Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
xyz1234

Moje życie już dawno się skończyło.

Rekomendowane odpowiedzi

Cześć @xyz1234,

4 godziny temu, xyz1234 napisał:

Nie mam już siły, planuję w przyszłym tygodniu powtórkę z rozrywki, z tym że z o wiele wyższego piętra i w środku nocy, żeby tym razem nikt nie pokrzyżował mi planów.

Chciałbym żebyś żyła:) 

4 godziny temu, xyz1234 napisał:

Z brakiem poczucia własnej wartości.

Z przeświadczeniem że zmarnowałam swoje życie.

Z przekonaniem, że już nigdy nie będzie dobrze.

Z poczuciem, że jestem ciężarem dla bliskich i wszystkim wyjdzie tylko na dobre, jak w końcu moje życie się zakończy.

Z bezradnością, brakiem nadziei, wstydem.

I tak mogę wymieniać bez końca.

Zmagam się z podobnymi problemami. Pozwolę sobie na kilka słów o sobie. Mieszkam w wynajmowanym mieszkaniu  (pokój z kuchnia mniej niż 30m2) z wychodkiem oraz piecykiem (do ogrzewania mieszkania) z bratem i mamą. Od lat nie podejmuje pracy. Żyjemy w skromnych warunkach. Leczę się od około 3 lat (z przerwami). Spotkania z psychologami i psychiatrami nie przynoszą poprawy. Mój brat również chory. Psychiatra rozpoznał zaburzenia depresyjne a u mnie specyficzne zaburzenia osobowości. Mimo to staram się poprawić moją sytuację:)

4 godziny temu, xyz1234 napisał:

W sumie nie wiem po co tu napisałam.

Chce Ci pomóc. Masz ochotę na prywatną rozmowę?:)

4 godziny temu, xyz1234 napisał:

Chyba po to, żeby kiedyś moi bliscy to znaleźli, wiedzieli jak bardzo ciężko mi było i że nie mogli już nic zrobić.

Rozmawiałaś z mamą o tym co czujesz?

2 godziny temu, xyz1234 napisał:

Opadło mi wszystko, zwątpiłam w cały ten system, pogodziłam się z tym, że widocznie już nigdy nie będę "normalna" i mam dosyć życia od specjalisty do specjalisty, którzy przeczą sobie wzajemnie.

Mam podobne odczucia. Staram się pogodzić z tym, że nigdy w pełni nie wyzdrowieje. 

2 godziny temu, xyz1234 napisał:

I teraz pytanie- serio mam wierzyć, że ktoś jeszcze chce i jest w stanie mi pomóc?

Ja chce Ci pomóc:)

Godzinę temu, xyz1234 napisał:

@FoxM, to może ja przedstawię to z mojego "chorego" punktu widzenia?

Ja naprawdę uważam, że moim bliskim będzie lepiej, kiedy mnie nie będzie. 

Mama sprzeda moje mieszkanie i auto- mocno podreperuje budżet finansowy.

Narzeczony ma ostatnią szansę jeszcze kogoś poznać, ułożyć sobie normalnie życie, a na pewno na to zasługuje.

Kiedy leżę całymi dniami i nie mam siły na nic, to wtedy nie cierpią?

Kiedy codziennie płaczę z bezsilności- nie cierpią?

Mam 34 lata i nigdy nie miałem kontaktu fizycznego z kobietą. Wstydzę się o tym pisać. Ale może to pomoże Ci dostrzec pewne pozytywne aspekty twojego życia:) 

 

Pozdrawiam i miłego dnia/wieczoru:)

johnn

 

PS 1. Jestem matematykiem. Twój nick zwrócił moją uwagę:) Podoba mi się:)  

PS 2. Przepraszam, że to piszę w takim miejscu ale wydajesz się atrakcyjną kobietą (na podstawie zdjęć z artykułu przywołanego przez Ciebie w jednym z wpisów powyżej) 🙂

