Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
mała defetystka

Oddział Leczenia Zaburzeń Osobowości i Nerwic - 7F

Rekomendowane odpowiedzi

SAMA1:

mój lekarz nie wie co mam robić dalej zasugerował tylko żebym połozył się na zwykły oddział psychiatryczny ale ja tam byłem już i wiem, że tam nikt nie będzie się silił na rzetelną diagnozę. Psychoterapeuty od kilku miesiecy szukam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja też staram się o przyjęcie na 7F, psychiatra mi polecił ten oddział mówiąc że mam duże szanse się tam dostać. Mam głębokie zaburzenia osobowości i nie chce już miec tego borderline. Wierzę, że pobyt na 7F byłby dla mnie dobra podkładka do terapii ambulatoryjnej, w nurcie psychodynamicznym. Jestem już dość długo w terapii ale jak na razie dała mi ona tyle, że nie mam zachowań impulsywnych. No i to że zrozumiałam jak bardzo jestem zaburzona. Tylko tyle albo aż tyle...  Leki pomogły na lęki.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 31.05.2019 o 12:57, disreali napisał:

SAMA1:

mój lekarz nie wie co mam robić dalej zasugerował tylko żebym połozył się na zwykły oddział psychiatryczny ale ja tam byłem już i wiem, że tam nikt nie będzie się silił na rzetelną diagnozę. Psychoterapeuty od kilku miesiecy szukam.

 

Są oddziały dzienne, oddziały stacjonarne psychiatryczne z bardzo dobrą psychoterapią, diagnozą, bo o terapię tu chodzi chyba. Taki jest w Krakowie , w Starogardzie Szczecińskim, Poznaniu, Warszawie i pewnie inne. Terapeutę wpisujesz w google w swoim mieście i wyskakuje..

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Terapia na 7F to jedna wielka katastrofa. Z terapii zostałem wypisany 2 tygodnie przed planowanym ukończeniem wraz z 2 innymi osobami więc ktoś może powiedzieć, że moja ocena nie jest obiektywna. Patrząc wstecz, żałuję że w ogóle tam poszedłem i straciłem pół roku z życia. Żałuję, że nie zostałem wypisany wcześniej, zaoszczędziło by mi to sporo bólu i cierpienia. Jestem świadomy, że opisując to na tym forum, będę łatwo zidentyfikowany przez personel 7F ale nie mam żadnej intencji wracać tam w przyszłości. 

- pacjentów traktuje się tam jak zaburzone śmieci czego już można doświadczyć na kwalfikacjach z panią ordynator. Jeżeli na terapii nawiążesz z kimś bliższą relację to terapeuci zanegują to twierdząc, że z tą osobą nie da się nawiązać relacji (a ten jest zbyt odcięty od rzeczywistości, ten jest zbyt zaburzony, ten zbyt wycofany itd.). Na interwencji od pielęgniarki usłyszałem, że jestem tak zaburzony, że ona nie wie jak ja w ogóle sobie radziłem w życiu (a radziłem sobie całkiem nieźle - miałem dobrą pracę, 2 lata żyłem za granicą, na terapię poszedłem głównie po to, żeby się pozbyć fobii społecznej i polepszyć swoje relacje z ludźmi).

- na sesjach z pielęgniarką dowiedziałem się na przykład, że istnieje spora szansa, że popełnie samobójstwo w przyszłości. Potem pielęgniarka twierdziła, że ona tylko powtarza moje myśli (nigdy czegoś takiego nie twierdziłem)

- na terapii dążą do odstawienia wszystkich leków co ma czasem katastrofalne skutki. Z opowieści terapeutów wynika, że kiedyś byli pod tym kątem jeszcze bardziej restrykcyjni i na samym początku redukowali wszystkim leki do zera co kończyło się atakami histerii, cięciem się, próbami samobójczymi i przenosinami na oddział ogólny. Jeżeli ktoś nie radzi sobie bez leków to usłyszy, że ma wytrzymywać swoje emocje (równie dobrze mogli by powiedzieć, że ma się wziąć w garść - takie same przesłanie). Nikt z personelu nie bierze pod uwagę, że niektórzy odczuwają emocje silniej niż inni i to nie jest kwestia złej woli, że nie potrafią sobie z nimi poradzić i potrzebują do tego pomocy farmakologii.

- Ludzie na wyjściu często czują się gorzej niż przed rozpoczęciem terapii. Gdy to zgłaszają na społeczności usłyszą od terapeutów, że to znak, że terapia działa (!). Nie neguję tego, że terapia może chwilowo spowodować gorszy nastrój gdy przeżywa się trudne emocje z przeszłości ale zadaniem dobrego terapeuty jest poskładanie pacjenta na wyjściu tak, żeby był w stanie funkcjonować poza szpitalem. Na 7F tego końcowego etapu nie ma - wypuszcza się ludzi rozwalonymi psychicznie po pół rocznym, sztucznym życiu w "komunie".  Przejście do normalnego życia po tym praniu mózgu jest podwójnie trudne.

- Niewielka skuteczność terapii. Po wyjściu z terapii ludzie wracają do samookaleczeń, mają próby samobójcze, lądują spowrotem na oddziałach ogólnych (gdzie znowu dobiera się im leki, które na 7F zostały odstawione).

- Terapia psychonalityczna nie daje narzędzi do radzenia sobie ze swoimi emocjami (w przeciwieństwie np. do terapii CBT). Analizowanie każdej swojej emocji jeszcze nie powoduje, że te emocje przestają się pojawiać. Jedyną radą jaką można usłyszeć to żeby porozmawiać z ludźmi o swoich problemach. Nie jest to zła rada, ale to często nie wystarcza.

Do plusów terapii mogę zaliczyć to, że poznałem fajnych ludzi i że potrafię bardziej otwarcie o moich problemach. Plusy w żaden sposób nie rokempensują minusów, które opisałem. Jeżeli ktoś chce leczyć zaburzenia osobowości to polecam poszukać innej terapii.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dodam jeszcze, że ja po tej terapii wyszedłem z takimi lękami, że po miesiącu wylądowałem na ogólnym. Psycholog i psychiatra w szpitali byli zaszokowani w jakim stanie mnie z tej terapii wypuścili i powiedzieli mi, zę to nie pierwszy sygnał jaki ich dochodzi, że coś z tą terapią jest nie tak.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Hej. To znow ja.

Personel oddzialu 7F plotkuje i to z podopiecznymi o tym co uslyszy. Jestem ofiara takiego zachowania na 7f.

Polubilem dziewczyne bo z facetami mam trudny kontakt opowiedzialem o tym personelowi i nastepnego dnia zaczelo sie jakies chore swatanie, a ja szukalem tylko bliskosci, przyjazni. Do dzis mam z nia kontakt, ale nie jest zdrowy. Ona jest dzis samotna matka i nadal wierzy bezgranicznie personelowi, ktory namieszal jej w glowie. Chyba mnie kocha.

