Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

doi

Użytkownik
  • Zawartość

    584
  • Rejestracja

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. doi

    szkodliwe!!!

    I jeszcze jedno napiszę, żebyś miała więcej do wywalania, bo jak rozumiem boli co piszę więc jest głupie: pytając co społeczeństwo "robi" ze sprawcami ciągle jesteś w mocy sprawcy, dajesz im siłę do kierowania twoim losem. To nie od sprawcy zależy czyjś los ale od twojego wyboru. Moje doświadczenie jest takie, że trzeba siłę (zrozumienia choćby) dać sobie, o siebie zadbać, nauczyć się nie popełniać tych samych błędów a wtedy wyjdzie się z pozycji ofiary. Nie obchodzi mnie sprawca ani społeczeństwo tylko ja, moje zrozumienie i moje odczucia np. w sytuacji zagrożenia. Obchodzi mnie moje dobro i mój komfort a nie karanie sprawcy. Proces ten nie ma nic wspólnego z obwinianiem się ani samo-niszczeniem czy samo-karaniem a z dojrzałą nauką na błędach, z przejęciem inicjatywy, z decyzją o samostanowieniu i niezależności, z odzyskaniem swoich granic. Mnie się udało, innym polecam taką pracę, może tez skorzystają.
  2. doi

    szkodliwe!!!

    Dzieci mają rodziców. Nie naiwnych i odpowiedzialnych za dzieci. Jak rodzic wie co się dzieje w sytuacji zagrożenia, nauczy tego dziecko. Można już dwuletnie dziewczynki uczyć asertywności, do szkolnych grup wendo przyjmowane są siedmiolatki. I ćwiczą. I rozumieją że świata nie do się objąć "prawem" i że są sytuacje sprzyjające zagrożeniu i że należy tych sytuacji unikać. Jeśli wolisz wizję "ofiara to bezwolna i niewinna lelija a sprawca to bydlę a gwałt to siła", odsuwając sedno: cały bagaż tego co się na poziomie nieświadomym i długo między ofiarą a sprawcą dzieje to twój wybór. Ja jako ofiara (była, nie obecna, bo się z tym kompletnie nie utożsamiam) wybrałam -gdy dorosłam- drogę wiedzy, samostanowienia i żmudnego ćwiczenia samoobrony by nie popełnić więcej błędu jaki mnie zawiódł gdzie zawiódł, bo matka z ojcem mi pewnych rzeczy nie przekazali. Pewnie były tabu. Tabu są nie tylko w "społeczeństwie, które nie rozumie", są w twojej głowie. Trzeba mieć odwagę by tam zajrzeć. Odwagi więc życzę.
  3. doi

    szkodliwe!!!

