Wasze pytania |depresja|, czyli '' CO ZROBIć?''

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Przerażony samym sobą..... pomocy!!!

przez sakura1 16 paź 2008, 20:50
Witam , kopiuję swój wątek z innego forum, czekam na wasze opinie i rady...

jestem swieżo po rozstaniu, dotychczas nie było aż tak źle. Ale kilka dni temu zrobiło się dziwnie.

Czuję strach, jak przed jakimś ważnym egzaminem, ciągłe wewnętrzne uczucie strachu i niepewności. Wróciły wieczorne rozmyślania o Niej. To jest jeszcze do opanowania, dotychczas jakoś sobie to tłumaczyłem i starałem się nad tym panowac z niezłym skutkiem. Do wczoraj.

Zaprosiłem wczoraj koleżankę do kina, na czwartkowe seanse przychodzi wielu znajomych mojej byłej, łacznie z nią. Poszedłem bo stwierdzilem że nie moge przestać chodzić do kina, czy miasta tylko ze wzgledu na powracające wspomnienia, skoro kino sprawia mi przyjemnośc. Zrobiłem tak kiedyś po rozstaniu o trwało to 4 lata, tym razem nie chce tego.
Oczywiście spotkałem paru wspólnych znajomych z Jeje stódiów. Na szczęście Jeje tam nie było.

No i się zaczęło, kiedy stałem czekając na nocny tramwaj właczyło mi się coś strasznego, ponieważ na przeciwko jest przystanek z którego jeździ Jej autobus, zacząłem mimowolnie jej wypatrywać. Nerwowość, papieros za papierosem i te myśli: "jak się pojawi wsiadam do tyłu autobusu, jadę z nią ( mieszka w peryferyjnej dzielnicy) robię jej krzywdę a potem sobie". Nie panowałem nad tym do tego stopnia że kiedy z daleka spostrzegłem podobną dziewczyne idącą na ten przystanek wystartowałem z kopyta wprost na nią.

Na szczęście nie pojawiła się, ale wierzcie mi - jestem przekonany że gdyby się zjawiła zrobiłbym coś głupiego, o czym myślałem. Było mi wszystko jedno, narósł we mnie taki ból i złość, że jeszcze wracając tramwajem i potem zasypiając obmyślałem kolejne scenariusze jak wykonac ten chory plan przy innej okazji.

Boje się ze mogę nad sobą niezapanowac, chodzimy do tych samych kin, knajp, oboje na koncert rockowe..... kiedyś się spotkamy i to prędzej niz później.. chocby za 30 dni na Kulcie, będzie na pewno, ja też już mam bilet.......

Jest 6 rano, spałem 3 godziny, napierdzielałem na maksa rowerem do pracy i wciąż jestem pełen tego strachu i tych dziwnych myśli....

Boję się że zrobię Nam a właściwie sobie i Jej krzywdę - bo nas już nie ma.
Jak sądzicie co powinienem zrobić?? CZY NIE MAM JAKIEGOŚ CHORÓBSKA PSYCHICZNEGO..??



Myślę, że zanim w tym temacie wypowiedzą się doświadczone dobre duszki tego forum napisze coś o moim dotychczasowym życiu. Być może któreś z wydarzeń tak mnie ukształtowało, że w sytuacjach kryzysowych zachowuje się tak jak opisałem w poprzednich postach. Że rozsypują się moje związki a ja jestem nerwowy i targają mną takie uczucia jak po kinowym wypadzie.

Będzie to właściwie skrócony opis mojego marnego żywota, zastanawiałem się czy gdzieś to napisać, wahałem, ale cóż czuje taka potrzebę i może cos to da. Jeżeli nie to wyrzucę to, chociaż z siebie a to już jakaś ulga.

Od początku:


Do 3 roku życia mieszkałem u dziadków, rodziców ojca, bardzo ich kochałem, nienawidziłem, kiedy musiałem jechać do drugich dziadków, którzy mieszkali z moimi rodzicami i bratem.. Pierwsze moje wspomnienia to właśnie leżenie wieczorem u drugich dziadków w wielkim pustym pokoju, tykający zegar, dźwięk przejeżdżających po kocich łbach samochodów i tęsknota za powrotem tam gdzie mieszkałem. Nie lubiłem ojca mamy, bo krzyczał, lubił wypić i później za to jak traktował babcie nawet wtedy, kiedy była bardzo schorowana..... Do końca traktował ja jak przysłowiowe g...... dopiero, kiedy odeszła "oczy mu się otworzyły", pamiętam go krzyczącego i wyrywającego się w kierunku jeszcze otwartego grobu.......... Mimo to nie współczułem mu wtedy ani nie współczuje mu teraz, mimo że dawno go już nie ma.......