Nie polecam wrecz odradzam tych pseudolekarzy.

 

Zdzieszko

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cześć.

Terapię na 7F ukończyłam w 2016 r. Byłam tam najpierw na tzw. "pobycie diagnostycznym" , czyli przeszłam wszystkie spotkania konieczne, by zostać zakwalifikowaną, mieszkając na oddziale. Taka opcja jest dostępna dla osób, które muszą dojeżdżać z daleka. Po tym pobycie zostałam przyjęta.

Nie pamiętam już wszystkich szczegółów "technicznych" (na przykład dokładnego rozkładu godzin zajęć). Powiem Wam natomiast, jakie ta terapia w moim przypadku odniosła skutki.

 

Kiedy przyjechałam do Krakowa, nie miałam niczego - dosłownie. Relacje leżały, mieszkałam w wynajętych pokojach, byłam strasznie samotna, kurczowo trzymałam się pracy, do której dorabiałam wielką ideologię i na której opierałam tożsamość. Z emocjami radziłam sobie, zachowując się destrukcyjnie. Na 7F zgłosiłam się po kilku wielkich kryzysach, kiedy było coraz gorzej, a wręcz stwierdzono, że nie powinnam mieszkać sama.

 

Trzy lata po ukończeniu programu mam swoją rodzinę i dom (co zawsze było moim marzeniem i takim świętym Graalem).  Mam wspaniałego męża, naprawdę dobre, fajne małżeństwo, niedawno urodziłam synka. Pracuję w dużej firmie.Nie mam już żadnych problemów z zachowaniami autoagresywnymi , kompulsywnymi i nie zachowuję się destrukcyjnie. Nie ma potrzeby, abym brała leki. Konsultowałam się niedawno z terapeutką, żeby sprawdzić, czy może powinnam wrócić do regularnych sesji (nie korzystałam z żadnych po wyjściu z oddziału) ; uznała, że na tym etapie najlepszą pracą dla mnie będzie "praca w terenie" (czyli po prostu pilnowanie codziennych relacji z innymi, dyskusje z mężem czy  wzorowanie się na jego mechanizmach - mąż jest normalny ;) ), bo robotę z gabinetu wykonuję już na co dzień sama, w głowie, na bieżąco.  Rozwiązałam problemy wynikające z toksycznych relacji w domu rodzinnym (nie znaczy to, że jest cukierkowo, ale na przykład dojrzałam do pozrywania szkodliwych więzi, w ogóle do dostrzeżenia ich, i do asertywności). Mam znacznie bardziej realistyczny obraz siebie i świata, jestem stabilna. Potrafię dbać o innych i o siebie.

 

Kiedy wychodziłam, personel nie miał szczególnie optymistycznych prognoz dla mnie i wcale jakoś specjalnie we mnie nie wierzyli. P. Ordynator na podsumowanie powiedziała, że terapia służyła mi tylko do zorientowania się, z jakim problemem mam do czynienia, a właściwa praca nad tym problemem jest na lata po wyjściu. Wiem, że mówili różne rzeczy w rozmowach z ludźmi, którzy kończyli program później ode mnie, a kontaktowali się ze mną (teraz już nie pamiętam szczegółów, ale wtedy pogłoski o tym strasznie mnie bolały, bo czułam się wykluczona z "domu" ). Wiem, że pielęgniarki nie pochwalały faktu, iż wynajęłam na początek mieszkanie z koleżanką z 7F, która im "nie rokowała". Mówiły, że razem "popłyniemy". Tak się nie stało. 

Nie są alfami i omegami, tylko ludźmi, jak widać. Jestem im wszystkim bardzo wdzięczna.

 

System ma wady, jak każdy system. Nie są w stanie wypatrzyć wszystkiego, muszą oceniać ostro i pracować często dość gwałtownymi metodami, nie wszystkie tematy na terapię się pokażą podczas tych 24 tygodni, nie zawsze będzie się trafnie ocenionym.. . Jednak Oddział to szczególne miejsce. Po pierwsze, niesamowite poczucie wspólnoty, celu. Człowiek czuje się jak w bezpiecznym domu (większość z nas - po raz pierwszy w życiu). To jest terapia po części kontaktem z ludźmi, a po części odtwarzanym przez zespół terapeutyczny duetem rodzicielskim. Bardzo mocne nastawienie na relacje z otoczeniem. Każdy element ma znaczenie, nawet dobór ludzi w pokojach, który - jak głosi legenda ;) - nie jest przypadkowy. No i rozmowy, rozmowy, rozmowy, analizowanie, dyskusje, ciągła praca, ciągłe wsparcie, uważanie, zasady  (znowu - większość z nas pierwszy raz to dostaje). Akceptacja z jednej strony duża, a z drugiej - nie bezgraniczna, w takiej zdrowej proporcji. Pobyt na 7F to bardzo, bardzo mocne przeżycie. Niezapomniane. Taka terapia indywidualna 24/7 ; czasem jest się śmiertelnie zmęczonym, ale to działa, człowiek się naprawdę uczy i  zmienia. Do dziś, jak wspominam tamten okres, to nie umiem tak naprawdę o tym mówić (co widać w tym wpisie).

 

Z czego ta terapia się składa?

 

Każdy ma swój zespół terapeutyczny, przydzielony po pierwszych 2 tygodniach pobytu. Terapeuta plus pielęgniarka albo grupa terapeutyczna i pielęgniarka. Sesje z terapeutą są wyznaczone w konkretne dni, 2 razy w tygodniu. Rozmowy z pielęgniarką zależą bardziej od pacjenta : trzeba chodzić samemu i umawiać się z nimi. Niektórzy mieli problem, żeby w ogóle pójść choć kilka razy, niektórzy prawie biwakowali pod dyżurką. Do pielęgniarek można też zwrócić się o rozmowę kryzysową w razie potrzeby (tutaj nie trzeba koniecznie rozmawiać ze swoją, można z inną, która się zgodzi).

Poza tym narzędziem terapeutycznym jest Społeczność, czyli wszyscy pacjenci w tym momencie przebywający na 7F. Przez cały tydzień społeczności są podzielone na dwie mniejsze grupy i mają osobnych prowadzących, raz w tygodniu jest tzw. duża Społeczność, połączona, wtedy też przychodzi tam p. Ordynator i inni członkowie personelu.

Codziennie ok. 12 jest tzw. "coffee break",nieobowiązkowe (acz wskazane)spotkanie przy kawie w świetlicy. Personel i pacjenci razem, tematy nieterapeutyczne.