    Bo rzeczywistość faktycznie wygląda inaczej. Po prostu żadna kampania, przemoc państwa, grupa, jednostka czy sąd nie obejdą ambiwalencji jaka się dzieje między ofiarą a sprawcą, a nawet w samej ofierze. Czy ona chce czy nie chce? Od którego momentu nie chce a co chce? Czy "nie" jest częścią gry wstępnej czy obrony- często nie wiadomo, z pewnością z zewnątrz a i w środku diady czy samej ofiary też nie. Czy to już jest atak? -pyta się ofiara samej siebie i nie robi nic , bo nie chce być niegrzeczna, "niekobieca", bo jest "przepuszczalna", nie ma granic, nie komunikuje ich wprost i zrozumiale dla sprawcy, woli myśleć że się nic nie dzieje, bo wtedy musiałaby coś zrobić a to ją przerasta. Ofiara daje się nie tyle omotać sprawcy, co samej sobie, samą siebie oszukuje w sytuacji konfrontacji. Oprócz sprawcy, który jest winien (ale w swoim mniemaniu jest super kochankiem), jest też mit niewinności ofiary, ale tego tez nie da się przepchnąć na logikę, bo przecież ofiara sama często bezmyślnością czy lekkomyślnością ułatwia sprawcy działanie i inne gadanie jest dalszym narażaniem kobiet na kłopoty. Można sobie gadać "że prawo jest po stronie ofiary", "że on nie ma prawa nawet jeśli ona go naga przyjmie pijana w domu", "że nie oznacza nie" (nieprawda, "nie" jest ambiwalentne i subiektywne jak ludzka mowa) i pewnie tak w prostej umowie społecznej jest, jednak należy podejść pragmatycznie i o siebie dbać. Powinno się dziewczyny, dziewczynki szkolić. Samoobrona fizyczna, samoobrona psychiczna, kiedyś były (nie wiem czy są) kursy wendo, gdzie jest odgrywana symulacja naruszania granic i nagle okazuje się na takim kursie, że te wszystkie pewne siebie, wyszczekane, współczesne dziewczyny nie potrafią postawić granicy nawet w rozmowie (co dopiero w ataku) w sposób skuteczny, spokojny i stanowczy ani skonfrontować się z własną ambiwalencją czy uczuciami (bo tu jest największa trudność). Mnóstwo rzeczy dzieje się między ofiarą a sprawcą długo przed gwałtem, spostrzegawczość też można tutaj ćwiczyć. To wszystko da się wyćwiczyć, wypracować i to powinno być ćwiczone. Są kursy Straży Miejskiej, jakie są, raczej tylko zajawka, ale już coś. Dobra książka jest z kursów Kruczyńskiego i Droździaka "Zawsze bezpieczna", niestety sama książka nie wystarczy, trzeba asertywność ćwiczyć. Ćwiczyłam, takich "miłych dialogów do gwałtu" przeszłam wiele, zaczynając od bezradności i łez, ale da się. Jeśli się tylko chce, można o siebie zadbać - przed szkodą i tę ścieżkę polecam. Dlatego łatwiej społeczeństwu myśleć że gwałt to tylko ciemna ulica i przemoc, bo ambiwalencji już -umysłowo-nie obejmie. Nikt nie obejmie, sądy mają z tym ogromną trudność, policja też, więc to zgłaszanie to pic na wodę trochę. Nabieranie na gwałt czy na pedofilię to stara metoda kobiet w walce z byłymi partnerami i sądy i policja to wiedzą, więc biorą na to poprawkę, jak im wygodnie. Można sobie poudawać "prawo" i to że "nie znaczy zawsze nie", ale tego co faktycznie dzieje się w diadzie na poziomie nieświadomym prawo nie obejmie.
  4. doi

    Perfekcjonizm i samookaleczanie

    To się dzieje na poziomie nieświadomym, psyche sama somatyzuje, bez twojego "grania" czy udziału świadomości. Somatyzacja jako wołanie o miłość i lęk przed uczuciami/niekontrolowanym to z pewnością są obszary do pracy terapeutycznej.
  5. doi

