Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

madseason

Użytkownik
  • Zawartość

    826
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. shira123: przykro mi, że tak przeżywałaś to co pisałam, pewnie miałyśmy swoją wirtualnie-realną wspólnotę cierpienia. Dla mnie pisanie zawsze było wentylem bezpieczeństwa gdzie wyrzucałam to z czym sobie wewnętrznie nie radziłam. Teraz już prawie wcale nie piszę, nie robię też depresyjnych, przesiąkniętych czernią zdjęć tak jak kiedyś. Skupiłam się na życiu i codzienności, jest mi znacznie lżej i mniej "śmiertelnie". Częściowo to zasługa oddziału. Mam nadzieję, że Tobie też się będzie poprawiać jakość życia co do omawiania relacji damsko-męskich - na oddziale część osób ma terapię indywidualną a część grupową - zależy jak zdecyduje team, jak oceni Twoje potrzeby w tym względzie. Wszystkie relacje są jednak omawiane w czasie rzeczywistym, tzn. to co się dzieje w damsko-męskich i tak wyjdzie na oddziale, w Twoim stosunku do współpacjentów, terapeutów...i jeśli coś masz w tym względzie do przepracowania to na pewno będzie omawiane. Drugibieg: przejrzyj forum wstecz, wszystko dokładnie jest omówione - procedura przyjęcia, to ile się czeka, jak mniej więcej wygląda kwalifikacja. Na oddziale są raczej osoby z dłuższym doświadczeniem leczenia psychiatrycznego, ale nie oznacza to że samych weteranów tam przyjmują tak czy inaczej musisz mieć skierowanie od lekarza z rozpoznaniem zaburzeń osobowości.
  2. shira123: mój blog był właśnie takim miejscem gdzie wrzucałam absolutnie wszystko co na co dzień wypierałam. Straszne to było, ale bardzo mi potrzebne. Żeby rozdrapać, wylać z siebie rozpacz. Teraz zupełnie nie mam już takiej potrzeby, bo cień który za sobą wlokę znacznie się zmniejszył. Zeszłam z leków ok 1,5 roku temu i mimo chwilowych ataków, jak do tej pory nie było potrzeby do nich wracać. Lepiej radzę sobie z frustracją i tylko czasami spada na mnie nieoczekiwanie takie uczucie bezsensu i pustki że aż trudno je wyrazić słowami. Lepiej jednak odczytuję sygnały, że coś mi się dzieje niepokojącego w emocjach. Trochę mniej panikuję i histeryzuję, choć nadal mi się zdarzają niekontrolowane ataki płaczu albo impulsywne zachowania. Ale ogólnie mam poczucie życia bardziej w pionie. Jak mi się robi smutno to staram się sobie samej powtarzać, że w zeszłym roku udało mi się osiągnąć to co długo wydawało się poza moim zasięgiem (pomimo 34 lat!), czyli: wyprowadzić z domu i wejść w związek który jak dotąd nie sprawił że chcę wszystko rozwalić (a wcześniej za kazdym razem tak było). Mieszkamy razem i mamy swoje problemy, ale to dla mnie wielki krok że w ogóle MIESZKAMY a ja nie zwariowałam od tego Bilans jest na plus. Teraz pracuję głównie nad tym, żeby nie spadały na mnie znienacka większe i mniejsze załamania nerwowe, próbuję ogarnąć nadal skrzywione widzenie siebie (na krańcach jestem super i dobrze mi idzie -jestem beznadziejna i powinnam umrzeć) i klimaty typu wydawanie pieniędzy na niepotrzebne rzeczy/picie alkoholu jak mi smutno. Jeszcze sporo przede mną, ale jest łatwiej kiedy nie ma się w głowie ciągle myśli o śmierci.