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@xyz1234 chyba przyzwyczaiłeś/ aś się do użalania się nad sobą? Wykorzystaj tę resztkę siły, którą masz i ogarnij leczenie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Depresja to choroba bardzo powazna i potencjalnie smiertelna, dtalego nie wolno jej lekcewazyc. Ale sa pewne "ale". To choroba jak kazda inna. Czyli - wymagajaca leczenia. Kazda choroba ma wieksze szanse wyleczenia, jesli pacjent traktuje swoj stan powaznie i chce sie leczyc - stosuje sie do zalecen, bierze leki, nie unika wizyt w szpitalach lub przychodniach, jesli sa konieczne. Ciezko byloby wyleczyc pacjenta z rakiem, jesli ten by mowil, ze nie chce isc do szpitala, bo nie podoba mu sie, ze tam go zle traktuja (zapewniam Cie, ze pacjentow onkologicznych tez traktuje sie zle, moja znajoma z rakiem pluc uslyszala, ze ma sie szykowac do grobu, ze nie ma srodkow, zeby ja leczyc, ze ma nie narzekac i czekac na swoja kolej itd), albo jakby pacjent nie chcial brac chemii, bo ma skutki uboczne. Rozumiem, ze nie masz ochoty byc w szpitalu i ze warunki tam wcale nie sa optymalne, bo naprawde nie sa. Rozumiem tez, ze moze nie masz ochoty brac lekow, bo leki stosowane w psychiatrii maja czesto nieprzyjemne skutki uboczne. Ale walczysz o zycie i rowniez od Ciebie zalezy, czy sie wyleczysz czy nie. Byc moze leczenie, jego przebieg, ludzie, ktorych spotkasz w sluzbie zdrowia, zastosowane leki, nie beda przyjemne. Ale walczysz o swoje zycie i zeby wygrac, musisz byc gotowa na takie poswiecenia. W depresji jest o tyle trudniej, ze pacjent nie ma woli zycia. Jak ktos ma raka, znosi zle traktowanie w szpitalach, wymiotuje po chemioterapii, traci wlosy, staje sie zalezny od inncyh, wszystko go boli, ale leczy sie, bo chce zyc. Pacjent depresyjny nie chce zyc, wiec jego leczenie jest bardzo trudne, bo to troche tak, ze inni (bliscy, lekarze) musza wrecz wymuszac na pacjencie wspolprace. I tutaj mysle, ze zrozumienie musi isc w dwie strony. Osoba z rakiem nie rozumie Ciebie, jak to jest, ze jestes zdrowa fizycznie, ale nie doceniasz tego? A ta osoba chora na raka bardzo chce zyc, ale umiera, bo jest fizycznie chora. Ty nie zroumiesz jej, a ona nie zrozumie Ciebie. Ale dobrze jest zrozumiec, ze Wasza sytuacja niewiele sie rozni. Obie jestescie chore i wymagacie nieprzyjemnego leczenia. Twoje podejscie do swiata, samopoczucie, brak checi zycia, to tak naprawde tylko objaw choroby, na ktora cierpisz. Nie jest to realny obraz swiata, nie jest to obiektywna prawda. Jesli znajdziesz jednak w sobie samozaparcie, zeby sie leczyc, to masz szanse na to, ze te objawy przjeda. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Godzinę temu, minou napisał:

Depresja to choroba bardzo powazna i potencjalnie smiertelna, dtalego nie wolno jej lekcewazyc. Ale sa pewne "ale". To choroba jak kazda inna. Czyli - wymagajaca leczenia. Kazda choroba ma wieksze szanse wyleczenia, jesli pacjent traktuje swoj stan powaznie i chce sie leczyc - stosuje sie do zalecen, bierze leki, nie unika wizyt w szpitalach lub przychodniach, jesli sa konieczne. Ciezko byloby wyleczyc pacjenta z rakiem, jesli ten by mowil, ze nie chce isc do szpitala, bo nie podoba mu sie, ze tam go zle traktuja (zapewniam Cie, ze pacjentow onkologicznych tez traktuje sie zle, moja znajoma z rakiem pluc uslyszala, ze ma sie szykowac do grobu, ze nie ma srodkow, zeby ja leczyc, ze ma nie narzekac i czekac na swoja kolej itd), albo jakby pacjent nie chcial brac chemii, bo ma skutki uboczne. Rozumiem, ze nie masz ochoty byc w szpitalu i ze warunki tam wcale nie sa optymalne, bo naprawde nie sa. Rozumiem tez, ze moze nie masz ochoty brac lekow, bo leki stosowane w psychiatrii maja czesto nieprzyjemne skutki uboczne. Ale walczysz o zycie i rowniez od Ciebie zalezy, czy sie wyleczysz czy nie. Byc moze leczenie, jego przebieg, ludzie, ktorych spotkasz w sluzbie zdrowia, zastosowane leki, nie beda przyjemne. Ale walczysz o swoje zycie i zeby wygrac, musisz byc gotowa na takie poswiecenia. W depresji jest o tyle trudniej, ze pacjent nie ma woli zycia. Jak ktos ma raka, znosi zle traktowanie w szpitalach, wymiotuje po chemioterapii, traci wlosy, staje sie zalezny od inncyh, wszystko go boli, ale leczy sie, bo chce zyc. Pacjent depresyjny nie chce zyc, wiec jego leczenie jest bardzo trudne, bo to troche tak, ze inni (bliscy, lekarze) musza wrecz wymuszac na pacjencie wspolprace. I tutaj mysle, ze zrozumienie musi isc w dwie strony. Osoba z rakiem nie rozumie Ciebie, jak to jest, ze jestes zdrowa fizycznie, ale nie doceniasz tego? A ta osoba chora na raka bardzo chce zyc, ale umiera, bo jest fizycznie chora. Ty nie zroumiesz jej, a ona nie zrozumie Ciebie. Ale dobrze jest zrozumiec, ze Wasza sytuacja niewiele sie rozni. Obie jestescie chore i wymagacie nieprzyjemnego leczenia. Twoje podejscie do swiata, samopoczucie, brak checi zycia, to tak naprawde tylko objaw choroby, na ktora cierpisz. Nie jest to realny obraz swiata, nie jest to obiektywna prawda. Jesli znajdziesz jednak w sobie samozaparcie, zeby sie leczyc, to masz szanse na to, ze te objawy przjeda. 