    Perfekcjonizm i samookaleczanie

    Może właśnie jest tak, że skoro nie rozmawia się o uczuciach i ten dom taki -jeśli dobrze to widzę- zimno poukładany- to twoje ciało, soma, zamiast psyche woła o uwagę. Czyli żyjesz w obszarze, w którym pewnie rzeczy niepokojące jak uczucia, emocje, wydarzenia niekontrolowalne nie są nazwane, wspólnie przeżyte czy przepracowane. Sama tez ich nie nazywasz a rozgrywasz w akcji, np w okaleczeniu, dekapitacji misia. Więc skoro twoje reakcje są jakoś zablokowane (bo jest założenie w domu że masz być wesoła, że masz być perfekcyjna, że masz nie przesadzać, nie histeryzować), o uwagę prosi ciało, zsomatyzowałaś sobie swoje wołanie o uczucia. Ciało woła jakimiś dolegliwościami, rodzice zwracają na to uwagę bo muszą, ale ciągle cię bagatelizują, więc nadal coraz więcej wołasz smutkiem czy dalszymi dolegliwościami. Takie błędne koło. Może ten nieudany egzamin jest też takim wołaniem, żeby rodzice zobaczyli cię poza tymi wynikami w nauce? (piszesz że zawiodłaś nauczyciela, ale to można odczytać tak, że zawiodłaś jakoś rodziców, a może też jakaś część ciebie chciała ich zawieść?) W tej sytuacji jaką opisałaś z dekapitacją misia, to ty utożsamiasz się z rodzicami, którzy cię nie widzą, irytujesz ich swoim wołaniem i "obcinają głowę" a miś to ta twoja bezradna część, która prosi o uwagę i która przeżywa jakieś irytujące, niekontrolowalne emocje. Sama dekapitacja jest znacząca, obcinasz misiowi właśnie głowę- bo może nie chcesz już tej swojej chłodnej, racjonalnej części, nie chcesz "głowy"? Zastanów się, choć obawiam się że jak na młodą dziewczynę to może za głęboka refleksja. W każdym razie-materiału na psychoterapię jest sporo. Jeśli chodzi o egzamin to może się przegrzalaś, za dużo emocji, przeszłaś swój punkt rozsądnego myślenia. Ja też zawaliłam swój pierwszy egzamin w życiu, ale potem się nauczyłam działać. Może wyciągniesz z tego jakieś wnioski, nauczysz się nie nakręcać i samo-uspokajać w sytuacji stresu? Jak oczekujesz 100% to się napinasz, niepotrzebnie.
  6. doi

    Ratunek z wirtualnego świata

    @Illi No cóż, jesteś modem więc musisz tak pisać. Musisz mi też grozić, taka rola, jak u Zimbardo, klawisza, choć nie zauważyłam żebym ci cokolwiek "narzucała", ale modzi tutaj dziwnie odbierają posty, i są często agresywni (patrz nadal eksperyment Zimbardo, projekcje stłumionej agresji etc). Ale nadal, zauważam, nie wychodzisz poza fakt: czytanie/odbiór=projekcja. Jeśli ktoś coś tu znajdzie to znaczy, że to jego własne znalezisko, jego siła i gotowość do zmian, której sobie nie uświadamiał i po przeczytaniu tekstu na ekranie ten właśnie swój ukryty kawałek odkrył dla świadomego. Odkrył bo miał go już w sobie a nie dlatego że ktoś coś zrobił. To akurat optymistyczne. Masz poglądy wg których jednostkowa percepcja=prawda, ale przecież wiemy, że to nie jest prawdą, że świat jest konstruktem nieświadomego umysłu. Prawdziwy kontakt i praca (choć też projekcje) są w realu. Tę dziewczynę, która pisała tak, zakrzyczeliście, choć miała rację. I nie narzucała ale wyraziła swoje zdanie: że forum zmarnotrawiło jej czas, który mogła przeznaczyć na własną pracę w realu. I ostrzegała przed tym innych. Moim zdaniem, słusznie. Nie przekonałaś mnie. "Wsparcie" to własny kawałek jednostki. "Wsparcie" na forum jest skrótem myślowym, iluzją. Inaczej każda psychoterapia kończyłaby się sukcesem- wystarczyłoby dać "wsparcie" i po bólu. Czemu to nie działa? Dlatego, że nie można komuś dać tego czego nie ma, nie uniesie ani nie widzi. Terapia idzie tak daleko jak sięga samo-refleksja delikwenta, dalej nie. Terapeuta może widzieć, ale jeśli nie widzi pacjent, to nie odniesie korzyści. Tym bardziej jakieś tam forum, które udaje "wsparcie" , gra "pomoc" . Dajecie "wsparcie" od lat - dlaczego z tak miernymi sukcesami? Przecież powinniście masowo produkować "wsparciem z wirtualu" ozdrowieńców. Pomogłaś sobie sama, swoimi wewnętrznymi zasobami, a nie "forum ci pomogło". Wyzwalaczem siły mogą być przeróżne rzeczy, ale siła jest własna. PS Fora są świetne dla wymiany przepisu na sernik lub z pytaniem co zrobić z różą zaatakowaną przez mszyce, tak, zgadzam się, jest też iluzja społecznego kontaktu, to też, ale z tą apolińską misją zbawiania, jaką tu prezentujecie i cudzym umysłem- jednak ostrożnie. Więc nie, nie zgadzam się z główną kwestią wątku. Nie ma żadnego "ratunku z wirtualu", to tylko wasze pochlebstwo, że jesteście tacy fajni. Jest tylko praca własna jednostkowego umysłu, który reaguje na test. Nie ma przecież takiej opcji. Wypowiadam się pod nickiem doi ale nie pod nickiem "ogół". Jeśli pod nickiem własnym- to przecież to moje zdanie, bo czyjeż inne? Co do wirtualnych platform, jak najbardziej, pod warunkiem, że są prowadzone przez fachowców, profesjonalistów przygotowanych do pracy z umysłem we właśnie w takim środowisku.
  7. doi