Etap drugi:


Przeprowadzka do bloków, mieszkanie z rodzicami, bratem i ojca mamą (dziadek odszedł krótko przed tym). Do 6 klasy uczyłem się dobrze, do "czerwonych pasków" na świadectwie brakowało mi z reguły dobrej oceny z zachowania. W 3 klasie pisałem takie wypracowania, że babka czytała je rodzicom na zebraniu....... Wtedy odeszła "moja" babcia, spałem z Nią tej nocy, cios nr 1, jednak byłem na tyle młody żeby nie rozumieć powagi, pożegnałem się z Nią, próbowałem ja obudzić.. Nic z tego.. Obudził się za to mój ojciec... coraz częściej pił, źle traktował mamę, karał nas cieleśnie za niewielike nawet przewinienia, za 3 w dzienniczku, potrafił wyrwać wszystkie kartki w zeszycie, bo brzydko pisaliśmy i kazać je przepisywać. Edo tego smyczą "na dupsko" tak, że nie można było się rozebrać na WF. Kary typu "kibelek - łazieneczka" gdzie czasem spędzaliśmy z bratem pół dnia......... Właściwe mam jedno mile wspomnienie z tamtego okresu... kiedyś gdzieś z ojcem ja i brat na wielkiej łące... zawsze, kiedy mi się to przypomina słyszę utwór Urszuli "Dmuchawce, latawce...."
Koniec 6 klasy "obudziłem się ja", bunt przeciwko ojcu, pierwsze wulgarne odzywki do mamy, nieuczenie się na przekór jemu i z lenistwa... klasa 7 karne przeniesienie do klasy mówiąc po poznańsku "penerów", na początku odstawałem od nich mimo wszystko ocenami, pisałem im sprawdziany. Dzień pierwszy - powitanie litr wódki w czwórkę na "długiej" przerwie... Palenie, paczka dziennie, mam wiedziała pozwalała. Chyba nie miała na mnie siły.. Koniec 7 klasy świadectwo z samymi miernymi, pogniecione przez ojca, awantura, wakacje, "jabole" zaczynam się obracać w tym towarzystwie. Klasa 8 - ważna "dorosła" decyzja idę do "zawodówki", na złość ojcu, bo kumple idą, bo chce zarabiać, na nic lamenty nauczycieli ze się marnuję i mimo słabych ocen dam radę dostać się do liceum, czy technikum... W międzyczasie zaczynam jeździć na mecze, wyjazdy, zadymy, bije ludzi, którzy mają inny szalik, policje i każdego, kto wchodzi mi w drogę... Zaczynają się czasy naszego pomieszczenia, w którym trzymaliśmy swoje motorynki, motocykle, odbywały się młodociane libacje...... ciemne interesy.....

Etap trzeci:


Do zawodówki wkraczam, jako rasowy pseudokibol i 100% skinhead, nie daję się zgnębić punkom ze starszych klas, jestem już zaprawiony w bojach, nieźle pije i w ogóle swój gość... na praktykach robie meble stylowe... ehhhh to było piękne, szkoda ze nie zostałem w zawodzie....... "Napierdzielam" się wszystkim, kastetami, pałami, łańcuchami, bez litości punkowcy urządzają nawet specjalne najazdy w dużej sile by mnie "upolować". Nie raz im się to udaje. W międzyczasie zaczynam kraść, okradamy głównie samochody. Porzucam ruch skinhead będąc jedną z najbardziej znanych osób w miejskich subkulturach, jednocześnie najbardziej nienawidzonych i wzbudzających strach.. Jedna pozytywna rzecz z tego czasu - zamiłowanie do historii, owocujące później pięknym okresem, kiedy tym żyłem... Mimo odejścia z ruchu skinhead pozostaję w towarzystwie, ojciec pije, żąda od mamy pieniędzy na piwo, awantury, bicie jej, mnie, rzadziej brata on jest spokojny i nie "rzuca" się.... Mama wspaniała kobieta znosi to ze stoickim spokojem, uwielbią ja wszyscy, nie mamy fajek częstuje mnie, moich kolegów. Innym razem koledzy częstują ja "lepszym" papierosem. Nikomu nie robi krzywdy, zawsze dla wszystkich jest miła. Pomimo ze jest na emeryturze nadal pracuje w sklepie. Jednak nigdy nie starcza pieniędzy, ja nie dostaje żadnego kieszonkowego, ojciec żąda coraz więcej piwa, koledzy śmieją się ze mnie, że 10 razy dziennie biegam mu po piwo... pierdzielony terrorysta.. Nienawidze gościa. Zaczynają się imprezy - potrzeba kasy, kradnę już z kolegami na potęgę. Mama o tym wie, dostaje ode mnie pieniądze, bo zawsze jej brakuje. Niestety ja już się zmieniłem, w czasie kłótni zdarza mi się ja uderzyć, kilka razy, obrażać... jak ojciec.... Nie mówi o tym ojcu, bo by mnie zabił, wciąż się go panicznie boje i pomimo mojego obycia w walkach i przewagi fizycznej nie jestem w stanie się przed nim bronić, czy mu oddać.... Żyję nieźle z kradzieży... kradniemy coś, co należy do złodziei wyższej hierarhi, łapią nas, kask na głowę, metalowa rurka w ręki i bicie, straszenie łamaniem rąk, kara pieniężna. Spłacam po tygodniu intensywnej nocnej "pracy" jednak się nie odczepiają, chcą byśmy płacili więcej.. A są to naprawdę konkretne osoby z ówczesnego półświatka.. Ukrywam się, mama o wszystkim wie, ale nie mówi nic ojcu. Kiedy do drzwi dzwonią napakowani panowie mówi, że mnie nie ma..... Odczepiają się po jakimś czasie........ Przychodzi lato 95 roku - mama chyba pod ciśnieniem tego, co się dzieje dookoła ma wylew. Zabierają ją do szpitala leży tam nieprzytomna przez tydzień. Siedząc sam w domu odbieram telefon - pielęgniarka mówi ze odeszła - w rocznice ślubu i urodziny ojca. Wychodzę jak ogłupiony na osiedle, spotykam punka.... Jeszcze przez godzinę leży pod balkonem......... Ojciec rozpacza - jeszcze bardziej go nienawidzę to on maił odejść pierwszy ileż razy snuliśmy z bratem plany jak pięknie będzie mieszkać z mamą...... mam 17 lat, brat 16..........

Etap czwarty:


