Problemy z rodzicami (ogólnie)

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

przez michał24 06 lip 2007, 07:05
Podając ten temat na forum nie wiedziałem, że tak szybko ktoś się odezwię i przedstawi swoje refleksje. Teraz wiem jedno - nie jestem sam. Moja historia jest podobna do historii Inez3. Kiedyś myślałem, że jestem tchórzem, wszystkiego się lękam, cały świat jest mi wrogi a tylko rodzice są moimi przyjaciólmi i dbają o moje dobro. Dziś wiem, że to tylko choroba albo aż choroba NERWICA lękowa. Gdy zacząłem drążyć temat nerwic i ich etiologii sięgając jednocześnie w głąb siebie doszedłem do wniosku, że to właśnie rodzice są przyczyną tego, że posiadam taką tożsamość jaką posiadam. Kocham ich bardzo, ale oni nie wiedzą jaką krzywdę wyrządzili swemu dziecku, które będąc na progu dorosłości tak naprawdę nie wie kim jest. Od małego byłem oczkiem w głowie rodziców. To ja się dobrze uczyłem, to ja odnosiłem sukcesy sportowe to ze mną były związane wszystkie nadzieje a nie z siostrą (stygmatyzacja, życie ze stygmatem, którego wartości trzeba dorównać). Od małego miałem być tylko grzeczny w szkole i w domu, posłuszny rodzicom nie sprawiający nikomu kłopotów i taki też byłem bo w innym przypadku dostałem lanie od ojca (gdy byłem jeszcze mały) więc każde inne wyrażenie własnej woli w domu, szkole czy na podwórku już wzbudzało we mnie dreszcze i wyrzuty sumienia, że rodzice mogą się gniewać. Ojciec, choć podświadomie chciałby być traktowany jak władza absolutna nie potrafił mnie nauczyć mieć swoje granice, których należy bronić więc z każdych trudnych sytuacji wolałem się od razu wyscofać niż narazić się na gniew ojca i karę. Ojciec bił mnie rzadko, ale jak już raz dostałem to więcej nie chciałem dostawać. I tak sobie rosłem nie sprawiając nikomu kłopotów. Cały świat miał mnie z głowy. Przeważnie się uczyłem a imprezy i dyskoteki omijałem z daleka co by na nich nie wynikła żadna przykra historia, która by rozgniewała rodziców (alkohol, narkotyki, bijatyki itp.) Co prawda w późniejszym etapie mojego życia był okres imprez i wszelakich uciech cielesnych, ale szybko się on skończył, bo wszyscy kumple się pożenili a i tak to ja byłem tym najgrzeczniejszym i najspokojniejszym wśród całej paczki. Alkohol dodawał mi odwagi, tłumił lęk, więc mało było imprez na których byłem trzeźwy, czułem się wtedy ,,panem świata". Za swą lojalność rodzice wyręczali mnie we wszystkim a gdy się czegoś podjąłem i zrobiłem to nie najlepiej zaraz byłem krytykowany więc szybko się nauczyłem ze wszystkiego rezygnować, chyba żę zostałem przyparty do muru. Ojciec często porównywał mnie i siostrę z innymi naszymi rówieśnikami przy których oczywiście wypadaliśmy blado a ja szczególnie (przynajmniej tak się czułem). Dziewczyna z, którą spędziłem blisko 5 lat też nie wytrzymała mojego neurotyzmu, gdyż swoimi zahamowaniami ograniczałem jej ekspansywność do której ni cholery nie potrafiłem się zmusić (oj, przeżyłem to bardzo). Dziś stojąc na progu dorosłości nie potrafię określić samego siebie - kim jestem, po co żyję. Mam niską samoocenę, świat jaki był wrogi taki pozostał (ale powoli dostrzegam to, że to ja powinienem się potrafić zaadaptować do świata z poczuciem własnej wartości i godności osobistej a nie świat do mnie). Nie potrafię podjąć asertywnie samodzielnej decyzji, która byłaby sprzeczna ze światopoglądem rodziców, gdyż zaraz mam wyrzuty sumienia, usprawiedliwiam się tym, że to pewnie oni mają znowu rację i warto by było ich posłuchać. Rodzice chcą mnie widzieć takim, jakiego modelowali przez ponad 20 lat a nie takiego jakim widzę się ja. Mam swe pragnienia, ale nie potrafię przeciąć pępowiny, nie potrafię powiedzieć ,,nie" rodzicom i całemu światu a to, że ,,źle syna wychowali" to mi nawet by przez gardło nie przeszło, bo mój ojcieć - neurotyczny perfekcjonista tego by nie przeżył. Chętnie bym się wyprowadził, ale nie mam gdzie, nie mam z kim, nie mam za co. Teraz wiem co to samotność w tłumie. Mimi wszystko i tak bardzo ich kocham, ale dobrze by było by w końcu się obudzili i przejrzeli na oczy, że ich syn jest już dorosły, choć pewnych rzeczy się już nie cofnie.
Offline
Posty
32
Dołączył(a)
03 lip 2007, 20:38
Lokalizacja
Bełchatów

