365 kroków do wolności

Czysty optymizm, czytając to forum nie poznasz kolejnych objawów nerwicy czy depresji, wręcz przeciwnie. Przeczytasz jak ludzie walczą z zaburzeniami!

365 kroków do wolności

przez Achajka 25 sie 2014, 23:12
Witajcie!


Obserwuję biernie forum od kilku miesięcy. Od roku zmagam się z depresją, a dziś postanowiłam walczyć o swoje życie. Wiem, że jest tu kilka dzienników z "krokami do wolności", dlatego postanowiłam prowadzić swój. Bardzo żałuję, że wiele z tych forumowych dzienników kończy się po paru dniach lub tygodniach. Mam nadzieję, że mój przetrwa trochę dłużej. Po cichu liczę na Wasze wsparcie...

A oto moja historia.

Mam na imię Achajka i mam 28 lat. Moja historia zaczęła się wiele lat temu, bardzo standardowo, jak przystało na polską rodzinę z "genem alkoholowym". Nie wiem, czy mój ojciec spłodził mnie po pijaku (była to mroźna zima, więc bardzo prawdopodobne), ale faktem jest, że pił odkąd pamiętam. Jego ówczesna praca temu sprzyjała (peerelowska mundurówka), choć o dziwo miał wysokie stanowisko. Moja patologiczna rodzina była więc dość dobrze sytuowana i stwarzała wszelkie pozory bycia normalną. Kariera moich rodziców się rozwijała, a ja zostałam klasycznym dzieckiem z kluczem na szyi. Podrzucanym rodzinie, sąsiadom, przekupywanym mandarynkami, gazowanym tonikiem i "Grantami" za złoty dwadzieścia. Nie było tragicznie, wiem. Nie mieszkałam w rynsztoku, nie mam mrożących krew w żyłach historii. Choć zdarzały się wypadki samochodowe po pijaku, nie wpuszczanie przez całą noc do domu, sikanie w łóżko i wszędzie byle nie do kibla, mierzenie do nas z broni palnej. Takie tam... nazwijmy to incydenty. To nie było najgorsze.

Jako, że byłam jedynym dzieckiem milicjanta tyrana i nadambitnej nauczycielki (najgorsze połączenie ever), wymagano ode mnie wiele, zbyt wiele. Już w podstawówce każda piątka z minusem była wyszydzana (skąd ten minus???), czwórka kończyła się awanturą, za pierwszą trójkę z matmy (zapomniałam wpisać nawiasu w działaniu) dostałam po mordzie. Wiecznie sprzeczne komunikaty - wypytywanie o to, co dostały koleżanki, porównywanie z innymi i jednoczesne mówienie "nie patrz na innych" (gdy mówiłam, że moja czwórka była najwyższą oceną w klasie). Zaczęły się bezsenne noce, koszmary o tych "czwórkach", ogromny strach przed ojcem, wieczny stres, zahukanie i porównywanie się z innymi. Najśmieszniejsze jest to, że do końca gimnazjum i tak byłam jedną z najlepszych uczennic. Nie mieli żadnego poważnego powodu, aby mnie tak traktować. A no chyba, że chcieli za wszelką cenę mieć idealne dziecko. Sorry, nie wyszło. W międzyczasie (gdy miałam już naście lat) urodziły się moje dwie siostry. Doszły mi obowiązki drugiej matki, praktycznie je wychowałam. W liceum odżyłam - dojeżdżałam sporo, więc rzadziej widywałam cudownych rodziców. Miałam fajne koleżanki, miałam z kim pogadać, zakochałam się. Niestety zaczęły się też gorsze oceny - tak nas cisnęli, że nie dawałam rady. Zresztą nie tylko ja, wszyscy jechali na trójach bo LO musiało trzymać renomę. I wtedy się zaczął koszmar. Przez trzy lata liceum praktycznie nie wychodziłam ze swojego pokoju (poza byciem w szkole oczywiście), unikałam tych nienawistnych spojrzeń i znaczącego milczenia jak bardzo ich zawiodłam. Przemykałam tylko cichaczem z mojego pokoju do łazienki i kuchni. I tak wtedy prawie nie jadłam, bo się odchudzałam. Zresztą wolałam ściemniać żeby nie jeść z nimi obiadu, nie przebywać z nimi. Nie raz mi się dostało od ojca (choć byłam prawie dorosła) za oceny, za nie taką minę, za nie takie słowo. Do tej pory nieswojo się czuję, gdy ojciec zachodzi mnie od tyłu - ja, kobieta przed trzydziestką! Mam tik "uniku" za każdym razem, gdy ktoś przypadkiem podniesie rękę (np. przeciąga się). Przed maturą wiecznie słyszałam, że się "nie nadaję", "że się i tak nie dostanę" (studia) itd. Mama mnie nigdy nie wspierała, zawsze była lojalną współuzależnioną. Za największy cel w życiu postawiłam sobie wyjazd z domu, a do tego potrzebne mi były studia, dobrze zdana matura. Udało się i przez kolejne lata (z racji odległości) byłam cudowną córeczką. Wciąż jestem i nikt nie pamięta złego (oprócz mnie). Gdy wspominam przy rodzicach cokolwiek z dzieciństwa, np. jak mi ojciec zabrał kabel od komputera na miesiąc (wziął go do pracy na drugi koniec PL), nic nie pamiętają i mówią, że sobie coś wymyśliłam. Moje dwie siostry mają idealne dzieciństwo, bo czas pijaństwa przypadł tylko na mój okres dorastania. Poza tym moi rodzice chyba zdają sobie sprawę z błędów popełnianych "za mojej kadencji" i teraz są przykładnymi rodzicami.