Zaczyna się życie z ojcem, dostajemy wysoka rentę mundurową po mamie, ale ojciec nie daje nam złotówki.. Wciąż jestem bez kasy, wciąż kradnę....... Do dziś widzę go pijanego, duszącego ziemniaki i jego ślinę wpadającą do garnka......wciąż bez kasy, ojciec zaczyna znikać z domu na noce, potem na tygodnie, wpadając tylko z zakupami dla nas.... No i oczywiście są "jazdy" o byle, co.. Kończę 18, samotnie na półpiętrze z winem, bo żałoba........ Ojciec leje ja kradnę, wpada policja, zwijają mnie..........Potem dostaje 1, 5 roku w zawieszeniu na 3 lata......... W końcu bunt kolejna awantura, oddaję ojcu i uciekam tak jak stałem z domu, śpię po pralniach, na praktyki i do szkoły chodzę z plecakiem, w którym jest cały mój dobytek... czasem brat coś przynosi do jedzenia. W końcu na siłę wracam do domu, zakładam konto, proszę by przelewano na nie rentę i gospodaruję się sam. Ojciec zabiera mi nawet ręcznik, po dołożeniu się do czynszu zostaje mi na pół chleba dziennie i kilka chińskich zupek. Już nie kradnę, po wyroku zmądrzałem ( tak mi się wydaje).. Koledzy po sprawie nie wiem, dlaczego ogłaszają mnie konfidentem....... Zrywają ze mną kontakty ( dzięki Bogu - większość marnie skończyła).. Szykanują mnie na każdym kroku, krzyczą nocami pod moim oknem musze się bić z nimi, kiedy chce wejść do bloku... szykanują też sąsiada bloku, który im się kiedyś przeciwstawił oraz mojego brata..... Po kolejnej zaczepce zbieramy się kupa idziemy do bloku obok gdzie siedzą wszyscy i bójka. Wsadzam gościowi nóż w nogę.. Mam już dość takiego życia we własnym bloku. Kolejne 1, 5 roku w zawieszeniu na 3.... Dostaję kuratora....
W międzyczasie ojciec wyprowadza się do nowej pani, brat robi z renta to samo, co ja i zaczynamy samodzielne życie bez tego terrorysty...... Kończę zawodówkę, rozpoczynam naukę w technikum wieczorowym... od Ojca słyszę "jesteś za głupi żeby zdać maturę"... Bawię się w różne drużyny paramilitarne sypiam po lasach, bunkrach, poligonach, bardzo chciałbym być komandosem, jednak wyroki na koncie przekreślają moja szansę na to. Poznaje mojego najlepszego przyjaciela i jego mamę. Moją "druga mamę", która później wiele mi pomoże i zawsze mnie wspiera za to, że jednak nie wylądowałem w pierdlu. Mam kolejną pasję druga wojna, zbieram militaria, zwiedzam fortyfikacje, jestem w tym naprawdę dobry...... pasę się do 105 kg, nie znoszę swojego ciała. Musze coś z tym zrobić wydaję się sobie cholernie nieatrakcyjny. Zaczynam trenować japońskie sztuki walki, zrzucam 25 kg, wspinam się amatorsko, zakochuje się w pewnym miejscu w górach, zjeżdżam na linach, spływam pontonem po rzekach. Słucham muzyki rodem z Jamajki, pełna pacyfa, uśmiech i pragnienie miłości. Chce się żyć. Zdaję maturę, rozpoczynam zaocznie zarządzanie i marketing. Kuratorka za dobre sprawowanie załatwia mi skrócenie okresu zawieszenia kary........ Rozpoczynam swój pierwszy poważny związek... och, jaki ja byłem zakochany Nie mija wiele czasu - dziewczyna jest w ciąży. Prezent w 23 urodziny. Jestem maksymalnie szczęśliwy, widzę oczyma wyobraźni szczęśliwą rodzinę, którą stworzymy. Zupełnie inna niż ta, w której się wychowałem. Planujemy wspólne mieszkanie, ja wezmę dziekankę, zaczynam załatwiać dla nas mieszkanie i Myślec o dodatkowej pracy, bo Ona studiuje dziennie. Niestety rodzice są innego zdania, matka - lekarka namawia ją do wzięcia tabletek wczesnoporonnych. Ze mną nawet nie rozmawiają, bo nie mam rodziców, domu i samochodu - argumenty matki...... Uszkadzają tylko "kuleczkę", bo dla nich to była tylko kuleczka dla mnie już dzieciak.... Matka przerażona biega po profesorach, ale nikt nie gwarantuje ze dziecko urodzi się zdrowe - kończy się zabiegiem. Jestem spalony u jej rodziców mimo to jesteśmy razem, bo ja kocham. Niestety to już nie to samo, żal i ból po tym, co zrobiła zmienia związek w piekło...... za kilka miesięcy przy kłótni uderzam ją w twarz...... Teraz już jestem kompletnie spalony u rodziców... odzywa się po tygodniu wracamy do siebie i spotykamy się potajemnie jeszcze przez prawie rok. Ale ja jestem już nie do zniesienia. Ona mnie kocha, ja w poczuciu krzywdy ( pewnie egoistycznie myślałem) zostawiam ja średnio, co miesiąc. Wytrzymuje naprawdę dużo.. W ko0ńcu nie wytrzymuje i odchodzi. Wtedy pierwszy raz w moim życiu pojawiają się myśli, które opisałem na początku tego psota..... Chciałem ich wszystkich zabić. Zupełnie serio.... Kończy się psychologiem, tabletkami, wielka pomocą "drugiej mamy" i chwilowym mieszkaniem u przyjaciela. Gdyby nie oni nie wiem czy bym tego nie zrobił. Pozbierałem się na krótko, ćwiczyłem, dochodziłem do formy i znów załamanie. Skończyło się na wiezieniu mnie do szpitala przez znajomych, kiedy popiłem duża ilością wina wielką ilość tabletek. Przerwałem studia. Koniec końców po prawie roku się pozbierałem, ale kolejne 4 lata nie chciałem spojrzeć na żadną kobietę. Nie czułem takiej potrzeby, być może potrzebowałem czasu. Znalazłem nowe hobby - ekstremalna jazda na rowerze, mozolne kupowanie kolejnych drogich części, wypadek, druty w kościach i wymarzony rower za odszkodowanie. Rower moje życie Całe moje życie.

