Skocz do zawartości
Nerwica.com

Prince of darkness

Użytkownik
  • Postów

    436
  • Dołączył

Ostatnie wizyty

3 625 wyświetleń profilu

Osiągnięcia Prince of darkness

  1. Jak jest jedna strona to czytam wszystko. W innych przypadkach pierwsza i ostatnia strona. Najważniejsze są zapisy drobnym drukiem założenia i podsumowania. Cała reszta to zazwyczaj sztuka dla sztuki, aby brzmiało i wyglądało profesjonalnie . A na to nie mam chęci, zdrowia i poza tym nie chcę mi się jestem zbyt leniwy po 2 stronie litery się zlewają, percepcja siada, a summa summarum i tak nic produktywnego z tego nie ma :D.
  2. Nie wszyscy mają takie podejście do pracy jak ja, także nie ma co wrzucać całego środowiska do jednego wora i do jeziora. Są ludzie, którzy autentycznie się angażują i chcą pomagać...ja się zbuntowałem od małego Wódką można nazwać napój wysokoprocentowy o zawartości nie mniejszej niż 37,5 %. W takiej sytuacji jeżeli mówimy o 30 procentach alkoholu w roztworze to mamy do czynienia z napojem spirytusowym.
  3. Wykształcenie wyższe. Pracuję jako specjalista w urzędzie. Daję z siebie mocne 30 procent. Jako człowiek bez ambicji uważam, że swoje obowiązki służbowe wykonuję wprost proporcjonalnie do stawianych przede mną wymogów. Pewnie tak moja kariera się zakończy chyba, że mnie zwolnią.
  4. Umrzeć i mieć święty spokój dalej się nie męczyć na tym padole cholernym.
  5. Świetnie zmęczony wszystkim, a to oznacza brak czasu na rozmyślania.
  6. Naturalnie tajemniczość dodaję całego misterium danej sytuacji. Właśnie, aby uniknąć gumowego ucha lub wścibskich spojrzeń najlepiej trzeba zrobić rozpoznanie terenu wtedy nawet obserwacja dynamiczna jest mało skuteczna. Największym niebezpieczeństwem podsłuchowywania jest zniekształcenie obrazu i plotka zaczyna żyć swoim życiem . A no mało mnie i pewnie będzie jeszcze mniej.
  7. Jakże się cieszę, że nikomu nie przypadnie w udziale ten wątpliwy skądinąd zaszczyt poznania Tygrysa w realu. Biorąc pod uwagę, jakie poruszenie potrafi wywołać samo spotkanie Dalili, obawiam się, że w moim przypadku mielibyśmy materiał na pierwsze strony gazet, wydania specjalne i wieloletnie analizy socjologiczne. Media nie odpuściłyby tematu przez najbliższą dekadę, a samo wydarzenie z pewnością doczekałoby się własnej strony na Wikipedii. Oczywiście przemawia przeze mnie wrodzona skromność. No cóż można wyciągnąć takowe wnioski, że lepiej się spotykać pod osłoną nocy lub jak Wałęsa z Kiszczakiem w Magdalence po cichu, bo to nie generuję niepotrzebnej polemiki i emocji. Abstrahując od powyższego no cóż konkluzja jest dość oczywista, niektóre osobistości po prostu powinny pozostać legendami, dla dobra własnego i spokoju opinii publicznej vide Tygrys :D.
  8. Prince of darkness

    Dżuma

    Oj tam, oj tam nie zapominajmy o katastrofie kysztymskiej, czy wspaniałych programach z dziedziny kosmonautyki. "У нас людей очень много." Stara dewiza nadal aktualna
  9. Bardzo zmęczony zajechany niczym Passat z Niemiec. Zbyt dużo pracy i innych rzeczy do ogarniania. Na domiar złego niewyspany.
