Powołanie...?

Forum o nerwicy natręctw: doświadczenia, historie, pytania.

Powołanie...?

Avatar użytkownika
przez refren 29 maja 2016, 00:26
Wydaje mi się, że jeżeli coś budzi strach, niepokój, zamieszanie, to nie pochodzi od Boga. Jeśli Bóg chce do kogoś dotrzeć z powołaniem, to przychodzi w doświadczeniu, które jest budujące, w którym człowiek jest zgodny sam ze sobą i z etapem, na jakim jest w życiu, które wzbudza radość nie lęk.
Jeżeli w związku z "powołaniem"ktoś odczuwa lęk, zamieszanie, to znaczy, że nie jest uzasadnione, żeby się tym kierował. Jeśli coś jest dla kogoś dobre, to do mnie prędzej czy później przyjdzie i tak jako dobro. Jeśli Bóg ma jakiś plan wobec kogoś, to da mu wiele pozytywnych doświadczeń potwierdzających to. Więc jeśli doświadczenie jest niejasne, to można spokojnie odłożyć, odpuścić temat Nie mamy obowiązku kierować się czymś niejasnym, budzącym niepokój, irracjonalnym. Bóg i tak pokieruje naszą drogą tak, jak będzie chciał i prawdziwe powołanie (niekoniecznie do zakonu czy kapłaństwa) do nas na pewno prędzej czy później przyjdzie. Bóg ma nieskończoną ilość możliwości, by kogoś do czegoś przekonać, więc możemy spokojnie sobie żyć odrzucając/zawieszając to, co nas niepokoi.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3253
Dołączył(a)
05 sty 2013, 20:12

Powołanie...?

przez Adziulka 29 maja 2016, 10:19
Najgorsze jest to ze w niektórych momentach juz sobie myśle ze pójdę do tego zakonu i wtedy to minie i bede szczęśliwa. Ale myśl ze miałabym zostawić mojego chłopaka, rodzine i wszystko doprowadza mnie do szału. Zreszta chyba z takim myśleniem i tak nie przyjęli by mnie do zakonu bo gdzies czytałam ze jak ktos tam idzie zeby rozwiązać swoje problemy to ze to nie jest powołanie i nic z tego nie bedzie, wiec w sumie to tylko potwierdza to ze to nie jest powołanie bo nie chciałabym tam isc dla Boga i dla siebie tylko po to zeby pozbyć sie tych chorych myśli.
Offline
Posty
17
Dołączył(a)
17 maja 2016, 13:30

Powołanie...?