 

Codziennie (oprócz dwoch pierwszych tyg. pobytu) ma się do wykonania dyżury (typu sprzątanie jadalni, świetlicy, zbieranie petów na skwerku, zmywanie). Grafik dyżurów jest ustalany chyba co tydzień przez przewodniczącego (co tydzień jest to inny starszy, bliski wyjścia pacjent). Dyżury pełni się w parach. Trzeba też codziennie sprzątać pokój (to jest oprócz dyżurów, system się zostawia ludziom do uzgodnienia, jak chcą się tym dzielić : pamiętam,że my z dziewczynami sprzątałyśmy po kolei, każdego dnia inna).

 

W weekendy można brać przepustki  - wyjść do miasta albo wyjechać. Jest określona ilość przepustek na cały pobyt i trzeba sobie samemu nimi zarządzać tak, żeby ich starczyło do końca. Wnioski o przepustki wypisuje się co tydzień do konkretnego dna i godziny, jeśli się tego nie zrobi, przepustki nie ma. Z przepustek (i ze spacerów po gruntach szpitala) trzeba wracać o 20:00, o tej porze drzwi oddziału zostaną zamknięte.Przez pierwsze 2 tyg.pobytu nie można opuszczać terenu szpitala.

 

Umawia się kolejność korzystania z pryszniców z innymi  rano i wieczorem (jest pryszniców mało, więc codziennie rano jest kursowanie po pokojach z pytaniami, kto ostatni się myje ;) ). Umawia się też kolejność korzystania z pralki na miesiąc z góry, 3 prania w miesiącu, ale mona się z kimś innym dogadać i  na przykład coś mu dorzucić albo mu pomóc.Ogólnie wszystko jest nastawione na dogadywanie z innymi i współpracę.

 

Są zajęcia, na które się chodzi  - obowiązkowe, jak psychorysunek, muzykoterapia, albo dodatkowe, jak np. dyżury kuchenne (wspólne gotowanie z Panem Markiem:) ) . Jedzonko z dyżurów kuchennych można potem kupić za symboliczną opłatę.

Można sobie wybrać dietę : wegetariańską, wątrobową etc.

Na terenie Babińskiego są dwa sklepy spożywcze, ciucholand i knajpka. Internetu nie ma, a przynajmniej nie było, kiedy ja tam siedziałam. Pamiętam, że ci, co mieli mobilny, dzielili się z innymi i na przykład ściągali filmy, które wspólnie oglądaliśmy w świetlicy wieczorem. Poza tym własny w telefonie.

Można zabrac ze sobą co się chce, ale miejsce jest ograniczone i te zwracają uwagę na podejście do przedmiotów (mi na początku powiedzieli, że się odgradzam przedmiotami od ludzi. Mieli rację, używałam estetycznych przedmiotów i markowych ciuchów, żeby podbić pewność siebie. Teraz już nie potrzebuję tego robić).

 

Wszystkie suplementy diety i leki trzeba oddac do dyżurki pielęgniarek, nie wolno ich zażywać na własną rękę, tylko zglaszać się po nie do konkretnej godziny codziennie. Jeśłi ktoś nie zdąży,/zapomni, nie dostanie leków.

 

Po połowie terapii są tzw. "wnioski" - trzeba napisać swoje wnioski z terapii i odczytać przy p. Ordynator i swojej Pielęgniarce. Zwykle wszyscy się strasznie tym stresują. Pamiętam, że chodzilam wręcz po ścianach ze strachu, dałam swoje wnioski do przeczytania wszystkim po kolei i prosiłam o opinię, ciągle męczyłam moją Pielęgniarkę o wskazówki.. .

 

Można zostać wypisanym wcześniej, przed ukończeniem terapii - z różnych przyczyn. Jeśli się nie reflektuje i jeśli nie ma postępów, głównie. Niektorzy nie wytrzymują ciśnienia i muszą przenieść się na oddział "ogólny". (ogólnopsychiatryczny) .Czasem zostają przyjęci z powrotem na terapię, a czasem niestety muszą zostać dłużej na ogolnym albo odejść. Cały czas ktoś kończy terapię i odchodzi, a na jego miejsce przychodzi ktoś inny. Tego, kto wychodzi, żegna cały oddział, dostaje on także "kartkę" (wykonaną ręcznie przez przyjaciół, z wpisami od wszystkich).

 

Dla mnie ten element zmiany był najtrudniejszy, szczególnie, kiedy wyszło dużo osób, z którymi zdążyłam zaprzyjaźnić się i zżyć, a przyszli w zamian nowi, z którymi na końcu mojej terapii nie bardzo miałam już siłę się zapoznawać. Kilka moich przyjaźni przetrwało, kilka rozluźniło się już czy przepadło, ale w swoim czasie były bardzo ważne i potrzebne.

 

Związki między pacjentami są zakazane / niewskazane i omawia się je na Społeczności i indywidualnej erapii. Mimo to oczywiście pary się tworzą. Znam jedną naprawdę fajną parę, która jest razem do dzisiaj i radzą sobie świetnie. Ogólnie trzeba jednak na to uważać nie dlatego, że personel zakazał, tylko dlatego, że rzeczywiście związek z inną zaburzoną osobą może być po prostu toksyczny. Poza tym w czasie terapii odpalają się różne mechanizmy i to, co się berze za romantyczną relację w tamtym momencie, może być zupełnie czym innym (odtwarzaniem starych schematów na przykład, albo zapychaniem sobie pustki).

 

 

Poza takimi konkretnymi zasadami, na Oddziale toczy się intensywne życie. Dużo ludzi w jednym miejscu, przeróżnych, nie ma prywatności (można sobie pójść na spacer do lasu ;) ) , ciągle coś się dzieje. Obchodzi się wspólnie Święta i inne okazje. W lecie są zawody sportowe.

 

Starałam się opisać jak najwięcej zasad życia na oddziale, ale najważniejsze trochę umknęło. Najważniejsze są tam przyjaźnie, to, co się dzieje między ludźmi. Wzajemna pomoc, dzielenie się najprywatniejszymi, czasem najgorszymi rzeczami, wspólny płacz, to, że nie trzeba chować blizn, bo inni mają podobne, niekończące się rozmowy, takie jakby kryzysowe rodzeństwo, odpowiedzialność za innych (dziala przy zachowaniach autoagresywnych szybko rozumiesz, że nie możesz się pociąć, bo uderzy to bardzo wiele osób na rozmaite sposoby). Wspólne kawy, spacery, bieganie, rysowanie, pranie ciuchów i wyprawy do lumpeksu, trzymanie za rękę... .