Dobrze napisane, masz rację. Żadna strona nie zrozumie tej drugiej, dopóki sama nie znajdzie się na jej miejscu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Godzinę temu, z o.o. napisał:

@xyz1234 chyba przyzwyczaiłeś/ aś się do użalania się nad sobą? Wykorzystaj tę resztkę siły, którą masz i ogarnij leczenie.

 

Tak, przywykłam do użalania się nad sobą, dlatego właśnie postanowiłam pozwisać sobie z ósmego piętra. I szczerze? 

Cholernie żałuję, że już wtedy się nie udało.

Gdybym mieszkała w wieżowcu, to zrobiłabym to samo nawet w tym momencie.

Leczę się od 2012, jeśli nie doczytałeś/aś i po prostu nie mam już ku*** siły.

Pozdawiam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
7 godzin temu, xyz1234 napisał:

Leczę się od 2012, jeśli nie doczytałeś/aś i po prostu nie mam już ku*** siły.

 

Czasami pomoc i rozwiązania przychodzą w najmniej spodziewanych momentach. Wiem, że to trudne, ale - cierpliwości! 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A jest jeszcze coś, co jest w stanie pomóc?

Pamiętam dzień, kiedy ostatnio czułam się szczęśliwa... w maju 2014 roku.

W 2015 już jadłam obiad w knajpie na 40. piętrze. Zepsuła im się klimatyzacja więc otworzyli okna (to nie była Polska, ani nawet Europa). Pierwsza myśl?

"Idealna okazja żeby się zabić".

Czy normalni ludzie tak reagują na widok otwartego okna? Myśli samobójcze chodzą za mną cały czas.

NIC nie sprawia mi nawet odrobiny radości. Czytałam jakieś badania, że 83% samobójców nie było w związkach, w chwili targnięcia się na życie. To moja głowa musi być naprawdę poryta, bo mam partnera od ponad 10 lat. Miesiąc temu dostałam pierścionek zaręczynowy.

Co wtedy poczułam? Nic, kompletnie nic.

Nawet takie wydarzenia i fakt, że ktoś chce się ze mną ożenić, pomimo mojego chorego łba nie potrafią sprawić, żebym odczuwała szczęście.

Nie chcę tak dłużej żyć...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
4 godziny temu, wyjdz_do_ludzi_pobiegaj napisał:

 

Czasami pomoc i rozwiązania przychodzą w najmniej spodziewanych momentach. Wiem, że to trudne, ale - cierpliwości! 

Czytałam trochę Twoich postów.

Przede wszystkim tych, kiedy już było dobrze.

Szok, że można przejść taką odmianę.

Moje gratulacje :)

Poczułam się trochę jak wtedy, kiedy wg psychoterapeuty byłam "naćpana" Wenlafaksyną.

Mogę zapytać jakie leki brałaś? 

Na mnie psychiatrzy od dawna już nie mają żadnego pomysłu- często dostaję to, co sama zasugeruję :|

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
13 minut temu, xyz1234 napisał:

Mogę zapytać jakie leki brałaś? 

