Natręctwa myśli...

Forum o nerwicy natręctw: doświadczenia, historie, pytania.

Re: Natręctwa myśli...

Avatar użytkownika
przez Rafał9 11 paź 2008, 12:51
No właśnie nie można dostać. Widzisz jakie to głupie myśli przychodzą do głowy człowiekowi z nerwicą ;)
Czy będę żył jutro nie umiem powiedzieć. Jednak wiem na pewno, że nie żyję dzisiaj
Avatar użytkownika
Offline
Posty
86
Dołączył(a)
23 wrz 2008, 22:14
Lokalizacja
DG

Re: Natręctwa myśli...

przez ela30 11 paź 2008, 14:14
szkoda ;) już się ucieszyłam
Offline
Posty
5
Dołączył(a)
04 cze 2008, 22:51

Re: Natręctwa myśli...

przez konewkaa 11 paź 2008, 16:19
a ja juz nic nie wiem... chyba w koncu odwaze sie pojsc do specjalisty. od 3 miesiecy zastanawiam sie czy kocham swojego chlopaka czy nie, czy bylam w ogole zakochana. kazdego faceta oceniam, porownuje z andrzejem i wyobrazam sobie ze sie w nim zakochuje. przez pierwszy miesiac bylo masakrycznie, codzienne płacze. z czasem argumentow przemawiajacych za tym ze jednak nie kocham jest coraz wiecej. wiec juz zupelnie nie wiem czego w zyciu chce, czy kocham, nie wiem kim jestem i jakie wartosci tak naprawde wyznaje. nie wiem czy to nerwica, mam wrazenie ze moze ją sobie wmawiam bo boje sie przyznac przed sobą ze nie kocham, boje sie odejsc. moze takiego czegoś jak nerwica w ogole nie ma? moze to alibi dla ludzi slabych. skad mam to wiedziec ???
konewkaa
Offline

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Natręctwa myśli...

przez nemeyeth 11 paź 2008, 22:56
Mój związek rozpadł z tego powodu.
Zastanawiałam się czy kocham, czy kiedykolwiek kochałam. Doszłam do wniosku, że jednak nie. 4,5 roku przepadło. Zostawiłam zrozpaczonego chłopaka, który zrobiłby dla mnie wszystko. Nie usprawiedliwiam tego chorobą.
Offline
Posty
12
Dołączył(a)
12 wrz 2008, 12:43

Re: Natręctwa myśli...

przez konewkaa 12 paź 2008, 00:07
tylko ze ja nie mam powodow. on jest taki wspanialy,.....
musze cos zrobic, bo wiem ze pozniej bede zalowala. to ja mam z nim byc, a nie nerwica.
konewkaa
Offline

Re: Natręctwa myśli...

przez amandia 12 paź 2008, 09:06
nemeyeth nie obraź się ale skąd wiedziałaś że go nie kochasz, skoro wcześniej miałaś problem ze zdefiniowaniem słowa miłość i nie wiedziałaś czy go kochasz?

Konewko a może najpierw nauczyć się się żyć z nerwicą, zaakceptować ją? Ja mam oprócz nerwicy i lęków, niesamowicie niską samoocenę. Pani psycholog powiedziała mi że jak mogę dać komuś miłość, skoro nie kocham siebie, i siebie nie akceptuję. Do tego mam zachowania autodestrukcyjne, i zauważam że podobnie zachowuję się wobec mojego partnera - znacznie łatwiej jest mi okazać mu negatywne uczucia (złość, złośliwość, smutek).
Apropo miłości to polecam też poszukać znaczenia w Wikipedii, tam jest taka piramida 7 form miłości wg. Sternberga. To może nieco rozjaśnić, często ludzie uważają że miłość się skończyła, a ona po prostu przeszła do innej fazy. Po pewnym czasie nie jest już tak jak na początku i to też trzeba zaakceptować.

