Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

doi

Użytkownik
  • Zawartość

    584
  • Rejestracja

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. doi

    szkodliwe!!!

    I jeszcze jedno napiszę, żebyś miała więcej do wywalania, bo jak rozumiem boli co piszę więc jest głupie: pytając co społeczeństwo "robi" ze sprawcami ciągle jesteś w mocy sprawcy, dajesz im siłę do kierowania twoim losem. To nie od sprawcy zależy czyjś los ale od twojego wyboru. Moje doświadczenie jest takie, że trzeba siłę (zrozumienia choćby) dać sobie, o siebie zadbać, nauczyć się nie popełniać tych samych błędów a wtedy wyjdzie się z pozycji ofiary. Nie obchodzi mnie sprawca ani społeczeństwo tylko ja, moje zrozumienie i moje odczucia np. w sytuacji zagrożenia. Obchodzi mnie moje dobro i mój komfort a nie karanie sprawcy. Proces ten nie ma nic wspólnego z obwinianiem się ani samo-niszczeniem czy samo-karaniem a z dojrzałą nauką na błędach, z przejęciem inicjatywy, z decyzją o samostanowieniu i niezależności, z odzyskaniem swoich granic. Mnie się udało, innym polecam taką pracę, może tez skorzystają.
  2. doi

    szkodliwe!!!

    Dzieci mają rodziców. Nie naiwnych i odpowiedzialnych za dzieci. Jak rodzic wie co się dzieje w sytuacji zagrożenia, nauczy tego dziecko. Można już dwuletnie dziewczynki uczyć asertywności, do szkolnych grup wendo przyjmowane są siedmiolatki. I ćwiczą. I rozumieją że świata nie do się objąć "prawem" i że są sytuacje sprzyjające zagrożeniu i że należy tych sytuacji unikać. Jeśli wolisz wizję "ofiara to bezwolna i niewinna lelija a sprawca to bydlę a gwałt to siła", odsuwając sedno: cały bagaż tego co się na poziomie nieświadomym i długo między ofiarą a sprawcą dzieje to twój wybór. Ja jako ofiara (była, nie obecna, bo się z tym kompletnie nie utożsamiam) wybrałam -gdy dorosłam- drogę wiedzy, samostanowienia i żmudnego ćwiczenia samoobrony by nie popełnić więcej błędu jaki mnie zawiódł gdzie zawiódł, bo matka z ojcem mi pewnych rzeczy nie przekazali. Pewnie były tabu. Tabu są nie tylko w "społeczeństwie, które nie rozumie", są w twojej głowie. Trzeba mieć odwagę by tam zajrzeć. Odwagi więc życzę.
  3. doi

    szkodliwe!!!