Na mnie psychiatrzy od dawna już nie mają żadnego pomysłu- często dostaję to, co sama zasugeruję 😐

 słabi psychiatrzy raczej , odpierdalają schematy 

 jest tyle kombinacji , tyle leków ( których za loże się nawet na oczy nie widziałaś ) 

 A co do tej pory brałaś ?

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
28 minut temu, xyz1234 napisał:

Na mnie psychiatrzy od dawna już nie mają żadnego pomysłu- często dostaję to, co sama zasugeruję 😐

W takim razie to dupy wołowe, a nie psychiatrzy :roll:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
39 minut temu, xyz1234 napisał:

Mogę zapytać jakie leki brałaś? 

 

Asertin, Apoescitaxin i coś tam jeszcze, w połączeniu z różnymi nasennymi (beznadziejnie lub w ogóle nie sypiałam w najgorszym czasie i to było niezbędne). Skończyłam na Seronilu, który, choć nie od razu, w końcu zadziałał.

 

45 minut temu, xyz1234 napisał:

Na mnie psychiatrzy od dawna już nie mają żadnego pomysłu- często dostaję to, co sama zasugeruję 😐

 

Podzielam opinię @Heledore, że to dupy wołowe. Z lekami trzeba kombinować, bo na każdego działają inaczej i to psychiatra jest od tego, żeby je dobrać. Widzisz, ja po Seronilu dostałam kopa i byłam jak króliczek z reklamy Duracell, z tą różnicą, że moimi bateriami były piguły, a wiem, że są ludzie, którzy są po nim zamuleni. 

 

48 minut temu, xyz1234 napisał:

Szok, że można przejść taką odmianę.

Moje gratulacje 🙂

 

Dziękuję. Cieszę się, że udało mi się wyjść z tego bagna i gorąco wierzę, że i Tobie się uda!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@xyz1234 myślę, że skoro tu piszesz, to pewnie jednak szukasz pomocy 🙂 czy jest coś, co możemy dla Ciebie zrobić?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
1 godzinę temu, xyz1234 napisał:

A jest jeszcze coś, co jest w stanie pomóc?

 

Jest - i przede wszystkim jest to dobrze dobrane leczenie. 

 

Prawda jest taka, że jest niestety sporo słabych psychiatrów i psychoterapeutów, i całkowicie rozumiem Twoje złe doświadczenia z nimi - nie piszę tego jako pacjent, tylko jako ktoś, kto pracuje w środowisku klinicznym. Jestem terapeutką osób niepełnosprawnych, z psychologią kliniczną i niekliniczną mam sporo wspólnego, i co nieco specjalistów, zawodowo i prywatnie, już poznałam - do niektórych z nich za żadne skarby świata nie wysłałabym żadnego swojego pacjenta, znajomego, najgorszego wroga, gdybym go miała.

 

Ale prawda jest też taka, że jest też sporo specjalistów, którzy autentycznie pomagają, zresztą to, co niektórzy już tu napisali jest tego dowodem. Jestem przekonana, że jest gdzieś jakiś ogarnięty psychiatra, który będzie potrafił Ci pomóc - rozumiem, że jesteś już bardzo zmęczona szukaniem, ale postaraj się jeszcze spróbować.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
19 godzin temu, xyz1234 napisał:

A jest jeszcze coś, co jest w stanie pomóc?

Pamiętam dzień, kiedy ostatnio czułam się szczęśliwa... w maju 2014 roku.

W 2015 już jadłam obiad w knajpie na 40. piętrze. Zepsuła im się klimatyzacja więc otworzyli okna (to nie była Polska, ani nawet Europa). Pierwsza myśl?

"Idealna okazja żeby się zabić".

Czy normalni ludzie tak reagują na widok otwartego okna? Myśli samobójcze chodzą za mną cały czas.

NIC nie sprawia mi nawet odrobiny radości. Czytałam jakieś badania, że 83% samobójców nie było w związkach, w chwili targnięcia się na życie. To moja głowa musi być naprawdę poryta, bo mam partnera od ponad 10 lat. Miesiąc temu dostałam pierścionek zaręczynowy.

Co wtedy poczułam? Nic, kompletnie nic.

Nawet takie wydarzenia i fakt, że ktoś chce się ze mną ożenić, pomimo mojego chorego łba nie potrafią sprawić, żebym odczuwała szczęście.

Nie chcę tak dłużej żyć...