przez Kasiula93 30 maja 2016, 23:28
Jak tam czytam po raz setny ten temat na forum to mam wrażenie, że my wszyscy (chodzi mi o tych, którzy przeżywają nerwicę) mamy kompletnie zniekształcony obraz Boga i powołania. NIe wiem jak Wy ale na samo słowo "powołanie" już normalnie mam ochotę krzyczeć. Mam dość samego tego słowa. Bierzemy powołanie za coś magicznego, coś co jest prawie jak na śmierć i życie. Kurczę, też się zmagam z tym lękiem, może juz nie tak bardzo jak kiedyś ale tego czego jestem pewna to tego, że nie zrobie tego czego chce ode mnie lęk. Plan Boży to jest przede wszystkim to Zbawienie człowieka, życie wieczne. A droga którą dojdziemy do tego, droga miłości to już nasza totalna inwencja twórcza. I jeśli ona nie bęzie przeczyć naszemu sumieniu, pragnieniu, 10 przykazaniom to jak ma się Bogu nie podobać? Boga myśli nie są nad myślami naszymi, a drogi nasze, drogami Bożymi! Ja np. bardzo często mówię, że jestem z powołania kelnerką. Bo tak czuję i w tym czuje się dobrze, choć mega nie wdzięczna praca ale cieszy mnie to w cholere. Jak mówimy o powołaniu to często od razu myślimy zakon, ksiądz itp, A tak naprawdę każdy stan w naszym życiu można nazwać powołaniem: lekarz, nauczyciel, księgowy itd. I kto z was wybiera zawód w którym pracuje, bądź kierunek studiów? Bóg czy Ty? To kto tym bardziej ma wybrać to jakie życie będziesz prowadził? Bóg czy Ty? Wybór należy do Ciebie. Bóg daje tylko możliwosći. POdaje plan A - Ty wybierasz bądź odrzucasz. Podaje wtedy plan B itd......jeśli dojdzie do odstatniej literki alfabetu a Ty nadal nie umiesz wybrać to wymyśli nową żeby Cię doprowadzić do Zbawienia. Jeśli nie jest to oczywiście grzech, czy coś co kompletnie ma Cię nie prowadzić do Zbawienia i nie jest przepełnione miłością to Bóg w tym pobłogosławi. Tyle razy tu już było pisane, że chce być mężem, żoną itd. Zresztą ja też to pisałam. No to kurcze każdy z nas wie co chce i zna swoje myśli i może do tego dążyć. A powstrzymuje nas jedynie psychika i błędne koło myślenia. Nie mówię, że jest idealnie i że lęki minęły na stałe i nie wracają, są momenty w którym gdzieś to do mnie wraca ale staram się tym nie przejmować. Zawsze chciałam być w Małżeństwie i nigdy mnie ta myśl nie przerażała a wręcz przeciwnie - cieszyła i nadal cieszy! Czuję, że jak będę mieć dzieci i męża i będe miała o kogo się troszczyć to będę spełniona jako ja i jako kobieta. I to jest coś do czego dążę i jestem w stanie zaryzykować swoje życie, poświęcić siebie dla kogoś, uszczęśliwiać kogoś i walczyć o to czego pragnę. A co najważniejsze, żę wiem, że własnie wtedy będę mogła dopiero tak naprawdę Kochać Bożą Miłością. Mam nadzieję, że żadnych cherezji/ herezji (nie chce mi się sprawdzać poprawności tego słowa) tutaj nie piszę, to jest to co myśle, wnioski z kilku miesięcy, godzinnych przemyśleń.
Offline
Posty
14
Dołączył(a)
29 sty 2016, 18:34

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Powołanie...?

przez Adziulka 04 cze 2016, 12:07
Najgorsze jest to ze jak juz jest lepiej i w miarę sie trzymam to potem przychodzi jakaś rzecz która totalnie wybija mnie z równowagi. Pracuje w centrum miasta przy samej ulicy gdzie jeżdżą tramwaje i jak zobacze tam jakaś zakonnice to mnie rozwala. A widzę ich dosyć dużo i sobie przybieram ze to jest znak mojego powołania. Mam dość juz tego wiecznego stresu, ze jak włączę telewizje to bedzie tam zakonnica, ze pójdę na zakupy i tam tez jakaś spotkam. I często je widzę przyznaje. Ale tak samo często widzę kobiety w ciąży, pary i małżeństwa. Z jednej strony wiem ze jak sie zwraca na cos uwagę to sie to widzi wszędzie i ja np widzę panią w długiej spodnicy i sie oglądam za nia czy to przypadkiem nie jest zakonnica. Brzmi to komicznie ale wydaje mi sie ze przez to częste widywanie zakonnic Pan Bóg chce mi cos powiedziec.... Ze mnie chce do zakonu. A ja tego cholernie nie chce... Jedyne co mnie trzyma to to ze nie tylko ja mam taki problem. Niemożliwe zeby Pan Bóg nas wszystkich w ten sam chory sposob powoływał. Nie wierze ze to tak działa ale jednocześnie sie boje. Mimo wszystko jakoś lepiej sobie radzę i są dni kiedy jest juz prawie idealnie ale potem przychodzi taki dzień kiedy mam wrażenie wszystko wraca do stanu pierwotnego i znowu musze zaczynać swoją walkę od początku. Tez tak macie?
Offline
Posty
17
Dołączył(a)
17 maja 2016, 13:30

Powołanie...?

