Troche racjonalnie o psychiatrii

Psychologia ogólnie. Ciekawe książki, wymiana doświadczeń, ciekawe tematy.

Troche racjonalnie o psychiatrii

przez Loris 12 sty 2009, 00:53
Psychiatria – nauka czy mitologia?
------------------
Kiedy w naszym życiu dzieje się coś złego - tracimy pracę, rozpada się nam małżeństwo, psują relacje z innymi ludźmi - udajemy się do psychiatry lub psychologa. Takie postępowanie wydaje się logiczne, ponieważ oczekujemy pomocy i zrozumienia. Jednak swoją decyzję powinniśmy głęboko przemyśleć.

Mój pierwszy kontakt z psychiatrią nie wypadł najlepiej. Jako student medycyny podważyłem diagnozę jednego z lekarzy twierdząc, że osoba, u której rozpoznano schizofrenię, naprawdę jest zdrowa, a jej niecodzienne doświadczenia wiążą się z postrzeganiem innej rzeczywistości. (…) Pamiętam, że od tamtej chwili profesor Tadeusz Bilikiewicz - ówczesny szef bydgoskiej Kliniki Psychiatrii – dziwnie mi się przyglądał.

Jak głosi definicja słownikowa, psychiatria to specjalistyczna gałąź medycyny, zajmująca się diagnozą zaburzeń umysłowych, ich leczeniem i zapobieganiem. Większość ludzi sądzi, że - tak jak chemia czy fizyka - ma ona solidne podstawy naukowe. Popełniają błąd.

29 kwietnia 1996 roku w Port Arthur na Tasmanii uzbrojony w broń półautomatyczną Martin Bryant zabił 35 osób i zranił 20. Strzelał w kawiarni pełnej japońskich turystów, w pobliskim pubie oraz do przejeżdżających ulicą pojazdów. Po zatrzymaniu ten 28-letni mężczyzna o przyjaznym wyrazie twarzy i długich blond włosach był badany przez czterech biegłych psychiatrów, którzy starali się dociec przyczyny tak desperackiego postępku. W wyniku owych konsultacji postawiono cztery różne diagnozy.

Pierwszy z lekarzy stwierdził, że pacjent ma schizofrenię paranoidalną, drugi orzekł, iż jest to psychopatia, trzeci zdiagnozował zespół Aspergera (będący odmianą autyzmu), czwarty zaś ograniczył się do stwierdzenia, iż Bryant… nie ma syndromu Aspergera.

Wyobraźmy sobie, że czterej chemicy otrzymują do zbadania próbkę tej samej substancji. Pierwszy uznaje, że jest to siarczan miedzi, drugi, że tlenek siarki, trzeci dostrzega chlorek sodu, a czwarty oświadcza, że… substancja ta z pewnością nie jest chlorkiem sodu. Czy w tej sytuacji uznamy, że chemia wspiera się na solidnym fundamencie nauki?

Zaburzenia umysłowe klasyfikuje się dziś zgodnie z Diagnostycznym i statystycznym podręcznikiem chorób umysłowych. W roku 1840 znano tylko jedno takie schorzenie, powszechnie określane jako idiotyzm. 40 lat po powołaniu Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego było ich już siedem: mania, melancholia, monomania (irracjonalne koncentrowanie się na jednym obiekcie), porażenie postępujące (czyli kiła trzeciorzędowa), demencja, alkoholizm oraz epilepsja.

W 1952 roku liczba zaburzeń umysłowych wzrosła do 112, a w 1968 do 163, przy czym decyzje o wprowadzaniu do rejestru nowych jednostek chorobowych - co wydaje się warte podkreślenia - podejmowano w wyniku… głosowania. Na specjalnie organizowanych spotkaniach, szacowne grono psychiatrów ustalało, czy określone choroby istnieją, czy nie! Na skutki nie trzeba było długo czekać. W 1980 roku zadekretowano 224 schorzenia psychiczne, w 1987 - 253, a w 1994 - 374.

