Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
pikpokis

Co by było gdybym przestał/a ją/jego kochać....?

Rekomendowane odpowiedzi

Jedyne to nic sobie z tego nie robić... być z partnerem normalnie, pomimo tego co podpowiada mózg, bo to tylko ILUZJA i nieprawdziwe, kłamliwe myśli które uderzają w to, co dla człowieka najważniejsze. Nie masz ochoty się tulić? Mimo wszystko to zrób. Tylko nie wpływaj na niego swoim zachowaniem tak jak ja wpłynąłem na swoją dziewczynę... teraz muszę wszystko naprawiać, jeśli chcę z nią być.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jakos nie moge poprostu wybic sobie tego z glowy.. Jeszcze dzisiaj na dodatek wydaje mi sie ze w ogole juz nie jestem nawet zazdrosna o niego.. Czy to znaczy ze juz go nie kocham? Kiedys bylam zazdrosna nawet o spotkania z kolezankami a teraz jakby to bylo dla mnie normalne... Czy moglam sie az tak zmienic z dnia na dzien?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zrozum, że natrętne myśli nad Tobą obecnie górują, bo w nie wierzysz. Nie mają nic wspólnego z prawdą. Kiedy te parę dni temu nastała groźba, że już nie będziemy razem, to od razu wszystkie mi zelżały, bo tak się bałem, że ją stracę... zobacz zresztą na tego długiego posta z tej strony. Obecnie staram się naprawić moje relacje z ukochaną, ale natręctwa znowu wróciły. Staram się wyobrazić sobie nas w przyszłości, kiedy już jesteśmy szczęśliwi i wyobrażam sobie, że z tego wychodzę to jakoś się uspokajam... ale ogólnie wszystkie myśli wróciły. Odcięcie też, mam wrażenie, że nie chcę być z tą dziewczyną. Że ona mnie ma dosyć, że nie wytrzymuje, że nie chce już ze mną być

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cholernie się boję. Z jednej strony przytłaczają mnie myśli i odcięcie od emocji, które mogłoby sugerować, że nie chcę już z nią być, że chcę zerwać albo doprowadzić do rozstania, by jej było lepiej. Z drugiej strony cały czas myślę o tym, że za parę miesięcy wszystko wróci do normy i będziemy szczęśliwi, bo tego chcę... jednak boję się jej :( obiecywać, że wszystko będzie dobrze, że obiecuję że już się tak nie zachowam, a przecież skąd ja mogę wiedzieć, czy tak się nie zachowam? Jej jest z tym cholernie ciężko, obecnie jesteśmy na siebie strasznie "schłodzeni". Przytłaczają ją obowiązki osobiste i nie wiem, co mam w ogóle robić... boję się, że ta relacja nie jest możliwa do naprawy i rozwijania... a co jeśli jestem toksyczny i nie będę potrafił kochać? Może te moje fochy o byle co to moje prawdziwe oblicze? Boję się, że mi nie uwierzy, że powie "ostatnio też obiecałeś", "mam dość słuchania tego samego"...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja tez czesto staram sie wyobrazic nasza wspolna przyszlosc, cos czego tak pragne i tak samo jak Ty sie boje ze jak to nazwales ' jestes toksyczna ' i nie bede umiala kochac i dac szczescia.. caly czas wydaje mi sie ze go ranie swoim zachowaniem, ze wkoncu bedzie mial mnie dosc i mnie zostawi. A ja wiem ze on chce mi pomoc, chce pomoc nam wspolnie zyc dalej.. Mysli mam pelno i niestety wiecej tych negatywnych. Dzisiaj pol dnia przeplakalam, czasami juz nie mam sily. Jak zyc? Teraz tylko widujemy sie raz na tydzien bo on strasznie dlugo pracuje wiec tych mysli i samotnosci jest o wiele wiecej. Czasami sobie mowilam, ze przeciez inni maja gorzej.. Ludzie sa chorzy, umieraja ale teraz to juz mnie nie pociesza. Ja tak bardzo chce byc znowu soba i zyc jak dawniej tylko te mysli mnie zabijaja i boje sie codziennie, zyje w stresie i lęku. Dlaczego? Dlaczego czasami nie czuje nic? Tkwie w jakimis bagnie z ktorego nie moge wyjsc...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie wiem jak sobie poradzić :( kłócę się z dziewczyną, naprawdę ciężko mi jest rozmawiać z nią, bo i przez to ona stała się chłodna... mam wrażenie, że mi nie wierzy. Przede wszystkim uważam, że straciłem w jej oczach. Że jestem słaby, że nie wierzy. Mimo że mam natłok natrętnych myśli i nie czuję nic, chciałbym z nią porozmawiać, niestety ciężko mi cokolwiek mówić... obiecać, że to się nie powtórzy? A jak się powtórzy, to co? Przecież ostatnio też jej obiecałem, że jak coś będzie nie tak, to postaramy się naprawiać... Obecnie ciężko nam się dogadać. Nie chcę się rozstawać, bo wiem, że w moim stanie to naprawdę byłaby głupota. A do tego dochodzą jeszcze myśli, co jeśli ona nie chce ze mną być, jeśli nie wytrzyma i odejdzie, jeśli nie będzie chciała być z takim mięczakiem jak ja? Ludzie...