Normalni ludzie tak nie reagują ale ci w ciemnej dolinie tak i nie ma w tym niczego złego. Ja oglądałam rury od gazu czy wytrzymają mój ciężar. Okna tez mnie pociągały. Czytałam o samobójcach szukając inspiracji. Kompletowałam sobie wyprawkę: zbierałam leki, odłożyłam ostry przecinak do żył, mocny długi pasek i płachtę plastikową żeby podłogi nie zachlapać. Bo ktos to będzie myć. Nawet o tym pomyślałam. Wyprawka czeka spokojnie na swoje czasy- o ile nadejdą.

Ja rozumiem. W depresji nie ma związków, jest się całkowicie samotnym i niewrażliwym. Nawet jeśli dla postronnych jest związek to dla depresanta nie ma.

Ty jesteś w tej dobrej sytuacji że jeszcze gadasz o tym i próbujesz zabić się publicznie (okna). Ciągle prosisz.

Cała zabawa w tym, że człowiek w depresji widzi prawdę- życie to cyrk, wszystko jest bez sensu a postać jaką się jest jest bolesną iluzją. To jest prawda na jaką nałożony jest Truman Show, w który większość wierzy jak w rzeczywistość. Tak to widzę. I jak się przestanie szarpać, że trzeba być szczęśliwym (ty piszesz "powinnam czuć coś"), że trzeba żyć, że inni mają tak fajnie, że jest się głupim etc, etc i jak sie podda depresji (nie chodzi o fizyczne samobójstwo ale o uznanie że faktycznie wszystko jest iluzją) to następuje zmiana, przełom. Nagle niczego nie trzeba dźwigać bo trzyma się samo i nie ma znaczenia. Samobójstwo pozostaje opcją, ale też znaczenia nie ma. Nie nadaje się znaczeń. Puszcza się je.

Nie wiem jak to opisać, bo to dziwny stan.

Jest taka książka, dla mnie ważna "Samobójstwo a przemiana psychiczna" Jamesa Hillmana (zresztą Hillman jest na te sprawy dobry, jego Kod duszy np). Pragnienie samobójstwa jest symptomem za którym się idzie. Pragnienie samobójstwa jest pragnieniem psyche do zmiany. Pragnieniem wyzwolenia ze starej skorupy. Jest komunikatem. Mój analityk traktował moje opowieści jao prawdziwe a nie jak "o boże, boże muszę pani leki dać i niech pani o tym na gada bo to straszne" lub "głupoty pani mówi". Po prostu uznał mnie za dorosłą. Wyrażał żal i krytykował samobójstwo jako rozwiązanie ale uznał moje pragnienie za normalną informację z którą się pracuje a nie którą się tłumi.

Paradoksalnie samobójstwo jest pragnieniem postawienia siebie na miejscu priorytetu. To akt najwyższej nieczułości na innych, ogromnego egoizmu, bo samobójca nie chce bawić się już w udawanki jak inni. Wychodzi- to jego akt wolności. To jest paradoks- zabijając się chce postawić Ja na najwyższym poziomie, spełnić swój największy kaprys i przejąć kontrolę. To akt egoizmu, ale znaczący mimo że mówisz że siebie nienawidzisz. Nie nienawidzisz siebie, chcesz siebie pokochać, uznać - w tak paradoksalny sposób- za najważniejszą dla siebie, poza narracjami i oczekiwaniami innych.

Ale to tylko moje doświadczenia i spostrzeżenia, mam nadzieję że Mod ich nie wywali.

Hillman jest w każdym razie dostępny.

Więc tak długo jak masz na to ochotę gadaj o tym, co czujesz, bez autocenzury. Ja rozumiem zarówno i sens samobójstwa i siłę pragnienia.

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@doi

"Cała zabawa w tym, że człowiek w depresji widzi prawdę- życie to cyrk, wszystko jest bez sensu a postać jaką się jest jest bolesną iluzją. To jest prawda na jaką nałożony jest Truman Show, w który większość wierzy jak w rzeczywistość."

 

Ten fragment akurat do mnie przemawia. W momencie najcięższych "rozkmin", 

nawet proces jedzenia i picia wydaje mi się śmieszny i pozbawiony najmniejszego sensu- w końcu i tak wszystko ląduje w toalecie.

 

Co do egoizmu w samobójstwie- nie zamierzam się wypowiadać. Każdy decyduje sam o sobie.

 

Co rozumiesz przez "zaakceptowanie depresji"?

Mam leżeć i czekać na cud? Bo wybacz ale często gęsto zapominam nawet o jedzeniu. Albo zwyczajnie wolę nie jeść, niż wstać i je sobie przygotować. 

Chyba że Ty jesteś w stanie ze swoją depresją jako tako funkcjonować 

 

Dla mnie ten system jest totalnie binarny- albo jestem w stanie "ogarniać" życie, albo pora je wreszcie zakończyć.