Bruce Wiseman, autor książki Psychiatria – największa zdrada, uważa, iż schorzenia te fabrykują sami lekarze. To psychiatrzy – jego zdaniem – zapoczątkowali praktykę diagnozowania chorób, których istnienie jedynie podejrzewali, co zaowocowało przekonaniem, że skoro pacjent zachowuje się nienormalnie – czytaj: inaczej niż ogół społeczeństwa – musi być chory.

Zachowanie uznawano zatem za objaw i stwierdzano, iż jego źródło tkwi w chorobie. Znakomitym przykładem może tu być zespół ADHD, objawiający się nadpobudliwością psychoruchową połączoną z brakiem skupienia uwagi.

Do początków XX wieku istnienie takich nadpobudliwych dzieci przyjmowano jako zjawisko naturalne. Po prostu zakładano, że z czasem nauczą się ona zmieniać swoje zachowanie. Obecnie psychiatrzy wiedzą, że z takimi dziećmi dzieje się coś złego. Rodzice nie podzielają tego poglądu, dopóki (kierując się sugestią pedagoga szkolnego czy nauczycieli) nie wejdą do gabinetu psychiatry. Gdy stamtąd wyjdą, będzie towarzyszyć im świadomość, że ich dziecko jest… inne.

Przyjrzyjmy się tej sytuacji z bliska. Zmianie nie ulega rzeczywistość, zmienił się odbiór zachowania dziecka przez rodziców. Aż do tej chwili było zdrowe – teraz jest chore. Jako normalne, prawdopodobnie wyrosłoby na dorosłego człowieka, który znalazłby w życiu swoje miejsce. Z etykietką ADHD rodzice, nauczyciele i inne dzieci będą traktować je inaczej, i w końcu ono samo zacznie postrzegać siebie jako niespełniające określonych wymogów. Powodem takiego stanu rzeczy jest wymyślona przez psychiatrów rzeczywistość ADHD. Wymyślona, gdyż brak jakiegokolwiek dowodu na to, iż taka choroba istnieje; jej etiologia – jak to zwykle w psychiatrii bywa - nie została do końca wyjaśniona. Mówi się o czynnikach genetycznych, a także o wpływie pól elektromagnetycznych na centralny układ nerwowy dziecka w łonie matki. Jak sądzą psychiatrzy, najbardziej niekorzystnie oddziaływają: kuchenki mikrofalowe, światło fluorescencyjne, komputery, kamery video, telefony komórkowe, faksy, suszarki do włosów, a nawet… koce i poduszki elektryczne. Czy biorąc pod uwagę rozwój techniki w najbliższych latach, należy przyjąć, że wszystkie nasze dzieci będą skazane na zespół ADHD? A co z nadpobudliwością wśród młodych aborygenów lub Indian z nad Amazonki?

Podobnie rzecz wygląda z dysleksją i dysgrafią. Przed laty uważano, że dzieci, które popełniają błędy ortograficzne, niebawem z tego wyrosną. Wielu znanych dziennikarzy, pisarzy i aktorów – w świetle współczesnych diagnoz psychiatrycznych – w młodości było dyslektykami. Obecnie takie osoby uważa się za inne. W zastraszającym tempie rośnie liczba zaświadczeń wystawianych przez logopedów i psychiatrów potwierdzających, że dziecko, które do nich trafiło, cierpi na dysleksję, co notabene w znacznym stopniu ułatwia przebrnięcie przez ciężkie lata szkoły.

Tezę, iż zaburzenia umysłowe są wymyślane przez psychiatrów, potwierdza też wypowiedź dr. Waltera Afielda. Cytuje on dane z międzynarodowej konferencji psychiatrycznej, na której lekarze rosyjscy, komentując leczenie problemów niedopasowania w małżeństwie w Ameryce, skonstatowali, że te sprawy w Rosji nazywa się po prostu… pechem.

Leczenie wymyślonych chorób ma charakter psychologiczny lub somatyczny. Postępowanie psychologiczne to poradnictwo albo psychoterapia, natomiast leczenie somatyczne (zakładające, że umysł jest tożsamy z mózgiem) sprowadza się do aplikowania pacjentom środków farmakologicznych, poddawaniu ich elektrowstrząsom bądź operacjom neurochirurgicznym.

