline
Posty
68
Dołączył(a)
23 kwi 2008, 15:34

Re: Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

przez iwka73 30 maja 2008, 19:06
Brawo LordJim..:-)
Ja przeżyłam nerwicę podobnie jak Ty Motylek29.
Pierwszy atak nerwicy miałam 8 lat temu , drugi zaczął sie w tamtym roku .Jestem po dwóch terapiach.
Lata po pierwszej terapii były prawie bez objawów. Nerwica wróciła wiosną w zeszły roku Teraz jestem po drugiej terapii ( w tamtym roku ) i jeszcze objawy sie pojawiają.Lecz wiem że miną , że trzeba czasu , zwłaszcza że dużo wydarzyło się w moim życiu , tego co jeszcze boli i boleć myślę że będzie jeszcze długo.

Jeśli kogoś to interesuję to przybliżę dlaczego:
post161622.html#p161622

Wiem że to musi minąć , ale jest ciężko.
Zwłaszcza że tak jak LordJIm byłam z tym zupełnie sama.W takich chwilach można poznać swoich "prawdziwych przyjaciół"
Ja poznałam i "przyjaciółkę" i byłego męża, którzy oboje wiedzieli o mojej chorobie i oboje mnie zdradzili w najtrudniejszym momencie mojego życia.

Ale wstałam , podniosłam się i choć jest bardzo ciężko żyję i muszę żyć dalej....
iwka73
Offline

Re: Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

przez Motylek29 01 cze 2008, 14:02
o fuck ... :/ eeee .... koszmarna historia ...

ale napewno będzie dobrze ... u mnie huśtawka ... raz lekka góra, raz zajebisty dół ... ale lepsze to niż ciągłe doły ...
Miłej niedzieli :)
Offline
Posty
68
Dołączył(a)
23 kwi 2008, 15:34

Re: Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

przez Mafju88 01 cze 2008, 14:58
chcialbym tu kiedys napisać ze wyzdrowiałem i teraz ciesze sie zyciem ;) mam nadzieje ze mi to bedzie dane ;)
I'll be where the eagles flying higher and higher
Offline
Posty
647
Dołączył(a)
20 gru 2007, 11:51

Re: Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

Avatar użytkownika
przez Jovita 17 cze 2008, 19:55
Moge wreszcie napisac ze ciesze sie zyciem :D :D mam nadzieje ze juz na zawsze , to byla ciezka droga i wiele skomplikowanych zakretow ale wystarczylo wybrac ta prosta sciezke ktora dopiero teraz odnalazłam i wreszcie czuje ze zyje. Mam nadzieje ze coraz wiecej osob bedzie moglo sie tutaj podzielic takimi nowinami ;)
A gdy nastaną deszczowe dni , nauczę się przechodzić między kroplami
Avatar użytkownika
Offline
ExModerator
Posty
1577
Dołączył(a)
22 lip 2007, 20:57
Lokalizacja
Radom

Re: Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

Avatar użytkownika
przez pyzia1 17 cze 2008, 22:30
Jovita, to świetna nowina! oby tak dalej! Powodzenia dla wszyskich zdrowiejących, może kiedyś do Was dołączę. Na razie wciąż czegoś mi brakuje
Wszelkie przywiązanie jest koniec końców źródłem bólu.Szczęśliwi,którzy obywają się bez niego.Samotny nie opłakuje nikogo,nikt też nie płacze nad nim.Niech ten,kto nie chce cierpieć,kto czuje trwogę przed zgryzotą,uwalnia się od ludzi.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
745
Dołączył(a)
15 paź 2007, 10:28

Re: Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

przez calineczka 12 lip 2008, 09:27
Ja też chyba wyzdrowiałam, choć boję się, że to pęknie jak bańka mydlana i spadnę jeszcze szybciej w dół.
Póki co czuję się jakbym obudziła się po kilku latach ze śpiączki. Chciałabym brać życie pełnymi garściami.
Nie boję się już mówić o tym co czuję. Teraz wiem, że tłumienie w sobie emocji i nie mówienie o uczuciach bardzo szkodzi! Ktoś się pogniewa, a potem mu przejdzie.
Najważniejsze, że ja mogę iść spokojnie dalej. Priorytetem jest szacunek i wartość własnego JA!
Najważniejsze to być sobą!
Offline
Posty
40
Dołączył(a)
28 mar 2008, 12:00

Re: Wyzdrowiałem/wyzdrowiałam... :)

przez bedziedobrze212 12 lip 2008, 09:56
Bardzo się cieszę i się pod statnim zdaniem podpisuję! Ja też czuję się w miarę dobrze, choroba mnie dopadla w marcu, jest lipiec i do tej pory w przeciągu tych kilku miesięcy jest najlepiej. I wierzę, że to byla tylko jednorazowa wpadka :D :D :D
Umarlam wiosną. lecz dopiero teraz naprawdę żyję!
Offline
Posty
58
Dołączył(a)
31 maja 2008, 23:34
Lokalizacja
gdzieś za rzeką

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 5 gości

Przeskocz do