Avatar użytkownika
przez inez3 06 lip 2007, 09:17
moze faktycznie ze slowem manipulacja troche przesadzilam, bo zdaje sobie sprawe z tego, ze czesto robili to i robia nieswiadomie. kocham ich, bo zawsze kiedy ich potrzebuje to sa. ciesze sie tez, ze chociaz moja mama zauwazyla i przyznala mi racje w tym, ze popelnili bledy. jest nauczycielka i miala jakies kursy z psychologii, po ktorych mi powiedziala, ze "szkoda, ze nie bralam udzialu w takich kursach dawno temu"
wiadomo, ze ich kocham i sa dla mnie bardzo wazni, ale uwazam, ze nie moze byc tak, ze staja sie jedyna rzecza w zyciu. niby mnie nie zmuszali do bycia najlepsza, ale w sposob jaki mowili np. o ocench w szkole czy o jakims moim zachowaniu powodowal u mnie jakis ped do doskonalosci, a ludzi doskonalych nie ma...
oczywiscie ciesze sie, ze sie mna interesowali, ze pytali czy czegos tam zabraniali, ale w pewnym momencie poczulam, ze przez to nie widze swiata swoimi oczami tylko ich.
wczoraj. poniewaz jestem poza domem, od tygodnia robie zakupy zeby wyrzywic siebie, ojego faceta i jego brata. staram sie zeby nie wydac za bardzo, bo potem znow sie mnie rodzice zapytaja ile wydalam przez ten czas i ze duzo. no i wlasnie jak wczoraj sobie wszystko przeliczylam to znow wpadlam w nastroj "no tak, znow tyle i tyle poszlo, a moja mama zawsze mi mowi, ze w tyg. wydaje tyle i tyle i zeby oszczedzac". ja sie na prawde staralam, nie kupowalam zadnych bzdur itd... i tu jest to bledne kolo... moj facet jak mu o tym powiedzialam to stwierdzil, ze przesadzam, przeciez nie mamy zyc o chlebie i wodzie, a skoro trzeba cos kupic to trzeba, kazdy inaczej prowadzi wydatki. w sumie ma racje, ale ja mam cos takiego, ze ciagle porownuje to co robie do tego co mama... pogmatwalam troche...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1928
Dołączył(a)
06 cze 2007, 10:31

przez michał24 06 lip 2007, 09:47
Wczoraj jeszcze miałem kłótnię ze starym, ale tym razem nie dałem sobie sprzedać poczucia winy i wyrzutów sumienia i czuję się z tym dobrze. Warto stawiać na swoim, choć nieraz trzeba się liczyć z cierpieniem bliskich.
,, Kochać i tracić, pragnąć i żałować, upadać boleśnie i znów się podnosić (...).

,,Emocje to nie luksus, lecz wielostrunny instrument wspierający nas w walce o przetrwanie."
Antonio R. Damasio
Offline
Posty
32
Dołączył(a)
03 lip 2007, 20:38
Lokalizacja
Bełchatów

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

przez Millka 06 lip 2007, 15:11
Michal, Inez, znacie ksiazke " Toksyczni rodzice"? Przeczytajcie, polecam:)
Offline
Posty
55
Dołączył(a)
03 maja 2007, 13:45
Lokalizacja
Poznań

przez michał24 06 lip 2007, 17:07
Toksyczni rodzice - toksyczne wychowanie - toksyczne dzieci.
A dla amatorów dobrego kina polecam ,,PRĘGI" z Żebrowskim i
Grochowską. To coś o toksycznym wychowaniu w wyniku którego
powstaje nerwica.
,, Kochać i tracić, pragnąć i żałować, upadać boleśnie i znów się podnosić (...).