Ja potrafię sobie tak wmówić że nie kocham narzeczonego, że aż czuję do niego niechęć, odrazę, coś wtedy jakby w środku mnie krzyczy TO nie Ten. Ale jak tylko przestaję o tym myśleć, jak znajduje sobie zajęcie te myśli cichną, i wszystko wraca do normy. Więc jak jest naprawdę? Czy to ja się usprawiedliwiam nerwicą, czy faktycznie to nie ten. No cóż nie umiem odczytać co mi mówi serce, intuicja, rozum. Jeśli coś nie jest 2+2=4 (a przecież na miłość nie ma równania) to trudno mi to pojąć i zrozumieć. Co więc zrobić, ślub za tydzień, a ja mam huśtawki, po 3 razy dziennie zmieniam zdanie, a wiem że gdybyśmy wogóle nie rezerwowali terminu to nie miałabym problemu - tak samo jak problem zniknął gdy odwołaliśmy pierwszy termin. Poza tym nie wiem czy chcę być z kimś innym, chyba sobie tego nie wyobrażam. Chyba czasem w życiu warto zaryzykować, a nie cały czas spędzać na analizowaniu i lękach. Co zrobię? Chyba właśnie zaryzykuję, bo może warto zacząć żyć, a nie dryfować.
Offline
Posty
312
Dołączył(a)
05 paź 2008, 10:01

Re: Natręctwa myśli...

przez nemeyeth 12 paź 2008, 11:02
To było bezwarunkowe...

Mój chłopak też był świetnym facetem i absolutnie nie miałam powodów namacalnych, żeby go zostawić.
Pewnego dnia przeszłam mi myśl, że go nie kocham, że nie wiem czy go kochałam. I jak pomyślałam tak już poleciało.
Offline
Posty
12
Dołączył(a)
12 wrz 2008, 12:43

Re: Natręctwa myśli...

przez amandia 12 paź 2008, 22:27
Wiem że u mnie, moje wątpliwości spowodowane są lękiem przed tym co nowe (małżeństwo), przed samodzielnością, odpowiedzialnością. Jak tylko przestaję myśleć o ślubie, kończą się także wątpliwości, przestaję myśleć o tym że go nie kocham, wszystko jakby wraca do normy. Mam wrażenie że po prostu szukam pretekstu by się nie zaangażować, by się wycofać. Za to jak myślę o ślubie, czuję to samo gdy jako dziecko musiałam jechać na kolonie, albo to samo co czuję jak wsiadam do samolotu - panikę, lęk, ściskanie w 'dołku', ból żołądka i jakby głos który mówi mi 'NIE'. Chwilami już sama nie wiem co jest rzeczywistością a co problemem który sama stworzyłam.
Offline
Posty
312
Dołączył(a)
05 paź 2008, 10:01

Re: Natręctwa myśli...

przez Alexandra 13 paź 2008, 02:32
Mnie sie wydaje, ze w tym przypadku nie powinnismy czuc leku. Tzn jesli faktycznie to jest TA osoba, czujemy, ze jest wsparciem emocjonalnym, czujemy sie dobrze przy niej, wydaje mi sie- moge sie mylic- ze wtedy w srodku wiemy o tym i nie mamy watpliwosci, obaw. Ja uwazam, ze osoba bliska wrecz powinna nas uspokoic, jesli to faktycznie TA osoba. Ale byc moze nie jestem dobrym doradca, bo zyje w pojedynke jak na razie :smile:
Ola. Jeszcze będzie przepięknie,jeszcze będzie normalnie.
Offline
Posty
571
Dołączył(a)
28 maja 2006, 15:49
Lokalizacja
Wrocław

Re: Natręctwa myśli...

