Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
~Maja

Mam dość.

Rekomendowane odpowiedzi

Niewiele myśląc założyłam ten temat, bo właśnie w tym momencie przebrała się miarka i przy okazji chciałam sie przedstawić w tym temacie. Nazywam się Maja, ogromnie boję się życia i mam 14 lat.

 

Może mój problem wyda się strasznie niepoważny, ale mi rujnuje życie.

 

Zaniedbałam swoje życie, przynajmniej tak przeczuwam. Zawsze tak czułam, gdy marnowałam swoje najlepsze szanse, a akurat dzisiaj dostałam panicznego ataku przed wszystkim, paranoidalnie zaczęłam bać się ludzi.

Narazie jedynie kogo akceptuję to jest moja mama, ale i tak nie mam z nią dobrego kontaktu. NIGDY nie zauważyłaby mojej depresji, jakiegoś lęku, złego samopoczucia, albo sznyt. Co gorsza nie wysłałaby mnie do psychologa albo psychiatry, zresztą ona uważa,że zawsze byłam taka, jaka teraz jestem.. Co ? Ja byłam apatyczna? Chorobliwie nieśmiała? Zamknięta do granic niemożliwości?

Mylne z prawdą.

 

Może cofnę się do swojego dzieciństwa. Jako dziecko nie miałam problemów z nawiązywaniem kontaktów z ludźmi, zawsze byłam wesoła, otwarta, odważna, otoczona koleżankami i kolegami. Niczego i nikogo się nie bałam, umiałam rozwiązać wszelkie problemy, które teraz okazałyby się być niemożliwe do pokonania. Nie muszę wspominać, że dzisiaj jest zupełnie odwrotnie niż te ok. 5 lat temu ? Na dodatek z roku na rok ten stan zaczął mi się drastycznie pogarszać. NIENAWIDZĘ ludzi! Wierzę, że życza mi źle, że też mnie nienawidzą, choć fałszywie udają przyjaźń.

 

Te myśli mnie tak zdominowały, że nie potrafię nawiązać rozmowy z kimkolwiek, bo od razu moja nieśmiałość się ukazuje i staję się nerwowa.

 

W ten sposób krok po kroczku uświadomiłam sobie, że mogłabym mieć depresję. Chociaz sobie jej nie wmawiam, NIE CHCE JEJ MIEĆ, tylko chcę normalnie, szczęśliwie ŻYĆ, a nie istnieć. Chcę być normalna. Wszyscy moi znajomi myślą, że jest ze mną wszystko w porządku, że się nie przejmuję swoim charakterem i że mi wszystko pasuje, tak jak jest. A DLACZEGO TAK SIĘ STAŁO? Ponieważ jak poznałam większość w 1 klasie gimnazjum nałożyłam "maskę", której nie zdejmowałam przez pół roku. Powoli zaczynała wygasać, bo nie mogłam zawsze być sztucznie "nakręcona" , radosna, uśmiechnięta, rozgadana. Po prostu na siłę starałam się być duszą towarzystwa. Udawało mi się to, ale powoli wracało moje prawdziwe JA i w ten sposób sprowadziło na ziemię. Jeszcze z negatywniejszym skutkiem. Raczej nikt się ode mnie nie odwrócił, to ja się odrwacam od wszystkich. Zerwałam kontakty, które mnie najbardziej męczyły i sprowadzały największą panikę.Choć ciesze się, że nie ograniczyłam liczby swoich przyjaciół do ZERA. Mam jedną przyjaciółkę, na której mi okropnie zależy ( i tylko na niej) , a wszystkich innych totalnie olewam. Tylko ona zna moje prawdziwe JA i jeszcze nie uciekła ;).

Potrzebuję dobrego psychologa, tak sądzę. Gdzie go znajdę, jak nawet własna matka nie dopuści sobie do mysli, że jej córka chce się leczyć? Błagam... Odpiszcie. Naprawdę mi zależy na Waszych radach, ponieważ jeszcze nie straciłam kompletnie nadziei na ŻYCIE. Nie istnienie.

Zaniedbałam to.

Jestem zmęczona tym wszystkim. I w szczególności ludźmi, moją fobią przed drugim człowiekiem i jakąkolwiek rozmową z nim. A moze lepiej by było, gdybym... ?

 

Przynajmniej skończyłabym tą swoją męczarnię.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
"Nienawidzę ludzi..."