 

Jeszcze w jakiś czas po wyjściu dzwoniłam do Babińskiego, żeby pogadać z "moją"pielęgniarką przez telefon (bardzo ją lubiłam, naprawdę mądra, ciepła kobieta),  wpadałam też w odwiedziny. Trudno się pozbyć tego przywiązania, sentymentu.

 

Nie poszłam na "społeczność za bramą" (spotkania dla pacjentów, którzy już ukończyli terapię), ale poszło tam wiele osób, które kończyły terapię razem ze mną.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cześć, jestem Magda. Jeśli ktoś jest ze Śląska, to mogę polecić katowicki Oddział Dzienny Zaburzeń Nerwicowych. Brałam tam udział w 3-miesięcznej terapii i widzę po sobie i grupie, że zrobiliśmy kawał dobrej roboty. Leki idą w odstawkę i głowa pracuje. Ordynatorka jest psychiatrą z wieloletnim doświadczeniem. Ja wiem tylko, że jestem zadowolona z terapii. Ważne w niej jest na pewno to, że nie pracuje się tylko werbalnie, jest też praca z ciałem, arteterapia i inne.

Kontakt i więcej info pod tymi adresami:

https://www.facebook.com/nowyparadygmat/

http://altermedkatowice.pl/pl/oddzial-dzienny-zaburzen-nerwicowych/

Pytajcie o grupę popołudniową.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Drugieimię...jak dobrze, że to napisałaś.. Po części taki obraz pamiętam...Potem się tęskni za tym miejscem. Mi się śniło kilka razy, ostatnim razem Pan Marek i moja Pani Pielęgniarka , jak zobaczyłam ją we śnie to się popłakałam. Pamiętam też niektórych ludzi, naprawdę fajni. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

SAMA1 🙂 Kiedy kończyłas terapie? Znam to! Tez czasem jeszcze wspominam, zdarza mi się pójść tam z wózkiem na spacer ;) (mieszkam akurat w pobliżu teraz). Pamietam, jak patrzyłam na ludzi przychodzących „z zewnatrz” na spacer jeszcze jako pacjentka, a teraz to ja tam tak przychodzę. Gdyby ktoś mi powiedział te trzy lata temu, ze tak będzie, nigdy bym nie uwierzyła. Pierwszy raz, jak poszłam do parku Babinskiego, niemal się spodziewałam spotkac tam „swoich”, jakby się czas zatrzymał. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Drugieimię: w lutym 2017 roku. Jakoś tak. Ale mnie wypisali i jak napisałam mi było bardzo ciężko, ale też dlatego, że przyjechałam w bardzo złym stanie, mam borderline i w grę wchodził też nałóg palenia papierosów i to mi ograniczyli (zakaz wychodzenia po 20:00) to była walka:) Również mnie wypisali 5 dni przed końcem. Mam dwojaki obraz, ale wiem, że Twój też jest prawdziwy, bo tam tak jest:) Moja pielęgniarka pani Ewa..kochana, Pan Marek krzyczał na cały korytarz do mnie " rzyczywistość" !  (to było mi potrzebne) 🙂  Ale...że mnie wypisali i nie ze wszystkim się zgadzałam to wiesz..."wojna" ;) Długo nie mogłam się pozbierać z ich decyzją. Bolało. Ale powiedzieli, że mogę przyjechać za rok, tylko, że jak się jest na etacie to nie można się urywać  z pracy do szpitala psychiatrycznego bez konsekwencji. To byłby mój 3 pobyt w szpitalu u tego pracodawcy..chyba tym razem tego nie zniesie...:/ Ale fajnie, że to napisałaś, niech ludzie też zobaczą, że tam tak jest. I jeśli nas wypisali to nie zamknęli nam drogi powrotu...Będąc tam czułam, że zdrowieję, tylko 6 miesięcy to krótko jak na moje zaburzenie. Sentyment jest🙂

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
10 godzin temu, SAMA1 napisał:

Drugieimię: w lutym 2017 roku. Jakoś tak. Ale mnie wypisali i jak napisałam mi było bardzo ciężko, ale też dlatego, że przyjechałam w bardzo złym stanie, mam borderline i w grę wchodził też nałóg palenia papierosów i to mi ograniczyli (zakaz wychodzenia po 20:00) to była walka:) Również mnie wypisali 5 dni przed końcem. Mam dwojaki obraz, ale wiem, że Twój też jest prawdziwy, bo tam tak jest:) Moja pielęgniarka pani Ewa..kochana, Pan Marek krzyczał na cały korytarz do mnie " rzyczywistość" !  (to było mi potrzebne) 🙂  Ale...że mnie wypisali i nie ze wszystkim się zgadzałam to wiesz..."wojna" ;) Długo nie mogłam się pozbierać z ich decyzją. Bolało. Ale powiedzieli, że mogę przyjechać za rok, tylko, że jak się jest na etacie to nie można się urywać  z pracy do szpitala psychiatrycznego bez konsekwencji. To byłby mój 3 pobyt w szpitalu u tego pracodawcy..chyba tym razem tego nie zniesie...:/ Ale fajnie, że to napisałaś, niech ludzie też zobaczą, że tam tak jest. I jeśli nas wypisali to nie zamknęli nam drogi powrotu...Będąc tam czułam, że zdrowieję, tylko 6 miesięcy to krótko jak na moje zaburzenie. Sentyment jest🙂

Oj, sentyment jest. W sumie to nawet trochę dziwne, ale jest.

 