A ja? A ja już nie rozpamiętuję faktów (teraz to tak okazjonalnie na potrzeby tego wątku). Ale w spadku dostałam ogromny brak pewności siebie, nie akceptowanie siebie, wieczne niezadowolenie z siebie, nadmierną ambicję, nierealne oczekiwania, zależność od opinii innych i manię porównywanie się z innymi.

Do momentu, gdy studiowałam i miałam poukładane życie w wielkim mieście było spoko. Oczywiście miałam powyższe cechy, ale jakoś dawałam sobie z nimi radę. Odnosiłam jakieśtam sukcesy, więc akceptowałam dla równowagi niedociągnięcia. Naprawiałam się sama, byłam na kilku spotkaniach z terapeutami, czytałam książki o DDA (miałam nawet iść na meeting ale jakoś nigdy tam nie dotarłam). Wszystko było dobrze, dopóki moje życie nie zaczęło się sypać. Na własne życzenie, w ciągu kilku miesięcy diametralnie zmieniłam swoje życie. Przeprowadziłam się do małego miasta, rzuciłam pracę, rzuciłam studia. W momencie gdy to robiłam, czułam że "mogę wszystko", ale życie szybko zweryfikowało moje plany. Małe miasteczko mnie przytłoczyło, miałam bardzo niesatysfakcjonującą pracę i bardzo toksycznych ludzi wokół siebie. Brak możliwości i perspektyw stłamsił mnie strasznie i z pewnej siebie, ambitnej kobiety stałam się wrakiem człowieka. Trwało to kilka lat. W końcu nie byłam w stanie chodzić do pracy (dodatkowo wykańczała mnie psychicznie) więc odeszłam. Przez kolejne pół roku praktycznie nie wychodziłam z domu. Raz na tydzień na 15 minut na zakupy. I na święta do domu. Ze wzrokiem wbitym w ziemię żeby na nikogo nie patrzeć. Niemalże się modliłam żeby nie spotkać kogoś znajomego. Żeby nie pytał gdzie pracuję itd. Oczywiście nie muszę chyba mówić jak bardzo zawiodłam rodziców. To był pierwszy raz w dorosłym życiu jak byłam bez pracy. Wsparcie? Usłyszałam tylko "że nie mogą się mną pochwalić", znów usłyszałam wyrzuty odnośnie przerwanych studiów. Nienawidziłam siebie (właściwie to powinnam napisać w czasie teraźniejszym), miałam myśli samobójcze, fantazjowanie o śmierci i bardzo miałam ochotę się okaleczyć (czułam w głowie ulgę na myśl o tym). Super... Gdy już nie mogłam z sobą wytrzymać, poszłam do psychologa (nie wiem jakim cudem w ogóle wyszłam z domu, ale chyba miałam lepszy dzień). Szkoda, że beznadziejnie trafiłam - babka mnie bardzo źle potraktowała. Nie tak sobie to wyobrażałam, ale dostałam opinię... depresja, terapia, sugerowany psychiatra bla bla. Ale więcej tam nie poszłam, odrażała mnie ta baba. Innych psychologów tu nie ma. Wtedy pierwszy raz poczułam się jak z etykietą na plecach i nie było to miłe uczucie. Przecież poszłam tam tylko porozmawiać. I wtedy stwierdziłam, że nie mam co liczyć na kogoś z zewnątrz, że każdy i tak ma mnie w nosie. Do psychiatry nawet nie mogłam pójść, bo nie miałam ubezpieczenia, nawet o to nie byłam w stanie zadbać. Przewegetowałam kolejne pół roku. I wraz z przyjściem wiosny stwierdziłam, że jak nie wyjdę do ludzi to już się nie podniosę nigdy. Uprosiłam poprzedniego pracodawcę i wróciłam. W poniżeniu, ale przynajmniej miałam cel żeby wyjść z domu. Miałam do niedawna, po pewnym czasie odeszłam z pracy, tym razem z innego powodu. Gdybym została, straciłabym resztki szacunku jaki do siebie mam. Znów nie mam pracy i znów nie wychodzę z domu...