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
21 godzin temu, z o.o. napisał:

@xyz1234 myślę, że skoro tu piszesz, to pewnie jednak szukasz pomocy

A jednak- nasze (moje, Twoje i reszty społeczeństwa) domniemania nie zawsze muszą być słuszne. 

 

Czy przed próbą wyskoczenia z okna w maju szukałam tu pomocy?

Nie. Nie zastanowiło Cię to?

Czy prosiłam o pomoc w treści posta?

Nie. 

 

Przyczyna leży zupełnie gdzie indziej i napiszę ją, chociażby po to, żeby rozwiać Twoje wątpliwości. 

Od początku pisałam, że planuję powtórkę na ten tydzień i nie lamentowałam, że zaraz wyskoczę z okna.

Ze swojego mogłabym najwyżej podrapać się o krzaki, może ewentualnie coś złamać, znowu trafić do psychiatryka i to będzie na tyle.

Potrzebuję ogarnąć się fizycznie (żeby nie wzbudzać podejrzeń) i psychicznie (żeby wyszło wiarygodnie), a następnie wynająć apartament na baaardzo wysokim piętrze, wciskając komuś kit że to np. na romantyczną rocznicową kolację z narzeczonym, bo w domu mamy dziecko (nie mamy ^^) i ogólnie przecież widok na całe miasto jest taki piękny. A później posiedzieć tam i zrealizować swój plan w środku nocy, żeby tym razem nikt mnie nie zauważył.

Brzmi jak plan? ^^

 

A piszę tu, bo wszystkie gry na telefonie mi już zbrzydły... 

Amen.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowane)

@xyz1234

43 minuty temu, xyz1234 napisał:

nawet proces jedzenia i picia wydaje mi się śmieszny i pozbawiony najmniejszego sensu- w końcu i tak wszystko ląduje w toalecie.

 

43 minuty temu, xyz1234 napisał:

Co rozumiesz przez "zaakceptowanie depresji"?

Może właśnie to- uznanie absurdu. Skoro jedzenie wydaje ci się śmieszne - czemu się nie śmiejesz? Śmiejesz się?

Hillman pisze o tym lepiej, nie wiem czy "zaakceptowanie" to dobre słowo. Chodzi mi o to by nie tworzyć sobie alternatywnego życia i nie patrzeć w lukę pomiędzy "powinnam" a "jest". Tak czytam co piszesz i widzę że stworzyłaś sobie takie "powinnam" i się za to kopiesz.

Może "wejść w depresję" jest lepsze? - w sensie: zobaczyć jaką niesie informację, jako symptom. Nie masz ochoty pogadać o tym ze specjalistą? 

43 minuty temu, xyz1234 napisał:

Dla mnie ten system jest totalnie binarny- albo jestem w stanie "ogarniać" życie, albo pora je wreszcie zakończyć.

Ale przecież w ten sposób chcesz właśnie ogarnąć? Przecież cały czas ogarniasz ale jest to dalekie od "powinnam" więc się kopiesz. Jedna rzecz mi się skojarzyła jeszcze: jak przed popełnieniem samobójstwa Rothko skaleczył się w palec i starannie się opatrzył. A potem podciął sobie żyły.

Samobójstwo to kwestia przejęcia kontroli. Ja myślałam "przynajmniej jedna rzecz zaplanuję i zrobię porządnie. Wtedy kiedy chcę".

 

Z jakichś powodów nie skoczyłaś z tego okna? (nie jest to bynajmniej zarzut ani zachęta do powtórzenia, tylko prośba o info).  Ta informacja "dlaczego wtedy nie" jest ważna. Co trzymało, co powodowało wahanie? Jaka myśl? U mnie to była ciekawość, jakaś resztka ciekawości co jeszcze ze mnie wypłynie, jakie treści się pokażą na sesji. Myśl że przecież mogę w każdej chwili. W nasilonych myślach S. starałam się rozproszyć (potem do tego wrócę, pomyślę o tym później) lub skupić na zagadnieniach technicznych (ten nóż jest za słaby, tylko się skaleczę).

Ważne było to że się starałam. Deklarowałam chęć odejścia a jednocześnie nie odchodziłam. Ważne zapytać siebie co trzyma mimo deklaracji. Nie jesteśmy monolitami, w nas gadają różne osoby. Teraz taka osoba przez ciebie przemawia, ale są inne. Co one mówią?