przez Kasiula93 05 cze 2016, 20:53
Adziulka napisał(a):Najgorsze jest to ze jak juz jest lepiej i w miarę sie trzymam to potem przychodzi jakaś rzecz która totalnie wybija mnie z równowagi. Pracuje w centrum miasta przy samej ulicy gdzie jeżdżą tramwaje i jak zobacze tam jakaś zakonnice to mnie rozwala. A widzę ich dosyć dużo i sobie przybieram ze to jest znak mojego powołania. Mam dość juz tego wiecznego stresu, ze jak włączę telewizje to bedzie tam zakonnica, ze pójdę na zakupy i tam tez jakaś spotkam. I często je widzę przyznaje. Ale tak samo często widzę kobiety w ciąży, pary i małżeństwa. Z jednej strony wiem ze jak sie zwraca na cos uwagę to sie to widzi wszędzie i ja np widzę panią w długiej spodnicy i sie oglądam za nia czy to przypadkiem nie jest zakonnica. Brzmi to komicznie ale wydaje mi sie ze przez to częste widywanie zakonnic Pan Bóg chce mi cos powiedziec.... Ze mnie chce do zakonu. A ja tego cholernie nie chce... Jedyne co mnie trzyma to to ze nie tylko ja mam taki problem. Niemożliwe zeby Pan Bóg nas wszystkich w ten sam chory sposob powoływał. Nie wierze ze to tak działa ale jednocześnie sie boje. Mimo wszystko jakoś lepiej sobie radzę i są dni kiedy jest juz prawie idealnie ale potem przychodzi taki dzień kiedy mam wrażenie wszystko wraca do stanu pierwotnego i znowu musze zaczynać swoją walkę od początku. Tez tak macie?


Andziulka ja również mijam codziennie dużo zakonnic bo też mieszkam w dużym mieście, i uwierz mi ale wszyscy spotykamy te osoby tylko Ty żyjąc w nerwicy i tkwiąc ciągle w tym samym temacie po prostu bardziej zwracasz uwagę na otoczeniu, a tym bardziej właśnie na takich osobach. Nie bierz tego do siebie, bo serio każdy tak ma :) I dobrze, że zauważyłaś, że również widujesz Małżeństwa :D A może to jest znak? I tu właśnie jest troche ironiczna sytuacja, bo w takim razie co jest "znakiem"? Po raz kolejny, powołanie jest WYBOREM. I nie ma tutaj żadnej autosugestii. Też tak miałam możesz nmi wierzyć, z resztą cały czas mam dziwne uczucie mijając takie osoby na ulicy. Także na spokojnie :) To nie jest znak :)
Offline
Posty
14
Dołączył(a)
29 sty 2016, 18:34

Powołanie...?

przez Adziulka 07 cze 2016, 09:39
Ja jestem jakaś nienormalna... Teraz mam fazę ze wydaje mi sie ze tego chce, ze oszukuje siebie i wszystkich dookoła a tak na prawdę tego chce i nawet ta myśl mnie tak bardzo nie przeraża nie wiem dlaczego. Moze dlatego ze gdzies w głębi serca wiem ze to tylko nerwica? Czy po prostu jednak odkrywam powołanie? Mam taki mętlik w głowie ze mam dość juz tego wszystkiego. Czuje sie nie fair w stosunku do mojego chlopaka. On tak walczy o mnie a ja co? Mam go zostawić? To jest takie popieprzone. Juz wolałam etap rozpaczy i załamania bo przynajmniej wiedziałam czego chce. Zmienność moich odczuć mnie doprowadza do szału. Zastanawiam sie nad tym czy nie zrobic sobie takiej terapi wstrząsowej i isc do jakiegoś zakonu tak bez zobowiązań na tydzień/dwa zeby sie przekonać jak one żyją i sprawdzić co wtedy bedzie. Z drugiej strony w moim stanie emocjonalnym powinnam sie nawet nad tym nie zastanawiać bo i tak mnie nie przyjmą.
Offline
Posty
17
Dołączył(a)
17 maja 2016, 13:30

Powołanie...?

Avatar użytkownika
przez refren 07 cze 2016, 12:25
Adziulka napisał(a):Najgorsze jest to ze w niektórych momentach juz sobie myśle ze pójdę do tego zakonu i wtedy to minie i bede szczęśliwa.


To tak nie działa. W momencie udręczenia czasem się myśli "zrobię już wszystko, byle tylko to minęło". Tylko że (na szczęście) nie jest się w stanie zrobić tego czegoś absurdalnego, bo to nie jest autentyczne i gdy tylko minąłby "przymus" w postaci lęku, to znowu tego nie będziemy chcieć. Nie da się zrobić czegoś wbrew sobie. Nawet jak się na to coś niby zgadzasz, to wiesz, że to nie jest autentyczne i że jak tylko się da, to znowu będziesz chciała od tego uciec i też nie ma spokoju.
Przy mojej pierwszej obsesji mocno odjechałam i w końcu próbowałam zrobić to, do czego odczuwałam przymus. Wyszły z tego tylko gorsze komplikacje i zaostrzenie objawów. W dodatku wplątałam w to drugą osobę, której zrobiłam krzywdę. Nie można być odpowiedzialnym działając nieracjonalnie, to przynosi tylko szkody.