    Bo rzeczywistość faktycznie wygląda inaczej. Po prostu żadna kampania, przemoc państwa, grupa, jednostka czy sąd nie obejdą ambiwalencji jaka się dzieje między ofiarą a sprawcą, a nawet w samej ofierze. Czy ona chce czy nie chce? Od którego momentu nie chce a co chce? Czy "nie" jest częścią gry wstępnej czy obrony- często nie wiadomo, z pewnością z zewnątrz a i w środku diady czy samej ofiary też nie. Czy to już jest atak? -pyta się ofiara samej siebie i nie robi nic , bo nie chce być niegrzeczna, "niekobieca", bo jest "przepuszczalna", nie ma granic, nie komunikuje ich wprost i zrozumiale dla sprawcy, woli myśleć że się nic nie dzieje, bo wtedy musiałaby coś zrobić a to ją przerasta. Ofiara daje się nie tyle omotać sprawcy, co samej sobie, samą siebie oszukuje w sytuacji konfrontacji. Oprócz sprawcy, który jest winien (ale w swoim mniemaniu jest super kochankiem), jest też mit niewinności ofiary, ale tego tez nie da się przepchnąć na logikę, bo przecież ofiara sama często bezmyślnością czy lekkomyślnością ułatwia sprawcy działanie i inne gadanie jest dalszym narażaniem kobiet na kłopoty. Można sobie gadać "że prawo jest po stronie ofiary", "że on nie ma prawa nawet jeśli ona go naga przyjmie pijana w domu", "że nie oznacza nie" (nieprawda, "nie" jest ambiwalentne i subiektywne jak ludzka mowa) i pewnie tak w prostej umowie społecznej jest, jednak należy podejść pragmatycznie i o siebie dbać. Powinno się dziewczyny, dziewczynki szkolić. Samoobrona fizyczna, samoobrona psychiczna, kiedyś były (nie wiem czy są) kursy wendo, gdzie jest odgrywana symulacja naruszania granic i nagle okazuje się na takim kursie, że te wszystkie pewne siebie, wyszczekane, współczesne dziewczyny nie potrafią postawić granicy nawet w rozmowie (co dopiero w ataku) w sposób skuteczny, spokojny i stanowczy ani skonfrontować się z własną ambiwalencją czy uczuciami (bo tu jest największa trudność). Mnóstwo rzeczy dzieje się między ofiarą a sprawcą długo przed gwałtem, spostrzegawczość też można tutaj ćwiczyć. To wszystko da się wyćwiczyć, wypracować i to powinno być ćwiczone. Są kursy Straży Miejskiej, jakie są, raczej tylko zajawka, ale już coś. Dobra książka jest z kursów Kruczyńskiego i Droździaka "Zawsze bezpieczna", niestety sama książka nie wystarczy, trzeba asertywność ćwiczyć. Ćwiczyłam, takich "miłych dialogów do gwałtu" przeszłam wiele, zaczynając od bezradności i łez, ale da się. Jeśli się tylko chce, można o siebie zadbać - przed szkodą i tę ścieżkę polecam. Dlatego łatwiej społeczeństwu myśleć że gwałt to tylko ciemna ulica i przemoc, bo ambiwalencji już -umysłowo-nie obejmie. Nikt nie obejmie, sądy mają z tym ogromną trudność, policja też, więc to zgłaszanie to pic na wodę trochę. Nabieranie na gwałt czy na pedofilię to stara metoda kobiet w walce z byłymi partnerami i sądy i policja to wiedzą, więc biorą na to poprawkę, jak im wygodnie. Można sobie poudawać "prawo" i to że "nie znaczy zawsze nie", ale tego co faktycznie dzieje się w diadzie na poziomie nieświadomym prawo nie obejmie.
  4. doi

    Perfekcjonizm i samookaleczanie

    To się dzieje na poziomie nieświadomym, psyche sama somatyzuje, bez twojego "grania" czy udziału świadomości. Somatyzacja jako wołanie o miłość i lęk przed uczuciami/niekontrolowanym to z pewnością są obszary do pracy terapeutycznej.
  5. doi

    Perfekcjonizm i samookaleczanie

    Może właśnie jest tak, że skoro nie rozmawia się o uczuciach i ten dom taki -jeśli dobrze to widzę- zimno poukładany- to twoje ciało, soma, zamiast psyche woła o uwagę. Czyli żyjesz w obszarze, w którym pewnie rzeczy niepokojące jak uczucia, emocje, wydarzenia niekontrolowalne nie są nazwane, wspólnie przeżyte czy przepracowane. Sama tez ich nie nazywasz a rozgrywasz w akcji, np w okaleczeniu, dekapitacji misia. Więc skoro twoje reakcje są jakoś zablokowane (bo jest założenie w domu że masz być wesoła, że masz być perfekcyjna, że masz nie przesadzać, nie histeryzować), o uwagę prosi ciało, zsomatyzowałaś sobie swoje wołanie o uczucia. Ciało woła jakimiś dolegliwościami, rodzice zwracają na to uwagę bo muszą, ale ciągle cię bagatelizują, więc nadal coraz więcej wołasz smutkiem czy dalszymi dolegliwościami. Takie błędne koło. Może ten nieudany egzamin jest też takim wołaniem, żeby rodzice zobaczyli cię poza tymi wynikami w nauce? (piszesz że zawiodłaś nauczyciela, ale to można odczytać tak, że zawiodłaś jakoś rodziców, a może też jakaś część ciebie chciała ich zawieść?) W tej sytuacji jaką opisałaś z dekapitacją misia, to ty utożsamiasz się z rodzicami, którzy cię nie widzą, irytujesz ich swoim wołaniem i "obcinają głowę" a miś to ta twoja bezradna część, która prosi o uwagę i która przeżywa jakieś irytujące, niekontrolowalne emocje. Sama dekapitacja jest znacząca, obcinasz misiowi właśnie głowę- bo może nie chcesz już tej swojej chłodnej, racjonalnej części, nie chcesz "głowy"? Zastanów się, choć obawiam się że jak na młodą dziewczynę to może za głęboka refleksja. W każdym razie-materiału na psychoterapię jest sporo. Jeśli chodzi o egzamin to może się przegrzalaś, za dużo emocji, przeszłaś swój punkt rozsądnego myślenia. Ja też zawaliłam swój pierwszy egzamin w życiu, ale potem się nauczyłam działać. Może wyciągniesz z tego jakieś wnioski, nauczysz się nie nakręcać i samo-uspokajać w sytuacji stresu? Jak oczekujesz 100% to się napinasz, niepotrzebnie.
  6. doi