przez amandia 13 paź 2008, 07:33
Jestem tym już zmęczona, już chyba wiem o co chodzi. Wróciły lęki które pamiętam z dzieciństwa i o których myślałam że już się skończyły. Pisałam o tym wyżej, mam to samo co zawsze przed wyjazdem na kolonie. Już na kilka dni - tygodni wcześniej czułam to 'ściskanie w dołku', ogólny stres, osłabienie, nie mogłam się na niczym skupić i często płakałam. W dniu wyjazdu było najgorzej, spazmy, płacz, panika. Potem zwykle tak było przez całe kolonie, czasem rodzice musieli po mnie przyjeżdzać po kilku dniach. I boję się że i teraz tak się skończy, że w dniu ślubu dostanę histerii, a po ślubie będę nieszczęśliwa. Wydaje mi się że chodzi tu o lęk przed rozłąką z rodzicami, jeden z psychologów do którego chodziłam, powiedział mi wlaśnie że cały czas chce być blisko rodziców, bo będąc dzieckiem przejęłam (nie wiadomo czemu bo dzieciństwo mialam szczęśliwe) obowiązki osoby dorosłej, i wymyśliłam że jak cały czas będę z rodzicami to nasza rodzina się nie rozpadnie, będziemy zawsze razem. Wogóle jestem bardzo związana z rodzicami, emocjonalnie, psychicznie, z domu rodzinnego wyprowadziłam się podstępem - powoli małymi kroczkami, odwracając uwagę tym że moj facet miał wypadek i ktoś musiał z nim być by się nim opiekować. Tak więc chyba znalazłam przyczynę lęku, po prostu boję się że ślub rozdzieli mnie z rodzicami, że będę miała swoją rodzinę, że nie będę dbała o nich a o siebie, wiem że to naturalne, bo przecież taka jest kolej rzeczy, cały czas to sobie tłumaczę, a to wraca i wraca. Jednak na samą myśl o tym nie mogę spać, nie mogę jeść, mam mdłości i znów pragnę schować się w swojej skorupie (wrócić do domu rodziców) i nigdy już się nie wychylać. Po prostu nie umiem żyć, żyć samodzielnie, dla siebie. Ranię tym samym faceta którego chyba kocham, na którym mi zależy. Nie oczekuję od Was rady, po prostu muszę się wygadać, bo nikt z bliskich mnie nie rozumie. Nie wiem gdzie szukać pomocy, nie wiem co zrobić ze ślubem, tak bardzo się boję że w tym dniu stchórzę i nie pójdę do urzędu, boję się że po ślubie te lęki mnie nie opuszczą, że dopóki będziemy małżeństwem będę unieszczęśliwiala i jego i siebie. Czasem zastaanawiam się czemu mnie to spotkało, po co Bóg pozwala żyć takim ludziom, którzy tak bardzo ranią innych.
Offline
Posty
312
Dołączył(a)
05 paź 2008, 10:01

Re: Natręctwa myśli...

przez Alexandra 13 paź 2008, 08:31
Rozumiem doskanale ten lek przed koloniami. Mialam to samo ! bol brzucha, rodzice przyjezdzali po mnie po paru dniach. i czulam, ze tylko ja tak mam, a wszyscy sa odwazni i sie nie boja.

Mysle, ze to nie jest dobry moment, abys myslala o slubie. Czy rozmawiasz szczerze o swoich lekach ze swoim chlopakiem? Mysle, ze powinnas. Skoro mysl o slubie wywoluje taki nastroj, odczekaj. Daj sobie czas. Nie zyjemy w 19 wieku, ze obowiazkiem kobiety jest wychodzenie za maz. Nie musisz tego robic. JA na Twoimmiejscu powiedzialabym szczerze o swoich obawach chlopakowi, bez wzgledu na konsekwencje. Powiedz soboe "nie musze wychodzic za maz". To nie przymus. daj sobie jak mowilam wiecej czasu i pozniej sama zdecydujesz
Ola. Jeszcze będzie przepięknie,jeszcze będzie normalnie.
Offline
Posty
571
Dołączył(a)
28 maja 2006, 15:49
Lokalizacja
Wrocław

Re: Natręctwa myśli...

przez MartaF 13 paź 2008, 11:52
Amandio, spróbuj się wyciszyć, odpowiedzieć sobie sama w duszy na stawiane przez siebie pytania. Pytasz innych na około czy masz wyjść za mąż, i to wprowadza Cię w jeszcze wieksze stany niepewności. Nikt Ci nie doradzi, nikt nie podejmie za Ciebie decyzji, odpowiedź nosisz sama w sobie i gwarantuję Ci, że doskonale wiesz co zrobisz. Ja przechodziłam to samo i dalej nie czuję się super, ale mimo to podjęłam decyzję o ślubie, a teraz o psychoterapii. Ja też rozpaczałam, że takie coś i mnie się przytrafiło, ale wiedziałam, że nie będę nikogo pytała o radę. Wiedziałam, że i tak wyjdę za mąż mimo tych okropnych stanów, mimo niepewności, natrętnych myśli. Dużo o sobie wiesz, i spróbuj to wszystko "zebrać do kupy". I wtedy podejmij decyzję, jestem pewna, że będziesz właściwa :)) Trzymam kciuki :-*
Offline
Posty
76
Dołączył(a)
05 maja 2008, 11:07