...tym razem jednak chcę powalczyć o siebie i nie tylko. Od miesiąca jestem mężatką - szczęśliwą w związku, ale nieszczęśliwą sama z sobą. A nie lubiąc siebie, nie mogę uszczęśliwić drugiej osoby. Nie chcę być czyjąś kulą u nogi, nie chcę żeby osoba, którą kocham wstydziła się za mnie i była zdana na moje wieczne humory.

Wiem, że wielu z Was ma większe problemy, bierzecie leki, jesteście po wielu terapiach. Tak ironizując to chyba „nie dorastam Wam do pięt”. Mam nadzieję, że mimo wszystko przyjmiecie mnie do swojego grona...
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
25 sie 2014, 20:22

365 kroków do wolności

przez Doberman 26 sie 2014, 16:33
Achajka, sorry że pytam, ale naprawdę jest takie imię jak Achajka?
Doberman
Offline

365 kroków do wolności

przez Achajka 26 sie 2014, 16:57
Jest to tylko nick, ale dzięki za zainteresowanie ;) Jest to mój pierwszy post więc chciałam się jakoś przedstawić. Takie imię ma również główna bohaterka z powieści A. Ziemiańskiego "Achaja".
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
25 sie 2014, 20:22

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

365 kroków do wolności

Avatar użytkownika
przez Zebrec 26 sie 2014, 16:58
Doberman, nie sądzę, to raczej nick.
"Życie jest za krótkie, żeby się nad sobą użalać. Zajmij się życiem albo zajmij się umieraniem..."

Regina Brett, Bóg nigdy nie mruga
Avatar użytkownika
Offline
III Mister Forum
Posty
6173
Dołączył(a)
25 lut 2014, 01:09
Lokalizacja
Twin Peaks

365 kroków do wolności

Avatar użytkownika
przez bei 26 sie 2014, 17:52
Achajka napisał(a):Witajcie!

Wiem, że wielu z Was ma większe problemy, bierzecie leki, jesteście po wielu terapiach. Tak ironizując to chyba „nie dorastam Wam do pięt”. Mam nadzieję, że mimo wszystko przyjmiecie mnie do swojego grona...


Ja biorę leki, terapię dopiero zaczynam ale nie licytowałabym się kto ma większe problemy... ważne jest to, że dla każdego jego problemy są ważne.

Achajka, to straszne co opisałaś. Nigdy nie mogłam ogarnąć (i nie ogarnę) jak można wymagać od dziecka by miało same piątki, przecież to jest nierealne, chore itd.
Co teraz zamierzasz zrobić, jak będzie wyglądać ta walka?
(...)
Jak do ładu z sobą dojść
Kiedy siebie mam już dość
(...)
Jak nadzieję w sercu mieć
Kiedy wszystko wali się
(...)

A. Szewczyk,


Wierzę w Boga
Żyj i pozwól żyć innym
Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali
Jan Paweł II
Avatar użytkownika
bei
Offline
Posty
990
Dołączył(a)
14 lut 2014, 01:01
Lokalizacja
Podkarpacie

365 kroków do wolności

Avatar użytkownika
przez Cognac 26 sie 2014, 18:48
Achajka, trzymam kciuki za Ciebie!
Tylko spokój może nas uratować.
Mój blogowątek na forum.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
546
Dołączył(a)
14 kwi 2014, 20:18

365 kroków do wolności

przez Achajka 26 sie 2014, 20:01
bei napisał(a):
Achajka napisał(a):Witajcie!

Wiem, że wielu z Was ma większe problemy, bierzecie leki, jesteście po wielu terapiach. Tak ironizując to chyba „nie dorastam Wam do pięt”. Mam nadzieję, że mimo wszystko przyjmiecie mnie do swojego grona...