Elektrowstrząsy po raz pierwszy w historii zastosowano we Włoszech w 1838 roku. Wówczas to psychiatra Ugo Cerlettti, będąc świadkiem użycia tej techniki w rzeźni (w celu ogłuszenia świń przed przecięciem im gardła), zdecydował się użyć jej w celach leczniczych u ludzi. Jego pierwszym pacjentem był mężczyzna u którego stwierdzono schizofrenię.



W USA praktykę tę wprowadzono do szpitali w roku 1940. Dwa lata później Abraham Myerson, publicznie oceniając terapię elektrowstrząsami oświadczył: w procesie leczenia ważnym czynnikiem jest obniżenie inteligencji. Najlepsze wyniki uzyskuje się u tych osobników, u których redukujemy ją niemal do stanu niedorozwoju umysłowego. Początkowo stosowano szok elektryczny bez podawania leków znieczulających, ale wkrótce przekonano się, że konwulsje powodują często złamania kości. W latach 50 zaczęto więc stosować środki zwiotczające mięśnie.

Co dzieje się w mózgu pacjenta poddanego elektrowstrząsom? Psychiatra Lee Coleman mówi: zmiany, jakie widzi się podczas stosowania wstrząsów elektrycznych, są identyczne ze skutkami każdego silnego uszkodzenia mózgu, takiego, jakie może na przykład wywołać uderzenie młotkiem w głowę (…) Ponieważ ani mózg, ani elektryczność nie zmieniły się od lat trzydziestych, wynik jest stale ten sam: uszkodzenie mózgu (…) Mózg przez jakiś czas pozostaje uszkodzony, a zatem pacjent nie wie, ani nie pamięta, co go martwi. Niestety, kiedy zaczyna dochodzić do siebie problemy zwykle wracają, ponieważ elektryczność nie zrobiła nic w celu ich rozwiązania.

Podobnym niewypałem jak elektrowstrząsy okazał się zabieg zwany lobotomią, polegający na przecięciu włókien nerwowych łączących czołowe płaty mózgu ze strukturami międzymózgowia – podwzgórzem lub wzgórzem. Odkryto, że przygnębionych, zamkniętych w sobie i kapryśnych pacjentów można w ten sposób przemienić w osoby otwarte, przyjacielskie i normalne.

Oprócz oczywistych i – jak się wydawało – pozytywnych rezultatów, na popularności tego rodzaju leczenia zaważył sposób wykonywania zabiegu. W tzw. metodzie przezoczodołowej (rozwiniętej przez jej głównego praktyka, chirurga z Waszyngtonu, doktora Waltera Freemana) przypominający szpikulec do lodu metalowy pręt wprowadzano pomiędzy gałkę oczną a górną powiekę. Gdy pręt był ustawiony równolegle do grzbietu nosa w jego koniec kilkakrotnie uderzano srebrnym młotkiem. Kiedy przenikał pod czaszkę na kilka centymetrów, wyciągano go regularnym ruchem wahadłowym. Potem narzędzie wprowadzano w drugi oczodół i całą procedurę powtarzano.

Jak zauważa dziś neurobiolog David Goldman, prostota tego zabiegu pozwalała na przeprowadzenie go w gabinecie lekarskim. W ciąg jednego dnia neurochirurg mógł wykonać nawet kilka lobotomii. Pomiędzy rokiem 1942 a 1954 ów zbrodniczy zabieg stanowił leczenie z wyboru wielu zaburzeń psychicznych. Przychylnie wypowiadano się o nim w periodykach naukowych oraz na zjazdach medycznych. Odkrywcę tej metody, Portugalczyka Antonio Egaza Moniza uhonorowano nawet Nagrodą Nobla. Został on zastrzelony przez jednego z pacjentów poddanych lobotomii.

Amerykańscy psychiatrzy zafascynowani lobotomią orzekli, że metoda znajdzie wkrótce zastosowanie w leczeniu wszelkich zachowań odbiegających od powszechnie przyjętych norm, a więc będzie można ją stosować także u nadpobudliwych dzieci, homoseksualistów oraz… komunistów. Ta przerażająca kastracja, podsycona przekonaniem, że płaty czołowe mózgu nie odgrywają istotnej funkcji, ma dziś na koncie ponad 50.000 ofiar! Na szczęście ta (…) trwająca kilkanaście lat zbrodnia została przerwana.