 

Przyłączam się do tego uogólnego stwierdzenia. :!:

 

Choć dodam, że nie mam jakieś fobi społeczniej. Nigdy nie lubiłem "obcego" towarzystwa. W okresie od szkoły podstawowej do studiów miałem tylko dwóch kolegów. Z dziewczynami nigdy nie gadam (live) i nawet mi się to podoba - nie zamierzam zacząć. Tylko czy to depresja, raczej natura samotnika.

Edytowane przez Gość

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
"Nienawidzę ludzi..."

 

Przyłączam się do tego uogólnego stwierdzenia. :!:

 

Jest uogólnione tylko w temacie, reszta jest wytłumaczona w szczegółach w treści mojego postu...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witaj Maju!

Ja też czasem "nienawidzę" ludzi teraz aktualnie nie, ale zdarza mi się. Mam jedną przyjaciółkę, której mogę powiedzieć wszystko, nie zawsze mogę powiedzieć wszystko mojemu mężowi. Mam zespół depresyjny tak orzekł psychiatra, kiedy raz do niego poszłam, jak powiedziałam o tym mojej mamie, a nie mam z nią najleprzych przejść okazało się, że ona też to ma i moja babka powiedzmy na to umarła. Ty, wydaje mi się znajdujesz się w nowej sytuacji, w nowej szkole, oprócz tego dojrzewasz, świat, siebie i ludzi zaczynasz postrzegać w inny sposób. Dorastasz. Masz prawo popełniać błędy, dokonywać błędnych wyborów, tak zdobywasz doświadczenie. Myślę też, że każdy człowiek nosi jakiś lęk przed drugim człowiekiem, a to rodzi agresje. Każdy ma lepsze lub gorsze dni. Masz przyjaciółkę, wspierajcie się na wzajem, przyjaźń umiejętnie pielęgnowana może zostać na całe życie, moja trwa już 17 chyba lat. Spróbój spojrzeć na wszystko z dystansem, każdy problem można rozwiązać i nie należy podejmować drastycznych kroków. Też mam za sobą samookaleczenia itd., ale życie to walka, nie daj się pokonać. Trzymaj się i nie daj się.

 

[ Dodano: Pią Wrz 08, 2006 10:53 pm ]

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ale ja byłam inna, NIE JESTEM samotniczką z natury. Po prostu sama chcę się odizolować ze względu na mój lęk wypadnięcia(?) przed ludźmi jak najlepiej. I nie umiem zachować dystansu do wszelkich sytuacji :| Za bardzo się denerwuję, by rozmawiać z ludźmi ...

Fobia społeczna?

 

Chyba już mi nigdy nic nie pomoże.

 

 

Ty, wydaje mi się znajdujesz się w nowej sytuacji, w nowej szkole, oprócz tego dojrzewasz, świat, siebie i ludzi zaczynasz postrzegać w inny sposób

Tak, ale czemu nie potrafię sie przystosowac do otoczenia? Bo gdybym tylko zaczynała postrzegac to wszystko w inny sposób, to nie miałoby tak drastycznych wyników... :(

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Moze sprobuj porozmawiac szczerze z matka, wyjasnij jej co sie z Toba dzieje i dlaczego uwazasz ze powinnas isc do psychologa. Powinna to zrozumiec, jesli nie od razu, to wracaj do tej sprawy co jakis czas. Moi rodzice, zwlaszcza ojciec, do dzis sie nie pogodzili z tym ze maja syna "normalnego inaczej", ale jakos udalo mi sie naklonic ich do nieprzeszkadzania w leczeniu, z czasem nawet zaczeli pomagac. Mi moze bylo o tyle "latwiej" ze moje schizki w pewnym momencie zaczely byc dosc widoczne dla otoczenia. Ale jesli szczerze i czesto bedziesz rozmawiala o tym z mama, to ona tez to zrozumie. Poza psychoterapia wiele doradzic Ci nie moge, zreszta dobry psycholog wspolnie z Toba rozpracuje Twoje problemy znacznie doglebniej i bardziej kompetentnie niz ja bylbym w stanie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mam dość, naprawde mam dosc wszystkiego.Nie dosc ze mam nerwice lekowa chyba popadam teraz w depresje :(

Nie potrafie sie juz z niczego cieszyc. Mam wrazenie, ze wszyscy maja mnie gdzies. Ze nic juz mnie ciekawego nie czeka. Mam 20 lat a czasem czuje takie zmeczenie zyciem. Ze wszystko jest bez sensu, Ze zycie to idzie w takie kolko...tydzien za tygodniem , kazdy dzien taki sam. Za tydzien wyjezdzam za granice na urlop i nawet z tego jakos specjalnie sie nie ciesze :( I do tego jeszcze pewnien problem....