Re: Natręctwa myśli...

przez amandia 13 paź 2008, 17:55
Już raz odwołałam ślub, w zeszłym roku. Im było bliżej tym bardziej odczuwałam lęki i niepewności. W tym roku poczułam się silniejsza, sądziłam że dam radę, zdecydowaliśmy się na skromną uroczystość tylko w urzędzie (już za kilka dni). Ale nie daję rady. Z jednej strony chciałabym się spotkać z całą rodziną, mam wyrzuty sumienia że ich nie zapraszam, a z drugiej wiem że stresowałabym się jeszcze bardziej, czułabym ogromną presję, poza tym wstyd mi gdy mam atak paniki, pamiętam wciąż jak dzieci śmiały się ze mnie gdy histeryzowałam jadąc na obozy. Narzeczony jest cieprliwy, znosi wszystko, czeka, wie o moich problemach, a ja chyba zmarnowałam mu kilka lat życia, bo jak teraz odwołam ten ślub to już nie bede mogła spojrzeć w oczy jemu i jego rodzinie. Nigdy moim zamiarem nie było nikogo zranić, a robię to cały czas. To jest straszne uczucie, gdy do osoby którą się kocha, czuje się niechęć, złość, czasem mam chwile gdy nie moge na niego patrzeć, bo aż mi niedobrze tak bardzo On zaczął mnie denerwować. I nie wiem czemu, przecież nagle w ciągu kilku dni nic się nie zmienił, to ze mną jest coś nie tak. Ja sama nie wiem czy go kocham, w ostatnich dniach zmieniam nastroje po kilkanaście razy dziennie, biorę jakieś ziołowe leki uspokajające ale pomagają tylko na chwilę. Zauważam, że tylko w obecności rodziców czuję się dobrze, spokojnie, bezpiecznie, wtedy nawet pozytywnie patrze na ten ślub, nawet jak On jest z nami, czuję że tworzymy rodzinę, ale jak mam od rodziców pojechać do naszego domu, to czuję to znajome 'ściskanie'. Moi rodzice już nie mają siły ze mną rozmawiać, znów muszą przeżywać to samo co kilkanaście lat temu jak byłam dzieckiem, zupełnie nie wiem jak to się stało. Jestem dorosłą osobą, wykształconą, mam dobrą pracę, miałam szczęśliwe dzieciństwo i wiele rzeczy mi się w życiu udało, co więc jest ze mną nie tak, o co w tym wszystkim chodzi? Tak bardzo chciałabym chcieć żyć, i umieć się z tego życia cieszyć, umieć być samodzielną i konsekwentną osobą. Czuję się ciężarem dla wszystkich, nie wiem czego w życiu chce, jestem jak dziecko uwięzione w ciele dorosłego, i nie umiem nic z tym zrobić. Czasem mam wrażenie że powinnam nie żyć, bo na to życie nie zasługuję.
Marto ja też chwilami wiem że wyjdę za niego za mąż, że nawet jakbyśmy tego nie planowali to bylibysmy razem, nie chce nikogo innego, mam do niego zaufanie, moge z nim pogadać o wszystkim, myślę że przyjaźnimy się. Ale wobec tego skąd moja niechęć, złość do niego, już nie wiem co to jest, ale we wszystkim doszukuję się znaków by tego nie robić, tylko nie wiem czemu i po co.
Offline
Posty
312
Dołączył(a)
05 paź 2008, 10:01

Re: Natręctwa myśli...

przez MartaF 13 paź 2008, 18:45
Amandio, ta niechęć, odrzucanie od osoby, którą kochamy są mi doskonale znane :). Wypisz wymaluj moja historia :). Ale widzisz? To znak, że to coś innego niż brak miłości do tej drugiej osoby. Śmiać mi się chce, jak Cię czytam, przepraszam bardzo, ale tylko dlatego, że miałam IDENTYCZNIE !! (teraz już trochę mniej :)). Jeśli chcesz ze mna jakoś porozmawiać, o coś zapytać, poradzić się, to chętnie służę swoją pomocą :).
Offline
Posty
76
Dołączył(a)
05 maja 2008, 11:07

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 5 gości

Przeskocz do