    Perfekcjonizm i samookaleczanie

    versus I co, rodzice niczego dziwnego/niepokojącego w twoim zachowaniu nie dostrzegają?
  8. doi

    Perfekcjonizm i samookaleczanie

    Oddychaj, policz do 10. Idź pobiegać lub poćwiczyć. Przekieruj uwagę na coś innego. Ilekroć masz ochotę to zrobić pomyśl że zrobisz za 10 min. Budzik sobie ustaw i odraczaj. Bierz witaminy, magnez, regularnie ćwicz. Ale to tylko tresura, to co się dzieje jest częścią innej, raniącej układanki. Dobrze by było zastanowić się dlaczego się wstydzisz ciąć (czemu nie? skoro to tylko emocje- kto/co cię wstrzymuje?) ale i czemu działasz jak zaprogramowana lala na 100%. Jakoś nie czujesz siebie, życia, flow jak nie jest na 100%? Jesteś nikim, jesteś kims kim pogardzasz? Nienawidzisz siebie? Masz jakieś zalety oprócz wyników w szkole? Jest coś co w sobie lubisz oprócz wyniku 100%? Jak traktowała cię matka, ojciec? Kto de facto ma być odbiorcą wyniku 100%? Kto na ciebie patrzy, przed kim te popisy? O czyje uczucia zabiegasz? Pogardzano tobą? Masz jakiś inny sposób na kontakt ze światem jak perfekcjonizm? Lubisz robić coś dla samego robienia a nie wyniku? Co się stanie jak będzie 90%? Jakie konsekwencje? Twoja postawa wobec siebie jest niszcząca, jesteś swoim katem. Tu też warto się zastanowić kto był w przeszłości twoim katem, kogo odgrywasz i od kogo to masz. Oczywiście nie pisz tutaj bo odpowiedzi wymagają głębszej pracy, i to intymnej, zresztą to nie będzie ciekawe. Polecam terapię, żeby zobaczyć co się pod tym dzieje, bo "to że to brzyćkie i że masz nie robić i się wytresować" to wiesz i jest to jasne, ale symptom ciągle jest symptomem i chce mówić o tej drugiej Ty, której ty nie chcesz i chcesz zdekapitować jak misia. Problem w tym, że tej drugiej Ty zabić się nie da, a może cię wzbogacić, pokazać lepszą stronę życia niż "wynik 100%". Chyba że teraz dla ciebie wszystko jest ok, to też spoko, do terapii (innej niż "powiedzcie mi jak lepiej i szybciej osiągać wynik 100%") trzeba dojrzeć lub dojść do swojej ściany. Potrzebny tu przewrót kopernikański w myśleniu, ale jesteś jeszcze młoda i to może być za trudne na razie.
  9. doi