 

Moze najpierw od poczzatku....

Kilka miesiecy spotykalam sie z pewnym mezczyzna. Bardzo go polubilam i mysalam ze on tez jakos serio traktuje to co nas laczy. Ale niestety trafilam na cynicznego drania dla , którego liczyl sie wlasciwie tylko seks... :(

Przebolalam to jakos ale ciezko bylo.

 

Pewnego dnia z nudow napisalam do kogos na gg (do kogos obcego) Bardzo sie polubilismy. Naprawde.Dobrze sie nam rozmawia...jest bardzo milo jednym słowem ;)

Na gg gawedzimy juz z ponad pol roku praktycznie codziennie.Rozumiemy sie praktycznie jednym slowem. Czesto w tym samym czasie myslimy o tym samym.Przez to jest zabawnie.Stal sie dla mnie kims bliskim...

Wszystko byloby okej gdyby nie pewna sprawa.Otóz moj znajomy mieszka daleeko ode mnie. Ja jestem z Wawy on z gór. praktycznie z ok 400 km. z 7 godzin jazdy pociagiem. Ale spotkalismy sie w te wakacje. Bylo naprawde wspaniale. Chyba az za dobrze bo nie moge o tym przestac myslec :(

I zastanawiam sie czy wogole jest sens sie w to angazowac ?? Niby moi rodzice poznali sie na wakacjach (wakacyjna milosc, ktora przerodzila sie w milosc na cale zycie) ale mieli lepiej bo dzielilo ich z 200 km....wiec przetrwalo uczucie.

 

Mysle sobie, przeciez jestesmy dorosli, studiujemy, ja studiuje zaocznie wiec nie jestem uwiazana i zawsze mzona znalezc troche czasu zeby sie zobaczyc...

 

On nic mi nie mowi ale widze, ze chyba tez mnie polubil tak bardziej, ale nic nie mowi o tym bo chyba sam nie wierzy, ze to moze przetrwac...

Ja niestety z Warszawy narazie nie moge sie przeprowadzic bo tu mam uczelnie. On tak samo, zreszta tam jest bardziej skomplikowane bo uprawia taka dyscypline sportu, ze niestety musi byc w gorach :(

 

I teraz zastanawiam sie, czy wyjawnic mu co tak naprawde czuje i co mysle o tej naszej znajomosci. Ze nie jest mi obojetny.....

Nie wiem co mam robic. Znowu czuje poddenerwowanie, choc juz dzis zazylam swoje leki :(:cry:

 

Czemu zawsze to musi byc takie skomplikowane?? :(

Pozdrawiam Was!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zgadzam sie, jesli uczucie jest szczere z obu stron, to 400 km nie stanowi zadnej realnej przeszkody. Jasne ze nie bedzie latwo, ale jesli sie kochacie, to chyba szkoda by bylo to zmarnowac...

PS.: A gdyby wszystko w zyciu bylo proste, to zycie byloby nudne...Chociaz raz na czas czlowiek moglby sie dla odmiany ponudzic... :smile:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mam już dosyć to trwa od dawna...szczególnie ostatno czuję się okropnie...nie mam siły nawet się ruszyć, czuję się tak jakby moje ciało znieruchomiało, mój umysł był w jakimś głębokim szoku i zapaści...wciąż boję się że mam schizofrenię, wszyscy naokól postrzegaą mie jak psychicznie chorą, coraz częściej miewam myśli samobójcze, zastanawiam się ile jeszcze dam radę, ile wytrzymam, dlaczego to musi być takokrope :cry: zupełnie jakbym nie miała myśli, wysuszony umysł, kompletną pustkę w głowie, nic nie mogła zrobić...mój świat się zaterzymał a ja nie mam siły iść dalej... co ze sobą zrobić, by to wreszcie minęło, przestało mnie męczyć, dało spokój....

