Historia jak inne

Czysty optymizm, czytając to forum nie poznasz kolejnych objawów nerwicy czy depresji, wręcz przeciwnie. Przeczytasz jak ludzie walczą z zaburzeniami!

Historia jak inne

przez to-Nie-zomo 07 wrz 2010, 13:33
Cześć!
Mam 30 lat i na newicę choruję od zawsze. Oczywiście jeszcze niedawno sądziłam, że od 7 lat (wówczas dostałam pierwszego "świadomego" ataku paniki), bo wówczas zaczęłam nerwicę leczyć. Ale to nieprawda - ta koleżanka zakorzeniła się we mnie, gdy miałąm lat 5 i porzucili mnie rodzice. Od tamtej pory hodowałam ją konsekwentnie, dawała znać czasem w nocy małym atakiem paniki (wówczas dzidkowie myśleli, że to film obejrzany wieczorem spowodował takie emocje) lub epizodem agorafobicznym, gdy po dłużeszej chorobie gardła i leżakowaniu w domu, niemal uciekłam z ulicy w panice (wowczas też nie umiałam tego nazwać)...

Do psychiatry - bo wtedy byłam pewna, że to schizofremia - poszłam pierwszy raz 7 lat temu, po wyjątkowo trudnym okresie w moim życiu (powrót "matki marnotrawnej", która na dodatek niczego nie czuła się winna i porzuceniu przez - jak wówczas myślałam "miłość mojego zycia"). Na szczęscie trafiłam na dobrego terapeute (dodam, że prywatnie) - dostałam effectin i przeszłam dwuletnią terapię. Leki brałam tylko pół roku - nie uważam, żeby jakakolwiek farmakologia mogła mi pomóc na dłuższą metę - chorób duszy nie wyleczy się żadnymi pigułkami. Choć nie powiem - przez te wiele lat zmagania się z chorobą miałam wiele pokus, by skorzystać z tabletek, sięgnąć po ten cud XXI wieku. Tyle, że w mojej sytuacji - kiedy nerwica jest niemal częścią mnie samej, głeboko zakorzenioną - pigułki są jak okład na bolącą głowę - kiedyś trzeba go w końcu zdjąć i wstać. Oczywiście nie jest tak, że w każdym przypadku uważam pigułki za coś niewłaściwego, sądzę, że warto nimi leczyć nerwice, których geneza jest incydentalna, np. śmierć matki czy wzięcie narkotyku (często takie sytuacji uruchamiają w nas stany nerwicowe) lub w sytuacjach zagrożenia życia do momentu, kiedy stan pacjenta nie ulegnie poprawie. Nie widzę natomiast sensu leczenia nimi nerwic, których żródło jest np. w dziecinstwie - bo dla mnie skutkiem byłaby koniecznośc brania tych leków do końca zycia.

W nerwicy przeszłam już chyba wszystko - od incydentalnych napadów paniki gdzie się da, zamknięciu w 4 ścianach przez kilka tygodni, nerwice natręctw (liczę na palcach;-), stany depresyjne, lęki społeczne, agorafobię, przedłużające się w nieskończoność stany lęku uogólnionego, hipochondria, bulimia... Wiem, jak to jest po lekach, kiedy chodzenie po Ikei tam i spowrotem sprawia przyjemność, kiedy można w końcu budzić się i kłaść spać bez żadnego napadu, kiedy można chcieć iść poszaleć w grupie przyjaciół i to chcenie jest takie autentyczne i wspaniałe, ale wiem też jak reaguję na ich odstawienie i co gorsza - jak żyje się po nich bez nich.