  10. Tak, to na pewno dość ciekawe spostrzeżenie. Chiny jako swego rodzaju „bezpiecznik” w tym układzie brzmią paradoksalnie, ale jednocześnie całkiem sensownie. Uważam, że świat coraz wyraźniej dzieli się na różne obozy, a jednymi z najważniejszych zmiennych całej tej układanki są właśnie Chiny i Indie. Oba państwa w najbliższych dekadach odegrają niewspółmiernie większą rolę niż dotychczas. Warto wspomnieć, że według części prognoz do 2050 roku ChRL może wyprzedzić Stany Zjednoczone pod względem wielkości gospodarki, a Indie stać się trzecią największą gospodarką świata. Supremacja Stanów Zjednoczonych w dotychczasowym kształcie wyraźnie się kończy, co z amerykańskiej perspektywy może być procesem dość bolesnym. Chciałbym również zwrócić uwagę na to, że wizerunkowo wycofanie się USA z Afganistanu po ponad 20 latach misji wojskowej było dla Waszyngtonu poważnym ciosem. Z pragmatycznego punktu widzenia tę decyzję można jednak uzasadnić - wydawanie kolejnych ogromnych kwot na projekt, który nie przyniósł zakładanych rezultatów, i dalsze obciążanie budżetu nie miało większego sensu. Historia, jak widać, nie zawsze uczy polityków na błędach. Wystarczy przypomnieć interwencję ZSRR w Afganistanie w latach 1979 - 1989 czy amerykańskie zaangażowanie w Wietnamie. Początkowo chodziło przecież o coś zupełnie innego, choć w pewnym sensie sprowadzało się to do dobrze znanego schematu: walka z terroryzmem, obrona bezpieczeństwa albo próba przeciwstawienia się autorytarnym rządom stawały się uzasadnieniem dla prowadzenia wieloletnich interwencji i promowania demokracji w wydaniu amerykańskim. Rosja z całą pewnością będzie w najbliższym czasie coraz bardziej uzależniona od Chin. W obecnych warunkach Pekin jest jednym z niewielu, a właściwie jedynym partnerem o porównywalnej skali, z którym Moskwa może prowadzić szeroko zakrojoną współpracę gospodarczą i dyplomatyczną. Co więcej, pragmatyzm po obu stronach sprawia, że istniejące animozje schodzą na dalszy plan, ponieważ żadnej ze stron nie opłaca się pozwolić, aby doprowadziły one do osłabienia współpracy. Zwłaszcza dla Kubusia Puchatka, jak wiadomo, jest to układ niezwykle korzystny. Xi Jinping zdecydowanie potrafi pokazać, że jest graczem z najwyższej półki. Wystarczy przypomnieć obrazki z Waszyngtonu podczas oficjalnych uroczystości - spóźnienie na powitanie, niemal godzinne oczekiwanie, a następnie przelot całej eskadry F - 35. Do tego dochodzi wyraz twarzy Trumpa podczas wystąpienia Xi, który kontrastował z wyjątkowo spokojnym i swobodnym zachowaniem chińskiego przywódcy. Niezależnie od tego, jak oceniać samą politykę obu państw, pod względem wizerunkowym był to obrazek pokazujący pewność siebie i pozycję, na którą mogą sobie pozwolić przede wszystkim gracze światowej wagi. Tutaj wchodzimy już w obszar political speculation, a swoją drogą to fantastyczna zabawa. Wydaje mi się, że taki scenariusz nie jest całkowicie nieprawdopodobny, choć uważam go za bardzo mało realny. Wiele zależałoby przede wszystkim od ludzi odpowiedzialnych za podjęcie decyzji o użyciu broni atomowej i ich zdolności do powstrzymania ewentualnej eskalacji. Z tego, co wiadomo o rosyjskim systemie dowodzenia bronią nuklearną, procedura o kryptonimie „Kazbek” opiera się na trzech specjalnych terminalach, do których dostęp mają prezydent Federacji Rosyjskiej, minister obrony oraz szef Sztabu Generalnego. Często przedstawia się to w uproszczeniu jako system „trzech walizek”, choć rzeczywista procedura jest oczywiście znacznie bardziej skomplikowana. W każdym razie kluczową rolę odgrywają tutaj najwyższe osoby w rosyjskim łańcuchu dowodzenia. Pozostaje więc liczyć na to, że w sytuacji skrajnej znalazłby