 

Dodam do tego, że całkowicie jeszcze nie wierzę w pomyślność tego związku, jakiś głos w głowie mi mówi "to nie to"... a jeszcze parę dni temu wszystko było ok...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Przede wszystkim muszę naprawić naszą relację... spróbować śmiać się z nią jak dawniej na przekór temu, co mówią mi myśli. Ale na dłuższą metę nie wiem ile sam dam rady... tak bardzo bym chciał żeby ona to zrozumiała. Bo ona tego nie rozumie. Myliłem się co do tego, na początku wspierała, mówiła że damy radę, ale teraz ma na tyle dość mojego zachowania, że myśli że to wszystko przez nią. Muszę to naprawić, bo przez to wszystko postawiłem ją w bardzo trudnej sytuacji, dorzucając do tego jej problemy osobiste... czasami tak sobie myślę, że takie coś mocnego może na nas dobrze wpłynąć, czasami wierzę, że dzięki temu czuję do dziewczyny coś więcej (oczywiście w momentach przebłysków)... wiem doskonale i jestem pewien, że gdybym ją stracił, to później bym żałował. To kwestia zejścia napięć, lęków i natręctw nerwicowych. Niestety zabolała ją cała ta sytuacja. No cóż, ma nerwowego, niestabilnego emocjonalnie chłopaka... ale na siłę trzymał jej nie będę. Nie każę jej zostawać, wbijać do głowy czegoś, czego ona nie zechce zrozumieć. Niestety jeśli tego nie naprawię, to z nią nie będę. Miłych słówek też mówić nie mogę. Bo i tak uzna, że mówię to na siłę, że to ode mnie puste słowa... mam w głowie teraz promyk nadziei... nawet mi się nie chce myśleć czy gdyby nam się udało naprawić to czy w przyszłości bedzie dobrze... po prostu wątpię... jeszcze jak do tego dojdą myśli, że tak naprawdę jej nie kocham, że to tylko zauroczenie i to wszystko robię na siłę, to pogrążam się jeszcze bardziej.

Zanadto się rozemocjonowałeś i przez to wpadasz w głębszy wir swoich natręctw. Proponuję odizolować się na jakiś czas od dziewczyny, wyeliminować stresotwórcze czynniki i skupić na własnych potrzebach (być może też na terapii). Na chłodno znacznie łatwiej będzie Tobie przeanalizować sytuację.

A gdyby dziewczyna się wypięła, to swoje odchorować i przetłumaczyć sobie, że to nie była ,,ta jedyna". Tego kwiatu jest pół światu. Pewnie jeszcze nieraz się sparzysz.