Tam chyba każdy przyjechał w bardzo złym stanie. I chyba każdy palił, mam wrażenie, więc - jak mówią - "struggle is real" ; ). Sama kopciłam wówczas spokojnie 2 paczki dziennie (teraz nie palę wcale, już od 2 lat). Pamiętam chowanie się z koleżanką pod prysznicem w nocy tam, gdzie stoi pralka, żeby zapalić po 20:00. Zrobiłyśmy tak tyko raz i miałyśmy strasznego stracha ;). Tam się trochę wraca do dzieciństwa, takie przyspieszone najpierw rozbieranie mechanizmów do początków, a potem przyspieszone dojrzewanie.... Stąd ludzie zachowują się różnie, przeważnie niesamowicie intensywnie i niepodobnie do siebie "z zewnątrz". Ja na przykład byłam tam uznawana za agresywną, niesubordynowaną, w epikryzie miałam notatkę, że budziłam w zespole terapeutycznym "od początku dużo bezradności", bo idealizowałam terapeutę jako perfekcyjnego rodzica, a przy pielęgniarce płakałam zaraz i wylewałam frustracje. Tak było.. . Pamiętam też, ze wcale nie byłam taka znowu bardzo świadoma. Nie potrafilam konstryktywnie opowiadać, wielu tematów nawet nie miałam uświadomionych, pojawiały się kolejno, za niektóre zabrałam się sama dopiero w praktyce. Wtedy miewałam depresyjne czarne dziury, bardzo impulsywne zachowania, które wspominam ze wstydem i lekkim niedowierzaniem. Już mi się to nie zdarza. Ze dwa razy się na oddziale pocięłam (od wyjścia nie zrobiłam tego ani razu, wcześniej byłam od tego uzależniona przez lata). Jedna z pielęgniarek po rozmowie interwencyjnej ze mną powiedziała, że już nigdy więcej się na to nie pisze (faktycznie odmówiła potem kolejnej rozmowy i przeprosiłam ją specjalnie przed wyjściem). Pod koniec dostałam też publiczną reprymendę od P.Ordynator podczas dużej społeczności - była tak ostra, że spotkałam się z komentarzem znajomej : "ja bym się chyba wypisała". Byłam strasznie kiepska w mówieniu publicznie na społecznościach, trema zżerała mnie do samego końca. Włączył mi się lęk przed ludźmi i ogromne lęki, ciągle chodziłam z płaczem do lekarza i żądałam uspokajaczy. Pielęgniarki miały mnie dość, bo ciągle chodziłam też do dyżurki a to po rozmowę, a to po suplementy albo krople do nosa, i kłóciłam się z nimi, że mają mi to dać TERAZ (paniczna skłonność do kontroli; pamiętam, jak przerażało mnie, że nie mogę sobie tego sama wziąć). Na początku wcale nie oddałam do dyżurki suplementów, ale potem się do tego przyznałam podczas Społeczności, bo chciałam wynieść z tej terapii jakieś efekty, a to oznaczało poddanie się zasadom na 100%, nawet w drobiazgach. Personel na starcie twierdzil, że zachowuję się jak stażystka - nie chciałam nosić kapci, tylko pantofle, intelektualizowałam, rozmawiałam z innymi o ich problemach, ale nie o sobie.  Nie było łatwo. Było bardzo trudno. Czasem chowałam się za szafkami z artykułami plastycznymi w korytarzu, zeby przez minute pobyc sama. Bylam pogardliwa. Czasem wychodziłam do miasta sama na przepustki i łaziłam z płaczem po ulicach jak czubek. Ale przy tym wszystkim ślepo ufałam Personelowi i traktowałam ich, ich zalecenia, a nawet wszystko, co mówią, jak prawdziwą deskę ratunku. Pracowałam do ostatniej kropli krwi, uznawałam moją winę i moją odpowiedzialność, wpływ na to wszystko, choć większość czasu był straszny problem, żebym w ogóle przyjęła krytykę. Walczylam, a potem szłam na bok i analizowałam wszystko. Chciałam to zrobić dobrze, jak najlepiej potrafię. Zmuszałam się do przestrzegania zasad i nie negowania ich (choć mam to we krwi ;) ).Wiedziałam, że jeśli nie będę ich słuchać, nie postaram się zmienić punktu widzenia, nie wypracuję elastyczności-JA, nie oni za mnie- to będę do końca życia siedzieć na terapii, będę lądować w psychiatryku albo na izbach przyjęć na szycie, i nigdy nic ze mnie nie będzie. Nie wypisali mnie przed terminem, przeszłam cały proces.Nawiasem mówiąc, to było pierwsze zadanie, jakie ukończylam w dorosłym życiu. Od tego czasu przestałam mieć problem z porzuconymi zadaniami (a był ogromny). Na pewno nie byłam ulubionym pacjentem ani współpacjentem, na pewno bylam trudna do prowadzenia i wkurzajaca, ale na końcu moja pielęgniarka (Pani Agnieszka <3) ciepło powiedziała, że da się mnie lubić i żebym zobaczyła te wszystkie serdeczne słowa, które dostalam na pożegnalnej kartce - że to znaczy, że ludzie lubią też mnie.

 

Piszę to wszystko, bo trzeba wiedzieć, że terapia na 7F nie będzie nigdy dla nikogo cukierkowa czy łatwa / łatwiejsza. To jest przystań dla tonących statków, nikt w dobrym stanie się tego nie chwyci. Zachowałam dobre wspomnienie, bo nic nie jest tylko czarne czy tylko białe (ta, tego też tam mnie nauczyli ;) ). Pamiętam też kłopoty, ale uważam, że nie one są najważniejsze. Liczy się efekt, ten jest pozytywny. Poza ty to też pierwsze moje praktyczne doświadczenie pt. "jestem na Ciebie w tym momencie zły/zła, ale akceptuję cię i jesteś okej".

 

Dużo tego. Dawno o tym nie rozmawiałam.W moim zyciu codziennym nie ma juz tego tematu wcale, chyba, ze zdzwonie sie z kolezanka z terapii i wezmie nas na wspominki.

 

Nie bierz tego prosze jako atak -moim zdaniem powinnaś zwrócić uwagę na to,że szukasz usprawiedliwienia w otoczeniu i właśnie otoczeniu oddajesz odpowiedzialność za to, co się u Ciebie dzieje. Mysle, ze tez dlatego moglas zostac wypisana (oczywiscie ne wiem tego, ale strzelam).  "Bo paliłam, bo bylam w złym stanie, bo mam borderline". Ja wyszłam z zaburzeniem mieszanym, składowe: elementy trzech innych zaburzeń, dwa z nich cluster B ; jest tam również borderline. Rozpoznanie traktuję bardziej jako wskazówkę, na które zachowania zwrocić muszę szczególną uwagę, żeby zapobiegać im na co dzień, i o co muszę dbać, żeby nie było uciążliwe dla bliskich. Niestety, to jest wyłączne zadanie osoby zaburzonej, żeby ciągle się tym sprawom przyglądać, nikt tego za nas nie zrobi. Chyba, że ktoś chce zostać sam. Trzymam za Ciebie mocno kciuki.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Drugieimię...nie gniewam się:) To prawda ta terapia dla nikogo nie jest cukierkowa. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 10.05.2019 o 20:04, kalipso55 napisał:

Zostałam wyrzucona ponad 2 lata temu rzekomo za brak kontaktu z emocjami - tako rzecze wypis i tak też mówiła terapeutka na ostatnim spotkaniu. 7F pomogło mi do tego stopnia, że z wdzięczności przecięłam sobie tętnicę, co mnie jakimś cudem nie zabiło. Do dzisiaj borykam się z lękiem przed terapeutami i nie mam wiary w ich dobre intencje.

 

Kiedyś psychiatra bardzo namawiał mnie na OLZON. Mówił, że potrzebuję terapii w Krakowie. Obecnie twierdzi, że nie wierzy w terapię w tym miejscu i "subiektywne wrażenie ich terapeutów".

 

Trzymam mocno kciuki za wszystkich, którzy wierzą w wyleczenie.