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cześć

 

Nie znam żadnej uniwersalnej rady, bo może zresztą takich nie ma. Uważam, że najważniejsze (dla mnie takie jest), to wyrwać mózg z marazmu, dobrze go nastroić żeby mieć narzędzie do rozwiązywania problemów. Jeśli myślisz, że niewarto poczytać jakiejś książki, pójść na basen, albo, pojeździć na rowerze (wybacz, jestem facetem; pewnie wolisz co innego) to spójrz na ostatni dzień, lub dwa. Jeśli nie zrobiłaś w tym czasie nic, to na pewno żadne zajęcie nie wydaje się już głupie. Nie wymagaj od siebie zbyt wiele - nie oczekuj, że tylko coś zaczniesz robić, od razu wróci wspaniały nastrój. Wróci, albo nie - nic na to nie poradzisz. Ale zawsze będziesz mogła powiedzieć, że przynajmniej przejechałaś 10 km (no bo przecież nie, że przebiłaś dętkę ;-)) A to już coś, szczególnie, kiedy nie chce się z pozoru nic.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Radison ma racje. A ja mam pytanie ;) Probujesz sama sobie radzic z tym wszystkim? Mam nadzieje ze nie, w takich wypadkach zawsze dobrze miec oparcie, nie tylko w kims bliskim, ale takze fachowcach. Na depresje naprawde pomaga psychoterapia, z czyms powazniejszym dobrze jest tez, moim zdaniem, walczyc przy pomocy lekow.

Tak czy owak, musisz zrozumiec ze z tego typu problemami nie da sie niestety wygrac z dnia na dzien. Psychoterapia, leki, czy hmm nazwijmy to autoterapia (to co zaleca Radison) sa naprawde skuteczne, ale potrzeba czasu zeby przyniosly pozytywny i trwaly skutek. Takze nie poddawaj sie, jesli na poczatku nie bedzie widocznej poprawy. W ogole sie nie poddawaj, bo nie warto! :smile:

Poza szukaniem sobie jakis angazujacych zajec (sport, hobby itp), mysle ze pomogloby tez stosowanie jakis metod relaksu. Goraca kapiel, jakas fajna muzyka, cos co w zasadzie nie angazuje, ale odpreza.

Jesli stopniowo bedziesz wprowadzala wszystkie te pomysly w zycie, to z pewnoscia sobie poradzisz. Wierze w Ciebie!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witaj,

 

Jak jest prawdziwe uczucie, to uwierz mi - reszta nie jest taka trudna. Trudno jest jednak trwac w idealnym związku na odległosć. Nie chce Cię zniechęcać, chociaz ja sama nie wyrywałabym sobie włosów z głowy (może to dlatego, że dużo przeżyam w "tym" temacie). Wiesz, nie chcę oceniac, co do siebie czujecie, bo to wiecie tylko Wy, ale wydaje mi się, że człowieka naprawde da się poznac dopiero w realnym zyciu, realnych sytuacjach... Teraz to dopiero zrozumiałam, więc nie dziwie się, że ten chłopak może Ci się wydawać "tym", bo idealnie się rozumiecie...

Na Twoim miejscu starałabym się go poznawać lepiej, spotykać się jak tylko to możliwe, ale równocześnie starać się nie angażować na maxa - podchodzić do tego z lekkim dystansem, ale tez nie odrzucać.... Szukaj jak najwięcej okazji, byście mogli sie nawzajem poznawać, nie tylko przez gg...

Taka moja skromna rada!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli macie zamiar tak funkcjonować do ukończenia studiów, (nie wiem dokładnie gdzie i ile będziesz studiowała, ale przyjmuje wartośc 2 letnią) to daj sobie spokój ze związkami na odległość, masz dopiero 20 lat i wszystko przed tobą, moim zdaniem to tylko zauroczenie, nie będziecie mieli zbyt dużo okazji do spotkań... tak myśle a czas i kilometry robiąswoje. zakończ to.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