    Ratunek z wirtualnego świata

    Właśnie o tym piszę, dajesz doskonały przykład- działa w zasadzie real a nie wirtual. Poznajesz w realu, ślub jest w realu, terapia jest w realu. Wirtual to tylko proteza, namiastka, kłamstewko, kontakt z własną głową, i takie pozostanie jeśli nie ma realu. Ludzie nie wchodzą tutaj po pomoc, mimo że tak deklarują, ale żeby się umocnić w swoim sposobie myślenia lub przyjąć to co mają w progu podświadomym (np myśl "ktoś musi mi pomóc", więc "kupują" terapeutę podsuniętego w jakiejś rozmowie), to co nieświadome będzie zawsze odrzucane. Tu są setki rozmów gdy ktoś prosi o "inny punkt widzenia" i go dostaje, ale on jest na tyle nieuświadomiony, że delikwent nie może go przyjąć i kończy fochem.
  10. doi

    Ratunek z wirtualnego świata

    Nie uzyskujemy wsparcia z zewnątrz. "Komunikacja" wygląda tak, że wyobrażamy sobie kogoś i tworzymy siebie i tak piszemy, wyobrażenie do wyobrażenia. Gadają kawałki w naszych głowach. Czyli ten potencjał/wsparcie, ten kawałek "ojejej, jakiś ty biedny" ma czytelnik w sobie, bo gdyby nie miał, nie zrozumiałby tekstu. Net dostarcza podpowiedzi czy info (miernej jakości) czy lustra, ale nie wsparcia. Lepiej zawsze szukać pomocy w realu, zwłaszcza w kryzysie, bo tam jest żywa, druga osoba, która przetnie czy złagodzi projekcje. Real -do pewnego stopnia- niszczy projekcje, wyobrażenia. Dlatego łatwiej jest gadać do swojego wyobrażenia na ekranie niż szukać pomocy z zewnątrz, bo na zewnątrz musielibyśmy jakoś skonfrontować się z własnymi iluzjami, rozbić je o żywego człowieka Lepiej polecać, zwłaszcza w kryzysie, kontakt z profesjonalistą i z żywym człowiekiem i nie pisanie po forach. Ktoś kto np. ładnie do siebie pisze a boi się wyjść do sklepu- sorry, ale nadal cierpi na fobię społeczną, nadal ma problem, im więcej tutaj spędza czasu na rozbudowie iluzji nie robiąc nic w realu, tym więcej marnuje czasu, który mógłby przeznaczyć na swój konkretny rozwój. Forum to namiastka "rozwoju", uspokajacz sumienia, że "coś się dla siebie robi". Tutaj był fajny wątek poruszony przez osobę, która napisała wprost, że forum to do pogaduszek (jak najbardziej) ale prawdziwa praca jest na zewnątrz. Zakrzyczany ten wątek, bo pewnie prawdę poruszył. Może już w koszu.
  11. doi

    Początki psychoterapii

    Jasne, to tylko moje skojarzenie. Na początku odzywają się często schematy w stylu "nie mogę zaufać", "nie należy o tym mówić", "nikt tego nie udźwignie", "wszyscy i tak mnie opuszczają", "tylko jeden człowiek może mi pomóc" etc etc. Tak oczywiście nie jest i warto dać sobie trochę czasu, żeby to dostrzec. Z drugiej strony faktycznie bywają diady gdzie nic się nie dzieje, energia nie płynie i nie chce się tej drugiej osoby. Niestety jak odróżnić swój wadliwy schemat od faktycznie słabej współpracy - na to prostego przepisu nie ma. Powodzenia, anyway.
  12. doi