Kalipso56, Twoje wypowiedzi są mocne i konkretne. Właśnie przesledzilam cały wątek - staram się o przyjęcie, termin pierwszej konsultacji na razie w lutym 20 - i zwróciłam uwagę, że w miesiącach maj-lipiec 12go roku pisałaś zdaje się z perspektywy osoby przebywające na oddziale. Mogę zapytać, czy ten pobyt, z którego cię wypisano, był drugim pobytem? Pierwszy ukonczylas?? 

Edytowane przez Blau84

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

sledze czasem ten watek jako osoba z borderline która ma zalecenie tej terapii od 2 lat ale nie zdecydowałam się,z roznych powodow/studia,praca,kot/.

ciekawa jestem jak ja bym się tam zachowywala,perspektywa przebywania z ludzmi pol roku non stop,nie powiem,przerazajaca)nieco

 

czasem mysle ze przydalaby mi się taka terapia, a czasem-ze jestem mega silna bo radze sobie jakos.

no ale, z wieloma sprawami mam jeszcze problem.

 

moja siostra była w Krakowie,ma mieszane uczucia.troche pomoglo,ale nie na tyle ile by chciała. nadal ma kryzysy.

wiec zdania sa podzielone.

 

w każdym razie trzymajcie się,co nas nie zabije to nas wzmocni)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

O terapii na OLZON można powiedzieć wiele rzeczy; niektórych złych, niektórych dobrych.

Próbowałem tam sił dwukrotnie i dwukrotnie zostałem wypisany przed planowanym zakończeniem terapii.

Głównym narzędziem pracujących tam psychoterapeutów jest tzw. prowokacja, tzn. wzbudzanie nieprzyjemnych emocji, co ma służyć przepracowaniu traumatycznych przeżyć z dzieciństwa. Jakkolwiek może być to bardzo skuteczne, problem pojawią się gdy po dojściu to tego etapu pacjent zostaje wypisany. Przypuszczam, że jest to związane między innymi z realiami NFZ.

 Tym co mocno zwraca uwagę jest sposób, w jaki personel często na wyrost doszukuję się patologii w zwyczajnych, ludzkich zachowaniach. Często prowadzi to do poczucia odmienności i stygmatyzacji. Na tamtejszym oddziale kładzie się duży nacisk na pracę z oporem, jednakże jest on czasem więc spreparowany. 

 Ja sam często czułem się zapędzony w kozi róg, ponieważ wszelka niezgoda ze zdaniem tzw. specjalisty interpretowana była jako chęć "pozostania chorym". Oddział na pewno ma swoje racje, jednak na dobrą sprawę stosuje jedną miarkę wobec wszystkich. Nie jest to dziwne, bo temat zaburzeń osobowości w Polsce jest mało znany.

 Zauważyłem też, że pacjenci albo są bardzo zadowoleni z pobytu albo wręcz przeciwnie; czują się zniszczeni psychicznie. Nierzadko ktoś po chwilowej poprawie wraca do starych schematów. Jednak dyskomfort z tym wiązany wynika raczej z propagowiem przez personel jednego, sztywnego modelu zdrowia psychicznego który miałby obejmować wszystkich ludzi.

 Podsumowując, pobyt na tym oddziale z pewnością może, w jakimś zakresie, komuś pomóc, lecz trzeba mieć na uwadzę że nie kładziony jest tam nacisk na radzenie sobie z rzeczywistością mimo objawów. Jest to zrozumiałe, ale jak pisałem wcześniej, może okazać się bardzo "kruche". Należy pamiętać też o ryzyku polegającym na wyjściu z terapii w momencie rozpadu ( na oddziale odstawiają wszystkie leki).

 

Pozdrawiam wszystkich walczących o siebie oraz życzę powodzenia. :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cóż, byłam nie tak dawno  na 1-j rozmowie kwalifikacyjnej. Nie powiem że było miło. Nie wchodząc w szczegóły żeby pójść dalej muszę przestać zachowywać się samoagresywnie i poradzić sobie z zaburzeniami odżywiania. Chyba jeśli bym mogła  to nie trafiłam by na rozmowe. Co mi zdziwiło to zimne i nieco aroganckie zachowanie. Wyszłam po wizycie załamana i wszciekla z myślą że nie wolno mnie tak traktować. Jednocześnie z myślą że zasługuje tego bo jestem do kitu. Jeśli takie podejście lekarza to element terapii to powjem że to było skuteczne. Tylko że nie wiem czy jest to dobre miejsce jeśli ci od początku traktują w taki dziwny sposób. 

Edytowane przez Lemurek
Błąd w słowie

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A ja mogę polecić tą terapię. Nie było lekko, czasami czułem się dobity po sesjach ale to wszystko było po to, aby zbudować się na nowo i przepracować pewne kwestie, spojrzeć na coś z innej perspektywy, nabrać dystansu, nauczyć się odpuszczać. To taka trochę szkoła życia, operacja na psyche bez znieczulenia. Jest się tam konfrontowanym z tym co chce się ukryć głównie przed samym sobą. 

Mimo, że wyszedłem stamtąd w nie najlepszym stanie, to udało mi się pozbierać w sobie i z perspektywy czasu pobyt tam oceniam pozytywnie. Jeśli chodzi o personel to jak dla mnie dr Kowaleczko jest jednym z najlepszych lekarzy z jakimi rozmawiałem. Chciałbym mieć sesje właśnie z nim albo z panem Piotrem, którego również polecam. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Hej! Jutro mam pierwszą konsultacje. Nie mogłam już dzisiaj spać. Boję się, że mam źle wystawione skierowanie (mój lekarz który wiedział o tym, że chce podjąć leczenie, nie był zbyt chętny do wystawienia), wszelkie dane powiedziałam z głowy 😋

 

Może ktoś jednak tutaj koczuje i odpowie na moje pytanie, czy musi być podana cała nazwa oddziału? Lekarzowi podałam tylko "Oddział leczenia zaburzeń osobowości i nerwic", zapomniałam o im. J.Babińskiego w Krakowie.. Błagam wszelkich stwórców, żeby to nie okazało się powodem mojej dyskwalifikacji. 

 

Ten szpital da mi kolejny krok w zdrowieniu, zrozumieniu swoich chorych schematów działania, wgląd w siebie. Ughhh jak ja się stresuje, gorzej niż maturą którą pisze za tydzień To idealny moment na testowanie mojej wytrzymałości, idealna okazja żeby sobie coś udowodnić 🙂

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Cześć,
 
Długo myślałem o tym, czy zamieścić swoją opinie o moich pobytach na oddziale 7F.
 