Mi pomaga zasada: jeśli coś budzi niepokój, odkładam. Bo od razu widać, że coś idzie nie tak. To co dobre i ma sens i tak do mnie powróci, tylko że będę to odczuwała jako dobre i mające sens. Stan niepokoju, przymusu narusza moją wolność, zaburza, do niczego nie prowadzi, więc jest zły i nie można go pogłębiać. Nie tak człowiek został stworzony, by budować sens na bezsensie i przymusie, ale tak, żeby żyć w sposób wolny i autentyczny - i wtedy jest zdrowy, bo to naturalny dla niego stan. Więc trzeba do tego stanu wrócić, odrzucając zamieszanie.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3253
Dołączył(a)
05 sty 2013, 20:12

Powołanie...?

Avatar użytkownika
przez Michellea 07 cze 2016, 13:06
Adziulka napisał(a):Teraz mam fazę ze wydaje mi sie ze tego chce, ze oszukuje siebie i wszystkich dookoła a tak na prawdę tego chce i nawet ta myśl mnie tak bardzo nie przeraża nie wiem dlaczego.

Też tak miałam.

Zastanawiam sie nad tym czy nie zrobic sobie takiej terapi wstrząsowej i isc do jakiegoś zakonu tak bez zobowiązań na tydzień/dwa zeby sie przekonać jak one żyją i sprawdzić co wtedy bedzie. Z drugiej strony w moim stanie emocjonalnym powinnam sie nawet nad tym nie zastanawiać bo i tak mnie nie przyjmą.

Nie rób tego, bo tylko sobie nakręcisz bardziej ten lęk.

refren napisał(a):Mi pomaga zasada: jeśli coś budzi niepokój, odkładam. Bo od razu widać, że coś idzie nie tak.

A jaką zasadę przyjąć w przypadku gdy kiedyś coś budziło niepokój (nawet na granicy paniki), a teraz zero niepokoju, tylko poczucie, że te myśli są złe?
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2154
Dołączył(a)
04 sty 2016, 14:11
Lokalizacja
Warszawa

Powołanie...?

przez Adziulka 08 cze 2016, 09:38
Dla mnie najgorsze jest to ze jak juz zaczynam ignorować te myśli i jak one przychodzą to nie tworzą takiego strachu paniki itd to ja zaczynam to rozkminiac ze skoro juz tego nie ma to moze jednak to jest powołanie, ale gdzies z tylu głowy odzywa sie ciagle głos ze nie, ze nie ma takiej opcji. Gdzie zakon i ja potem sie nakręcam i wracam do punktu wyjścia. I mnie rozwala myśl ze myśl o zakonie mnie nie przeraża bo przecież powinna a jeśli nie to mam powołanie. Tak sie przyzwyczaiłam do tego strachu przed powołaniem ze teraz jak sie tego nie boje to mam myśl ze moze jednak to jest powołanie skoro przestaje sie bać.
Offline
Posty
17
Dołączył(a)
17 maja 2016, 13:30

Powołanie...?

Avatar użytkownika
przez Michellea 08 cze 2016, 12:44
Tak to jest. A potem chcesz się bać. Jak już zaczniesz to znowu chcesz żyć bez strachu. Ile ja się namęczyłam takimi rozkminami dlaczego się nie boję. Zresztą nadal się czasem męczę. Może dlatego, że wydaje mi się, że gdy się boję to jestem lepszą osobą :/
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2154
Dołączył(a)
04 sty 2016, 14:11
Lokalizacja
Warszawa

Powołanie...?