,,Emocje to nie luksus, lecz wielostrunny instrument wspierający nas w walce o przetrwanie."
Antonio R. Damasio
Offline
Posty
32
Dołączył(a)
03 lip 2007, 20:38
Lokalizacja
Bełchatów

przez Pstryk 06 lip 2007, 19:05
michał24 napisał(a):Toksyczni rodzice - toksyczne wychowanie - toksyczne dzieci.

:shock: ile w tym prawdy :shock:

Czytam Wasze posty i dech zapiera :shock:

Moi rodzice nie zauważali mojej nieobecności nawet jak mnie dwa tygodnie nie było. Ojciec? Cóż, gwałcił mnie jak byłam dzieckiem i w mojej głowie zrodziło się przekonanie, że tak powinno być i to normalne. Matka? Wiedziała o tym i sprawiła mi lanie jak kiedyś przyłapała "nas" na bara bara.
Chyba jednak wolę mój przypadek :?
Od 12 roku życia robię co chcę. Mój ojciec jedyny akcent jaki wniósł w moje życie to wybór szkoły po podstawówce i kierunków studiów. Pewnie dlatego, że nigdy nie miałam problemów z nauką w przeciwieństwie do mojej siostry, która ledwo ledwo ukończyła zawodówkę. Pomimo tego tatuś ją pocieszał, tulił, wspierał. Więc pomyślałam, że penie jestem brzydsza od siostry i zaczęłam się odchudzać. Tak przeżyłam 10 lat anoreksji. Tatuś przelał na mnie swoje niespełnione ambicje więc i z mojej pasji życiowej zrezygnowałam - zawodowo trenowałam siatkówkę. Nie ma sprawy. Tatuś miał ciężkie życie ze swoją matką - tyranem, ofiara drugiej wojny światowej więc tłukł mnie i wyzywał od najgorszych (debil, dziwka, /cenzura/, żałuję że żyjesz....). Nie ma sprawy. W końcu tatuś ma zawsze rację. Nie raz sugerował mi żebym się zabiła, więc pierwsza próba, druga, piata... Nie ma sprawy. Za każdym razem, gdy lądowałam w szpitalu (notabene setki razy) tatuś wypisywał mnie na żądanie na następny - góra - dzień. Nie ma sprawy. Tatuś ma rację. W końcu wylądowałam w szpitalu psychiatrycznym to się mnie wyparł, wydziedziczył. W psychiatrycznym zrobili mi pranie mózgu. Wracając, nie miałam pewności czy mam dokąd bo byłam przekonana, że zamki do drzwi będą wymienione. Ale nie były. Nie wiem do dzisiaj co się stało, ale właściwie nie chcę tego wiedzieć. Najważniejsze, że pokutują za te lata do dzisiaj. I jest tak, że czasem zastanawiam się, czy ja przypadkiem nie śnię...
Pstryk
Offline

przez Millka 06 lip 2007, 19:36
niesamowite, masz racje - dech zapiera :cry:
Offline
Posty
55
Dołączył(a)
03 maja 2007, 13:45
Lokalizacja
Poznań

przez Pstryk 06 lip 2007, 23:52
Nie chodzi mi o porównywanie. Szczerze, ja jak czytałam o Was to pomyślałam dokładnie tak jak Ty: ja to miałam różowo. Bo co jak co, ale miałam mnóstwo swobody, do wszystkiego dochodziłam sama bez przeszkód, wszystkiego w życiu spróbowałam, nikt mi nie wybierał znajomych, chłopaków... Owszem, jest to również skrajność ale nie wyobrażam sobie, gdyby rodzice kontrolowali każdy mój krok czy ruch. Dla mnie TO wydaje się być koszmarem!
Pstryk
Offline