Bałem się wyrażać swojej opinii o tym, bo miewam problemy z bezpośrednim mówieniem o tym, co mnie boli. Nie chce też spalać sobie mostów i znosić czyjejś złości za moje opinie, bo jestem niepewny siebie i mojego zdania.  Bałem się też, że zostanę zidentyfikowany i nie będę mógł później liczyć na pomoc tego oddziału, ale stwierdzam, że już się tego nie boję lub mniej boję. Zresztą już chyba nawet nie będzie formalnie możliwe, a ja sam nie wiem, czy chciałbym tam wracać.
 
Postanowiłem po dłuższym przemyśleniu, że muszę napisać własną opinię o pracy tej jednostki szpitala ze względu na to, że nie do końca zgadzam się z tym, jak pracują. chciałem też dać innym poszukującym pomocy być może wskazówkę, która myślę, może im pomóc w szukaniu pomocy efektywniej, decyzji o być albo nie być na oddziale i uniknąć pewnych konsekwencji zdrowotnych w związku z pobytem na oddziale.
 
Ja na 7F byłem 3 razy:
1. Pobyt diagnostyczny- 2 tygodniowy. Pomógł mi. Dowiedziałem się bardziej, co mi dolega. Jak działa zaburzenie. Poznałem też fajnych ludzi, z którymi do dziś mam kontakt. To pomogło dźwignąć się z mojego stanu depresyjnego. 
 
2. Pobyt 2 miesięczny, nieukończony przez to, że dostałem dobrą pracę, dla której chciałem opuścić oddział (długo takiej szukałem i zależało mi na niej), jak i musiałem też dokończyć poprawiać pracę naukową. 
 Pobyt ten bardzo mi pomógł, przede wszystkim ze względu na społeczność terapeutyczną, znajomości, czy przyjaźnie, które zyskałem. Miałem więcej motywacji do życia, większą chęć wyrażania siebie. Ten pobyt wspominam dobrze, jednak nie ukończyłem go. Może i dobrze biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się na moim 3cim pobycie i jak działa cała terapia na niektórych. Jednak moje późniejsze zachowania i stany sprawiły, że zwróciłem się do Oddziału raz jeszcze z prośbą o pomoc. 
 
3. Pobyt ponad 3 miesięczny.  Doczekałem połówki pobytu. Nie ukończyłem go. głównie przez covid. Praktycznie wszystkie zajęcia były odwołane. Terapie indywidualne na telefon. Możliwość wyjścia na zewnątrz 2/3 razy w tyg pod nadzorem, czyli praktycznie życie w zamknięciu. Możliwość zamawiania własnych rzeczy bardzo ograniczona- zakupy wspólne, mały zakres. Nie było też przepustek, a musiałem załatwić jedną ważną rzecz "na zewnątrz", która nie mogła za długo czekać.  Negatywne zadziałało na mnie odstawienie leków.
 
Doczekałem się też etapu, w którym zaczyna się na 7F silne krytykowanie, łamanie jakby Twojej osobowości, żeby pozbyć się tego co jest "problemem".  I chyba tego też nie mogłem wytrzymać. Ludzie też świrowali od covida i zamknięcia. 
 
O ile pierwszy mój pobyt był wspierający, pomógł mi, bo mi bardziej pomaga takie podejście, to drugi okazał się być elektrowstrząsem i dosyć długo odbijał się na moim zdrowiu przez ponad pół roku od mojego wypisu i często wraca jako coś bardzo przeszkadzającemu memu funkcjonowaniu. Miałem silne ataki paniki, lęków, stałem się kompulsywny, nabrałem lekkiej fobii społecznej, miałem duże wybuchy złości, zmienności nastrojów, konflikty wewnętrzne stały się bolączką i miałem większe problemy z koncentracją, dysocjacjami, tożsamością, izolacją, poczuciem własnej wartości, stanami depresyjnymi, decyzyjnością, fatalnie reagowałem na stres. Przy wypisie usłyszałem, że "odstawienie leków mi pomogło/ nie zaszkodziło lub nie wywołało myśli rezygnacyjnych", no nie zgodziłbym się.... Po wyjściu miałem najgorszy okres zawodowy w moim życiu. Ciężko mi było przez ponad pół roku znaleźć sensowną pracę- chyba najgorszy okres pod tym względem. Miałem też związek, na którym mi zależało i rozstałem się właśnie głównie przez zaburzenia i imo było to spowodowane trochę 7F... Jak to w psychoterapii i ocenie ludzkiej, ciężko jednoznacznie określić mimo wszystko wpływ mojego pobytu na moje życie, ale wydaje mi się, że takie elektrowstrząsowe podejście nie jest dla wszystkich. 
 
Niemniej były też i pozytywne momentu mojego drugiego pobytu- znowu chyba najbardziej ludzie... no i zajęcia (dopóki były )- takie jak  arteterapia- muzykoterapia, biblioterapia i inne formy niestandardowych metod terapii, które jednoczą w twórczym działaniu. 
 
Smutne jest to, że na 7F mają tak skrajne podejście do swojej omnipotencji. Jest to w sumie narcystyczne, że myślą, że wiedzą wiele rzeczy lepiej.  A często ma się to nijak do rzeczywistości... Gdy chcesz się wypisać lub mówisz o znajomych, którzy się wypisali- sugerują jakby podejście, że "bez nich sobie nie poradzisz", albo jak się temu nie poddasz i nie będziesz postępować jak oni chcą, to, "nie poddałeś się leczeniu" i jesteś chory. W sumie to Pani Ordynator też często sama mówi o pacjentach "chorzy", po czym bierze się jej na refleksje i mówi, że to zaburzenie, nie choroba... Mówią też, że odstawienie leków to nie problem i że problemem jest zaburzenie, a samo odstawienie leków i pogorszenie samopoczucia po nim to objaw zaburzenia. No mam inne zdanie na ten temat. 
 
Na 7F jest  takie trochę pranie mózgu. Mówią jedno, potem mówią coś przeciwnego... często też od tej samej osoby ... często też jakieś błahe zdarzenia typu nieidealnie wytarty kurz na oknie potrafią nadinterpretowywać i ekstrapolować to do wniosku, "że nie umiesz żyć", czy że jesteś niezadarny życiowo i jakieś inne rzeczy.... i masz taki mindfuck, nie wiesz już kim jesteś, co masz czuć i jak się zachować.... Owszem, w krytyce jest jakaś metoda, bo trafia się tam przez coś- coś co warto zmienić, ale nie robiąc siekę umysłową... i odmawiając prawa do bycia jakby sobą... przynajmniej do pielęgnowania tej części osobowości, która jest wartościowa. 
 
Brakuje im empatii w tych krytycznych momentach... ta dychotomia zachowań przypomina mi moich rodziców, którzy warunkowali moją miłość, bliskość i akceptację, przez co mam teraz/ miałem problemy. 
 