    Początki psychoterapii

    Tak, oczywiście. Ale to nie kwestia rozumienia ani teorii a osobistego przepracowania. Teoria nie pomoże. Hmmm, mnie znów uczono, że błędem pacjenta jest prowadzenie sobie terapii na zewnątrz. Rozmawianie o niej z innymi, wyznania, fora, blogi etc. Oczywiście, można pisać dziennik, notatki, nagrywać się etc, ale nie w relacji z osobami nie zaangażowanymi. Na zewnątrz nie działa przeniesienie i nie ma przeciwprzeniesienia czyli pracy, a energia psyche idzie w komin, rozprasza się na budowanie nie tych relacji do zmiany co trzeba. Psychoterapia w sumie nie opiera się na problemie otwarcia się i powiedzenia jakichś przykrych historii "komuś zaufanemu", to dopiero początek, ale jest przepracowaniem traum w sytuacji przeniesienia w ściśle zamkniętej diadzie. Mówi się, by t. miał materiał i dla siebie (stworzenie nowej narracji) a nie dla "szukania zaufania", to efekt uboczny. Zaufanie jest bo się mówi. Zaufanie samo w sobie nie jest aż tak ważne jak przepracowanie.Co z tego jeśli nam fajnie w gabinecie, ale praca psyche nie postępuje? Przecież z gabinetu zawsze wyjdziemy, relacja zaufania się skończy, a nasza głowa zostanie z nami. Obok zaufania, na początku ważniejsza jest osobista motywacja czy zakwestionowanie/zignorowanie podszeptów świadomości, żeby czegoś nie mówić, bo to "obszar traumy", albo że zepsuje relację z Rodzicem, albo że będzie bolało etc. Czasem świadome przełamywanie oporu jest ważne,ważne jest mówienie mimo że "nie ma zaufania" (to też opór). No, ale problem w tym, że to już się wie na koniec :). Jasne, że na początku nie wyciąga się rzeczywistych ciężkich dział (wprost przeciwnie "ciężkie działa" podrzuca się t. tylko pozornie, żeby przetestować go, faktyczna głębsza praca często następuje na koniec, zwłaszcza gdy wytyczony jest termin zakończenia. Tak czy inaczej, świadome milczenie o swoich odczuciach (samopoczucie między sesjami, napięcie, stres, lek etc) i wynoszenie elementów terapii na zewnątrz (zgłaszania tam pracy psyche, obaw etc) to możliwe czynniki porażki, początek spotkań czy nie.
  13. Skończę myśl którą mi tutaj przerwano. Jak to widzę, kwestią nie jest sama diagnoza (internetowe i forumowe odradzam) ale to że twój mąż lekceważy twoje cierpienie i dzieci, że dla niego ważniejsze w priorytetach jest uśmierzanie lęku, jego zaburzenie czy choroba (wybór nieświadomy, oczywiście, nie robi tego złośliwie) niż związek. Nie podejmuje żadnych działań do zmiany (twoje prośby i uwagi nie działają, i nie zadziała także żadna diagnoza jaką mu dostarczysz), bo nie ma ku temu motywacji. Żeby się leczyć, zakwestionować swój świat i przyznać do bezradności trzeba odczucia jakiegoś braku czy strata. Tak jak u alkoholików- dopóki świat alkoholika kryje, ten się nie będzie leczył, bo po co? Wszystko działa. Twój mąż nie odczuwa konsekwencji tego co robi, ma ciebie i dzieci do wyżywania się, niczego nie utracił- ani dobrego imienia, ani związku, ani kontaktu z dziećmi ani pracy etc, więc nie ma motywacji. Oczywiście, gwarancji nie ma, ale po stracie (np ciebie, dzieci, pracy) motywacja do leczenia może urosnąć. Oczywiście, nie ty masz być za to leczenie odpowiedzialna czy je sama podejmować na podstawie jakiejś "diagnozy". Z drugiej strony jest kwestia dzieci, które są wychowywane przez osobę napiętą , krytykującą i zaburzoną i to odczują. Jest pełno ludzi, którzy latami biegają na psychoterapię by uwolnić się od prześladowczych, krytykujących ojców i pobłażliwych na sytuację w domu matek. To ich ogromna milcząca krzywda, wychowujesz przyszłych klientów psychoterapeutów. I z trzeciej strony jest twoja granica. Piszesz "mam dość". Może warto samej pójść pogadać z jakimś psycho, żeby pomógł ci nazwać co się dzieje, wytyczyć gdzie jest twoja granica czy przetrenować jakąś postawę asertywności, bo twój mąż bez jasnej granicy i straty- sorry- nie podejmie walki o siebie i związek. Sa kobiety, które latami żyją w zaprzeczeniu, przemocowych związkach i w iluzji miłości, ale czy warto? Poczytaj co piszą gdy już się z tego piekiełka wyzwolą. Nie wiem jak jest, ale gdy pojawi się przemoc pomocny będzie także psycho, telefony zaufania, policja. Na twoim miejscu nagrywałabym awantury (choćby żeby samej nie zwariować, gdy otoczenie powie "to przecież taki spokojny i miły człowiek"), zabezpieczyła sytuację finansową i poszukała wsparcia otoczenia na wypadek separacji. Życzę ci, żeby mąż podjął leczenie (to moga byc także jakieś urazy mózgu, warto sprawdzić) i wszystko wróciło do normy, jednak bez twojego zaangażowania- jak pokazują dotychczasowe wydarzenia- myślę, że się nie uda. A los innych nijak nie jest losem twojego męża więc internetowe "może ktoś też tak ma" będzie raczej nieprzydatne, jak sądzę. Lepiej sama pogadaj z pro.
  14. doi