Avatar użytkownika
przez inez3 07 lip 2007, 10:06
no wlasnie, kazdy kij ma dwa konce... ale powiem szczezre bethi, ze cie podziwiam. przezylas tyle nieprzyjemnosci, tyle cierpienia i bólu, ale jestes. silniejsza, madrzejsza i napewno piekniejsza niz ci sie wydaje (wewnetrznie i zewnetrznie).
masz wole walki, w koncu tyle prob samobojczych, ale wrocilas do zywych. mysle, ze chcec zycia w tobie jest i wlasnie to spowoduje, ze kiedys wyjdziesz zupelnie na prosta...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1928
Dołączył(a)
06 cze 2007, 10:31

Avatar użytkownika
przez IceMan 07 lip 2007, 12:50
fragment piosenki "opowiem wam jej historię" zespołu Łzy
Nie doszukuj się złych morałów w tej historii,
Na jej zakończenie jest wiele teorii.
Dostała nową szansę, choć chciała być w Niebie,
Co będzie dalej, zależy od ciebie.
Dla mnie zakończenie jest pełne nadziei,
Ona się zmieniła, jej ojciec się zmienił
I napisze ostatnie zdanie w swym zeszycie
"Mogło mnie tu nie być choć tak kocham życie!".
Avatar użytkownika
Offline
Przyjaciel forum
Posty
4789
Dołączył(a)
30 wrz 2006, 13:49
Lokalizacja
Wroc

przez sebcio 07 lip 2007, 13:49
Takie skrajne traktowanie dziecka przez ojca moze doprowadzic do sytuacji jaka zdazyla sie mojemu przyjacielowi kilkansscie lat temu.
Otoz on mial ojca ktory karal go niemal za wszystko, w zasadzie "kochany" ojciec wychodzil z zasady ze mozliwosc unikniecia kary jest nagroda, przyjaciel ten zawsze sie bardzo dobrze uczyl (znaczy mial dobre oceny, ze strachu przed nieobliczlnym ojcem) raz zdazylo mu sie dostac dwuje (wtedy jesscze miernych nie bylo) to tak sie bal o tym powiedziec ze prawdopodobnie mial probe samobojcza, wyladowal tez z jakimis potwornymi tikami nerwowymi u psychiatry czy tez psychologa i taki byl konice skrajnie opresyjnego wychowania
sebcio
Offline

przez ayrton 08 lip 2007, 10:44
Na wstępie chciałbym się przywitać.
Widzę, że ten temat jest dla mnie jak najbardziej odpowiedni, nie ukrywam, że strasznie bym się ucieszył, gdyby ktoś odpowiedział na mój post w formie jakiejkolwiek porady.