 

Po co izolować się od osoby, którą się kocha? Przecież to jest wewnętrznie sprzeczne. Ludzie, którzy się kochają, nie robią sobie przerw.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dawidoff, jak teraz sytuacja wygląda u Ciebie? U mnie teraz cały czas jest źle, bo dodatkowo kłótniom z dziewczyną sprzyja odcięcie od uczuć, czuję się obojętnie i nie wiem, czy naprawdę lepiej byłoby się rozstać czy to tylko nerwica stara się "wykorzystać sytuację" przez to, co się stało... :(

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Dawidoff, jak teraz sytuacja wygląda u Ciebie? U mnie teraz cały czas jest źle, bo dodatkowo kłótniom z dziewczyną sprzyja odcięcie od uczuć, czuję się obojętnie i nie wiem, czy naprawdę lepiej byłoby się rozstać czy to tylko nerwica stara się "wykorzystać sytuację" przez to, co się stało... :(

 

U mnie? Różnie i podłużnie. Wszystko skorelowane jest, w moim wypadku, ze stresem. Poza typowym ROCD, mam jeszcze myśli, że jakimś zachowaniem zdradzam swoją dziewczynę, boję się, że przy wykonywaniu określonych czynności (np. wychodzę z kumplami na piwo i w pobliżu są ładne dziewczyny, które obiektywnie należy uznać za takowe - sam fakt, że uważam je za ładne doprowadza mnie do szału, bo uważam, że jeżeli kogoś kocham, to powinienem takich ocen dokonywać tylko w stosunku do tej osoby itp.) ona może pomyśleć, że ją zdradzam. To są różne wariacje nt. tzw. "cheating thougths", co jest elementem, przyczyną lub następstwem ROCD (bo z różnych obserwacji, czy to na forach, czy to w książkach, wychodzi mi, że te zaburzenia potrafią się wzajemnie uzupełniać). Ostatnimi czasy często pojawiający się imperatywny rozkaz, że powinienem zdradzić swoją dziewczynę. Dodatkowo - typowa hipochondria, jak nie mam w danym momencie ROCD, to najczęściej wkręcam sobie raka żołądka (dziadek ostatnio zmarł właśnie na raka żołądka, co moje rozkminy w tym temacie właściwie spowodowało) i inne nowotwory. Poza tym, dosyć zaniżone poczucie własnej wartości - czuję się śmieciem, chociaż rzekomo nie powinienem - mam kochającą dziewczynę, dobrze płatną pracę zgodną ze swoim wykształceniem, niezłe perspektywy na doktorat, wraz z dobrą średnią na ostatnich latach studiów. Pomimo tego, porównuję się z każdym i chciałbym wykonywać to co on i żeby przynosiło to takie pieniądze jak jemu - zawsze widzę, że ktoś w czymś jest lepszym ode mnie. Do tego dochodzi stres związany z pracą, którą ma charakter taki, że wszystkie czynności w niej obarczone są terminami, od których częstokroć zależy czyjeś życie. Stres ów częstokroć generuje do tego kompulsywną masturbację.

 

Moje problemy zaczęły się natomiast nie od ROCD, a od masakrycznej hipochondrii, potem przeszły w chorobliwą zazdrość o dziewczynę, a potem przeszły w ROCD i inne natręctwa. Choć, jak sobie teraz uświadamiam, od dziecka miałem mnóstwo natręctw, chociaż tak naprawdę z tego nie zdawałem sobie sprawy.

 

Obecnie, jak zaznaczyłem na wstępie, moje myśli nasilają się wprost proporcjonalnie do czasu w którym jestem w zwiększonej ekspozycji na stres. Siłą rzeczy, życie moje jest tak skonstruowane, że jednocześnie studiuję ciężki kierunek i pracuję. Dodać do tego działalność stricte pozauczelnianą typu kształcenie w kierunku językowym oraz organizacja konferencji naukowych o różnym szczeblu - kabała gotowa. Z perspektywy czasu jednak, lepiej to znoszę, bo się sam obserwuję - staram się chillować i nie żyć swoimi natręctwami, chociaż to naprawdę bardzo trudne. Dużo pomaga świadomość, że spory udział w takim myśleniu ma po prostu permanentny stres.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mam do Was pytanie... od kiedy walczę z problemem ROCD, praktycznie cały czas funduję dziewczynie huśtawkę nastrojów, taki rollercoaster emocjonalny... ale ja tego nie chcę! Chcę, żeby była przy mnie szczęśliwa i żebym ja był szczęśliwy przy niej... ona chce, żeby się nam udało ale wiem, że to dla niej nie lada wyzwanie znosić te moje "humorki"...