czesc, mam identyczne objawy do Ciebie z tym ,ze jestem o wiele starszy i mimo wszystko niepotrafie sobie z tym poradzic.zaczelo to sie juz w szkole podstawowej, rozne lęki , czulem sie spiety wsrod innych osob,niedopasowany.To jest wlasnie fobia spoleczna,codziennie z nia walcze z różnymi skutkami.Mam przez to wrazenie ,ze nikt mnie nie rozumie.Mysle,ze powinnas o ile jeszcze nie bylas udac sie do specjalisty,porozmawiac.Moze jakies leki przepisze,z tego co wiem to ponoc najskuteczniejsza jest terapia grupowa.Mnie te lęki męczą, jestem strasznie niesmialy przez to,a najgorsze jest to ,ze nie wiem jak to od siebie oddalic.Praktycznie nie mam przyjaciol przez to,jedynie jednego kolege ale mysle ,ze on tego nie rozumie do konca chodz sam jest niesmialy w pewnym sensie.Chcialbym byc taki jak inni otwarty,nie wstydzic sie nowych osob ogolnie ludzi ,nie czuc tego strachu.Najgorsze jest to uczucie niezrozumienia,ze inni nie sa tacy sami.Mi same leki za bardzo nie pomogly dlatego mysle o pojciu na dalsza psychoterapie coz trzeba probowac chodz nie wiem czy to cos da.Pocieszenie mi daje to ,ze nie jestem jedynym ktory ma takie problemy jakkolwiek by to nie brzmiało zawsze jakos razniej jest.Pozdrawiam Cie i powodzenia zycze,nie mozesz sie poddawac :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Napisałaś coś o lęku wypadnięcia przed ludźmi z jak najlepszej strony....

Mnie to zabiło.... podobnie jak Ty nie jestem samotniczką z natury - po prostu zaniedbałam pewne rzeczy z własnej woli. Wszytsko zaczęło się, gdy okazało się, że jestem trochę "inna" - miałam zainteresowania nie na poziomie mojego wieku i zainteresowań rówieśników.... miałam tyle lat,co Ty...

 

Wiesz, dobrze, że już teraz to dostrzegłaś, ja nie dostrzegałam. Jesteś mądrą dziewczyną jak na 14 lat i co ważne - masz chęć do życia!!

Masz także coś o czym wielu może marzyć, - przyjaciółkę. Ja straciłam wszystkich własnie przez tą "maskę", którą nałożyłam, bowydawało mi się, że nie moge być sobą...odizolowałam się.

 

Jesteś młoda, nie wszytsko stracone, uwierz mi! Jeszcze wiele będzie początków.. Jesteś w tym wieku, kiedy człowiek zaczyna odnajdywac siebie. Najważniejsze jest, że wiesz, że źle Ci, gdy udajesz!

Najlepsza rada ode mnie - bądź sobą, nie przejmuj się innymi!

Co do wypadnia "najlpiej jak można" - to potrafi zabić ;). Ważne jest to, czy tego chcesz Ty, czy chcesz spełnić oczekiwania innych...

 

Pozsłuchaj siebie...

Ja dziś nie popełniłabym tych samych błędów, gdybym w wieku lat 14 wiedziała. ..

 

Trzymaj się ciepło!!! Pozdrawiam!!!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
"najlpiej jak można" - to potrafi zabić

Niektórzy nie chcą egzystować...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Miałem kiedyś coś podobnego ale to bardzo proste z tym żyć. Nie znosze do dziś dnia tłumu ludzi. Jak widziałem, za dużo osób w jednym miejscu automatycznie zaciskały mi się szczęki z wściekłości i musiałem uciekać jak najdalej od nich. To z pewnością nie jest i nigdy nie było normalnym zachowaniem. Kto mi pomógł ? Nigdy nikt. Kto tobie pomoże ? ... Nawet na to nie licz.

Często wybierałem siedzienie samemu, picie samemu i spanie samemu tylko po to aby być z dala od ludzi. Jakichkolwiek, nie mogłem patrzyć na ludzkie mordy. Obrzydzenie brało mnie na samą myśl rozmowy. Owszem nosiłem maske idioty, dzięki, której mogłem normalnie porozumiewać sie z ludźmi. Jednak długo wytrzymywać w przebraniu jest zbyt męczące i strasznie bezsensu.

Aby wygrać ze światem, z życiem musisz pokazać swoją nature, siebie. Udawanie, poprawianie, wmawianie sobie czegoś co jest tylko złudzeniem to normalne zachowanie każdego zagubionego człowieka. Nigdy nie wstydziłem się tego kim jestem i jakie jest moje zachowanie. Na przeciw wszystkim zawsze szedłem do przodu. Nie będe wspominał o banalnym "nie poddawaj się" bo to raczej każdy z nas już przynajmniej słyszał

 

Chęć do życia to tajemnicza sprawa. Niewiadomo skąd się bierze ale dziwnym sposobem daje siłe na następny dzień.

 

Potrzebuję dobrego psychologa

Niezgodze się tutaj z tobą. Nie potrzebujesz żadnej pomocy specjalisty. Dokładnie zanalizowałaś swój problem a to połowa sukcesu. Teraz wysuń tylko wnioski. Co chce zrobić ? Czy chce to naprawde zmieniać ? Czy naprawde jest, aż tak źle ?