    Perfekcjonizm i samookaleczanie

    versus I co, rodzice niczego dziwnego/niepokojącego w twoim zachowaniu nie dostrzegają?
  7. doi

    Perfekcjonizm i samookaleczanie

    Oddychaj, policz do 10. Idź pobiegać lub poćwiczyć. Przekieruj uwagę na coś innego. Ilekroć masz ochotę to zrobić pomyśl że zrobisz za 10 min. Budzik sobie ustaw i odraczaj. Bierz witaminy, magnez, regularnie ćwicz. Ale to tylko tresura, to co się dzieje jest częścią innej, raniącej układanki. Dobrze by było zastanowić się dlaczego się wstydzisz ciąć (czemu nie? skoro to tylko emocje- kto/co cię wstrzymuje?) ale i czemu działasz jak zaprogramowana lala na 100%. Jakoś nie czujesz siebie, życia, flow jak nie jest na 100%? Jesteś nikim, jesteś kims kim pogardzasz? Nienawidzisz siebie? Masz jakieś zalety oprócz wyników w szkole? Jest coś co w sobie lubisz oprócz wyniku 100%? Jak traktowała cię matka, ojciec? Kto de facto ma być odbiorcą wyniku 100%? Kto na ciebie patrzy, przed kim te popisy? O czyje uczucia zabiegasz? Pogardzano tobą? Masz jakiś inny sposób na kontakt ze światem jak perfekcjonizm? Lubisz robić coś dla samego robienia a nie wyniku? Co się stanie jak będzie 90%? Jakie konsekwencje? Twoja postawa wobec siebie jest niszcząca, jesteś swoim katem. Tu też warto się zastanowić kto był w przeszłości twoim katem, kogo odgrywasz i od kogo to masz. Oczywiście nie pisz tutaj bo odpowiedzi wymagają głębszej pracy, i to intymnej, zresztą to nie będzie ciekawe. Polecam terapię, żeby zobaczyć co się pod tym dzieje, bo "to że to brzyćkie i że masz nie robić i się wytresować" to wiesz i jest to jasne, ale symptom ciągle jest symptomem i chce mówić o tej drugiej Ty, której ty nie chcesz i chcesz zdekapitować jak misia. Problem w tym, że tej drugiej Ty zabić się nie da, a może cię wzbogacić, pokazać lepszą stronę życia niż "wynik 100%". Chyba że teraz dla ciebie wszystko jest ok, to też spoko, do terapii (innej niż "powiedzcie mi jak lepiej i szybciej osiągać wynik 100%") trzeba dojrzeć lub dojść do swojej ściany. Potrzebny tu przewrót kopernikański w myśleniu, ale jesteś jeszcze młoda i to może być za trudne na razie.
  8. Skończę myśl którą mi tutaj przerwano. Jak to widzę, kwestią nie jest sama diagnoza (internetowe i forumowe odradzam) ale to że twój mąż lekceważy twoje cierpienie i dzieci, że dla niego ważniejsze w priorytetach jest uśmierzanie lęku, jego zaburzenie czy choroba (wybór nieświadomy, oczywiście, nie robi tego złośliwie) niż związek. Nie podejmuje żadnych działań do zmiany (twoje prośby i uwagi nie działają, i nie zadziała także żadna diagnoza jaką mu dostarczysz), bo nie ma ku temu motywacji. Żeby się leczyć, zakwestionować swój świat i przyznać do bezradności trzeba odczucia jakiegoś braku czy strata. Tak jak u alkoholików- dopóki świat alkoholika kryje, ten się nie będzie leczył, bo po co? Wszystko działa. Twój mąż nie odczuwa konsekwencji tego co robi, ma ciebie i dzieci do wyżywania się, niczego nie utracił- ani dobrego imienia, ani związku, ani kontaktu z dziećmi ani pracy etc, więc nie ma motywacji. Oczywiście, gwarancji nie ma, ale po stracie (np ciebie, dzieci, pracy) motywacja do leczenia może urosnąć. Oczywiście, nie ty masz być za to leczenie odpowiedzialna czy je sama podejmować na podstawie jakiejś "diagnozy". Z drugiej strony jest kwestia dzieci, które są wychowywane przez osobę napiętą , krytykującą i zaburzoną i to odczują. Jest pełno ludzi, którzy latami biegają na psychoterapię by uwolnić się od prześladowczych, krytykujących ojców i pobłażliwych na sytuację w domu matek. To ich ogromna milcząca krzywda, wychowujesz przyszłych klientów psychoterapeutów. I z trzeciej strony jest twoja granica. Piszesz "mam dość". Może warto samej pójść pogadać z jakimś psycho, żeby pomógł ci nazwać co się dzieje, wytyczyć gdzie jest twoja granica czy przetrenować jakąś postawę asertywności, bo twój mąż bez jasnej granicy i straty- sorry- nie podejmie walki o siebie i związek. Sa kobiety, które latami żyją w zaprzeczeniu, przemocowych związkach i w iluzji miłości, ale czy warto? Poczytaj co piszą gdy już się z tego piekiełka wyzwolą. Nie wiem jak jest, ale gdy pojawi się przemoc pomocny będzie także psycho, telefony zaufania, policja. Na twoim miejscu nagrywałabym awantury (choćby żeby samej nie zwariować, gdy otoczenie powie "to przecież taki spokojny i miły człowiek"), zabezpieczyła sytuację finansową i poszukała wsparcia otoczenia na wypadek separacji. Życzę ci, żeby mąż podjął leczenie (to moga byc także jakieś urazy mózgu, warto sprawdzić) i wszystko wróciło do normy, jednak bez twojego zaangażowania- jak pokazują dotychczasowe wydarzenia- myślę, że się nie uda. A los innych nijak nie jest losem twojego męża więc internetowe "może ktoś też tak ma" będzie raczej nieprzydatne, jak sądzę. Lepiej sama pogadaj z pro.
  9. doi