Z kolei leczenie farmakologiczne w psychiatrii to cała litania skutków ubocznych. Stosowanie środków uspokajających i przeciwdepresyjnych wywołuje: senność, zamazane widzenie, zaburzenia seksualne, niekontrolowane drżenie kończyn, apatię, drażliwość, niestrawność, halucynacje oraz zachowania samobójcze i agresywne, nie wspominając już o uzależnieniach. Prozac – jeden z najpopularniejszych leków antydepresyjnych – tylko w samej Ameryce stał się przyczyną blisko dwóch i pół tysiąca zejść śmiertelnych! Należy on do leków zwiększających w mózgu poziom serotoniny, uważanej za hormon szczęścia, a zatem jest przepisywany nie tylko chorym cierpiącym na ciężką depresję i nerwicę natręctw, ale również osobom nie dotkniętym tak poważnymi przypadłościami.

Beztroska psychiatrów w szafowaniu lekami antydepresyjnymi jest doprawdy porażająca! Rokrocznie kilkanaście tysięcy recept na Prozac przepisuje się… niemowlętom! Do niedawna uważano, że charakter dziecka należy kształtować przez wychowanie, samodyscyplinę i zwalczanie niewłaściwych skłonności. Dziś – jak ostrzega amerykański profesor Francis Fukuyama – próbujemy iść na skróty i te same efekty uzyskiwać za pomocą leków. Takie postępowanie promują koncerny farmaceutyczne, które w celu zwiększenia zysków zrobią wszystko, jak też firmy ubezpieczeniowe doceniające fakt, iż leki są tańsze od trwającej dłuższy czas psychoterapii.

W stanach zjednoczonych ponad sześć milionów dzieci z zespołem ADHD otrzymuje specyfik o nazwie ritalin, będący pochodną… amfetaminy. Aplikuje się go nawet niemowlętom. W całej Uni Europejskiej sprzedaż tego preparatu podwaja się co rok; w Polsce ritalin ma zostać zarejestrowany już niebawem.

A zatem co oferuje psychiatria komuś, kogo zdiagnozowano jako osobę chorą umysłowo?

Po pierwsze, stawiająca taką diagnozę dyscyplina nie jest nauką, a po drugie nie jest w stanie nikogo wyleczyć. Może ona zaproponować życie na lekach psychotropowych i nie mało skutków ubocznych. Może też wpłynąć na zmianę osobowości.

Na zajęciach z psychiatrii, jakie odbywaliśmy we wspomnianej klinice profesora Bilikiewicza, zaprzyjaźniłem się z pacjentem, który pisał wiersze. Wysyłał je na konkursy i zdobywał nagrody. Jednak rodzicom chłopca nie podobało się, że zamiast towarzystwa innych preferował samotność. Psychiatrzy rozpoznali u niego schizofrenię, a kiedy skoczyli leczenie farmakologiczne chłopak już po pióro nie sięgnął.

W znakomitej książce Czarownicy i psychiatrzy E. Fuller Torres głosi tezę, że do leczenia zaburzeń umysłowych nie jest potrzebna wiedza akademicka, a jedynie umiejętność słuchania i wczuwania się w problemy drugiej osoby. Przytoczona poniżej opowieść jest tego dobitnym dowodem.

Pewnemu mężczyźnie wydawało się, że pod jego łóżkiem przyczaiły się potwory. Udał się więc do psychiatry, ale po wielu sesjach terapeutycznych (płacił po 100 dolarów za godzinę) nie odczuł żadnej poprawy. Potwory nadal okupowały podłogę pod jego łóżkiem jak gdyby nigdy nic. Wówczas zwierzył się ze swojego problemu kucharce, która w tygodniu gotowała mu obiady. Kobieta wysłuchała go uważnie, po czym dla pewności zapytała:

- One siedzą pod łóżkiem, tak?
Mężczyzna skinął głową.
- A to łóżko stoi na czterech nogach?
- Tak.
- Myślę, że jak pan obetnie te nogi, żaden potwór już tam nie wejdzie - dokończyła kobieta.