Ja biorę leki, terapię dopiero zaczynam ale nie licytowałabym się kto ma większe problemy... ważne jest to, że dla każdego jego problemy są ważne.

Achajka, to straszne co opisałaś. Nigdy nie mogłam ogarnąć (i nie ogarnę) jak można wymagać od dziecka by miało same piątki, przecież to jest nierealne, chore itd.
Co teraz zamierzasz zrobić, jak będzie wyglądać ta walka?


Nie raz usłyszałam opinię, że mi się w d.... poprzewracało, że wymyślam, że ludzie mają większe problemy. Że nie mam zajęcia i powinnam sobie dziecko zrobić. Albo psa kupić. Że w każdej polskiej rodzinie jest alkohol. Podświadomie się usprawiedliwiam chyba. Bałam się kolejnej krytyki.

Nie mam jakiegoś super planu na siebie. A przynajmniej boję się go mieć. Mieszkam w bardzo małej miejscowości więc możliwości niezbyt wiele. Meetingi DDA odpadają (nie ma), psycholog i psychiatra na razie też (zraziłam się). Wiem, że pomaga mi działanie, bardzo małe kroczki, stąd ten wątek. Jednym z niewielu okresów w życiu, w których byłam z siebie zadowolona były studia - im więcej robiłam, tym lepiej się czułam sama ze sobą. Zajmowałam się nauką, życiem towarzyskim. Wtedy nie do pomyślenia było żeby bać się wyjść z domu, albo spać po 16 godzin na dobę. Nie miałam czasu na analizowanie, nie byłam wiecznie z siebie niezadowolona tak jak teraz. Może to jest klucz. Postaram się po prostu dzień po dniu robić coś, aby wyjść z marazmu. Zapełniać dzień, rozwijać się... spróbować dążyć do takiego życia, jakie zawsze chciałam wieść. Chcę być wreszcie z siebie zadowolona, nie nienawidzić się. No... przynajmniej spróbować. Chwilowo nie mam innych pomysłów.

Cognac napisał(a):Achajka, trzymam kciuki za Ciebie!


Dzięki!
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
25 sie 2014, 20:22

365 kroków do wolności

przez Doberman 26 sie 2014, 20:29
Zebrec napisał(a):Doberman, nie sądzę, to raczej nick.

Sugerowałem się tym
Achajka napisał(a):
Mam na imię Achajka
Doberman
Offline

365 kroków do wolności

przez Achajka 26 sie 2014, 22:28
Krok 1
Przynajmniej raz dziennie wyjść z domu

... na zakupy, po pieczywo, na spacer, po cokolwiek.

Miesiącami mogłabym nie wychodzić z domu, nie widzieć ludzi. Mój rekord to kilka tygodni. Listonoszowi otwieram w zależności od humoru. Czasem mi się zdarza mieć dobre chęci (nazwijmy to), szykuję się, maluję, zakładam buty, staję pod drzwiami wyjściowymi... i rezygnuję. Brak mi słów na takie zachowanie. Tu gdzie obecnie mieszkam nie mam ani rodziny, ani bliskich znajomych - czyli żadnej motywacji, czy tez musu, powinności. W momencie gdy nie pracuję (tak jak teraz) nie mam też większych obowiązków. Najbliższa rodzina i jedna koleżanka oddalone o jakieś 6 godzin jazdy samochodem. Ciągle udoskonalam technikę przetrwania na "suchych zapasach" jedzeniowych, choć standardem jest jednak to wyjście na zakupy raz na tydzień/dwa. Nie cierpię tego robić. Tu jest jeden market, w którym na nieszczęście kiedyś pracowałam. Dreszcze mnie przechodzą na myśl o spotkaniu fałszywych koleżaneczek, zadających standardowe pytania "co słychać?" (nic), "pracujesz gdzieś?" (sama od nich odeszłam, a teraz nie mam pracy), "kiedy się wyprowadzacie" (od kilku lat nie ukrywam, że nie chcę tu mieszkać - niestety obecnie nie mamy możliwości przeprowadzki). Takie rozmowy strasznie mnie dołują. Najchętniej założyłabym maskę podczas takich spotkań, albo zapadła się pod ziemię.

Dziś wyszłam na dwór aż dwa razy, sama jestem w szoku. Choć było mi łatwiej niż zwykle, bo raz pod osłoną nocy, a raz kryjąc się przez większość drogi w samochodzie. Ale wyszłam!
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
25 sie 2014, 20:22

365 kroków do wolności

Avatar użytkownika
przez Zebrec 26 sie 2014, 23:58
Doberman, to po co pytasz, czy jest takie imię jak Achajka?
"Życie jest za krótkie, żeby się nad sobą użalać. Zajmij się życiem albo zajmij się umieraniem..."