Etap ostatni:


Po 4 latach przerwy poznaję ją, jest wspaniała zakochuję się jak szczeniak, mimo obaw, że młoda 6 lat młodsza. Potrafię 4 dni z rzędu nie spać tylko chodzić z Nią na imprezy z imprezy na koncert, imprezę i do pracy.... To jest miłość naprawdę mam skrzydła jest pięknie przez pierwsze 1, 5 roku. Rodzice mnie akceptują mimo moich obaw, że to kolejna jedynaczka z dobrego domu. Wspólne wakacje, plany wyjazdu (była na 3 miesięcznych praktykach w Holandii i zakochała się w tym kraju) po jej studiach. Odpuszczam sobie rower. Wracam na studia kończę je. Tyje 20 kg•. ... Po 1, 5 roku pierwsze zniknięcie z kolegami..... Kłótnia uderzam ją w twarz... jestem pewien, że ją straciłem... odzywa się pierwsza po dwóch tygodniach próbujemy to poskładać ona się wacha, w międzyczasie jest na wakacjach z tymi samymi kolegami....... Wraca, schodzimy się jednak nie kochamy się przez dobre 2 miesiące...... w ogóle nie licząc pewnych momentów kochaliśmy się bardzo rzadko, jednak robiliśmy razem wiele innych wspaniałych rzeczy wiec jakoś to przebolewałem mimo moich większych potrzeb. Stałem się jednak podejrzliwy. Złamałem hasła do jej poczty i gadu (wiem, że nie ładnie, świństwo i w ogóle). Jednak po pewnym czasie wyczytałem w gg, że kiedy mówiła, że wychodzi z koleżanka umawiała się z tym kumplem. Wciąż twierdziła, że to tylko kumpel i nic ich nie łączy, jednak z maili wynikał ze koleś się w niej po prostu zakochał.... Po jakimś czasie na naszej klasie napisała do niej jego była, że on powiedział jej, że w czasach, kiedy byli jeszcze para moja dziewczyna z nim spała. Postawiłem na jedną kartę powiedziałem jej, że złamałem hasła. Czytałem wszystko. Ona ciągle twierdziła, że miedzy nimi nic nie było I że była jej kolegi leczy się psychicznie. Uwierzyłem, kochałem. Potem było ok. Naprawdę zerwała z nim kontakt, ale coś mnie gryzło robiłem awantury o byle, co, wszystko mnie denerwowało, nie chciałem na złość wychodzić z nią do miasta.......... W grudniu po 13 latach do domu wrócił spłukany ojciec, schorowany, zadłużony, śmierdzący, nie dokłada się do niczego, potem wyprowadził się brat..... W sierpniu umarła moja druga mama....... Przegrała z rakiem.... Moja dziewczyna to nigdy nie tolerowała moich znajomych, że niby zbyt niski poziom, więc wychodziła z koleżankami... Aż miesiąc temu po kolejnym wyjściu spała u spotkanego przypadkowo kolegi, którego poznała kiedyś w knajpie skąd odebrałem ją z rodzicami kompletnie pijaną........ Odwieźliśmy ja do domu, powiedziałem spokojnie ze jak tak dłużej nie dam rady i odchodzę..... Zadzwoniła wieczorem jak się wyspała i oczywiście wróciłem, hoc mimo tego ze chciałem to usłyszeć nie powiedziała ze jej zależy, "bo ona nie mówi takich rzeczy", "taka jestem"(kocham się też nie usłyszałem przez prawie 3 lata) choć płakała, gdy wychodziłem. Potem nagle dostała od niego zlecenia na projekty graficzne jakiś logo i obietnice kolejnych zleceń... We wtorek wyłączyła telefon, bo twierdziła, że uprawiam terroryzm telefoniczny, że dzwonie wieczorami po to by ja sprawdzać..... Fakt często nie odbierała telefonu - twierdziła ze lubi mieć wyłączone dźwięki i nie słyszy go z torebki........... W piątek znów imprezowała, umówiliśmy się na sobotę, byliśmy na spacerze. Kiedy mówiłem, że mnie to boli usłyszałem "jak chcesz to idź?..... Mieliśmy się widzieć cała sobotę, ale kazała podjechać pod mój dom, bo jestem zła ona tak nie chce i jest zmęczona i jedzie do domu. Wtedy z rozmysłem uderzyłem ją w twarz, wiedziałem, że się odwróci i nie będzie mowy o powrocie, inaczej nie miałem siły od niej odejść.............