Po pierwszej, dwuletniej terapii poznawczej, która zresztą otworzyła mi na wiele rzeczy oczy - pozwoliła mi nazwać nienazwane, miałam trochę przerwy. Potem znalazłam innego terapeutę - tym razem w terapii behawioralnej, u którego oswajam problem do dziś. Terapie uważam za konieczność - pozwala spojrzeć z perspektywy na siebie i swoje życie, zrozumieć genezę problemu, rozprawić się w przeszłością. Nie wyobrażam sobie wychodzia z nerwicy bez terapii. Potrafię sobię wyobrazić natomiast wychodzenie z nerwicy bez leków. Gdy zaczynałam pierwszą terapię byłam bez kasy, bez pracy i bez żadnych perspektyw na nią - mój stan nie pozwalał mi wychodzić z domu. Ale z pomocą przyjaciela znalazłam pracę przez internet i tak zarabiałam na swoje prywatne godziny terapii (godzina co dwa tygodnie - 70zł). Mieszkałam ciągle z dziadkami, więc jeść miałam co.
Nie mam żadego oparcia w rodzinie - dziadkowie, w tej chwili juz tylko babcia - nie mają pojęcia o moich problemach. Mam za to wspaniałego chłopaka - tego samego od 7 lat ;-), który choć żyje się za mną czasami ciężko - jest dla mnie oparciem i b. mnie kocha. W terapii nerwicy, której geneza tkwi w braku miłości, taka bezwarunkowo kochająca osoba jest na wagę złota...

Przeczytałam chyba wszystkie dostępne książki o nerwicy, od amerykanskich poradników po publikacje zgoła akademickie, moja faworytka - rzetelna Karen Horney i jej "Nerwica z rozwój człowieka".

Mam wrażenie, że znam całą teorię. Jestem niemal omnibusem. Mało tego - prawie wszytsko już w nerwicy przeżyłam - jestem też doskonałym empirystą, ale...

Mimo, że stworzyłam świetnie prosperująca firmę - w internecie, a jakże ;-) - zatrudniam pracowników, mam wspaniałego chłopaka, psa i kota, moje życie jest ciągłą ucieczką przed lękiem. I ten post nie jest po to, by pokazać jakim to ja jestem specem od napadów i jakie to kopalnie teorii wyskrobałam paznokciem. Chciałabym znaleźć drogę do wolności, by wakacje w Toskanii nie kojarzyły mi się z lękiem (a co będzie jak stojąc w korku będę chciała siku, tak bardzo, że zrobi mi się złabo?, a co jak przy wjeżdzie do Sieny będzie trzeba zostawić auto na peryferiach miasta?, a co jak będziemy mieli stłuczkę i będzie trzeba - z dala od WC - czekać na policję?, a co jeśli mój chłopak zachoruje? jak dostaniemy się spowrotem do domu?). Mam nadzieję, że były to ostatnie moje wakacje, w które skapitulowałam przez ywjazdem. Ostatnie dni kiedy wyjście z pasem do parku będzie przerażająco niedostępne. Ostatnie - kiedy spotkanie z koleżanką odkłądać będę w nieskończoność...

Jak funkcjonuję na co dzień? Zaocznie. Życie zorganizowałam sobie tak, żeby wszytko było pod ręką. Praca - pięc minut od domu. Pod nosem wszytskie sklepy, czasem zaszaleję i pójdę 300m dalej do Rossmanna. Angielski - przychodzi do nas lektorka. Lekarz - przychodnia pod domem. Plus auto z kierowcą, którym jest mój chłopak.
Dom-praca-dom, leżenie przez tv w dresie, ot tyle. Czasem wycieczka autem po okoliczych wioskach.
Każde odstepstwo od normy budzi we mnie lęk.

Podstawowe cechy charakteru - brak dyscypliny, słomiany zapał, brak konsekwencji - trzech koleżków, kt. skutecznie utrudniają mi dochodzenie do normy.

Uważam ponadto, że z nerwicy nie można wyjśc raz na zawsze. Ci którzy w to wierzą, dmuchaja w balony, które kiedyś i tak pękną. Nie warto wkręcać sobie bajek, choć nie powiem - są piekne... Być może łatwiej wyjśc z nerwicy, kiedy wynikła ona ze zdarzeń incydentalnych, jak już wcześniej pisałam. Jeśli zaś rosła z nami od początku to wyzdrowieć (dziwne słowo w tym przypadku) będzie nie lada wyczynem ;-).