    OT

    Oczywiście, że nie jest zaproszenie do dyskusji i dyskutować nie będę z twoimi subiektywnymi odczuciami. Ale na temat grzeczniej się zrewanżuję: jeśli chcesz na kogoś pokrzykiwać bo masz akurat gorszy dzień i waadzę, to pokrzykuj i nie pisz "proszę". "Proszę" z wykrzyknikiem lub dużymi literami to trochę jakbyś bał się swojej agresji. Jednak ona w twoich interwencjach jest, i to ogromna. Więc albo wykrzyknik i duże litery, albo "proszę" bez wykrzyknika. Tak byłoby uczciwiej. Grzecznie proszę. I zapewniam, że "proszę" bez wykrzyknika ma większą moc niż z wykrzyknikiem. PS. Między innymi nie dołączyłam do zespołu modów tutaj, bo nie umiem pisać "proszę" z wykrzyknikami.
  10. @NeurovitJeśli to uszkodzenie neurologiczne, to powinno być diagnozowane neurologicznie a nie na podstawie opisu cech czy zachowań. Psychoanalitycy mieli o wiele więcej pomysłów niż "zimna matka", ale faktycznie, uszkodzeń mózgu się nie przekroczy. Psychoanalitycy powiedzieliby w swoim języku, że a. nie posługują się wyparciem jako mechanizmem obronnym. Nie wypierają więc ich struktury Ja są zalewane nieskoordynowanymi informacjami, być może ta zewnętrzna sztywność jest odpowiedzią na ten właśnie mechanizm, ten zalew. Wydaje mi się czasem, że to wszystko kwestia obrazowania, języka opisu. Akurat to co pisał o psychotykach Lacan pasuje bardzo dobrze. My jesteśmy przyzwyczajani do konceptu "umysł=mózg" i behawior (współczesna psychologia to dno) , ale to po prostu nie działa, człowiek wyrasta poza DSM i amerykańskie klasyfikacje dla pieniędzy ubezpieczalni.
  11. Dlaczego? Przecież taka jest prawda. Jest tu jakiś dział w którym udziela się biegły psycholog kliniczny i stawia diagnozy? Ja się nie do końca orientuję, ale wydaje mi się że nie ma. Reszta laików może sobie tylko gdybać.
  12. Czy naprawdę uważasz, że ktoś na jakimś niespecjalistycznym forum zdiagnozuje ci męża na odległość na podstawie kilku linijek tekstu? Przecież to może być wszystko co wiąże się z kontrolą i lękiem od paranoi do nerwicy. Że w ogóle ktokolwiek postawi diagnozę na podstawie twojego opowiadania? Przecież to dorosły człowiek, jak chcesz go zmusić do wizyt lekarskich? Pytanie jest inne: czy chcesz tak żyć, czy chcesz manipulować dorosłym człowiekiem jak dzieckiem, czy taki partner jest dla ciebie ok i jeśli nie- co zamierzasz z tym (nie z nim a z sobą) zrobić?
  13. Piszesz tak, jakby to były jakieś obszary wolności, normalnie budda . Nie są, piszemy o poważnym zaburzeniu i niemożności uczestnictwa w grze społecznej ani jej zakwestionowania. Nie tyle nie mają motywacji, co są ślepi na to, a to już coś innego. Ślepy nie może wybrać, bo nie widzi. Nie mogą zakwestionować, bo tego nie widzą ani nie potrafią ocenić. Nie mają też Ja, nie działa u nich wyparcie, wstyd, więc i są rozlani. Trudno mówić gdy nie ma Ja o