się kolejny Stanisław Pietrow. W 1983 roku prawidłowo zinterpretował on fałszywy alarm radzieckiego systemu wczesnego ostrzegania, który wskazywał na rzekome wystrzelenie amerykańskich pocisków balistycznych. Pietrow uznał alarm za błąd systemu i nie przekazał go dalej jako potwierdzonego ataku. Trudno nawet wyobrazić sobie, co mogłoby się wydarzyć, gdyby wówczas podjęto błędną decyzję i ZSRR odpowiedział na nieistniejący atak nuklearny. Patrząc na współczesną rosyjską elitę wojskową, można się oczywiście zastanawiać, kto w takiej sytuacji zachowałby najwięcej chłodnego rozsądku. Gdybym miał czysto hipotetycznie wskazać osobę z tej trójki, która wydaje mi się najbardziej pragmatyczna, byłby to Walerij Gierasimow. Można oczywiście żartować z rosyjskich oficerów i generalicji, ale nie wydaje mi się, żeby Gierasimow był człowiekiem pozbawionym całkowicie racjonalnego oglądu sytuacji. Czytając jego wcześniejsze koncepcje dotyczące sposobu prowadzenia współczesnych konfliktów, można dojść do wniosku, że przynajmniej wcześniej miał całkiem dobrze rozwinięte rozumienie charakteru współczesnej wojny. Po 2022 roku jego działania i sposób prowadzenia wojny można oczywiście oceniać zupełnie inaczej, choć równie dobrze część jego zachowania może wynikać z konformizmu i zwyczajnej chęci przetrwania w systemie. Jako ciekawostkę można jeszcze przywołać radziecki system „Perymetr”, często określany na Zachodzie mianem „Dead Hand”. Jego zadaniem miało być zapewnienie możliwości wykonania odwetu nuklearnego nawet w sytuacji, gdyby wskutek wojny zniszczone zostało tradycyjne dowodzenie i komunikacja z najwyższymi władzami. Wokół rzeczywistych możliwości i obecnego stanu tego systemu narosło jednak sporo mitów, dlatego opowieści o całkowicie automatycznym wystrzeleniu wszystkich rosyjskich pocisków jądrowych po zagładzie państwa należy traktować z dużą ostrożnością. Sama idea jest jednak dość przerażająca. W najbardziej skrajnym scenariuszu oznaczałoby to bowiem, że nawet po fizycznym zniszczeniu części rosyjskiego dowództwa państwo miałoby zachować zdolność do odpowiedzi. Czyli, mówiąc już zupełnie potocznie: nawet gdyby zabrakło ludzi, „odpowiedź” nadal mogłaby nadejść. I to jest chyba jeden z tych elementów zimnowojennego dziedzictwa, przy których człowiek zaczyna się zastanawiać, jakim cudem ludzkość w ogóle przetrwała kilka dekad takiej zabawy . W sumie miałem tego nie robić, ale pozwolę sobie na małą dygresję. Mówi się, że tylko winny się tłumaczy, natomiast nie jest to pierwszy raz, kiedy ktoś insynuuje pewne zabiegi z mojej strony. Chciałbym tutaj użyć normy indywidualnej, ale powstrzymam się jednak od tego rodzaju zabiegów . Nigdy nie byłem szczególnie lotny, jeśli chodzi o wyrażanie swoich myśli w różnoraki sposób. Nie jestem ani krasomówcą, ani tym bardziej gigantem pióra. To są po prostu moje grafomańskie wywody nic więcej. Jeżeli komuś się to nie podoba albo zwyczajnie nie ma ochoty tego czytać, to naprawdę nie ma żadnego problemu. Wystarczą dwa machnięcia palcem po ekranie telefonu czy tabletu albo trzy ruchy kółkiem myszy. Fachowo nazywa się to chyba scrollowaniem . Nie chciałbym również, aby moja luźna interpretacja, niektórych tematów była traktowana jako pewnik, prawda objawiona czy jakikolwiek paradygmat postępowania. To wyłącznie luźna twórczość szarego człowieka, który korzysta z prawa do swobodnego wyrażania swoich myśli, starając się przy tym zachować jakieś elementarne zasady netykiety. Mam nadzieję, że powyższe wystarczy za wyjaśnienie i pozwoli uniknąć dalszych, być może niepotrzebnych nadinterpretacji. Resztę pozostawiam już indywidualnej refleksji ze szczególnym uwzględnieniem "suponotenta" .