 

 

Edytowane przez doi

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
15 minut temu, doi napisał:

 

Może właśnie to- uznanie absurdu. Skoro jedzenie wydaje ci się śmieszne - czemu się nie śmiejesz? Śmiejesz się?

Użyłam złego słowa. Takie przemyślenia uświadamiają mi bezsens życia (w moim mniemaniu), to jak bardzo moje postrzeganie rzeczywistości różni się od poglądów ludzi zdrowych i skłaniają raczej jednak do myśli rezygnacyjnych, niż do śmiechu.

A raczej skłaniały, bo teraz jestem już w takiej d****, że nawet nad tym nie chce mi się dywagować.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
27 minut temu, doi napisał:

 

Z jakichś powodów nie skoczyłaś z tego okna? (nie jest to bynajmniej zarzut ani zachęta do powtórzenia, tylko prośba o info).  Ta informacja "dlaczego wtedy nie" jest ważna. Co trzymało (...)

Tu też nie ma żadnej głębokiej filozofii niestety.

 

Trzymała mnie... straż pożarna (jest napisane w artykule).

Gdybym nie była w stanie upojenia alkoholowego, to moja reakcja zapewne byłaby szybsza, niż ich. Niestety musiałam się znieczulić (lęk wysokości).

Na szczęście już się z niego wyleczyłam wytrwałym siedzeniem na parapecie swojego mieszkania (4. piętro).

Także to był po prostu głupi przypadek, a nie nagła refleksja "jednak chcę żyć" :) 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
10 minut temu, xyz1234 napisał:

Także to był po prostu głupi przypadek, a nie nagła refleksja "jednak chcę żyć" 🙂

 

Jak dla mnie nie ma przypadków. Nieświadome robi swoje i na poziomie świadomego wydaje się że to "przypadek". To ty nie dostrzegasz "głębokiej filozofii". Ona jest.  I to oczywiste- samemu trudno jakoś zgłębić czy przyznać się. Teraz budujesz sobie wielopiętrowe plany jak wejść wyżej i skoczyć. Ale czemu nie weszłaś od razu. Z taką samą energią i sprytem możesz przecież poszukać pomocy. Sensownej.

 

25 minut temu, xyz1234 napisał:

to jak bardzo moje postrzeganie rzeczywistości różni się od poglądów ludzi zdrowych

Nikt nie jest zdrowy. Znowu budujesz sobie "ja chora" "oni zdrowi". Czemu to służy?

 

Depresja ma zawsze przyczynę. Złe samopoczucie czy utrata sensu to nie przyczyna. To skutek. Przyczyny są głębiej. Mam wrażenie że teraz zaczynasz się bawić w "a właśnie że skoczę, udowodnię że skoczę". OK. Dla mnie to wszystko co piszesz jest smutne i poruszające, ale nikt- poza tobą- nie ma wpływu na to czy skoczysz czy nie. Ja chciałam dokonać wyboru. I uczciwie do tego podeszłam, starając się wysłuchać wszystkie wewnętrzne strony. Nie chciałam być zakładniczką swojego wyboru czy decyzji- wolność dla mnie leży w możliwości zmiany decyzji (i nie tłumaczeniu ich).

 

Próbujesz zniszczyć siebie. A może miałabyś ochotę-tak naprawdę- zniszczyć kogoś innego? Ja chciałam się zniszczyć bo w dalekiej przeszłości ktoś nakazał mi samozniszczenie. Teraz jestem na etapie, że wolałabym zniszczyć tego kogoś niż siebie, bo nie chcę grać pod czyjeś wgrane treści. Samobójstwo jest wołaniem o wewnętrzną prawdę i wolność, przynajmniej dla mnie było.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Faktycznie, jakby spojrzeć na to całościowo, to już X razy powinnam leżeć w piachu, a nadal jestem na świecie i oddycham. 

Też mnie to zaskakuje, jak na tyle dobrze przemyślanych i zaplanowanych prób.

Inny człowiek pewnie powiedziałby, że los/Bóg ma dla mnie misję. Ja wolę mówić, że nawet szatan nie chce się ze mną użerać.

 

W wieku 8 lat byłam świadkiem śmierci kogoś, kto mnie wychowywał. W tym samym wieku byłam też molestowana seksualnie. Później gnębiona przez rówieśników. Kiedy wydawało mi się że wreszcie coś osiągnęłam w życiu,  postanowiłam odszukać swojego ojca. Mówił że kocha... Kłamał, żeby uzyskać potrzebne mu informacje. Ostatnie jego słowa do mnie- "nie chcę cię znać, tak jak nie znaliśmy się do tej pory".