Zrozumienie i wczucie się w sytuację osoby uznawanej za chora psychicznie to podstawa postępowania terapeutycznego. Odbywając przed studiami staż na neurochirurgii pracowałem jako pielęgniarz. Do moich obowiązków należało roznoszenie obiadów pacjentom. Z tamtego okresu pamiętam pewną kobietę, panią Irenę, która miała guza mózgu. Odmówiła zjedzenie zupy, ponieważ – jak utrzymywała – do talerza zagląda jej koń. Co mogłem zrobić? Wyprowadziłem konia na szpitalny korytarz, przywiązałem do klamki u drzwi i zapewniłem pacjentkę, że zwierze nie będzie jej niepokoić. Kobieta spokojnie zjadła zupę i poprosiła o dolewkę.

Badania statystyczne, jakie ostatnio przeprowadzono w USA, wykazały, że współczynnik samobójstw wśród psychiatrów jest dziewięć razy wyższy niż wśród ogółu społeczeństwa. Zadajmy więc pytanie podstawowe: skoro nie są oni w stanie pomóc sobie, jak mogą leczyć innych?

Autor: Lek. Med. Krzysztof Chudziński
Loris
Offline

Re: Troche racjonalnie o psychiatrii

przez Sophie 12 sty 2009, 14:07
i aj sie z tym zgodzę. Na własnym przykłądzie wiem jak ludzie poddawani sa różnym testom. Stweirdzono u mnie schizofrenie paranoidalną... mój lekarz nie wysłchuje mnie do końca, nic nie mówi, tylko kiwa głową i coś tam bazgroli na kartce. A potem zwiększa mi dawkę leków, których i tak nie biorę ,albo zazywam, ale w tej najmniejszej dawce i czuję się swietnie a nie chodze zamulona, ciąglę śpię i nie wiem jak sie nazywam. Wystarczyła mi rozmowa z pewnym młodym lekarzem, który mnie wysłuchał i zrozumiał. Od tej pory sama sobie doskonale radze bez wspomagaczy. I nie uwazam żebym była schiozfreniczką. Każdy lekarz się dziwi kiedy mnie widzi, uśmiechniętą i pełną zycia. a wiadomo każdemu człowiekowi zdarzają się złe chwile i dni. Dlatego tez sama wybieram się na medycynę i zamierzam pójść na psychiatrię, zeby ustrzec młodych ludzi [przed błędami jakimi mnie karmiono.
Offline
Posty
21
Dołączył(a)
06 sty 2009, 20:43

Re: Troche racjonalnie o psychiatrii

przez betty_boo 12 sty 2009, 14:47
kontrowersyjne słowa...a skad informacja o 9-cio krotnie wyzszym współczynniku samobójstw wsród psychiatrow?
Offline
Posty
1232
Dołączył(a)
11 maja 2008, 08:58

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Troche racjonalnie o psychiatrii

przez Mafju88 12 sty 2009, 20:18
Moze zamiast rewolucjonizowac psychiatrie i psychologie zaczniesz sam sie leczyc.

[*EDIT*]

Moze zamiast rewolucjonizowac psychiatrie i psychologie zaczniesz sam sie leczyc, bo skoro tutaj piszesz to pewnie tak jest ;) Ciekawy artykul w sumie... moim zdaniem poprostu psychiatrzy przepisuja za wiele lekow osobom, ktore by sobie bez nich poradzily idąć np. na psychoterapie(odnośnie osob z nerwica). A co do tego ze psychiatrzy wszystko co nie jest zgodne z norma uwazaja za chorobe... troche wyolbrzymiles, albo poprostu ja trafilem na takiego lekarza, ktory poza nerwica nie widzi u mnie odchylow wiekszych.

to poprawka :P
I'll be where the eagles flying higher and higher
Offline
Posty
647
Dołączył(a)
20 gru 2007, 11:51

Re: Troche racjonalnie o psychiatrii

przez Loris 12 sty 2009, 20:52
spodobal mi sie ten artykul bo chyba jeden z sensownych w tej dziedzinie, ciekaw jestem jakie jest wasze zdanie na ten temat bo nie nie nauka tylko po czesci sekciarstwo normalnie sie robi morfologie czy przeswietlenie i cos juz wiadomo a tu to jest widzimisie dziwolągów chyba ktorzy nie bez kozery wybrali ta specjalizacje
Loris
Offline