  11. Do Czech nic nie da. Najlepiej uciekać do Szwajcarii.
  12. Moim zdaniem klasyczna, konwencjonalna wojna Rosji z NATO jest mało prawdopodobna. Nie oznacza to jednak, że ryzyko eskalacji można całkowicie wykluczyć. Znacznie bardziej prawdopodobne jest dalsze prowadzenie konfliktu poniżej progu otwartej wojny: poprzez działania służb specjalnych, cyberataki, sabotaż, dezinformację, zakłócanie łączności i GPS, działania wywiadowcze oraz różnego rodzaju prowokacje militarne. Rosja od lat rozwija właśnie taki sposób działania. Nie musi przekraczać granicy otwartej wojny, aby sprawdzać reakcję przeciwnika i próbować osiągać określone cele polityczne. Z punktu widzenia Moskwy znacznie bezpieczniejsze jest działanie w tzw. szarej strefie niż rozpoczęcie konfliktu, w którym po drugiej stronie znalazłoby się całe NATO. Nie należy oczywiście lekceważyć rosyjskich sił zbrojnych. Rosja dysponuje dużym arsenałem rakietowym, artylerią, wojskami pancernymi, lotnictwem, bezzałogowcami, środkami walki elektronicznej oraz rozbudowaną obroną powietrzną. W wojnie przeciwko Ukrainie wykorzystuje m.in. pociski balistyczne i manewrujące, bomby szybujące, drony uderzeniowe, artylerię lufową i rakietową oraz ciężkie systemy rakietowe, takie jak TOS - 1 A. Istotnym elementem rosyjskiego systemu jest również warstwowa obrona powietrzna, obejmująca m.in. rodziny S - 300 i S - 400 oraz systemy krótszego zasięgu. Jej zadaniem jest utrudnianie przeciwnikowi swobodnego użycia lotnictwa i pocisków. Problem polega jednak na tym, że wojna z NATO nie byłaby powtórzeniem wojny rosyjsko - ukraińskiej. NATO dysponuje znacznie większą bazą gospodarczą, technologiczną i przemysłową oraz rozbudowanymi zdolnościami rozpoznawczymi, lotniczymi, rakietowymi, kosmicznymi i cybernetycznymi. Skala amerykańskich możliwości sama w sobie pokazuje ogrom tej różnicy. Stany Zjednoczone przeznaczają na obronę kwoty zbliżające się do biliona dolarów rocznie. Według danych NATO USA odpowiadały w 2025 r. za około 60% nominalnych wydatków obronnych całego Sojuszu. Europejscy członkowie NATO i Kanada wydały natomiast w tym samym roku około 574 mld dolarów. Łączne wydatki NATO na podstawowe potrzeby obronne przekroczyły 1,4 bln dolarów. Nie oznacza to, że sama wysokość wydatków automatycznie rozstrzyga każdą wojnę. Znaczenie mają również logistyka, zapasy amunicji, mobilizacja, geografia, rozmieszczenie wojsk, gotowość oraz czas potrzebny na wykorzystanie dostępnych zasobów. Pokazuje jednak zasadniczą różnicę potencjałów. Jednym z najważniejszych doświadczeń współczesnego pola walki jest znaczenie bezzałogowców. Dron nie musi sam niszczyć celu, aby być niezwykle groźnym. Może wykryć stanowisko artylerii, pojazd, radar czy wyrzutnię, przekazać współrzędne i umożliwić szybkie wykonanie uderzenia. Dlatego współczesna wojna to nie tylko liczba czołgów czy dział. Równie ważne są sensory, rozpoznanie, łączność, systemy dowodzenia, walka elektroniczna i zdolność do szybkiego wykorzystania informacji. Rosyjskie działania w przestrzeni powietrznej i elektronicznej, loty w pobliżu granic NATO czy pojawiające