Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

wyjdz_do_ludzi_pobiegaj

Użytkownik
  • Zawartość

    4
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Nie wiem, trudno mi to jakoś sensownie wyjaśnić. Wiem, że nigdy nie zdobyłabym się na taki czyn, ale z drugiej strony przemknęło mi przez myśl, że gdyby tabletki wyłączyły mi te racjonalne myślenie albo nasiliły myśli depresyjne, byłoby mi łatwiej i coś bym zrobiła. Tak jakbym chciała zrzucić odpowiedzialność na tabletki i wreszcie móc się spokojnie odciąć. Myślę, że to myśli podobne do tych, że gdybym zachorowała/przejechałby mnie tramwaj/cokolwiek, to miałabym wreszcie święty spokój, nie musiałabym mierzyć się z rzeczywistością i problemami, które mnie męczą i może dostałabym trochę troski i opieki, której potrzebuję, a której nie mam. Nie myślę o tym, "co by było gdyby". Myślę, że fajnie byłoby mieć święty spokój, sytuację w której nikt nic ode mnie nie chce, jestem zwolniona z obowiązków i przymusu życia i funkcjonowania.
  2. A jak często bywacie u psychiatry? Ja w ciągu ostatnich 3 miesięcy byłam kilka razy (chodzę prywatnie), włączając w to pierwszą wizytę w życiu. Dwukrotnie po receptę, ale też z potrzeby pogadania z kimś kompetentnym i życiowo doświadczonym, a co za tym idzie - chęci otrzymania jakiejś "recepty na życie", ale i po zmianę leków. Niestety mój partner zarzucił mi, że chodzę zbyt często (przy czym zaznaczę, że związek z mojej perspektywy toksyczny i przyczyniający się do mojej depresji - próbuję z niego wyjść) i zaczęłam się zastanawiać, że może rzeczywiście przesadzam i biednego psychiatrę zamęczam swoją osobą. Faktycznie chodziłam tam, bo miałam wrażenie, że ten lekarz to jedna z niewielu osób, które "ściągają mnie na ziemię" i swoimi trafnymi, czasami dość ostrymi (ale nie w negatywnym sensie) słowami naprostowywał moje myślenie, ale teraz nie potrafię się pozbyć myśli, że może przesadziłam.
  3. Pomyślałam, że te tabletki, które biorę, mogłyby wreszcie zadziałać tak, że nasiliłyby myśli samobójcze na tyle, że podjęłabym jakąś próbę. To chyba niepokojące, ale z drugiej strony ciekawe, jak racjonalnie potrafię na to spojrzeć. * nigdy nie miałam myśli samobójczych, raczej w stylu "jakby mnie walnął piorun to byłby spokój". Nie wzięłabym na siebie odpowiedzialności za coś takiego (jakby to miało zrobić różnicę po fakcie ).
  4. Ech, moje emocje i uczucia, a także to co się dzieje w mojej głowie to obecnie kupa gówna... Zaczęło się od przypadkowego natknięcia się na zagadnienie parentyfiakcji jesienią zeszłego roku. Już wtedy czułam się ze sobą źle - miałam obniżony nastrój, byłam zniechęcona, drażliwa, sfrustrowana. Czułam się nieszczęśliwa, nie wiedząc z jakiego powodu. Jedynie bieganie i stawiane sobie w związku z nim cele trzymały mnie w pionie. Zaczęłam czytać coraz więcej o tym zjawisku, zaczęłam trochę rozumieć pewne swoje zachowania i udałam się do psychologa. Tam zaczęło się rozbieranie mnie na części pierwsze. Uczenie świadomości swoich potrzeb i tego, że nie wolno ich spychać na dalszy plan. Że nie zawsze trzeba być bohaterem, kimś najlepszym, osiągać sukcesy. Że nie trzeba zawsze dożyć do perfekcji, żeby być lubianym i akceptowanym przez otoczenie. Że ludzie po prostu mogą mnie lubić i szanować za to kim jestem, a nie za to, kim chcę się stać by się komuś przypodobać czy spełniać czyjeś potrzeby. Że