 

Czy to może oznaczać, że jestem toksyczny? Czy to też nerwica tutaj miesza? Nie chcę taki być, bo bardzo chcę być z moją dziewczyną, gdzieś jest we mnie ta iskra nadziei, że wszystko się ułoży... i tak samo boję się, że gdy nadejdzie lepszy dzień to potem znowu wszystko minie i stanę się humorzasty... przeraża mnie sama myśl o tym, bo ona w końcu nie wytrzyma :( proszę o odpowiedź...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nerwica sama w sobie jest czymś toksycznym. Nie podejmuj żadnych decyzji, które związek mogłyby zniweczyć. ROCD taki już jest. Za jakiś czas będziesz miał więcej przebłysków. Każdy tutaj przechodził przez coś takiego. Część osób już żyje szczęśliwie, grunt, to się po prostu nie poddawać i wierzyć w swoje.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Nerwica sama w sobie jest czymś toksycznym. Nie podejmuj żadnych decyzji, które związek mogłyby zniweczyć. ROCD taki już jest. Za jakiś czas będziesz miał więcej przebłysków. Każdy tutaj przechodził przez coś takiego. Część osób już żyje szczęśliwie, grunt, to się po prostu nie poddawać i wierzyć w swoje.

Przede wszystkim potrzebny jest wyrozumiały i cierpliwy partner. Bez tego jest bardzo trudno poradzić sobie z natręctwami. Nie ma sensu wypruwać sobie żył, kiedy druga osoba nie traktuje problemu poważnie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ludzie dziekuje wam. Gdyby nie to forum i czytanie waszych wypowiedzi pewnie dalej myslalabym ze jestem jakims wyrzutkiem. Naprawe duzo pomaga w zrozumieniu swojego problemu. Mimo tego jak bardzo jest mi ciezko, wiem ze nie tylko ja sie z tym zmagam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Płaczę z bezsilności... nie mam ochoty nawet wracać do tego, jak było mi z dziewczyną kiedyś, bo od razu włączają mi się myśli, że już nie będzie dobrze... ona teraz ma dużo stresów związanych ze szkołą i nie mogę jej męczyć rozmowami o naszym związku... boję się, że nie wytrzyma i będzie chciała zakończyć związek. Choć mówi, że nie chce się rozstawać choć boi się, że tak będzie, ale ja i tak jestem w takim stanie, że nie dam rady zrobić nic... jeszcze tydzień temu wszystko było dobrze, chciałem być tylko z nią i nawet ona wierzyła że nam się ułoży, teraz wszystko wywrócone jest do góry nogami...

 

Proszę was, wierzcie we mnie... trzymajcie kciuki... jeśli możecie to wesprzyjcie jakoś...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Ale skoro Cie rozumiala wczesniej to dlaczego teraz miałaby Cie zostawic?

 

Bo rani ją moje dziecięce, idiotyczne zachowanie. Że na jednym spotkaniu wszystko jest OK, a na drugim jest źle, bo co nie powie to ja się denerwuję. Ona tak samo cierpi przeze mnie. Muszę zmienić swoje zachowanie i podejście do nerwicy, bo sam fakt, że chce ze mną być i podchodzi do sprawy poważnie powinno być dla mnie motywacją do zmiany postępowania.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

czy można z tego wyjść? proszę Was o jakieś dobre słowo, bo naprawdę zwariuję... Nie mam siły. na przygotowania do ślubu, na prace, na życie. Chciałabym tylko spać. Nie mam siły. Chce się cieszyć, chcę planowac z radoscia, a jest tylko strach i watpliwosći.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