Co teraz czuję napisałem na początku tego posta... nie wiem skąd to, czuje to drugi raz w życiu, a ciężar tego wszystkiego, co opisałem w polaczeniu z wielką samotnością staje się bagażem nie do zniesienia?....
Jeśli przebrnąłeś przez lekturę tego bagna i jesteś w stanie mi jakoś poradzić będę strasznie wdzięczny.........

Nie mam już siły walczyć, wszystko, co udaje mi się zbudować, kiedy już wyjdę z szamba wali się jak domek z kart... nie raz za moją pomocą.............
Najśmieszniejsze jest to że znów za nią tęsknię i gdyby wróciła po prostu bym ja przytulił... ale wiem ze to niemożliwe.............. może stąd te myśli i chore plany....

Help.............................
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
16 paź 2008, 17:49

Re: Wasze pytania |depresja|, czyli '' CO ZROBIć?''

Avatar użytkownika
przez namiestnik 16 paź 2008, 20:54
To, że ziołowe nie znaczy że słabe. Są nawet bardzo silne zioła. I nie koniecznie tylko zioło zwane zielem które daje pełne odprężenie i super samopoczucie. Jest wiele, wiele innych. Choć faktycznie Kalms jest bardzo, bardzo słaby w porównaniu do benzo.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
4264
Dołączył(a)
08 sie 2008, 09:50
Lokalizacja
z choinki

Re: Wasze pytania |depresja|, czyli '' CO ZROBIć?''

Avatar użytkownika
przez Lariana 16 paź 2008, 22:03
Te uspokajające nie były słabe. Często je jadłam bez potrzeby ,miały ciekawe działanie coś jak upojenie alkoholowe. Gdy zmieszałam z alkoholem nic się nie stało ,w sumie nie myślałam racjonalnie. Ale to stare dzieje..
Dlatego ziołowe źle mi się kojarzą..
'A ja za dużo widzę, zbyt mocno czuję'
Avatar użytkownika
Offline
Posty
463
Dołączył(a)
13 sie 2008, 16:02

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Zmarnowane życie...Zmarnowana młodość...

przez sean 16 paź 2008, 23:02
Witam

Nie wiem od czego zacząć. Chce się po prostu komuś wygadać. Będe walił prosto z mostu. Czuje że mam zmarnowane życie i młodość. Cierpie na schizofrenie paranoidalną. Zachorowałem kiedy miałem 13-14 lat. Teraz mam 27. W podstwawówce w 7 i 8 klasie dokuczano mi bardzo bo byłem inny, prawdopodobnie dlatego że byłem chory a nie zdawałem sobie z tego sprawy. Zacząłem się leczyć dopiero kiedy skończyłem podstwaówke. Do liceum zdałem ale miałem nauczanie indywidualne. Wprawdzie zacząłem chodzić do liceum ale pochodziłem tylko 2 dni i nie wytrzymałem nerwowo i zrezygnowałem. Przez 3 lata z nikim kompletnie z młodych ludzi nie miałem kontaktu. Żadnych prywatnych spotkań,przyjęcia, randki z dziewczynami. Nic. Zdałem maturę i zaczałem chodzić do takiego ośrodka imbryk przy szpitalu a potem do pomostu takiego ośrodka. Tam troche to moje zdziczenie troszke mi przeszło ale tylko troche. A teraz jak mam internet i wszedłem na naszą klasę i zobaczyłem te wszystkie osoby z podstwaówki(no bo liceum nie miałem że tak powiem) to mnie ogarnia rozpacz. Te wszystkie osoby z podstwawówki się pożenili, koleżanki powychodziły za mąż, wszyscy mają już dzieci. A ja co? Wegetuje... Nie mam nikogo. Siedzę w domu. Nie mam dziewczyny i nigdy jej nie miałem. Ogarnia mnie czarna rozpacz...Ja już mam dosyć. To nie na moje nerwy. Albo to się skończy szpitalem albo trumną bo ja już nie mam sił. Już raz chciałem się zabić i wiem jak to jest..
Offline
Posty
3
Dołączył(a)
07 wrz 2008, 21:24

Re: Zmarnowane życie...Zmarnowana młodość...