Naucz się, żyć sama ze sobą. Postaw poprzeczke wysoko. Potem będzie tylko łatwiej i łatwiej.

 

Nigdy nie pokonywałem czegoś małymi krokami, czas jest zbyt cenny. Wam też nie polecam. Ostrzegam tylko, że to wymaga ogromnej siły i cierpliwości...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziękuję za wszystkie komentarze. :) Ogółem to niektóre rzeczy z mojego tematu są juz nieaktualne, np. że nienawidzę ludzi i te inne pierdołki, których się teraz wstydzę :) , ale kilka nowych doszło. Dochodzi. Co do nienawidzenia ludzi to jestem akurat ODWRTONIE nastawiona, niż wtedy. Teraz wykazuję zainteresowanie nimi i nawet ich toleruję :P. Chociaż dalej kryję się po domu ...

(A czemu taka zmiana, że CHWILOWO przekonałam się do ludzi? Jestem po drugiej stronie huśtawki emocjonalnej. {amplituda nastrojów})

 

Masz przyjaciółkę, wspierajcie się na wzajem, przyjaźń umiejętnie pielęgnowana może zostać na całe życie, moja trwa już 17 chyba lat

Jestem w stanie życie za nią oddać. Myślę, że ona dla mnie też, choć nie okazuje emocji w taki sposób jak ja .. Ja się deklaruję :lol:

 

Ale...

Masz także coś o czym wielu może marzyć, - przyjaciółkę.

Neśka , sądzę tak jak Ty, tak jak mówiłam - wiele bym za nią oddała, ale coś tam we mnie w głębi siedzi... Jestem doskonale przekonana, że jestem jej "papużką nierozłączką" - czyli TYM BARDZIEJ nie umiem funkcjonować bez niej. Jak Ona nie idzie do szkoły to ja aż mam ochotę się zabić... to Ona daje mi tą siłę ale również mi ją powoli odbiera. < Ja przez Nią "bardziej żyję", a nie istnieję. > Byby mi jej zabrakło po prostu najzwyczajniej bym się zabiła :cry:.

 

Jesteś w tym wieku, kiedy człowiek zaczyna odnajdywac siebie.

Ja nawet wolę nie myśleć i niczego w sobie nie odnajdywać, bo boję się, że nagle uświadomię sobie, że jestem nic nie wartą, "zamuloną" , nieciekawą , zamkniętą w sobie, ponurą, pochmurną, markotną, melancholiczną, (...) małomówną osobą. Mam nadzieję, że tylko wciskam sobie taki kit. A wcześniej jej nie miałam, dopóki nie pewien post :!:

Czyli słówko od Neśki ! Dziękuję Ci za tyle ciepłych słów! Jeszcze żaden post mnie tak nie podbudował, jak Twój. Dziękuję, naprawdę!!

 

Ale jesli szczerze i czesto bedziesz rozmawiala o tym z mama, to ona tez to zrozumie

Ostatnio powiedziała, że mam raz na zawsze zamknąć ten temat, bo najzwyczajniej wymyślam sobie te swoje objawy. Choc przyrzekam, że nie!

 

hcialbym byc taki jak inni otwarty,nie wstydzic sie nowych osob ogolnie ludzi ,nie czuc tego strachu

Zobaczysz, kiedyś nas to spotka. :) Bądźmy po prostu dobrej myśli! I ja również życzę Ci powodzenia.

 

 

 

Często wybierałem siedzienie samemu, picie samemu i spanie samemu tylko po to aby być z dala od ludzi

Znam to skądś. Wracam ze szkoły i gdy widzę na swojej drodze jakiegoś kolegę z klasy, od razu zmieniam tor - nawet na dłuższą drogę...

 

Obrzydzenie brało mnie na samą myśl rozmowy

Ale to wszelkie unikanie ludzi napewno się nie bierze z NAS. Tylko z naszej choroby i zwątpienia w ludzi... Przynajmniej tak sądzę.

 

Nigdy nie pokonywałem czegoś małymi krokami, czas jest zbyt cenny.

Chciałabym kiedyś być taką osobą, jaką jest moja maska. Ale gdybym drastycznie zmieniła podejście do wszystkiego, siebie, i do samej siebie to byłoby bez sensu. Bo założyłabym maskę.

Ale to wyczekiwanie na powolne poprawy też jest bez sensu.