kitty1234 a bierzesz jakies leki? Cóż moge Ci powiedzieć...Na tą chorobe trzeba brać leki i być bardzo bardzo cierpliwym, ponieważ poprawa nie następuje tak szybko jak w przypadku depresji. Czasami czeka sie nawet miesiącami, ale mogę Cię zapewnić że da sie z tego wyjść.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ladywind: biore od marca, fluoksetyne rano i opipramol wieczorem. Ostatnio towarzyszy mi silny stres, nie mam wpływu na to, co go powoduje (choroba rodziców), ale staram sie to poukladac i funkcjonowac jak najbardziej normalnie.

Dziękuję! :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Mae Tobie chyba z zadnym facetem nie wyszlo. To nie jest watek o milosci tylko o nerwicy natretnych mysli jaka nas dotknela. Robisz dziwne analizy. Ciekawe jak zinterpretowalabys fakt natretnych mysli samobojczych? "No coz chec zycia mija" . Chyba nie rozumiesz ze nas w /cenzura/ robi mozg, ktory podpowiada nieprawde. Przynajmniej ja nie chce sie rozstac bo zauroczenie nie minelo, wspolne zainteresowania sa, chcesz tego kogos kochac bardzo jak przed zaburzeniem ale nerwica mowi Ci cos innego. I tyle.

Wiem o co chodzi Tosiaantosia i nie denerwuj się najlepiej daj do ignorowanych jak ja. Musisz olewać te mysli innej rady nie ma.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zastanawia mnie, czy przypadkiem nie jest tak, że nasza miłość jest miłością neurotyczną...Ostatnio o tym czytałem i nie wiem, czy to nie jest powód naszej "walki". Co myślicie?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Myślę, że mając to zaburzenie już mogą do siebie pasować różne określenia związane z uczuciami, poczuciem własnej wartości czy ogólnie światopoglądu.

A u mnie? Staram się być z dziewczyną. Choć można teraz powiedzieć, że natręty nie grają tak dużej roli, bo pomimo tej całej sytuacji i tego, że nie odchodzi mi czasami zanik uczuć, nerwowość, apatyczność i skłonność do obrażania wiem, że muszę walczyć o tę dziewczynę, bo ona jest skarbem. Po ostatnich wydarzeniach czuję większą motywację do działania, do walki z nerwicą, uważam że może to oznaczać zmianę w związku, umocnienie go i dalsze rozwijanie, bo do tego pragniemy dążyć z moją dziewczyną. Efektem tego jest jednak pogorszenie sytuacji mojej lubej - sama zaczęła mieć wątpliwości, przez stresy dnia codziennego czuje, że sobie nie radzi, twierdzi czasem, że z tego wszystkiego próbuje coś do mnie poczuć tak jak wcześniej i boi się przyszłości, ale ani jej się śni rozstawać, bo wiem, że tak jak ja pragnie ze mną być. Mimo tego, że nie jesteśmy ze sobą długo, poważnie podchodzimy do sprawy. Bardzo dużo dała nam tutaj rozmowa, która pokazała nam, jakie mamy podejście do związku, do naszej relacji i czego tak naprawdę chcemy.

 

Nie mogę sobie jednak poradzić z dobrym podejściem do natrętnych myśli (jednak mam nadzieję wyrobić sobie odpowiednie podejście do nich), z czarnowidzeniem (myśli - i tak się rozstaniemy, to wszystko na nic, to się nie uda) - to łączy się z kolei z natrętnymi myślami (że ona mnie denerwuje, że nie będziemy mogli się dogadać, że nie wytrzymamy razem ze swoimi "charakterami") oraz różnymi typu ("czy to, co przechodzę, co czuję, co poczuję można nazwać miłością?", "czy za parę lat będę patrzył na te posty z pogardą, bo już wtedy z nią nie będę i nie będzie mnie to obchodziło?"). Z zanikiem uczuć jest różnie - jest taka sinusoida, kiedy wracają uczucia znowu jestem szczęśliwy (natręctwa są, ale po prostu mam w sobie coś z dobrego podejścia) i mam w głowie gdzieś ukryte przekonanie i zawierzenie, że będzie dobrze. Z kolei gdy wyjdzie jakaś sytuacja stresująca - zdenerwuję się na coś, za dużo zacznę myśleć, albo kiedy coś mi w niej znowu nie spasuje, wszystko znika i znowu czuję się otępiały, wraca wszystko co u mnie jest związane z nerwicą (poza objawami somatycznymi, których już nie odczuwam).