  3. Na 7F przechodzi się bardzo trudną terapię o dużym natężeniu niewygodnych informacji zwrotnych. Podanych często bardzo wprost, bez ogródek. Nie ma opcji, żeby zmanipulować innych na zasadzie "ale ja jestem taka biedna i cierpię i ledwo wyrabiam", zespół terapeutyczny ORAZ społeczność (bo oba te czynniki uznawane są za leczące) odpuszczają dopiero wtedy kiedy sami uznają to za słuszne i zdecydują że ktoś naprawdę jest na skraju wytrzymałości psychicznej, podobnie z lekarzem włączającym leki tylko w wypadku najwyższej konieczności i nie ulegającym presji pacjenta. U mnie było tak, że długo czułam się krzywdzona i prześladowana przez współpacjentów nie rozumiejących mojej depresji, stanów lękowych i tych wszystkich rzeczy które tak trudno mi było zostawić; wściekałam się na wszystkich wokół że mi ciągle "dowalają". Dopiero później zaczęło mi się układać w głowie w jaki sposób mogę skorzystać z tych komentarzy. A szczególnie z tego co mówiła do mnie moja pielęgniarka, której chyba najbardziej ze wszystkich jestem wdzięczna. Ogólnie było tam zupełnie inaczej niż w tym co sama znałam ambulatoryjnie i długie tygodnie zajęło mi zrozumienie, że oni wszyscy są też bardzo troskliwi i się przejmują mocno tym co dzieje się z pacjentami...tylko robią to właśnie w taki trudny, twardy sposób. Będąc tam w środku ciężko zrozumieć te metody, więc albo się racjonalizuje na całego (jak ja), albo dostaje totalnej rozwałki wewnętrznej (to też ja;) albo się zaczyna odreagowywać na rozmaite sposoby, pozostawać w oporze i "prowokować do wypisu". To nie jest oddział dla każdego. Wiele osób kończy przed czasem, większość bardzo boi się że zostanie wyrzucona, sporo decyzji i wypowiedzi personelu wydaje się kontrowersyjna...no a ci, którzy przechodzą całość terapii płaczą i nie chcą wyjeżdżać a potem często odwiedzają oddział i tęsknią za nim na całego. Taki paradoks.
  4. Myślę ze to poczucie winy, rozpacz i powtarzanie ze wszystko spieprzone mają tę samą funkcję co destrukcja -utrudniają zajęcie się problemem. Targaja Tobą mega silne emocje, jest tak trudno ze wydaje Ci się ze tracisz kontrolę, miałam podobnie, mówiłam że nie przeżyje terapii bo nie daje rady się ogarnąć, objawy odbierają mi rozum i logiczne myślenie. Mega ciezki czas ale da się z tego wyjść. Z zaufaniem też miałam problemy, powoli zaczęłam je czuć dopiero pod koniec spotkań, to proces który trwa zwlaszcza jak sie jest zraniona osoba...ale zauważ że t. na Tobie zależy, dlatego mówi 'dość' i Tobie najwyraźniej też bardzo zależy na kontakcie skoro tak mocno przezywasz ze Ja zawiodlas (swoją drogą, myślę ze bardzo ważne sa też uczucia jakie masz w zwiazku z ta sytuacja do siebie ale rozmawiac o nich trzeba nie zeby sie w nich taplac i upadlac tylko zeby zrozumieć po co Ci to wszystko)
  5. Ruda: terapeutka postawiła Ci granice i dobrze robi bo rzeczywiście się zapedzasz i nie brzmi to tak jakbyś chciała wziąć odpowiedzialność za to co robisz. Masz jednak mocną wskazówkę żeby przestać niszczyć kontakt. Wiem ze to cholernie trudne bo mam problem z tym samym i też usłyszałam ze jak nie powstrzymam naporu destrukcji to nie będziemy mogli pracować dalej i również mnie przerazila wizja oddziału ogólnego. Ale widać sa momenty kiedy staje się to poważna opcja, nie za karę ale żeby nas chronić...póki jednak jeszcze masz w sobie refleksyjnosc -pracuj dalej nad tym czemu tak silnie odreagowujesz, co jest pod spodem.
  6. ja teraz pracuję z terapeutą i bardzo sobie chwalę. myślę, że wybór płci t. jest z jednej strony związany ze stereotypami (że kobiety nie mogą być stanowcze a mężczyźni są racjonalni) a z drugiej z własnymi doświadczeniami (mi łatwiej było rozmawiać o seksualności z kobietą, niż z mężczyzną)...nie przypuszczałam, że będę chciała na stałe 'zostać' w kontakcie terapeutycznym z mężczyzną, jednak teraz widzę wyraźnie,że w ostatecznym rozrachunku najbardziej się liczy to, czy jest to profesjonalista. mam wrażenie, że dobry t. podąża za pacjentem kiedy trzeba a kiedy trzeba go prowadzi, jest stanowczy/a ale wyrozumiał/a, empatyczny ale i nie dający się wmanipulować w nadmierne wymaganie opieki. Ja sobie takich terapeutów i terapeutki cenię.