Mam niecałe 19 lat, mieszkam w malutkiej miejscowości (niecałe 3500 mieszkańców). Na chwilę obecną nie mam tutaj praktycznie nikogo, wszyscy są 30km dalej, w miejscowości, do której uczęszczałem do liceum, w tym roku zakończyłem je maturą, uzyskałem naprawdę świetne wyniki.
Problem miałem od zawsze, ale dopiero teraz zaczął o sobie dawać znać jeszcze bardziej, gdy chcąc nie chcąc kontakt ze znajomymi bardzo mi się ograniczył. Od około dwóch miesięcy każdy kolejny dzień jest dla mnie karą, a największą jest to, że w ogóle muszę się codziennie rano budzić, nadal żyć. Nie ma już absolutnie niczego, co w jakiś sposób motywowałoby mnie do jakiegoś działania, po prostu - trzymałoby przy życiu. Co to ma wspólnego z tym tematem? Od dziecka, praktycznie codziennie dostawałem "zrypy" od ojca. Za co? Za nic, profilaktycznie. Naprawdę, nigdy nie podpadłem tak, żeby w normalnej rodzinie mieć o to problemy. Zawsze wracałem/wracam do domu w normalnych porach, nie ma ze mną problemów wychowawczych, robię wszystko, co do mnie należy, a nawet więcej. Mimo tego - jak to się mówi - ciągle mam przejeb... Boję się wracać do domu z obawy przed tym, że znowu ojciec może być w złym humorze, mogę zastać sytuację, jak znowu wydziera się na matkę (o naprawdę absurdalne rzeczy), że znowu zacznie się czepiać o wszystko (potrafi chodzić po domu, wywlekać wszystko z szaf i wmawiać nam, jaki w nich "syf" mieliśmy). Jeśli muszę się go o coś spytać, najpierw muszę robić kilkudniowe podchody, żeby trafić na "lepszy" moment (a i tak w większości przypadków muszę zrezygnować ostatecznie). Nie liczę już, ile razy opuściłem spotkania ze znajomymi, jakieś wyjazdy itp. itd., nie mogłem przełamać tego strachu przed nim. (i jakie oczy robiłem, gdy znajomi w każdej chwili mogli podejść do swoich ojców i spytać się o cokolwiek, nawet o rzeczy, o których ja bałbym się myśleć w jego obecności). Ostatnio doszło do tego, że sam podniesiony ton jego głosu wywołuje u mnie napięciowe bóle głowy, zaczynam się cały trząść, tracę siłę fizyczną, nie mogę się na niczym skupić. On tego nie widzi, a jeśli widzi - jest dumny z siebie, że jestem mu "podległy". Jeszcze gorzej jest, gdy swoje humory przelewa na matkę, a ja nie mogę nic wtedy zrobić, bo gdy staję w jej obronie, on jeszcze bardziej się denerwuje, bo widzi, że nie ma nikogo po swojej stronie (w tych momentach jest naprawdę nieobliczalny i blisko jest już rękoczynów z jego strony). Kolejną sprawą jest to, że ciągle ingeruje w moje życie, w to, co mam robić w przyszłości, jaki ma być mój "styl bycia" (a uwierzcie, jestem normalnym chłopakiem, normalnie się ubieram itp.). Najgorsze jest to, że coraz bardziej naciska na to, abym swoją przyszłość powiązał właśnie z miejscowością, w której mieszkam. Jestem jednym z lepszych specjalistów w swojej dziedzinie w województwie, mam masę ofert pracy, ale... o tym później. Gdy tylko zaczyna rozmowę o tym, wpadam w cholernie niedobry stan (opisany wyżej, ale "poważniejszy"). Wystarczy nawet, że słyszę podniesiony jego głos, nawet, gdy mówi o czymś całkowicie innym, robi mi się wtedy dosłownie słabo, czuję się tak, jakbym zaraz miał oberwać. Byłem głupi, nigdy nie starałem się "walczyć" o swoje, on się do tego przyzwyczaił. Teraz mam z tym coraz większe problemy. Znajomi niezbyt chętnie chcą się ze mną spotykać, skoro nawet już w ich towarzystwie nie potrafię się uśmiechnąć, ciągle jestem zamyślony. Przez to właśnie straciłem wspaniałą dziewczynę (a ile problemów ze strony ojca przez to miałem, nie potrafię opisać, to również bardzo na mnie wpłynęło). Chrzanię każdą robotę (w sensie - nie wywiązuję się terminowo), nie mam już do niej żadnej motywacji - tracę wszystko, co wywalczyłem przez ostatnie lata ciężką pracą, nie potrafię już sobie z tym radzić. A tutaj lokalnie - nie mam szans na żadną pracę, z uwagi na specyfikę branży - wybić mogę się tylko w większym mieście.
Moja miejscowość - taka prawdziwa nora, mentalność ludzi jest tutaj tragiczna, każdy każdego zna, każdy miesza się w sprawy każdego, jakby nie mieli czego innego do roboty, tutaj nie da się żyć.
Może i udałoby mi się uodpornić na problemy z ojcem, ale co jakiś czas jest OK, jakaś (głupia) część mnie uważa, że może teraz już będzie ok. Potem znowu przychodzi rozczarowanie, wielki ból. Nie wiem jak z tym walczyć, nie radzę sobie z tym całkowicie. Uśmiech na twarzy pojawia mi się tylko wtedy, gdy w mojej głowie pojawiają się myśli samobójcze, dość poważne i daleko idące.
Ech, przed chwilą znowu - poprosił matkę o przyniesienie jakiejś koszulki. Gdy matka spytała, czy chcę t-shirt czy jakąś rozpinaną - wydarł się, że "wy nic nie wiecie, wszystko trzeba wam mówić, zginęlibyście beze mnie" - wydziera się, jakbyśmy byli jakimiś przestępcami, tego nie da się już wytrzymać. Do psa odzywa się lepiej :-/ :-( Ja nie wytrzymam tego już długo, coraz bardziej to przeżywam.