 

Zastanawiam się teraz, czy cokolwiek ma jakikolwiek sens?

 

Miałem kiedyś coś podobnego ale to bardzo proste z tym żyć. Nie znosze do dziś dnia tłumu ludzi

W moim przypadku te dwa zdania by się ze sobą kłóciły. Dla mnie nie jest prosto unikać ludzi, tylko z tego powodu by się nie skompromitować i pokazać, jaka to ja nieudolna jestem. <--- Mam o sobie takie zdanie. i boję się, że do końca odkryłam siebie by nadal tak sądzić ...

Antagonist, a tak się zapytam, jak sądzisz, co się składa na Ciebie i jakie Twoje życie ma na Ciebie wpływ?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

To dosyć skomplikowane pytanie i nie wiem czy umiem na nie odpowiedzieć. Jakie moje życie ma na mnie wpływ ? Hmmz. Biorąc pod uwage wszystkie nałogi, płytkie myślenie prowadze siebie świadomie/nieświadomie do zguby. Nie żebym narzekał. Może troche przykozacze, ale to ja mam wpływ na swoje życie, nie odwrotnie. Robiłem zawsze to co chciałem, wbrew wszystkim i wszystkiemu. Walczyłem o najbanalniejsze sprawy z krwią na zębach i nie dopuszczałem myśli, że nie będzie po mojemu. Szczerze powiem, że nic i nikt nie ma na mnie wpływu, ponieważ jedyna osoba, która go miała nie żyje.

Nie wiem czy dobrze odpowiedziałem na to co pytałaś.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cześć!

A moze lepiej by było, gdybym... ?

A może lepiej by było, gdybyś się zabiła. Na to odpowiedz sobie sama, koniec męczarni? Skąd wiesz, co jest po drugiej stronie? Nie wiem czy to moje natręctwo, ale dla mnie zabicie się przez samego siebie jest równoznaczne z pójściem do piekła cokolwiek nim jest. Dla mnie tam są większe cierpienia niż te, ziemskie. Mam wrażenie, że kiedy zabiłbym się, pogrążyłbym tych, których kocham, jedynym darem, jaki bym miał, to możliwość patrzenia na ich cierpienie. Nie chce tego, dlatego się nie zabije.

Kiedy będziesz dalej żyła, masz wiele możliwości, los może się odmienić. W najmniej spodziewanym momencie może dotknąć Cię coś porównywalnego z cudem. Tak było u mnie. Kiedy byłem rok starszy od Ciebie był kryzys mojej nerwicy i depresji, trafiłem do szpitala psychiatrycznego, nie miałem nadziei na nic, a tu proszę... Spotkałem tam miłość swojego życia. Pewnie widziałaś na Naszym forum dziewczynę o imieniu Martusia. To ona.

Skąd? Gdzie? Jak? Przecież jestem sztuczny, nieudolny, obrzydliwie egoistyczny. Dlaczego spotkało mnie takie szczęście? Zastanawiam się. Jedynym wytłumaczeniem, jakie znalazłem jest to, że musiałem cierpieć, żebym mógł znaleźć szczęście.

 

Nie, nie jestem zdrowy, mam i depresje i nerwice. Kilka dni temu dostałem większą dawkę psychotropów. Ale co z tego, kiedy i tak jestem szczęśliwy i chcę żyć ?

 

Pozdrawiam i życzę sukcesów. Najpierw tych małych.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

shadow_no, ja tylko tak mówię, ale nie mam pojęcia, czy byłoby mnie na TO stać. Z jednej strony zaplanowana śmierć to najzwyklejsze tchórzostwo, bo człowiek nie ma ochoty i chęci wprowadzić do swojego istnienia wspaniałych zmian, albo po prosu nie chce dłużej tego ciągnąć.

 

 

Mam wrażenie, że kiedy zabiłbym się, pogrążyłbym tych, których kocham, jedynym darem, jaki bym miał, to możliwość patrzenia na ich cierpienie. Nie chce tego, dlatego się nie zabije.

To też sprawa poglądów... Np. ateistę niewiele by to interesowało, bo z zasady uważałby, że nic nie ma po drugiej stronie, a po swojej śmierci byłoby mu wszystko obojętne, co się dzieje z jego bliskimi. Ale oczywiscie nie chcę tu mieszać do tego religii... !