  7. Malarz cieni: w niektórych wypadkach wydaje się, że poznawczo-behawioralna może być bardzo efektywna. Na przykład u nas z oddziału odsyłano z takim zaleceniem osoby, które nie radziły sobie z wyładowywaniem agresji i innymi silnymi emocjami bądź miały bardzo nasilone objawy nerwicowe. I to chyba była dobra opcja, polecali wtedy by w wypadku potrzeby i chęci kontynuacji za jakiś czas leczenia w szpitalu, zgłosić się ponownie. szanownapani moja t. pomijała temat seksualności (że sama zdecyduję z kim mi lepiej w łóżku) i myśli samobójczych (że należy je zmniejszyć lekami). na oddziale analizowano obie te sprawy, ale okazały się nie być głównymi tematami terapii. Seksualność wracała w kontekście nie dawania szansy związkom (po roku, dwóch wszystkie rozwalałam) oraz ekscytowania się różnorodnymi relacjami w jakie wchodziłam, co było interpretowane jako część mojej destrukcji a pomieszanie ról jako wynikające z doświadczeń rodzinnych - czuję, że jednak chcę do tematu wrócić, bo nadal jestem pogubiona. Myśli samobójcze zaś były traktowane poważnie, ale w różny sposób je interpretowano...albo w odniesieniu do moich histerycznych prób zwrócenia na siebie uwagi albo jako objaw zwiazany z dopuszczaniem do siebie prawdziwego, TRAGICZNEGO, obrazu mojej sytuacji, który do tej pory od siebie odsuwałam. W zależności od tego kiedy i w jaki sposób o nich mówiłam albo dostawałam upomnienie od grupy,że zastraszam albo opiekę, troskę i zrozumienie cierpienia. Inne osoby, kiedy było ryzyko że zrobią sobie krzywdę, były odsyłane na ogólny.
  8. shira123 tam jest wiele osób, ktore mają problem w przebywaniu non stop z innymi ludźmi, boją się być w większej grupie, alienują się. I to trudne, ale też da się przełamać pod tym kątem. Sporo osób z forum trafia na ten oddział, ja dzięki wymianie wiadomości przed przyjściem tam oswoiłam lęk, potem też dostałam dużo wsparcia. Zmieniło się we mnie to, że zaczęłam widzieć swoją rolę w tym jak się czuję i działam, przestałam taplać się w złych wspomnieniach z przeszłości, zauważyłam że największym wrogiem jestem ja sama a nie inni ludzie, poczułam też, że moja rozpacz ma bardzo duży wpływ na ludzi z którymi przebywam i w pewnym momencie staje się to dla nich nie do zniesienia...przede wszystkim zyskałam świadomość siebie i wybór. już nie tak łatwo zakopać się we własnych mechanizmach obronnych, mam więcej możliwości żeby wychodzić z tego w co sama się wciągam. zaczęłam też wreszcie na serio szukać stałej pracy a nie - jak do tej pory - szukać wymówek dlaczego jestem niegotowa do dorosłego życia. Tak więc - dużo zyskałam, ale było mi to bardzo trudno osiągnąć i wiem, że to dopiero początek innych zmian.
  9. pssst. jeszcze jedno (ostatnie) wokół tematu szpitala. to że jestem 'zadowolona' z pobytu i próbowałam przekazać, że niekoniecznie trzeba się bać oddziałów całodobowych nie oznacza że nie widzę negatywów i ludzkiego (to znaczy nieidealnego;) oblicza personelu. to nie jest miejsce wyizolowane z rzeczywistości, dzieją się tam te same procesy co w innych terapiach. samooszukiwanie, manipulowanie, zastraszanie własną rozpaczą - mają się doskonale. podobnie jak opór, nieprzepracowanie problemów, tkwienie w miejscu i wykorzystywanie terapii do wspierania własnej patologii również. ja pomimo tego co udało mi się zmienić, nadal mam mnóstwo do przerobienia a części wcale nie ruszyłam... dlatego wracam do gabinetu:) a co do nieidealności personelu - wystarczy pobyć na kilku spotkaniach a już widać ze w wielu tematach nie są jednomyślni, mają różne podejście odnośnie wspomnianego 'głaskania po głowie' (część jest taaaaaka kochana pod tym kątem a część w zupełnie inny sposób okazuje troskę) i w inny sposób prowadzą terapię. nie jest tak, jak może się wydawać po skrótowym opisie, że tylko i wyłącznie konfrontują i ostro komentują. dla mnie różnicą było, że w ogóle to robią bo na wcześniejszych indywidualnych nie miałam wcale tego elementu (albo nie byłam gotowa,żeby go zauważyć)
  10. 19ruda87: wiem,że to bardzo trudne, ale warto rozmawiać o tym z t. jak się czujesz w relacji. może się okazać,że to będzie jeden z głównych tematów. u mnie na terapii tak było, ja uważałam że się bardzo otwieram a t.miał inne zdanie i stopniowo okazywało się, że choć mi się wydaje,że relacja jest bliska to jednak uciekam za każdym razem kiedy czuję, że tracę kontrolę nad przebiegiem sesji.wolałam rozwodzić się nad sprawami pobocznymi, zatrzymywać się na powierzchni, nie pozwalać wejść w to głębiej, przestać racjonalizować. i długo zajęło pracowanie nad tym, dlaczego tak trudno mi po prostu zaufać, pozwolić t.i sobie swobodnie myśleć a nie wyprzedzać odpowiedzi. rozmowa o tym jak się czuję w relacji z t. bardzo mi pomogła.