się drony warto analizować nie jako oderwane od siebie incydenty, lecz jako element szerszej aktywności mającej na celu rozpoznanie możliwości i reakcji Sojuszu. Każde takie działanie może dostarczać informacji: jak szybko reagują samoloty NATO, jak funkcjonuje system wykrywania, jakie procedury są uruchamiane, jak wygląda współpraca między państwami i jakie zdolności pozostają niewidoczne dla przeciwnika. Nie każde takie zdarzenie oznacza jednak przygotowanie do wojny. Może natomiast być elementem rozpoznania, presji lub testowania reakcji przeciwnika. Jest jeszcze jeden czynnik, którego nie można pominąć, a jest nim broń jądrowa. Rosja posiada strategiczne siły nuklearne. Siły Sojuszu Północnoatlantyckiego, także opierają swoje elementy odstraszania na triadzie połączenia zdolności konwencjonalnych i nuklearnych. Publicznie dostępne informacje nie pozwalają natomiast wiarygodnie ocenić dokładnego stanu technicznego i gotowości każdego rosyjskiego pocisku czy systemu. Nie zmienia to faktu, że rosyjski potencjał nuklearny jest realnym elementem strategicznego odstraszania. Właśnie dlatego bezpośrednia wojna Rosja - NATO byłaby dla obu stron skrajnie ryzykowna. Eskalacja mogłaby bowiem wymknąć się spod kontroli, a w pewnym momencie pojawiłoby się pytanie, czy konflikt pozostałby wyłącznie konwencjonalny. W tym miejscu pojawia się być może najważniejszy problem NATO. Nie chodzi wyłącznie o liczbę żołnierzy, samolotów czy pieniędzy. Sojusz składa się z 32 państw, które mają różne interesy, położenie geograficzne i priorytety polityczne. Na szczycie NATO w Ankarze w lipcu 2026 r. państwa Sojuszu ponownie potwierdziły zobowiązanie do wspólnej obrony wynikające z art. 5 oraz podkreśliły znaczenie jedności, solidarności i wspólnej siły. To ma znaczenie strategiczne. Rosja nie musi koniecznie próbować pokonać NATO militarnie. Z jej punktu widzenia korzystniejsze może być wykorzystywanie różnic interesów między państwami, wywieranie presji i sprawdzanie, czy w sytuacji kryzysowej wszystkie państwa rzeczywiście będą działały wspólnie. Ogromny potencjał militarny NATO ma znaczenie tylko wtedy, gdy stoi za nim wiarygodna gotowość do wspólnego działania. Dlatego polityczne podziały wewnątrz Sojuszu mogą być znacznie poważniejszym problemem niż sama różnica potencjałów wojskowych. Reasumując nie spodziewałbym się, że Rosja świadomie rozpocznie klasyczną wojnę z całym NATO. Taki konflikt oznaczałby dla niej konfrontację z przeciwnikiem dysponującym ogromną przewagą gospodarczą, technologiczną i finansową, a dodatkowo niósłby ryzyko wejścia na poziom nuklearny. Znacznie bardziej logiczną strategią pozostaje dla Moskwy presja poniżej progu wojny tzn.: rozpoznanie, prowokacje, działania hybrydowe, demonstracja siły i sprawdzanie, jak daleko można się posunąć bez wywołania bezpośredniej odpowiedzi całego Sojuszu. Paradoksalnie więc największe zagrożenie może nie wynikać z zaplanowanej decyzji o rozpoczęciu wojny, lecz z błędnej kalkulacji. Jeżeli któregoś dnia jedna ze stron źle odczyta intencje drugiej, lokalny incydent może uruchomić mechanizm eskalacji.