mogę też lubić siebie i swoje "niechcemisię", że nie muszę zawsze mieć jakiegoś zajęcia, które w mojej głowie, wobec samej siebie czyni mnie kimś lepszym. Że nie zawsze muszę w pracy wszystko robić idealnie, że świat się przez to nie zawali. Że można sobie pozwolić na przeciętność. Nie podejrzewałam, że to depresja czy cokolwiek poważniejszego - sądziłam, że wszystko to kwestia pracy nad sobą. Wtedy przypadkiem trafiłam na książkę o wychodzeniu z dołka emocjonalnego. Pomyślałam, że będzie to dobre uzupełnienie terapii i pomoże mi zrozumieć co się ze mną dzieje. Tam natknęłam na rozdział o depresji i wypaleniu zawodowym - to było trochę jak grom z jasnego nieba. Wtedy to przytłoczyło mnie bardzo mocno, odkryłam bowiem, że to nie jest jakaś tam błahostka czy chwilowo obniżony nastrój. Dotarło do mnie, że bez pomocy psychiatry i leków się nie obędzie. Do psychologa chodziłam już 4 miesiąc i było tylko gorzej. W pracy spadły na mnie nowe obowiązki, bez konsultacji ze mną, a ja nie byłam w stanie się temu przeciwstawić. Doszło do tego, że kiedy dostałam maila, na który nie wiedziałam jak odpisać, płakałam jak dziecko. Do tego od paru lat "bujałam się" z różnymi chorobami autoimmunologicznymi/schorzeniami psychosomatycznymi. Bezsenność, niedoczynność tarczycy, hiperprolaktynemia, nietolerancje pokarmowe, atopowe zapalenie skóry (okresowo, w zależności od jedzenia i nasilenia stresu). Po drodze zmarł mój brat, najbliższa mi osoba, jedyna, której mogłam powiedzieć o wszystkim i jedyna, która wiedziała co tak naprawdę dzieje się w moim małżeństwie. Prowadzę zdrowy tryb życia, uprawiam sport, dbam o odżywianie, a problemów przybywało - uznałam, że pochodzą "z głowy". Wróćmy jednak do chronologii. Trafiłam do psychiatry, bo nie byłam w stanie funkcjonować (zmęczenie, frustracja i płakanie po otrzymaniu maila znacznie utrudniały życie). Tam oczywiście również pytanie odnośnie tego, czy oprócz sfery zawodowej leży również sfera prywatna. Dostałam piguły, zaleceniem była dalsza psychoterapia, skupienie się na sobie, na swoich potrzebach, zaopiekowanie się sobą. Na jednym z kolejnych spotkań, kiedy zwróciłam uwagę na to, że uważam, że tkwię w toksycznym związku, lekarz mimochodem podpowiedział, żeby poczytać o pewnych rzeczach, że może pomogą mi coś zrozumieć. Na początku było ciekawie. Zaczęłam zauważać pewne patologiczne zachowania, przyjrzałam się swojemu najbliższemu otoczeniu, stało się to trochę niewygodne, może lekko szokujące... ale nagle zaczęło przybierać rozmiary wielkiej śniegowej kuli toczącej się z wysokiej góry. Książka, kolejna książka, kolejna książka, a w międzyczasie wizyty u psychologa. Mechanizmy depresji, toksyczne związki, zaburzenia osobowości. Wertując kolejne strony zaczęłam sobie uświadamiać jak wiele toksycznych, złych i patologicznych zdarzeń miało miejsce w moim małżeństwie. Zaczęłam sobie przypominać kolejne zdarzenia, sytuacje, zachowania mojego męża. Dotarło do mnie, że z niegdyś pewnej siebie osoby, stałam się kimś zalęknionym, niepewnym siebie, pełnym kompleksów (od zawsze wałkowałam temat tego, że nie czuję się pożądana, że brakuje mi miłości - ale problemu zawsze szukałam w sobie i to siebie chciałam zmieniać i naprawiać, denerwowałam się na siebie, że nie jestem pewną siebie, silną kobietą, jakiej pewnie oczekiwałby mąż i pewnie wtedy byłoby inaczej) człowiekiem. Że