  11. @szanownapani, @inna, @nippy, @antylopa: hmmmm...zastanawiam się z czego wynika,że dla części z Was jest to niepokojący opis. być może z tego, że bardzo skrótowo i entuzjastycznie starałam się wyrazić to co czuję po pobycie. nie układałam sobie klarownego statementu,może powinnam była dłużej się zastanowić przed pisaniem, nie chciałam by brzmiało to radykalnie ani oceniająco. chyba zbyt szybko chciałam za dużo powiedzieć o własnych doświadczeniach, możecie mieć inne. może napiszę więcej po prostu. chodziło mi o to,że ja bardzo się bałam leczenia szpitalnego i mimo zaleceń od lekarzy wzbraniałam się uważając, że lepiej jest ciągnąć terapię raz w tygodniu. i tu pierwsza uwaga. terapia terapii nierówna a my jako pacjenci w dodatku często z zakrzywionym obrazem rzeczywistości nie zawsze możemy ocenić na ile pomocne są te spotkania. dlatego będę mówić za siebie. ja od dawna miałam dowody, że nie przepracowuję tego co powinnam w terapii, ale strasznie siebie oszukiwałam i moją t. też. dlatego dopiero w przypływie desperacji umówiłam się na konsultacje na oddział, zakładając, że usłysze że wydziwiam i mnie nie przyjmą. na szczęscie przyjęto mnie, żal mi że nie poszłam tam wcześniej bo bym nie zmarnowała tyle czasu i życia i w sumie to tym się chciałam podzielić na forum, ale...jak Wam to wyjaśnić..? tu pojawiają się schody. nie wiem czy potrafię dobrze opisać to jak tam było bez tworzenia jakiegoś fałszywego obrazu. chciałam nieporadnie wyrazić to, że czuję że to była najlepsza decyzja co do leczenia jaką kiedykolwiek podjęłam. a częścią tego co cenię w tym miejscu było własnie otwarte konfrontowanie z zachowaniami i ich efektem. tego mi brakowało na mojej terapii, która polegała na wspieraniu mnie...i jednocześnie pozwalała mi cementować patologiczne zachowania. tu druga uwaga - być może na was troska i wsparcie działają inaczej, ja je wykorzystywałam, żeby tkwić w depresji (nieświadomie oczywiście, aż tak wyrachowana nie jestem). wiele osób, które leczyły się ze mną w szpitalu też przyznało,że dopiero tam zaczęli na poważnie pracować nad sobą (ale tak, dużo podobnych tematów można przerobić na indywidualnych terapiach, zależy to od gotowości i sposobu prowadzenia. różnica jest taka,że tam idzie wszystko szybciej i terapeuci mają o wiele więcej danych na temat codziennego funkcjonowania; trudniej im ściemniać ).na mnie zadziałało dopiero mocne postawienie granicy, zaczęlam widzieć co robię samej sobie i innym, na kim i za co się mszczę. racja, że nie jest to metoda dla wszystkich i nie na kazdym etapie. sama jak tam przyszłam buntowałam się i uważałam, że komunikaty od pacjentów i personelu są zbyt ostre. dopiero stopniowo dopuściłam do siebie coś znacznie trudniejszego - że są prawdziwe. i długo mi zajęło, żeby przestać traktować personel jako nastawiony przeciwko mnie, bo łatwiej było mi uznawać,że nie rozumieją że ja cierpię, męczę się i mam objawy...a tu cisną o zmianę funkcjonowania, nie pozwalają przesypiać emocji, nie łapią się na moje opowieści o tym,że nie wyrabiam. nie oznaczało to,że w momentach kiedy było bardzo źle - nie wykazywali troski i wsparcia. było jej tam BARDZO dużo, łącznie z przychodzeniem pielęgniarki co pół godziny, wezwaniem lekarza po godzinach czy zachętą do chodzenia na dodatkowe rozmowy. to naprawdę są ludzie bardzo zaangażowani w swoją pracę. czy się do nich przywiązałam? jezzzuuu, płakałam jak bóbr na pożegnaniu.