  13. Tylko że mam wrażenie, że kompletnie nie zrozumiałaś, co właściwie opisałem. Nie napisałem, że brak emocji polega na tym, że nie fascynuje mnie ta sama alejka w sklepie albo że jazda tą samą trasą nie dostarcza mi rozrywki. Te przykłady miały pokazać stopień automatyzacji funkcjonowania, a nie być dowodem samym w sobie na brak emocji. Jasne, że człowiek po kilku latach potrafi dojechać do pracy bez świadomego analizowania każdego skrzyżowania. Jasne, że zakupy można robić automatycznie. Tyle że ja napisałem coś znacznie szerszego: od ponad 10 lat praktycznie nie odczuwam pozytywnych emocji, nie mam spontanicznej radości, złość też właściwie zniknęła. Pojawia się problem, trzeba go przeanalizować, rozwiązać i przejść do następnego. Bez większej reakcji emocjonalnej. Dlatego odpowiedź: „może jesteś znudzony, spróbuj spaceru w inne miejsce” brzmi trochę jak porada dla kogoś, kto nie wie, co robić w niedzielne popołudnie. Jeśli ktoś mówi o wieloletniej emocjonalnej pustce, sprowadzanie tego do zmiany alejki w sklepie jest jednak dość mocnym uproszczeniem. Można oczywiście zmienić trasę, pracę, miejsce zamieszkania, podróżować, uprawiać sport czy znaleźć nowe hobby. Tylko co z tego, jeśli człowiek robi to wszystko z dokładnie takim samym poczuciem obojętności? Można zmienić praktycznie całe swoje otoczenie, a mimo to nadal nie poczuć ani większej radości, ani satysfakcji, ani szczególnego zainteresowania. I dlatego stwierdzenie: „może od lat niczego nie próbujesz zmienić” jest zwyczajnie zbyt daleko idącym wnioskiem. Z mojego wpisu tego nie wiesz. Opisałem stan, a nie historię wszystkich rzeczy, które przez te lata robiłem albo których nie robiłem. To trochę tak, jakby powiedzieć komuś z przewlekłym bólem: „może po prostu powinieneś zmienić krzesło”. U mnie problem polega na tym, że nawet rzeczy, które normalnie powinny wywoływać silne emocje, niewiele zmieniają. Nowe miejsca nie dają mi szczególnej ekscytacji. Awans czy osiągnięcie czegoś zawodowo nie daje mi poczucia większej satysfakcji. Uzupełnianie wykształcenia czy zdobywanie kolejnych kwalifikacji jest raczej zadaniem do wykonania niż czymś, z czego potrafię się autentycznie cieszyć. Nawet wojna czy śmierć kogoś bliskiego nie wywołują we mnie takiej reakcji emocjonalnej, jakiej sam po sobie mógłbym się spodziewać. I właśnie to jest dla mnie najbardziej niepokojące - nie to, że dzień jest powtarzalny, tylko że zmiana jego treści niewiele zmienia we mnie. Do tego coraz częściej mam wrażenie, że trudno mi porozumieć się z ludźmi. Oni często nie rozumieją mnie, ja coraz częściej nie rozumiem ich sposobu myślenia. Zaczynają mnie irytować ignorancja, dyletanctwo, bezrefleksyjne powtarzanie bzdur czy brak zainteresowania tym, żeby cokolwiek sprawdzić albo zrozumieć. Coraz częściej zamiast zainteresowania drugim człowiekiem pojawia się zniecierpliwienie i niechęć. Nie twierdzę, że problem zawsze leży po stronie innych opisuję po prostu to, jak sam coraz częściej reaguję. Nie twierdzę, że rutyna nie może pogłębiać poczucia pustki. Może. Ale czym innym jest powiedzieć: „rutyna może mieć wpływ”, a czym innym uznać, że rozwiązaniem wieloletniego braku emocji jest spacer inną ulicą. Ty opisujesz problem jako: „za mało zmian w życiu”. Ja opisuję sytuację, w której przez lata coraz więcej rzeczy przestało wywoływać jakąkolwiek istotną reakcję. To nie jest po prostu znudzenie tym samym sklepem. I chyba właśnie tutaj jest sedno. Ty proponujesz zmianę tego, co robię, a ja próbuję opisać to, że problem dotyczy tego, co ta zmiana we mnie wywołuje, a coraz częściej nie wywołuje nic. Dlatego trudno oczekiwać, że rozwiązaniem będzie kolejna zmiana otoczenia. Jeśli człowiek od lat patrzy na świat i coraz mniej rzeczy naprawdę go porusza, to problemem nie jest już brak nowych bodźców. Problemem jest to, że bodźce przestały mieć znaczenie.
×