 

Nie wiem czy to moje natręctwo, ale dla mnie zabicie się przez samego siebie jest równoznaczne z pójściem do piekła cokolwiek nim jest.

Dokładnie! Bo to jest samowolne skrócenie swojego życia, a przecież to niezgodne z moimi przekonaniami ( i przekonaniami reszty chrześcijan).

Ale... Z drugiej strony co to mi daje, bo Bóg zaplanował mi urządzić piekło na ziemi?

Ja już nie wiem, co mam myśleć na ten temat, ale jedno jest pewne - Nie zrobiłabym tego, ale zdaje mi się, że dla niektórych byłoby lepiej, gdybym... właśnie. Ale staram się żyć specjalnie dla tych ludzi, bo zrobić im jeszcze bardziej na złość. :mrgreen: (Nie no, teraz to był tylko taki żart...)

 

Pewnie widziałaś na Naszym forum dziewczynę o imieniu Martusia. To ona.

Oczywiście, że widziałam. Miałam okazję obejrzeć kilka Waszych wspólnych zdjęć w pewnym temacie. Wierzę w przeznaczenie i to jest wspaniałą rekompensatą. Życzę Wam wszystkiego najlepszego!

 

Przecież jestem sztuczny, nieudolny, obrzydliwie egoistyczny

Kto tak powiedział? Ja wcale tak nie sądzę ! Jeśli to Twoje zdanie o sobie, to zmień je szybko, bo naprawdę jesteś b. wartościowym człowiekiem. Jako Admin, też. ;)

Pozdrawiam!

 

Dziękuję bardzo. :) Również pozdrawiam.

*shadow_no

 

[ Dodano: Nie Paź 15, 2006 4:37 pm ]

Może troche przykozacze, ale to ja mam wpływ na swoje życie, nie odwrotnie

Też racja, po prostu źle sformuowałam pytanie... Ale popatrz, u ludzi , którzy mają szok pourazowy to jednak ich historia odegrała poważną rolę w ich psychice.

Robiłem zawsze to co chciałem, wbrew wszystkim i wszystkiemu. Walczyłem o najbanalniejsze sprawy z krwią na zębach i nie dopuszczałem myśli, że nie będzie po mojemu

Natura wojownika? Zazdroszczę. :( Ja nawet gdybym pomyślała, że mam zmienić nastawienie do swojej walki o wszystko to dostaję mdłości, że nie

potrafiłabym być inna, niż uległa.

Biorąc pod uwage wszystkie nałogi, płytkie myślenie prowadze siebie świadomie/nieświadomie do zguby.

Płytkie myślenie? Ja nawet nie zauważyłam, bo w Twoich myślach była chociaż "okruszynka" tego negatywnego pojęcia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

shadow_no, nie żebym ci współczuł czy coś ale przyznam jestem z ciebie dumny. Tak bardzo musiałeś nienawidzić tego wszystkiego, musiało być ku[ciach]sko. Każdy może z tego wyjść ! Bierzcie przykład z tego chłopaka...

 

Też racja, po prostu źle sformuowałam pytanie... Ale popatrz, u ludzi , którzy mają szok pourazowy to jednak ich historia odegrała poważną rolę w ich psychice.

Słuchaj, każda podobna tego typu rzecz odgrywa poważną role w psychice. Ze wszystkim można wygrać, na wszystko jest jakiś sposób. Nie wiem czy wiesz, ale podczas niebezpieczeństwa/zagrożenia mózg pracuje przynajmniej kilka razy mocniej i można wymyśleć rzeczy, które się nie śniły wcześniej.

Natura wojownika? Zazdroszczę. Sad Ja nawet gdybym pomyślała, że mam zmienić nastawienie do swojej walki o wszystko to dostaję mdłości, że nie

potrafiłabym być inna, niż uległa.

To jest akurat piękne. Iście epicka postawa uległej kobiety, która potrzebuje swojego wojownika, tak jak i on potrzebuje jej. Nie zostałaś stworzona do walki, ktoś ma walczyć za ciebie. Aż przypomniało mi się takie barbarzyńskie powiedzenie:

"Mąż ma być chowany ku wojnie. Niewiasta zaś ku wytchnieniu wojownika"

 

Płytkie myślenie? Ja nawet nie zauważyłam, bo w Twoich myślach była chociaż "okruszynka" tego negatywnego pojęcia.

Nie przesadzaj.

 

BTW może to niekulturalne ale mimo wszystko wyglądasz mi na troche starszą.

* shadow_no

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×