  12. Dziewczyny i (nieliczne zapewne jak to tutaj;) chłopaki, jakoś tak mam potrzebę napisania do Was. Zniknęłam,bo byłam na pół roku w szpitalu. I wiem,że wątek jest o terapii gabinetowej (sama się tu udzielałam trochę - fajnie nadal widzieć dawne nicki i awatary, choć w zasadzie nie wiem czy to dobry objaw), ale chciałam po prostu rzec że nigdy tak dużo nie przepracowałam jak będąc na oddziale całodobowym. Strasznie się bałam i broniłam, ale widzę że to była dobra decyzja (choć cholernie było mi ciężko przestawić się z ciepłego wsparcia do którego byłam przyzwyczajona przez moją t. na konfrontujące i ostre komunikaty od zespołu terapeutycznego tam. Ale to pomogło a nie klepanie mnie po głowie jaka jestem biedna i depresyjna). Jakby ktoś z Was kiedykolwiek się wahał - z całego serca polecam oddziały dzienne czy stacjonarne... podobnie jak polecam krytyczne przyjrzenie się terapiom w jakich jesteście. Ja swojej nie porzucałam, choc nie dawała żadnych rezultatów. po prostu bardzo lubiłam moją t. i nie chciałam Jej zostawiać, podobnie jak nie miałam zamiaru porzucać własnej patologii;P teraz widzę ile czasu tkwiłam w miejscu. ... ale teraz będę nadal chodzić na terapię, tylko do osoby która mnie prowadziła w szpitalu. Raz w tygodniu choć optymalnie byłoby dwa razy. To co piszesz Lukrecja o trzytygodniowych przerwach, wydaje mi się zupełnie bez sensu. Chyba, że typowo wspierająca terapia, nie analityczna.
  13. Rzadko zagladam na forum bo pochlania mnie calkowicie zycie oddzialowe... (a jest nad czym myslec) ale jakby co to pisz na priv. O 10 30 mamy nieformalne spotkanie z terapeutami na kawie ale jak będziesz przed to możemy na dole się spotkać i chwilę pogadać. Nie martw się o nastrój i ze będzie "za dobry", ja też przyjezdzalam w miarę stabilna;) a co do ŚDM to od nas też trochę osób idzie, ja na razie nie moge. Dzięki natretek za dobre słowa. Nie daje rady pisać teraz bloga ale robię notatki z terapii w zeszycie. Bardzo dużo się tu wydarza. Nawet połowy tych emocji nie ogarniam.
  14. Nie upokarzac tylko wskazać czemu miało to służyć i skąd potrzeba takiego odreagowania. Zachęca się by korzystać ze wsparcia społeczności, pielęgniarek, możliwości rozmów. Jeśli ktoś to odrzuca to ludzie próbują zainterweniowac żeby nie wspierać kogoś w destrukcji. A mocna interwencja to oznacza dla mnie po prostu poruszenie tego tematu przy wszystkich i szukanie przyczyn. A jeśli robilabys to tak żeby nikt nie widział to oznacza że byś wchodziła głębiej w swoje mechanizmy. Jeśli to by jakimś cudem nie wyszło na terapii albo byś to dłużej ukrywała i w końcu byś pękła to zależnie od motywacji albo by to z Tobą przerabiali co się działo albo w wypadku dużego oporu mogłoby się zdarzyć ze wypisaliby Cię z oddziału bądź przenieśli na zamknięty. Nam tu nie zabierają noży ale i nie mają zamiaru kontrolować co robimy za zamkniętymi drzwiami. Duży nacisk jest na wybor i odpowiedzialność. Sama się dopiero tego uczę.
  15. inn@nie krzyczą :) pielegniarki sa w większości bardzo miłe, personel uważny. Nie tolerują tu po prostu głupich wyskokow w stylu cięcie się i interweniuja w zdecydowany sposób. I też mocno dają do zrozumienia ze efekty tej terapii zależą od nas samych. Społeczność wyciąga też na światło dzienne mechanizmy obronne poszczególnych osób. Więc po prostu nie bardzo jest gdzie uciec od siebie, dlatego to trudne. Plus codzienny rytm dnia, sprzątanie, reguły. Trzeba po prostu od nowa się uczyć bycia obowiązkowym co też nie zawsze łatwe.
×