Niemniej, pobyt na 7F wraca, w różnych sytuacjach. Często gdy dręczą emocje.  Ale też gdy się wspomina dobre chwile. Myślę, że pobyt na oddziale jest ciężki. Nie na wszystkich działa. Stan zdrowotny może się pogorszyć, o czym myślę, ze warto aby mówili na początku. 
 
Efektywność sama oddziału też jest wątpliwa. Wielu ludzi wychodzi, mówi, że im pomogło, po czym wracają do tych samych schematów zachowań, czy nawet od razu do innych psychiatryków. Znam też ludzi, którym trochę się polepszyło, ale głównie w kwestii świadomosci, ale o wpływ na podświadome zachowania już gorzej... Znam też wielu ludzi, którym pobyt zniszczył swego czasu życie, typu chcieli po wyjściu popełnić samobójstwo/ popadli w skrajną depresję.

Jednej znajomej pani Niezgoda powiedziała, że pobyt może jej zaszkodzić. I uważam, że każdy powinien taki komunikat usłyszeć i wiedzieć, na co się pisze...  Inny mój znajomy usłyszał, że jak wyjdzie z oddziału, to pewnie się zabije..I o mało się zabił...
 
Na oddziale istnieje też coś takiego, jak faworyzowanie niektórych osób, które np. są zdaniem personelu bardziej pokrzywdzeni przez los, czy potrafią się przymilać. Moim zdaniem nie powinno czegoś takiego być. 
 
Sam gdybym miał wybrać, czy znaleźć się na 7F ponownie, to tak, ale do etapu przed elektrowstrząsowego, czyli pierwsze 2- 2,5 miesiące.
 
Sam kształcę się teraz w Szkole Psychoterapii, ale na pewno nie psychoanalizy, tylko Gestalt. I uważam, że CBT, nurt psychodynamiczny, czy Gestalt są najlepszymi dla terapii w ogóle.  Są też inne oddziały, jak w Międzyrzeczy, Warszawie, czy Stargardzie, które mogą myślę bardziej pomóc osobom poturbowanym przez życie.

 

Podsumowując, uważam, że 7F to dobre miejsce, żeby poznać nasz problem, poznać inne osoby, które mają podobnie, poznać metody pomocy sobie. To miejsce może pomóc, jeśli się nie ma dużej nadwrażliwości, zaburzenia/ nerwice/ dolegliwości nie są aż jakoś hipergłębokie, a ktoś potrzebuje elektrowstrząsu, bo np. ma narcyz, który wynika bardziej z rozpieszczenia, chęci bycia na świeczniku, ekscytacji i konfrontacji, niż traum. Ale uważam, że nie jest to miejsce dla kogoś silnie lękowego, o niskim poczuciu własnej wartości, kogoś, kto ma problem ze sobą, kto uzależnia swoje samopoczucie od oceny/ zdania innych,  kogoś, komu pomagają leki i ciężko bez nich funkcjonować. 
 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Marsc, dzięki za długą i wyczerpującą wypowiedź o 7 f. Ja już rzadko zaglądam na to forum, ale mam do niego sentyment, bo to miejsce gdzie po raz pierwszy zajrzałam jak szukałam dla siebie pomocy jakieś.... Eee... Z 11 lat temu. Anyway, siedzę sobie właśnie i nie mogę spać i w myślach wracają flashbacki z 7F a jak przeczytałam co napisałeś to dopadła mnie mieszanka podobnych wspomnień. Od mojego pobytu minęły 4 lata a nadal śni mi się oddział, pielęgniarki i mój terapeuta. Teraz jestem trochę w stronę idealizacji tego miejsca, bo najgorsze wspomnienia zbladły i pamiętam przede wszystkim ostatni miesiąc pobytu... Ale nie zmienia to faktu, że nigdy nie zaliczylam takiego odrealnienia, ataków paniki i wahań nastroju jak w ciągu 2-4 miesiąca tam. Zgadzam się z tym, że personel prowokuje niejednokrotnie wrzucając nam BARDZO dziwne interpretacje do przetrawienia, dzieja się niezrozumiałe dla osoby z zewnątrz naciski na określone zachowania i łatwo się pogubić pomiędzy realnością a tym co jest realne tylko w warunkach tego oddziału. Mi tak długo maglowano temat relacji ze współlokatorka, że reagowałam drgawkami jak tylko słyszalam że znów będzie na grupie ten temat. Dosłownie miałam drgawki i zaczynałam się jąkać ze stresu co nigdy wcześniej ani potem mi się nie zdarzyło w żadnej życiowej sytuacji. Podobnie na połówce gdzie mnie zmieszano z błotem i wyrzucono za drzwi, wpadłam w histerie jak zupełnie zregresowane dziecko a nie dorosła osoba ....no i jak wytłumaczyć komukolwiek, że mimo to najbardziej bałam się wyrzucenia stamtąd, że kurczowo się trzymałam nadziei że to najlepsze miejsce do wyleczenia moich zaburzeń... Nie umiem racjonalnie wyjaśnić skąd to się bierze i czemu aż tyle osób marzy o tym oddziale wieszać, jak jest ciężko... ALE jednocześnie nie umiem też zapomnieć tych ostatnich tygodni, kiedy poczułam że moje życie i moja przyszłość należy do mnie samej i kiedy ordynator jeden jedyny raz się do mnie uśmiechnęła. Po tym całym łamaniu osobowości (ładnie to ująłeś) na koniec można wyjść wzmocnionym i silnym. Ale fakt, sporo osób kończy na poczuciu klęski, zwłaszcza jak się jest wyrzuconym (co mi groziło wielokrotnie i niektóre pielęgniarki zdawały się mieć satysfakcję z tego, że mówią że mnie wywala. Nie rozumiem do tej pory, czemu to miało być dobra nowiną i czemu było komunikowane z uśmiechem) a już wywalenie kogoś na dwa dni przed końcem,co też sie zdarzało, uznaje za okrutne. 

Podtrzymuje jednak swoją opinię sprzed tych kilku lat - dla nas, osób po 7f przydałaby się jakas oddzielna terapia grupowa po ;) żeby moc we własnym gronie poopowiadać sobie co się działo i wyleczyć te zranienia.. I iść dalej. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ja powiem tak

moja siostra ktora jest narcystyczna byla tam

 

moze troszke sie zmienila,ale nadal ma ogromne problemy ze zloscia i agresja,zwiazkami i praca

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Kraków jest podobno dobry, bo nawet sama Warszawa poleca Kraków i czasami tam odsyła, bo tam inaczej wygląda pobyt, trochę inaczej pracują z pacjentem z tego co wiem, ale mam wrażenie, że Kraków jest totalnie nie dla mnie. Moja kadencja by się tam bardzo szybko skończyła jak znam siebie ;) 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×