Jakie są moje cele? Zwyczajne życie mimo lęku, nie unikanie. Czyli to wszytsko czego nie robię teraz:
pociągi, tramwaje, znajomi, wakacje, spotkania rodzinne, wystawy, targi, fryzjerzy, manicure, pedicure, loty samolotem, dalekie spacery, kierowanie autem, wypady na piwo z kolezanką itp... (niekoniecznie w tej kolejności). No bo jeśli, jak zakładam, na nerwice choruje od zawsze, to mogę żyć jak kiedyś - mimo incydentalnych napadow paniki, bawiłam się życiem na maksa.

Nie łudzę się, że wyzdrowieję. W przypadku nerwicy (którą traktuję raczej jak formę reagowania na świat, nie chorobę) sukcesem będzie nauczyć się z nią zyć. A do tego potrzeba chyba poznania siebie - o dziwo mam z tym ciągły problem. Mówiąc o sobie mam na myśli nie tylko poznanie wnetrza, ale także akceptację tego co na zawnatrz (do dziś stojąc w publicznej toalecie przy lustrze, mam problem ze spojrzeniem na siebie, gdy stoje w grupie osób). Skądinąd, wydaje mi się, że powodzenie terapii - jaka by ona nie była - lezy w gruncie rzeczy w pracy nad sobą, a to praca na pełny etet, niestety. No i oczywistym jest dla mnie, że odejście od schematu odczuwania i myslenia, który wikła nas w nerwicę wymaga lat pracy. Nie ma mozliwości odrobienia tej lekcji szybciej, jesli przez 24 lata wdrażałam nieprawidłowe wzorce.

Dostrzegam też, że wymagam nieco wytresowania, takiej regularności w codzienności - czasem wystarczą dwa dni leżenia plackiem na kanapie, żeby potem na dworze czuć się nieswojo. Miesiąc unikania supermarketów - by czuć fale leku ogarniające mnie w wiekszym sklepie.

Chciałabym pracę nad nerwicą opisywać w tym miejscu - być może zmobilizuje mnie to, do konsekwencji i nie odpuszczania. Chętnie też posłucham waszych podpowiedzi w temacie pomagania samemu sobie w życiu z nerwicą. Uważam, ze o nerwicy pisze się zbyt mało w pismach kobiecych. Regularnie czytam Wysokie obcasy i jestem zawiedzina, że o problemie tak wielu m.in. kobiet, nie pisze się otwarcie i konkretnie. A przecież jest to problem, ktory stale lub incydentalnie jest udziałem wielu kobiet na wielu stanowiskach i w różnym wieku.
Za mało jest jest też wsparcia pomiędzy ludźmi, którzy na nerwicę chorują. Poza terapeutą, za którego często trzeba niemało płacić, nie mamy nikogo, kto mógłby nas zrozumieć. Pozostaje anonimowe forum, na którym zdesperowany człowiek zamiast pomagać innym czasem zwyczajnie straszy go - nie bez powodu o tym piszę, bo o ile oczywiście odnajduję zalety istnienia forum, o tyle wiem, że w początkowym okresie mojego zmagania się z nerwicą wiedza, jaką stąd wyniosłam nie tyle mi nie pomogła, co dodatkowo przeraziła. Uświadamiałam sobie, że banie się pociągów to nic, w porównaniu z tym , że można się bac też ludzi, restauracji, cudzych mieszkań a nawet własnego pokoju i samego siebie. Myślę, że forum powinno - oprócz rzetelnej wiedzy o problemie - mieć misję oswajania nerwicy, pokazywania, że mozna i trzeba nauczyć się z nią żyć. Natomiast postulowanie hipotez jakoby z nerwicą można było poradzić sobie samemu (zwłaszcza na początku, bez podparcia teoretycznego) uważam za niebezpieczne i nigdy nie odważyłabym się niczego takiego radzić. Poza tym z czasem człowiek uczy się przesiać przez sito informację wartościowe od zwykłych straszaczy, a i obecnośc tak wielu "chorych" bywa - o zgrozo ;-) - pocieszająca.