Re: Troche racjonalnie o psychiatrii

Avatar użytkownika
przez Sorrow 06 mar 2009, 22:40
Ano, ten nacisk na dopasowywanie się do "norm społecznych" jest głupi. Ślepe dopasowywanie się do "norm" nic nie zrobi dla ludzkości. Szczególnie widać to po zbrodniarzach hitlerowskich, którzy byli niezwykle "zdrowi psychicznie".
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3353
Dołączył(a)
08 cze 2006, 15:38

Re: Troche racjonalnie o psychiatrii

przez enigma76 10 mar 2009, 21:15
Byłam młodą mężatką, kiedy zaczęło mnie "to" dopadać, trwało to prawie rok, a może trochę dłużej.Trwało to tak długo, ponieważ pan psychiatra sprawdzał tylko czy mi się ręce trzęsą no i objawy, które miałam ( z opowiadania). Leki nie pomagały, a niektóre nawet wzmagały lęki, czułam się beznadziejnie. Postanowiłam wybrać się do miasta wojewódzkiego, głównej siedzieby wielu lekarzy psychiatrów i dzięki Bogu lekarka stwierdzając, jakie jest moje schorzenie skierowała mnie do szpitala. Tam wreszcie trafiłam na właściwą opiekę (psycholog itp.). Wreszcie poczułam, że komuś na mnie zależy.Leki swoją drogą, ale po miesiącu okazało się, że jestem w ciąży. Teraz to było moją udręką, aby dziecko było zdrowe, bo przecież na początku brałam leki. Rzuciłam wszystko, wypisałam się ze szpitala na własne żądanie, chociaż według psychologa nie powinnam. Nie było łatwo, uwierzcie mi, boję się tylko, że to kiedyś odbije się na dziecku.
Offline
Posty
12
Dołączył(a)
09 mar 2009, 15:38

Re: Troche racjonalnie o psychiatrii

Avatar użytkownika
przez Precursor 09 kwi 2010, 22:52
Autor tego artykułu chyba nie do końca rozumie czego się uczył, w takim przypadku nie użyję słowa nauczył bo tego nie dokonał. Najwyraźniej nigdy nie doświadczył żądnych problemów natury psychicznej, więc pomimo że jak sam przekonuje, iż stara się wczuć w rolę pacjentów to według mnie z marnym skutkiem. Tutaj moim zdaniem dla zilustrowania tego o czym napisałem warto przytoczyć powiedzenie „Syty nigdy nie zrozumie głodnego”. Przeczytałem cały artykuł z uwagą i być może jak to często bywa z kłamstwami jest tam ziarnko prawdy, ale według są tam też teorie spiskowe i treści imające wywołać sensację i wzburzyć opinie publiczną.

Opowiem o coś o sobie. Moje życie zaczęło się radykalnie zmieniać półtora roku temu. Podejrzewam że przyczyniły się do tego takie rzeczy jak stres w pracy, samotność, niezadowolenie z życia, stany depresyjne, kłopoty rodzinne. Ponad pół roku temu poszedłem do psychiatry i od tamtej pory brałem paromerc a obecnie biorę parogen. Wracając pamięcią wstecz jestem w stanie ocenić efekty działania leku. Pomimo że teraz dawka, która zażywam wynosi 50mg leku dziennie, to nie zauważam żadnych spektakularnych efektów w moim życiu. Lek działa „dyskretnie” zmniejszając u mnie poziom lęku. Oprócz leku staram się pracować nad sobą. Nie jestem ze wszystkiego zadowolony, czegoś mi brakuje w tej terapii. Lekarz przepisuje mi jedynie leki, ale nie doradza mi w jaki sposób pracować nad sobą, więc podczas ostatniej wizyty poprosiłem o skierowanie do psychologa. Teraz tylko muszę się zebrać na odwagę, żeby iść się zarejestrować.