zrzucanie na mnie za wszystko winy nie jest czymś właściwym, że to mój mąż ma problem w braku empatii, zrozumienia moich uczuć. Dodam, że dopuścił się, dla mnie jednak pewnej formy zdrady. Kilkukrotnie bowiem, okresowo, pisał z kobietami na tematy erotyczne (związane z jego parafilią), na czym go przyłapałam (nie wiem czy było coś więcej - zapiera się, że nie, ale zapierał się również do ostatniej chwili, że z nikim nie pisał, dopóki nie przytoczyłam mu dokładnych słów i screenshota z forum...). Wiązało się to oczywiście z jego oziębłością erotyczną wobec mnie, co tłumaczył zmęczeniem. Wtedy twierdził, że to moja wina, że węszę, bo gdybym się o niczym nie dowiedziała, to przecież wszystko byłoby w porządku. Do dzisiaj zapiera się, że dla niego to nic nie znaczy i nigdy nie przeprosił mnie za to co zrobił. A mnie to boli, a w związku z brakiem jego refleksji z tyłu głowy czai się strach przed powtórką. Właściwie on ciągle jest zmęczony i do wszystkiego zniechęcony. Nie wspiera mnie, niszczy mój entuzjazm do czegokolwiek, moje przejawy spontanicznej radości kwituje tym, że jestem dziecinna (jest między nami duża różnica wieku). Do tego pojawiły się z jego strony naciski na dziecko, na co ja kompletnie nie jestem gotowa - nie wiem czy w ogóle chcę mieć dzieci, z drugiej strony wychodzę z założenia, że żeby zdecydować się na dziecko, potrzeba zarówno finansowej stabilizacji (swoje mieszkanie, odpowiednie oszczędności, ugruntowana pozycja zawodowa), jak również emocjonalnego poczucia bezpieczeństwa. Niestety, pamiętam wiele przyjemnych wspólnych chwil, wyjazdy, podczas których świetnie się nam układa. Nie mogę powiedzieć, że jest to człowiek skrajnie zły, najprościej mówiąc "generalnie to dobry człowiek, ale...". Wracając do wydarzeń bieżących. Zaczęłam zauważać, że ogromną, nieuzasadnioną wręcz sympatią zaczynam darzyć osoby, które okażą mi trochę troski, zrozumienia, wyrozumiałości. Dotarło do mnie, jak bardzo brakuje mi takich uczuć w związku, że to mąż powinien być dla mnie oparciem. Trochę się z tego otrząsnęłam, skarciłam za te sympatie, przetrawiłam, że to normalne, że ludzie są empatyczni (nawet na pokaz) i nie ma co w tym doszukiwać się czegoś nadzwyczajnego. Teraz ta kula toczy się z ogromną prędkością. Mam w głowie mętlik. Nagle dotarło do mnie, że trochę dałam się stłamsić w tym związku, że zatraciłam siebie. Mam też wrażenie, że nie ma we mnie już miłości i że właściwie ten związek opierał się na dziwnym przywiązaniu, obawie przed samotnością. Nie tęsknię za mężem, kiedy go nie ma, wręcz przeciwnie - czuję się lepiej, mam przypływ energii. Jednocześnie bardzo staram się blokować wszelkie przejawy ciepłych uczuć do niego, bo nie chcę znów zatracić się w tym związku - tak jakby w mojej głowie był mały człowiek, który krzyczy "uciekaj", ale którego łatwo zamknąć w skrzynce. I tym razem ja tej skrzynki nie chcę zamknąć, tylko sprawę rozwiązać. Zastanawiam się jednak, czy to zasługa samoświadomości, nabrania dystansu do tego wszystkiego, czy może palce maczają w tym wszystkim psychotropy i może po prostu jestem nienormalna i wkręcam sobie pewne rzeczy? Boję się odejść, boję się podjąć decyzji o rozwodzie, boję się samotności, boję się życia. Boję się, że to będzie niewłaściwa decyzja. Ech. "Nie wiem" to określenie, które ostatnio w kółko pada z moich ust. Bo nic nie wiem, kompletnie nic.
×