Dużo ludzi radzi - wyjedź, utrzymasz się, poradzisz sobie (tak, tak by było), ale.. każdy wyjazd z domu i bycie poza nim to cholerny strach, że w domu znowu mógł zrobić awanturę, że matka znowu cierpi (a naprawdę jest wspaniałą osobą i nie mam Jej nic do zarzucenia (każdy telefon do matki, gdy jestem poza domem, zaczyna się od słów "tata jest spokojny?"; niestety, w tym domu nie ma głosu, jest podrzędna). Ojciec uważa, że tak jest w każdym domu i że to jest normalne, że w moim domu też tak będzie. W moim tak nie będzie (jeśli wytrzymam do tego czasu). Nie chcę mieć żony, nie chcę mieć dzieci. Od pół roku nawet nie zauroczyłem się w nikim, jest we mnie jakaś wewnętrzna blokada, uczucia wygasają. Dla mnie słowo rodzina kojarzy się jednoznacznie z patologiami. Miałem wspaniałe plany życiowe, w sumie nadal mam, ale póki co wszystko mi się wali, nawet praca, która była moją pasją. Bardzo lubiłem czytać literaturę fachową z mojej branży, sprawiało mi to wielką frajdę. Dziś? Nie mogę się do tego zmobilizować, nie cieszy mnie to. Wolę godzinami gapić się w sufit, płakać. A broń Boże usłyszałbym jego podniesiony ton głosu. Na chwilę obecną nie ufam Mu już, przez to, że ciągle krzywdzi matkę i mnie, że nie okazuje Jej należytego szacunku, że ciągle zmienia zdanie, narzucając mi ciągle inne rzeczy, niszcząc mnie.
Ludzie czasami się ze mnie już śmieją, gdy mówię komuś "lepiej nie rób tego", gdy spytają się mnie czemu - nie potrafię odpowiedzieć, a Oni śmieją się ze mnie. Dlaczego tak mówię? Ze strachu, że mojemu ojcu to by się nie spodobało. (np. kąpiel/prysznic po godzinie 21:00 - to już jest absurd). Potrafię wydrzeć się na siostrę, żeby ustawiła inaczej kubek na stole, bo zaraz może przyjść ojciec i zrobić o to awanturę (oj, każdy powó do niej jest dobry) - to już za cholerę nie jest normalne.

Na przełomie sierpnia i września zakładam firmę, studiować będę zaocznie (+ praca), chociaż z takimi wynikami matur i tak dostałbym się na dzienne, ale.. nie miałbym czasu na pracę, musiałbym być na utrzymaniu rodziców, a wtedy ojciec mógłby rościć do mnie jeszcze większe prawa.

Od razu uprzedzam - jakakolwiek rozmowa na takie tematy kończy się jeszcze większą awanturą i stwierdzeniem, że po prostu "mam za dobrze" i trzeba mnie "krócej trzymać".
Próbowałem brać validol na uspokojenie, ale po 3 tygodniach zażywania go w cięższych momentach (2-3 razy zdażyło się, że wziąłem 2 tabletki podczas dnia, reszta dni - po jednej), ale jedynym tego efektem jest to, że coraz częściej zauważam u siebie luki w pamięci z przed kilku minut, coraz częściej również popularna "skleroza".

Nie ukrywam, że bardzo liczę na Wasze porady, bardzo :-( Z dnia na dzień jest coraz gorzej.
Offline
Posty
25
Dołączył(a)
08 lip 2007, 10:03

przez ayrton 08 lip 2007, 13:23
Bardzo dziękuję Ci za odpowiedź.
Siostra ma 9 lat, tak więc sytuacja jest troszkę trudniejsza. W sumie nie zależy mi w ogóle na kontakcie z ojcem, to nie ma dla mnie żadnego znaczenia już teraz, tylko, że... boję się tego, że to wszystko mogłoby się odbić na matce i siostrze. :-(
Na razie muszę zrobić coś z sobą - zastanawiam się nad wizytą w poradni zdrowia psychicznego, ponieważ nie jestem teraz w stanie normalnie egzystować, wszystko, czego się nie dotknę, leci mi z rąk. Uważasz, że powinienem się tam udać?
Offline
Posty
25
Dołączył(a)
08 lip 2007, 10:03