Regina Brett, Bóg nigdy nie mruga
Avatar użytkownika
Offline
III Mister Forum
Posty
6173
Dołączył(a)
25 lut 2014, 01:09
Lokalizacja
Twin Peaks

365 kroków do wolności

Avatar użytkownika
przez bei 27 sie 2014, 16:38
Achajka napisał(a):Ciągle udoskonalam technikę przetrwania na "suchych zapasach" jedzeniowych, choć standardem jest jednak to wyjście na zakupy raz na tydzień/dwa.


A jak do tego podchodzi Twój mąż?

Achajka napisał(a):Dziś wyszłam na dwór aż dwa razy, sama jestem w szoku. Choć było mi łatwiej niż zwykle, bo raz pod osłoną nocy, a raz kryjąc się przez większość drogi w samochodzie. Ale wyszłam!


:brawo: :smile: .
(...)
Jak do ładu z sobą dojść
Kiedy siebie mam już dość
(...)
Jak nadzieję w sercu mieć
Kiedy wszystko wali się
(...)

A. Szewczyk,


Wierzę w Boga
Żyj i pozwól żyć innym
Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali
Jan Paweł II
Avatar użytkownika
bei
Offline
Posty
990
Dołączył(a)
14 lut 2014, 01:01
Lokalizacja
Podkarpacie

365 kroków do wolności

przez Achajka 27 sie 2014, 19:21
bei napisał(a):
Achajka napisał(a):Ciągle udoskonalam technikę przetrwania na "suchych zapasach" jedzeniowych, choć standardem jest jednak to wyjście na zakupy raz na tydzień/dwa.


A jak do tego podchodzi Twój mąż?


Dobrze, jest wyrozumiały. Akurat obiad i kanapki do pracy to mój priorytet, bo nie chcę żeby mąż chodził głodny. Można powiedzieć, że cel całego dnia, dosłownie. No i teściowa jest kucharką więc od początku związku mam podniesioną poprzeczkę. Potrafię np. spać/ leżeć do 15, żeby później wstać i ogarnąć w godzinę obiad i mieszkanie. Suche jedzenie to makarony, ryże, słoiki, puszki, mrożonki więc nie jest tak źle. Akurat w kwestii gotowania jestem kreatywna, no i... jest to jedna z niewielu obecnie rzeczy, która mi sprawia przyjemność (i jednocześnie czuję, że mi wychodzi - mąż mnie bardzo dowartościowuje). Jak mi czegoś brakuje to proszę go żeby kupił wracając z pracy. Tylko że podle się wtedy czuję, bo ja przesiaduję w domu, a jego ganiam po drobne zakupy (pieczywo, mięso itp). Kiedyś go nawet kolega spytał, czemu on coś kupuje skoro ja siedzę w domu i mam sklep pod blokiem :?
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
25 sie 2014, 20:22

365 kroków do wolności

przez Doberman 27 sie 2014, 19:22
Zebrec napisał(a):Doberman, to po co pytasz, czy jest takie imię jak Achajka?

Pytam, bo Achajka stwierdziła że tak ma na imię.
Doberman
Offline

365 kroków do wolności

przez Achajka 27 sie 2014, 23:57
Krok 2
Wcześnie wstawać

... nie przesypiać całego dnia.

Potrafię spać 12-16 godzin na dobę. Myślę, że nie wynika to z żadnych zaburzeń zdrowotnych. Śpię po prostu z nudów, z niechęci stawienia czoła życiu. Bardzo często moją pierwszą myślą po przebudzeniu jest "błagam, niech będzie przynajmniej dwunasta". Wtedy jakoś łatwiej mi przetrwać resztę dnia, choć i tak jestem wcieleniem beznadziejności, bo kto zaczyna dzień o tej porze? Inaczej jest gdy wstanę rano i mam jakieś tam rzeczy do zrobienia. Tak było, gdy chodziłam do pracy - czułam się jak normalny człowiek, który wstaje o normalnej porze. I normalnie żyje, a przynajmniej stwarza takie pozory.
Moją jedyną szansą jest wstawanie razem z mężem o 5:30. Jeżeli nie wstanę z nim na wspólne śniadanie, później nie ma na to praktycznie szans.

1. Wyszłam dziś z domu. Na 10 minut, ale zawsze.
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
25 sie 2014, 20:22

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 7 gości

Przeskocz do