 

Wiem że ważna jest praca nad sobą i mam w głowie obrazy które mogą mi pokazać jak będzie dobrze, jednak oczywiście ze względu na sytuację nie jest łatwo wierzyć, szczególnie że takie coś pokazuje mi, że miałem błędne przekonanie o sobie - kiedyś myślałem o sobie, że jestem optymistą, że na luzie do wszystkiego podchodzę, że z takim podejściem nie zranię nikogo, teraz widzę że te cechy były nieco przekłamane. Mam problem z kontrolowaniem swojego zachowania, wciąż mam to zakrzywione wyobrażenie, że myśli wrócą i odbiją się na mojej dziewczynie, że zrobię coś głupiego i znowu ją zranię. I nieco mniej myśli o jej stronie - że sobie nie poradzi, że będzie miała dość wszystkiego i że to też odbije się na nas... na ten moment jednak muszę się skupić na walce, bo to ważny etap w moim życiu, pojawił się w trudnym momencie wejścia w dorosłość i chcę dla szczęścia własnego i osób obok pokonywać te złe konsekwencje nerwicy i samą nerwicę. Wierzcie we mnie :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

https://handlerocdspikes.wordpress.com/category/uncategorized/ <---- bardzo pomocne !!!

 

Dwa zdania stąd są bardzo trafne i bardzo pomocne.

 

As long as a person ruminates, he/she can’t love.

 

What happens with a rOCD sufferer is that when they ruminate, they go into a state of de-personalization or de-realization.

 

Zrozumiałam to i połączyłam fakty dopiero jak to przeczytałam. My jesteśmy w stanie depersonalizacji albo derealizacji gdy rozmyślamy, dlatego nie potrafimy wtedy odczuwać tego, że kochamy.

 

Opowiem wam jak to było u mnie, bo idealnie przedstawia to co napisałam wyżej. Pierwszy raz jak przyszła mi do głowy myśl, że może ja już nie kocham mojego chłopaka, wpadłam w szał, straszliwy atak paniki i od razu analizowanie myśli, sprawdzanie jak zareaguje na myśl o nim itd. Kolejny tydzień był piekłem, czułam się jakby w jednej chwili mój świat sie zawalił, nie wiedziałam co się ze mną stało, CZUŁAM SIĘ JAK WARIATKA. Po tygodniu zmęczona tym wszystkim stwierdziłam, muszę przestać o tym myśleć i zaczęłam sprzątać dom. W pewnej chwili ( kiedy nie myślałam o tym czy go kocham czy nie) przyszła mi myśl do głowy: kocham go i pociągnęłam te myśli, wszystko wróciło do normy. Niestety tylko na tydzień, ale przez ten tydzień czułam sie NORMALNIE i miałam wrażenie jakby ten poprzedni tydzień był jakimś snem, tak jakby to był jakiś okres czasu wyjęty z życia. I właśnie wydaje mi się, że to była ta depersonalizacja i derealizacja.

 

Oczywiście po tym "normalnym" tygodniu znowu zaczęłam o tym myśleć i tak to trwa do dzisiaj ( czyli ponad pół roku). Ale ten jeden normalny tydzień jest dla mnie dowodem na to, że to tylko nasze myśli i musimy się nauczyć je przezwyciężyć i ignorować.

 

Może powtórzyłam to co już ktoś kiedyś tu napisał, ale mam nadzieje, że chociaż odrobinkę wam to pomoże i podniesie na duchu :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×