I pewnie z 10 innych traumatycznych przeżyć też bym znalazła. Tylko po co?

Są na pewno ludzie, którzy mają gorzej. Nie widzę sensu mieć pretensji do całego świata. Nie akceptuję siebie pod żadnym w zasadzie względem. Nie uważam się za chociaż "dobrą" w czymkolwiek. To ja nie pasuję do systemu i nie oczekuję, że on dopasuje się do mnie. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@xyz1234 Jakbym o sobie czytała, oprócz śmierci wychowawcy. W moim przypadku miałam wrażenie że "świat" mnie wypchnął ze swoich struktur. Że nie jestem tutaj, bo w pewien sposób nie zostałam przyjęta, byłam zbędna. Normalnie jest tak, że złość na brak miejsca kierowana jest na tę osobę co wypycha, a ja chciałam tej osobie ułatwić i pójść sobie sama. Teraz jest tak że stanowię wartość dla mnie samej a ta osoba mnie nie obchodzi. W zasadzie żądania świata, wartości i oczekiwania co do mnie mnie nie obchodzą. Pracuję nad tym żeby nie spełniać niczyich życzeń a mieć kontakt ze sobą. Ja jestem swoim światem. Nie chodzi o postać jaką się tu ma ani o narrację o życiu ani o to że mam się dopasowywać do jakiegoś "dobrze". Chodzi o moje pole świadomości, pole które odbiera świat i świat tworzy. Wróciłam na analizę i zjeżdżam w stronę wściekłości na krzywdzicieli, na wgrane g..no w głowie. Na razie tu jestem.

Swoją drogą i na offie : sk..wysyn.

 

17 minut temu, xyz1234 napisał:

Inny człowiek pewnie powiedziałby, że los/Bóg ma dla mnie misję. Ja wolę mówić, że nawet szatan nie chce się ze mną użerać.

Nikt dla ciebie niczego nie ma. Wgrano ci nienawiść do siebie i tyle. Pytanie czy ty masz coś dla siebie. Czy będziesz mieć odwagę -wbrew woli tych którzy cie stąd wypychali- coś dla siebie mieć i pokazać im fuc.ka. Ciągle podtrzymuję- zrobisz jak chcesz, bo to twoje  życie, niczyje inne. Ale próbuję pokazać ci inną stronę, która przez ciebie mówi, inną postać, która mimo wszystko, przez przypadek - nie skacze i gada całkiem sensownie, uczciwie.

I dobrze, tu-teraz mi się z tobą gada. Też bez względu na to jak się to skończy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 3.11.2019 o 13:10, xyz1234 napisał:

Pamiętam dzień, kiedy ostatnio czułam się szczęśliwa... w maju 2014 roku.

To nieźle, ja nie licząc stanów upojenia alkoholowego to nigdy nie czułem się szczęśliwy, nawet nie wiem jak to jest. Może dlatego jeszcze żyję, nie wie  jak być szczęśliwym, więc  nie wiem co straciłem. 

 

W dniu 3.11.2019 o 13:10, xyz1234 napisał:

Czy normalni ludzie tak reagują na widok otwartego okna? Myśli samobójcze chodzą za mną cały czas.

NIC nie sprawia mi nawet odrobiny radości. Czytałam jakieś badania, że 83% samobójców nie było w związkach, w chwili targnięcia się na życie. To moja głowa musi być naprawdę poryta, bo mam partnera od ponad 10 lat. Miesiąc temu dostałam pierścionek zaręczynowy.

Ja nigdy nie byłem w związku a mam 40 na karku. A co do myśli samobójczych to miałem je właściwie codziennie przez kilka lat, to w zasadzie było marzenie o śmierci, końcu beznadziejnego żywota.  Też okna, albo dachy( bo pracowałem wtedy na budowach) powodowały u mnie myśl a może by tak skoczyć, ale zawsze brakło odwagi, brak odwagi do życia i brak odwagi do jego skończenia.   

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
6 godzin temu, xyz1234 napisał:

(...) A piszę tu, bo wszystkie gry na telefonie mi już zbrzydły... 

Amen.

To było niepoważne z Twojej strony. Kończę pisanie w tym wątku, tym bardziej, że ja również jestem "skoczkiem" i ta dyskusja nie wpływa na mnie dobrze. Pozdrawiam i życzę powrotu do zdrowia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Ten temat został zamknięty. Brak możliwości dodania odpowiedzi.

×