Avatar użytkownika
przez Tikta 17 paź 2008, 09:25
sean napisał(a):Witam

Nie wiem od czego zacząć. Chce się po prostu komuś wygadać. Będe walił prosto z mostu. Czuje że mam zmarnowane życie i młodość. Cierpie na schizofrenie paranoidalną. Zachorowałem kiedy miałem 13-14 lat. Teraz mam 27. W podstwawówce w 7 i 8 klasie dokuczano mi bardzo bo byłem inny, prawdopodobnie dlatego że byłem chory a nie zdawałem sobie z tego sprawy. Zacząłem się leczyć dopiero kiedy skończyłem podstwaówke. Do liceum zdałem ale miałem nauczanie indywidualne. Wprawdzie zacząłem chodzić do liceum ale pochodziłem tylko 2 dni i nie wytrzymałem nerwowo i zrezygnowałem. Przez 3 lata z nikim kompletnie z młodych ludzi nie miałem kontaktu. Żadnych prywatnych spotkań,przyjęcia, randki z dziewczynami. Nic. Zdałem maturę i zaczałem chodzić do takiego ośrodka imbryk przy szpitalu a potem do pomostu takiego ośrodka. Tam troche to moje zdziczenie troszke mi przeszło ale tylko troche. A teraz jak mam internet i wszedłem na naszą klasę i zobaczyłem te wszystkie osoby z podstwaówki(no bo liceum nie miałem że tak powiem) to mnie ogarnia rozpacz. Te wszystkie osoby z podstwawówki się pożenili, koleżanki powychodziły za mąż, wszyscy mają już dzieci. A ja co? Wegetuje... Nie mam nikogo. Siedzę w domu. Nie mam dziewczyny i nigdy jej nie miałem. Ogarnia mnie czarna rozpacz...Ja już mam dosyć. To nie na moje nerwy. Albo to się skończy szpitalem albo trumną bo ja już nie mam sił. Już raz chciałem się zabić i wiem jak to jest..


Witam Cię,
Napisałeś w tytule, że masz zmarnowaną młodość, więc pomyślałam, że masz pewnie jakieś 60 lat, a tu się okazuje, że tylko 27:)
Myślę, że jeszcze wiele wspaniałych chwil przed Tobą. Masz jeszcze szanse poznać dużo ludzi.
Czy rzeczywiście WSZYSCY są już żonaci i WSZYSTKIE są mężatkami???? Wątpię...
Dobrze, że zaglądasz do internetu, możesz z kimś pogadać. Ale też narzekasz, że: "Nie mam nikogo. Siedzę w domu."- TO NIE SIEDŹ, RUSZ SIĘ:) Kolejki dziewczyn same się nie ustawią, trzeba zadziałać. Jestem pewna, że jak zechcesz to wszystko Ci się uda:) Jest wiele dziewczyn, które tak jak TY siedzą w domu i czekają aż zapuka do ich drzwi królewicz i czekają tak latami, a tu nikt nie puka...:)
Pozdrawiam:)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
19
Dołączył(a)
12 paź 2008, 15:18

Re: Zmarnowane życie...Zmarnowana młodość...

Avatar użytkownika
przez linka 17 paź 2008, 09:40
Hmm prosta rada - najpierw zrób sobie badania krwi, odwiedź lekarzy - zobaczy czy nie jesteś fizycznie chory, pouzupełniaj suplementy w diecie, zacznij uprawiać jakiś sport.........idź do psychologa -porozmawiaj z nim. Jeśli faktycznie masz myśli samobójcze radzę odwiedzić też psychiatrę.
Pamiętaj, ze cały czas jesteś młody, poza tym znam masę osób w wieku 27 lat które nie są ani pożenione, ani nie wyszły za mąż ani nie zamierzają w najbliższym czasie i jest ok.
Zawsze trzeba działać. Źle czy dobrze, okaże się później. Żałuje się wyłącznie bezczynności, niezdecydowania, wahania. Czynów i decyzji, choć niekiedy przynoszą smutek i żal, nie żałuje się...
Avatar użytkownika
Offline
Przyjaciel forum
Posty
11446
Dołączył(a)
10 gru 2007, 14:11
Lokalizacja
Rivia

Re: Zmarnowane życie...Zmarnowana młodość...