przez Kasiula93 08 cze 2016, 12:55
Andziulka...masz totalne zagmatwanie w myślach....ja w nich wogóle nie widzę Twojego wyboru. Nie musisz się przecież na nic decydować już teraz., a zwałszcza jeśli masz właśnie takie myśli. Za powołaniem idzie konkret. Tak ja np. Ja chce być w Małżeństwie, mam chłopaka, kocham go i chce założyć z nim rodzinę, planujemy to i dążymy do tego. To jest konkret. Za powołaniem do zakonu też na pewno idzie konkret, związany z głęboką modlitwą, pragnieniem oddania się Bogu itd. Same myśli to naprawdę nic nie znaczą! Nie zawsze robimy to co pomyślimy. Po za tym kurcze, Bóg Cię kocha i nie ważne co wybierzesz, czy co bęziesz robić w życiu (o ile to jest dobre) to Bóg będzie z tym okey. Zajęło mi naprawdę sporo czasu żeby do tego dojść, ale zrozumiałam, że to jest moja decyzja i wiara (Bóg) kompletnie nie przeszkadza mi w tym, żebym była w Małżeństwie, ba - Bóg w tym błogosławi. Najważniejsze jest być dobrym człowiekiem, kochać, pomagać. Gdzieś tam czasem ten lęk jest i myśli wracają, ale nie boję się już ich i żyje dalej. Także na prawdę, więcej luzu, jak przestaniesz tak obsesyjnie nad tym myśleć to na prawdę inaczej na to spojrzysz. Zaznaczam, że większość rzeczy o których pisałam też przechodziłam i na prawdę da się z tego wyjść - jeśli się chce :)
Offline
Posty
14
Dołączył(a)
29 sty 2016, 18:34

Powołanie...?

przez Adziulka 10 cze 2016, 09:09
Ogólnie to wyglada w 99% tak jak napisałeś Edward. Do tego dochodzą jeszcze jakieś głupie myśli np jak jem głupie lody, albo słucham mojej ulubionej piosenkarki która przecież jest ILUMINATI to mam wyrzuty sumienia, ze przecież jak bede zakonnica to nie bede miała takich przyjemności i ze nie powinnam tego robić. Mniej więcej tak to wyglada z każda rzeczą która lubię robic/jeść/oglądać/itd. Wydaje mi sie jakby każda przyjemność która sobie chce sprawić była karcona przez Boga, bo przecież moja ulubiona muzyka jest szatanska, imprezy i alkohol są zle i wszystko dookoła jest zle. Nawet dziewczyny z pracy które nie są swietoszkami i je lubię. A przez to ze je lubie to robię zle.
Mimo wszystko czasem jak sie uspokoję i zobacze jak to wszystko wyglada z boku.... To normalnie pożal sie Boże. Nie wierze ze tak wyglada powołanie. Tylko potem znowu mam myślenie, ze gdybym była związana z Bogiem bardziej i byłabym lepszym chrześcijaninem to polecialabym na palcach do niego i ze sama sobie funduje to wszystko bo jestem nie pokorna wobec niego i tak na prawdę mam powołanie ale go nie przyjmuje i przez to grzeszę. Tylko tutaj znowu mam obraz powołania jako jakiejś super mocy która jest niezależnie od nas i my nie mamy na nia wpływu i w tym wszystkim sie nie liczymy. Pisał juz tutaj ktos o tym, wydaje mi sie nawet ze Ty Edward, ale nie jestem pewna. Ale przecież powołanie polega na tym (podobno) ze sie chce cos robic i robi to z zamiłowaniem wiec jedno wyklucza drugie.
Offline
Posty
17
Dołączył(a)
17 maja 2016, 13:30

Powołanie...?

przez Kasiula93 10 cze 2016, 10:57
[q[*]uote="Edward27"]Kasiula musisz zrozumieć Adziulke bo tak jak pisałem lęk może nieźle namieszać w emocjach i odczuciach. Prawie każdy tak się zachowuje jak lęk zaczyna działać. Człowiek zaczyna się zachowywać jak sarna postrzelona w dupe. Sorry za porównanie, ale coś w tym jest. :) To nie są nawet moje słowa, ale kilku specjalistów do których chodziłem. Ty, ja, Adziulka i reszta ludzi tutaj przeżywali podobnie te straszne myśli. Ja od tych myśli, impulsów (niby przymusowe chcenie, ale tak naprawdę niechcenie, czyli to co Ty przeżywasz) przekręciłbym się, bo bardzo schudłem oraz chciałem (poważnie rozmyślałem) nad samobójstwem bo stwierdziłem, że jeśli coś mi jest pisane na siłę to bardziej wolę skończyć ze sobą niż służyć jakiemuś "Bogu". Dodatkowo te myśli odsunęły mnie całkowicie od kościoła i Boga. Kiedyś wierzyłem teraz w 100% nie wierzę bo w co? W coś co mnie zmusza na siłę do czegoś? Głupie myślenie, ale tak mam i wiem czego chce (małżeństwa), a to czasowe przymusowe chcenie to tylko wynik stanu lękowego i nic więcej.