To co mnie spotkało zupełnie mnie zaskoczyły, lęki wdarły się dyskretnie w moje życie i stały się naturalną jego częścią, zaczęły rujnować moje życie osobiste i zawodowe, tego nie da się opisać. Nie jestem lekarzem, ale uważam, że jako człowiek jestem istotą skomplikowaną i funkcjonuję w oparciu o wiele systemów. Najwyraźniej któryś z tych systemów przestał reagować prawidłowo i zaczął wpływać destrukcyjnie na inne systemu, co zaczęło destabilizować cały umysł i wpływać również na ciało. Dodam, iż skończyłem studia, zrobiłem podyplomówkę, jestem ambitny, cierpliwy, uczciwy, staram się robić wszystko jak należy, w niektórych kwestiach jestem wręcz perfekcjonistą, zabiegam o szacunek. To wszystko sprawa, że usiłuję spełniać normy społeczne i jednocześnie ignoruję moje biologiczne instynkty. Podejrzewam, że ten wewnętrzny konflikt był jedną z przyczyn moich problemów. Teraz próbuję żyć spontanicznie, staram się zmienić, tak żeby móc normalnie funkcjonować, pozbyć się natręctw, lęków, przestać zadręczać się szczegółami. Zacząłem poważniej myśleć o życiu, o tym, że czas już dorosnąć, poszukać partnerkę życiową ;p Powiem tylko tyle, że lek który biorę to nie są tabletki samoczynnie uzdrawiające. Miewam spore wahania nastroju, od euforii po stany depresyjne i myśli samobójcze, ale praca nad sobą pozwala mi to zignorować i przeczekać ciężkie chwile. Jest mi ciężko, ale staram się nie poddawać.

[Dodane po edycji:]

Sorrow napisał(a):Ano, ten nacisk na dopasowywanie się do "norm społecznych" jest głupi. Ślepe dopasowywanie się do "norm" nic nie zrobi dla ludzkości. Szczególnie widać to po zbrodniarzach hitlerowskich, którzy byli niezwykle "zdrowi psychicznie".


Jest taki cytat z serialu komediowego, że "można udawać, że wszystko jest w porządku albo pozwolić sobie na dziwactwa". Wydaje mi, że zamiast rozwijać metody kontroli społecznej, po to żeby wzajemnie zmuszać się do realizacji ustalonych społecznie wzorców zachowań, należy uczyć się samodzielności. Tak proste zachowanie jak wyśmiewanie kogoś publicznie, kto zachowuje się inaczej niż grupa, to nic innego jak instrument kontroli. Bywają grupy, w których odrzuca osoby, które zachowują się inaczej. Śmiechem daje ostrzeżenie, że ktoś złapał reguły ustalonego zachowania. Publiczne ośmieszenie jest bolesną i dotkliwą karą, jeśli ktoś się przejmuje tym co myślą o nim inni. Wraz z edukacją i rozwojem samodzielnego myślenia ludzie stają się bardziej otwarci na inność. Więc jeśli ktoś ma dosyć kontroli społecznej i przywoływania do porządku, powinien szukać towarzystwa ludzi tolerancyjnych i przede wszystkim przestać przejmować się tym co o nim myślą inni. moim skromnym zdaniem najważniejsze dla własnego zdrowia psychicznego jest to aby być sobą, czyli żyć swoim życiem i czerpać przyjemność z doświadczanych emocji, czuć kontrolę nad tym co się robi, jednocześnie umiejąc przestrzegać norma etycznych i moralnych oraz starać się dokonywać właściwych wyborów w życiu.
* Chcesz zmienić życie w koszmar, zacznij myśleć.
* Uciec, ale dokąd?
Avatar użytkownika
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
18 paź 2009, 00:15

Re: Troche racjonalnie o psychiatrii

przez bonus1 01 sty 2011, 13:58
Offline
Posty
5
Dołączył(a)
12 lut 2010, 14:42

Re: Troche racjonalnie o psychiatrii

Avatar użytkownika
przez Korba 03 sty 2011, 14:07
aleś kotleta odgrzał...
Pieprz-i-vanilia
F60.31 F38 F33 F31
Avatar użytkownika
Offline
ExModerator
Posty
12808
Dołączył(a)
22 sty 2010, 22:58
Lokalizacja
nie z tej ziemi

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 5 gości

Przeskocz do