Avatar użytkownika
przez Tikta 17 paź 2008, 09:48
[quote="linka656"]Hmm prosta rada



Czasami te proste rady są lepsze od tych skomplikowanych...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
19
Dołączył(a)
12 paź 2008, 15:18

Re: Zmarnowane życie...Zmarnowana młodość...

przez Misiek 17 paź 2008, 12:51
Dokładnie... czasem proste rady są najlepsze...
Offline
Posty
1874
Dołączył(a)
28 cze 2008, 15:11

Re: Zmarnowane życie...Zmarnowana młodość...

Avatar użytkownika
przez CzarnaZebra 17 paź 2008, 12:59
ja mam 29 lat i też nie mam męża ani dzieci, a "wszyscy" z klasy już mają, nie jesteś żadnym wyjątkiem pod tym względem. Co gorsza, jakoś tych 29 lat nie czuję, nie mam potrzeby zakładania rodziny, denerwują mnie mężczyźni w moim wieku a starsi o 2-3 lata albo więcej odstraszają jak tylko się odezwą.
Odkąd poradziłam sobie z depresją czuję czasem jakbym zapomniała ostatnie 10 lat, próbuję dorosnąć na nowo skoro za pierwszym razem coś nie poszło... więc chyba nic straconego w twoim wypadku, czas na dobry początek?
"Gdy gubię sny, jakby nigdy nie były, wysycha źródło mojej wielkiej siły"
Obrazek
Avatar użytkownika
Offline
Posty
347
Dołączył(a)
21 lut 2008, 02:15
Lokalizacja
Warszawa

Re: Zmarnowane życie...Zmarnowana młodość...

Avatar użytkownika
przez linka 17 paź 2008, 13:03
Wszystko po kolei......nerwice i depresję naprawdę da się wyleczyć......tylko trzeba podjąć jakieś kroki.
Wykluczyć choroby fizyczne, w razie przymusu pobrać kilka miesięcy leki psychoaktywne żeby stanąć na nogi i iść na psychoterapię..........
Tylko trzeba się odważyć aby zacząć walkę......
Zawsze trzeba działać. Źle czy dobrze, okaże się później. Żałuje się wyłącznie bezczynności, niezdecydowania, wahania. Czynów i decyzji, choć niekiedy przynoszą smutek i żal, nie żałuje się...
Avatar użytkownika
Offline
Przyjaciel forum
Posty
11446
Dołączył(a)
10 gru 2007, 14:11
Lokalizacja
Rivia

Re: Wasze pytania |depresja|, czyli '' CO ZROBIć?''

przez Misiek 17 paź 2008, 13:05
Lariana, takich leków nie powinno się mieszać z alkoholem.. :!:
Offline
Posty
1874
Dołączył(a)
28 cze 2008, 15:11

Re: Wasze pytania |depresja|, czyli '' CO ZROBIć?''

Avatar użytkownika
przez linka 17 paź 2008, 13:06
Myśłę, że Lariana, dobrze o tym wie :roll:
Zawsze trzeba działać. Źle czy dobrze, okaże się później. Żałuje się wyłącznie bezczynności, niezdecydowania, wahania. Czynów i decyzji, choć niekiedy przynoszą smutek i żal, nie żałuje się...
Avatar użytkownika
Offline
Przyjaciel forum
Posty
11446
Dołączył(a)
10 gru 2007, 14:11
Lokalizacja
Rivia

Re: Zmarnowane życie...Zmarnowana młodość...

przez Misiek 17 paź 2008, 13:08
A walczyć warto... :!: :!: :smile:
Offline
Posty
1874
Dołączył(a)
28 cze 2008, 15:11

Re: Zmarnowane życie...Zmarnowana młodość...

Avatar użytkownika
przez Tikta 17 paź 2008, 13:09
Odwagi :D
Avatar użytkownika
Offline
Posty
19
Dołączył(a)
12 paź 2008, 15:18

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

Przeskocz do