przez michał24 09 lip 2007, 07:16
Moim zdaniem wychowanie to nie tylko opieka, ale przede wzystkim przygotowanie młodego człowieka do dorosłości, w której już powinien liczyć przede wszystkim na siebie. Dorosłość to autonomia, umiejętność podejmowania suwerennych decyzji, posiadanie własnego światopoglądu niezależnego od innych, posiadanie własnych granic i umiejętność ich obrony, akceptacja własnej samotności a nieprawidłowa socjalizacja zaburza funkcjonowanie jednostki w w/w kategoriach. Jeżeli by podzielić wychowanie dziecka na takie dwie kategorie: opiekę i socjalizację to przy prawidłowej socjalizacji można jeszcze jakoś usprawiedliwić nadopiekuńczość ze strony rodziców. To naturalne, że rodzice kochają swoje dzieci, dbają o nie, martwią się gdy długo ich nie ma w domu, dbają o to, żeby miały dobry start w przyszłość. Ja muszę się przyznać, że opiekę w domu miałem na bardzo wysokim poziomie i nigdy mi niczego nie brakowało, ale socjalizacja była na poziomie miernym i jeżeli miałbym teraz wybierać między twardym ojcem, który dał mi wszystko a nie nauczył jak żyć, a takim który nie dał mi nic z rzeczy materialnych a potrafił wprowadzić w dorosłe życie to z perspektywy czasu i własnych doświadczeń zdecydowanie wybieram to drugie. Dzieciństwo trwa tylko 18 lat a życie dorosłe jak Bóg pozwoli zatem rodzic ma tak naprawdę niewiele czasu, aby prawidłowo ukształtować swoje dziecko, ale od tego jak to zrobi zależy w dużej mierze jego przyszłe życie, więc choć mam wiele pretensji do moich rodziców, to jednak zdaję sobie sprawę, że wychowanie to nie taka prosta sprawa, bo ciężko określić prawidłowe proporcje opieki nad dzieckiem do dawania mu coraz większej autonomi, choć nie da się ukryć, że opieka to też socjalizacja. Jak powiedziała Millka - życie zweryfikuje nasze poglądy na macierzyństwo i ojcostwo i pewnie ma rację. Zadała też pytanie: czy jej dzieci są szczęśliwe mając nadopiekuńczą matkę. Moja odpowiedź brzmi: nie wiem. Jeżeli ta nadopiekuńczość nie będzie kolidowała z prawidłowym wprowadzeniem dzieci w życie dorosłe to pewnie kiedyś one będą mogły powiedzieć, że mają kochającą mamę i są z niej dumne, czego Ci Millka gorąco życzę.
Napisałaś Millka jeszcze, że jesteś teraz nadopiekuńczą matką, bo w dzieciństwie brakowało Ci duchowej opieki ze strony matki. Podam Ci podobny przykład z mojej rodziny: Odkąd tylko poszedłem do szkoły ojciec zawsze dbał o moje wykształcenie. Wyręczał mnie we wszystkim, żebym tylko się uczył i zdobywał jak najlepsze oceny. Robił tak dlatego, że jego ojciec a mój dziadek nie pozwolił mu kontynuować nauki kiedy był młody i przez to nie zdobył wykształcenia. Dlatego chyba musiał sobie założyć, że uczyni wszystko, żebym ja się wykształcił, więc całe życie słyszałem tylko słowa: ,,Ucz się ucz, bo nauka to potęgi klucz" tylko przez tą naukę ojciec całkowicie zapomniał o moim wychowaniu i nauczeniu mnie zaradności życiowej, więc obecnie widzę siebie jako ,,socjo-inwalidę" . Dlatego dzisiaj to powiedzenie dla mnie brzmi: ,,Ucz się ucz, bo nauka to nerwicy klucz." Dyplom nie pomoże mi podejmować prawidłowych decyzji życiowych a szczęśliwe dzieciństwo napewno by pomogło.
Offline
Posty
32
Dołączył(a)
03 lip 2007, 20:38
Lokalizacja
Bełchatów

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 20 gości

Przeskocz do