Chciałabym też stworzyć w przyszłości lokalną grupę wsparcia (woj. opolskie, dolnośląskie), bo wiem jak nerwica potrafi oddalić od ludzi, a paradoksalnie pomimo tego oddalenia neurotyk tych ludzi potrzebuje najbardziej na świecie.

No więc ja zaczynam pracę nad sobą. Będzie ciężko. Pomożecie?
Offline
Posty
61
Dołączył(a)
07 wrz 2010, 12:04

Re: Historia jak inne

Avatar użytkownika
przez Korba 07 wrz 2010, 14:10
to-Nie-zomo, witaj :D
Fajnie, że się z nami podzieliłas swoimi doświadczeniami i przemyśleniami. To dużo wartościowsze niż "witajcie, jestem Zuzia i mam nerwicę" ;)

Myślę, że tak samo jak ostrożnie należy mówić, że z nerwicy można z łatwością wyjść, tak nie stawiałabym jednak na to, że absolutnie jest to niemożliwe. Każdy przypadek jest inny, a my tutaj bywamy czasem wrażliwi na punkcie takich sądów. Przecież wszyscy chcemy wyzdrowieć :)

Każdy z nas w pewnym sensie ciągnie do ludzi, choćby przez to forum, tu się mniej boimy tego kontaktu...
Także witaj serdecznie i czuj się z nami dobrze.

Przy okazji mam pytanie - masz zdiagnozowaną nerwicę lękową jako taką? W sensie, że nie jest ona np. gratisem do jakiegoś innego zaburzenia? Pytam o to ze względu na wpływy z przeżyć dzieciństwa..., one mogą bardzo popaprać osobowość.
Pieprz-i-vanilia
F60.31 F38 F33 F31
Avatar użytkownika
Offline
ExModerator
Posty
12808
Dołączył(a)
22 sty 2010, 22:58
Lokalizacja
nie z tej ziemi

Re: Historia jak inne

przez to-Nie-zomo 07 wrz 2010, 14:27
hej Korba ;-)

wiem, ze byc moze częśc tego, co tu napisałam może być mało popularne - ale wydaje mi się, że realna ocena sytuacji też ma swoja wartość.. uważam, że z nerwicy nie można wyjśc raz na zawsze, choćby dlatego, że to nie choroba czy wysypka, tylko swoista forma reagowania na świat - i to jest wg mnie powód..

chodzi o to, że ktoś kto potencjalnie "wyzdrowiał" czyli w naszym rozumieniu nie odczuwa ciągłego lęku i nie miał już ataku paniki od np. 2 lat jest nadal neurotykiem... wystarczy jakiś dramat w życiu i lęki znów go dopadną.. bo to jak juz pisałam - forma reagowania na stres... dlatego najlepsza możliwą wg mnie droga jest nauczyć się funkcjonowac z nerwicą, a nie czekać aż minie (bo co jak nie minie?)...

mam stwierdzoną ceche osobowości zależnej - stąd neurotyzm
Offline
Posty
61
Dołączył(a)
07 wrz 2010, 12:04

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Historia jak inne

Avatar użytkownika
przez Korba 07 wrz 2010, 15:40
zgadzam się, że wyszedłszy na prostą można się spodziewać nawrotu.
tak jak piszesz, trzeba to oswoić z jednej strony (nie napiszę nauczyć się z tym żyć, bo dla mnie to brzmi strasznie), a z drugiej robić wszystko, aby bycia na prostej były jak najdłuższe.
to ślicznie brzmi w teorii, bo osobiście nie pamiętam, kiedy byłam na prostej i nie wierzę, że będę :?

niemniej jednak, trzeba pracować nad sobą, więc trzymam kciuki :smile:
Pieprz-i-vanilia
F60.31 F38 F33 F31
Avatar użytkownika
Offline
ExModerator
Posty
12808
Dołączył(a)
22 sty 2010, 22:58
Lokalizacja
nie z tej ziemi

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 5 gości

Przeskocz do