    OT

    Oczywiście, że nie jest zaproszenie do dyskusji i dyskutować nie będę z twoimi subiektywnymi odczuciami. Ale na temat grzeczniej się zrewanżuję: jeśli chcesz na kogoś pokrzykiwać bo masz akurat gorszy dzień i waadzę, to pokrzykuj i nie pisz "proszę". "Proszę" z wykrzyknikiem lub dużymi literami to trochę jakbyś bał się swojej agresji. Jednak ona w twoich interwencjach jest, i to ogromna. Więc albo wykrzyknik i duże litery, albo "proszę" bez wykrzyknika. Tak byłoby uczciwiej. Grzecznie proszę. I zapewniam, że "proszę" bez wykrzyknika ma większą moc niż z wykrzyknikiem. PS. Między innymi nie dołączyłam do zespołu modów tutaj, bo nie umiem pisać "proszę" z wykrzyknikami.
  15. Zgłaszaj to wszystko do t. Fantazje o samookaleczeniu, same samookaleczenia, myśli samobójcze, plany samobójcze, lęki etc. To wszystko jest bardzo znaczące w pracy. To ważne żeby być szczerym i mówić wprost. Ale przecież ból jest fazą terapii, wszystko działa jak powinno jeśli się pojawia, tak jest po prostu. "Radzić sobie?" Co masz na myśli? Jeśli jakieś kłamstwa przed t. i nakładanie masek, bo odrzuci (szybko dość zbudowałaś sobie iluzję o zaufaniu do t, normalnie trwa to kilka miesięcy czy rok-dwa zanim przechodzi się do właściwych tematów, bo dopiero wtedy jest poczucie sojuszu, teraz widać trochę, że nie ufasz t. mimo deklaracji że jest inaczej) czy zaprzeczanie to głupie, lepiej po prostu wejść w to, pozwolić być. Mi pomagała medytacja, świadomość, wola albo myśl "zrobię to później" lub "zrobię to jak będę chciała", "jeszcze poczekam". Taka dystrakcja. Ale ból jest i będzie, jest tylko symptomem a nie problemem. U mnie był taki rytm: poruszenie i napięcie przez kilka dni i uspokojenie przed kolejną sesją, potem znów. Jak się ten rytm zaobserwuje to wie się, że uspokojenie przyjdzie i daje się temu napięciu być, bo wie się, że minie. W sytuacji zwiększonego bólu t. zostawiał do siebie kontakt i prosił w przypadku np nasilenia myśli samobójczych o telefon. Ale u mnie nie trzeba było, bo co innego myśli, co innego plany a co innego realizacja planów a co innego moment tej realizacji. Najważniejsze to mówić szczerze i pytać szczerze- jak nie powiesz i nie zapytasz o możliwości, zostaniesz z tym sama, t. nie czytają w myślach ani nie czytają forum.
×