Edward27 no oczywiście, że rozumiem Andziulkę. W końcu sama przez to przechodziłam i na prawdę nikomu nie życzę takiej nerwicy. Teraz te wszystkie myśli, całe to zagmatwanie wydaje mi się być straszną abstrakcją. Ty piszesz bardziej ze strony psychologicznej, ponieważ masz wiedzę od psychologów, którą Ci dali, ja jednak nie poszłam do żadnego i pisze z własnego doświadczenia i tego jak z tego wyszłam, a właściwie jakim myśleniem z tego wyszłam :) Także jeśli moje wypowiedzi nie wydają się empatyczne to zupełnie nie miałam takiego zamiaru.

Andziulka to co piszesz o różnych zachowaniach, to że np. idziesz na impreze, pijesz alkohol i czujesz się z tym źle bo przecież nie powinnaś....miałam to samo ;/ jakbym czytała siebie na prawdę! A to jest jeden z przykładów tak na prawdę, bo cały dzień można się zadręczać w przeróżnych (normalnych) sytuacjach. Najgorsze chyba jest to, że myśląc w kółko o jednym i tym samym, obsesyjnie można by powiedzieć, to zapomina się o wszystkim innym i dzień w dzień przeżywać tą samą mantrę ;/ Andziulka a czy rozmawiałaś z kimś o tym? Z jakimś księdzem? Byłaś u psychologa? Co do Księży to oczywiście wiem, że trzeba uważać i iść do rzeczywiście zaufanego, bo niestety nie każdy jest w stanie zrozumieć nerwicę ;/
Offline
Posty
14
Dołączył(a)
29 sty 2016, 18:34

Powołanie...?

przez Adziulka 10 cze 2016, 11:23
Tak, dużo rozmawiałam ze znajomym księdzem i on starał sie mi pomoc. Mówił ze to raczej tak nie wygląda i ze póki co nie ma przesłanek o tym zeby tak sadzić w sensie ze mam powołanie i ze mam odkładać te myśli bo to jest tylko w mojej głowie. Tak samo taki pan który bardzo sie udziela przy kościele mi powiedział ze na tyle ile zna mnie i Boga to uważa ze to nie pochodzi od niego, bo Bóg nikogo nie chce tak męczyć. Byłam u pani psycholog raz ale jakoś nie przypadła mi do gustu. Powiedziała ze wg niej sama sobie odbieram radość z życia i ze te myśli o zakonie są tylko oznaka moich wewnętrznych innych problemów. Ale ja chyba oczekiwałam od niej ze powie mi na sto procent ze nie mam powołania... Tak samo od tego księdza. Ale oni oboje powiedzieli mi ze nikt za mnie nie odpowie na to pytanie. Oni mogą tylko pomoc no i mówią co o tym sadza ale mnie meczy to ze nie odpowiedzą na sto procent ze nie mam powołania. Chociaż z drugiej strony tez cieżko po 1 wizycie cos stwierdzić i brać taka odpowiedzialność. Ja we wszystkim sie doszukuje tego ze moze jednak... Tak samo razem z tym znajomym księdzem pojechałam do sióstr zakonnych bo on powiedział ze moze mnie to przekona ze jednak nie i wgl. Ale miałam tylko większy mętlik w głowie bo w sumie nie czułam nic takiego mega odpychającego ale tez nie byłam zadowolona ze tam jestem. No i teraz jak o tym pisze to juz mam 'zawal' ze skoro tak zle sie tam nie czułam to moze jednak cos w tym jest i juz mam płacz na koncu nosa i ze wgl tam poszłam to moze cos znaczy...
Offline
Posty
17
Dołączył(a)
17 maja 2016, 13:30

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości

Przeskocz do