jakiejkolwiek możliwości podejmowania decyzji o uczestnictwie w grze społecznej czy dystansie do niej. Tak to rozumiem. Padła tutaj kwestia też cech psychopatycznych i schizo w testach. Może jest jednak tak, że Asperger jest faktycznie niespecyficzny a reklamowany czy promowany jak dawniej ADHD? jakie są różnice między zaburzeniem schizo a ZA? Co do psychopatii. Wydaje mi się że a. może być odbierany jako psychopatyczny i tym budzić niechęć, (Johnn nie ma np. pojęcia o litości, przebaczeniu czy współczuciu czym budzi niechęć) ale to nie znaczy że nim jest (ma takie mechanizmy). Psychopaci mają doskonałą empatię, potrafią błyskawicznie wyoczyc kogoś słabego czy z defektem, haczą ich natychmiast, są doskonałymi manipulatorami i społecznymi graczami. Nie znają za to lęku, ich organizm uspokaja się w momentach gdy inni już się rozpadają ze strachu. Stąd potrzeba u nich gry, ryzyka, bodźcowania. To jest zdecydowanie coś innego, wręcz przeciwieństwo ZA. W sumie opis przez cechy czy behawior wydaje mi się płaski, niewystarczający, potrzebny jest opis wewnętrznych mechanizmów, psychodynamiki. O ile to dobrze rozumiem, oczywiście.
  14. Jeszcze jedno mi się skojarzyło- że symbolicznie rywalizujesz z tymi jej facetami o najwyższe miejsce w jej bieżącym życiu. Wskazuje to na niskie poczucie własnej wartości, taki narcyzm. To ci jej obecni i byli są targetem twoich zachowań, przez nich trzymasz się tej pani. Ale to ciągle nie jest miłość, sorry.
  15. Nie masz żadnego "problemu z zaufaniem" tylko po prostu panna oszukuje cię. Problem to masz z przyjęciem tego do wiadomości, ze skonfrontowaniem się z rzeczywistością i z pozbyciem sie iluzji, że to nie jest związek ani żadne "kochamy się" a twoje osobiste uwikłanie w kogoś, kto nie jest uczciwy od dawien dawna. Kto kocha nie ustawia sobie fagasów na boku. Ona cię nie kocha, to tobie się wydaje że tak jest. No, chyba że chcesz być tym trzecim czy piątym w kolejce do ruch..nia, bo też tak można, ale nie pisz wtedy proszę o miłości. Rada: odetnij wreszcie kontakt, wyczyść głowę (jak masz takich schemat wchodzenia w iluzoryczne związki są terapeuci, żeby to rozwiązać) i zbuduj inny związek nie na iluzjach oparty a na normalnej, codziennej obecności i zaangażowaniu obu stron. Wchodzisz tutaj w rolę "ratownika" (ona się zmieniła bo jest ze mną), to piękny kawałek narcyzmu, ale to tak nie działa. Schematu nimfomanki zmienić się deklaracjami nie da, a opowieściami ustawianymi przed kamerką można bajerować naiwnego w nieskończoność. Jesli nie idzie za tym poważna, wewnętrzna, terapeutyczna praca tej pani, to sorry- jej deklaracje kochania są do niczego. To co opisujesz to fantazje uwiedzionego, naiwnego i wżartego w kogoś faceta. Może nie umiesz być sam? Temu też warto się przyjrzeć. I ważne: jeśli czujesz że coś jest nie tak to jest nie tak.
×