Nerwica Lękowa Co zrobić? Moja historia...część 2

Subforum poświęcone nerwicy lękowej.

Nerwica Objawy

przez psychidae 29 maja 2014, 18:55
dlaczego leczyłeś się wcześniej u psychiatry?

miałeś badania, fizycznie jesteś zdrowy i to raczej psychika trochę szwankuje - w kierunku nerwicy
myślę, że rozmowa z psychiatrą jest w stanie rozwiać Twoje wątpliwości
psychidae
Offline

Nerwica Lękowa Co zrobić? Moja historia...część 2

przez alice18 29 maja 2014, 21:46
inna19 - ja miałam podobnie, miałam wrażenie, że najbliższe osoby mogą zrobić mi coś złego i że nie mogę im ufać. Nikt nie umiał mnie zrozumieć, strasznie się męczyłam. Z czasem to niby przechodziło, ale pojawiały się inne lęki, że np. ja mogę zrobić coś złego, czasem miałam wrażenie jakby we mnie były 2 osoby- ja, normalna i ktoś drugi kto tylko czeka na odpowiedni moment żeby się wszystko popsuło. Po kilku latach i po jednej wizycie u psychologa zrozumiałam, że takie analizowanie i rozkminianie nic nie da. Owszem, warto chwilę zastanowić się nad tym, co Cię gryzie, czy faktycznie jest to problemem, przede wszystkim brać to na spokojnie, spróbować dostrzec realne zagrożenie. Wiem, wiem, tak się tylko mówi, a w rzeczywistości jest to mega trudne- sama to przechodziłam. Ale naprawdę jedyną szansą jest zaufanie sobie, zaczęłam myśleć bardziej pozytywnie, że jest to zaburzenie a nie moje prawdziwe oblicze. Im mniej analizowałam swoje natręctwa, im mniej się na nich skupiałam, tym rzadziej, oraz co najważniejsze z mniejszym skutkiem (mniejszy lęk towarzyszący myślą) mnie nachodziły. Są gorsze i lepsze dni, ale mam świadomość że panuję nad nn, i wiem że praca nad sobą jest jedynym i kluczowym rozwiązaniem, nie leki. Naprawdę byłam w totalnej rozsypce, nie potrafiłam siebie zrozumieć, trwało to bardzo długi czas (od dzieciństwa). Od października ubiegłego roku jest coraz lepiej. Uwierzcie w siebie, potraficie nad tym zapanować! Tylko Wy i wyłącznie Wy kreujecie swój świat, swoje czyny i postępowania, żadne zaburzenie nie może przejąć nas Wami kontroli.
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
15 maja 2014, 20:09

Moja nerwica i jak sobie z nią radze

przez piotrek00091 30 maja 2014, 09:59
Cześć jestem tu nowy wzmagam się z nerwicą już a może dopiero od świąt wielkiej nocy tego roku właściwie to od lanego poniedziałku dostałem pierwszego ataku skok ciśnienia i szybkie bicie serca no i oczywiście strach bo kto by się nie bał jak nagle robi Ci się duszno kręci się w głowie i serce wali jak oszalałe ale przeszło po 10 minutach na nazajutrz czułem się kiepsko kręciło mi się w głowie
mimo to poszedłem do pracy ale niestety musiałem wziąć wolne wracając znów mnie złapało lecz nie chciało odpuścić więc wezwałem pogotowie już lekarz z pogotowia powiedział że to nerwy wiadomo nam nerwusom trudno w to uwierzyć jak to nerwy ....?
:) hehehe pierwsze dwa tygodnie myślałem że zejdę prawie codziennie mnie łapało na moje szczęście lub nieszczęście mój brat miał tak samo poszedłem prywatnie do swojej lekarki której opowiedziałem to wszystko powiedziała że to nerwica dostałem leki mozarin i traxene no i oczywiście magnez które postawiły mnie na nogi lecz początki nie były łatwe a to ścisk w gardle a to zawroty głowy kołatanie serca ciśnienie wysokie lecz wpadłem na pomysł żeby konfrontować wszystkie lęki terapia szokowa wiecie ze pomogło strach przed jazdą w aucie na początku kręciło mi się w głowie
ale potem przeszło przed wyjściem z domu też przed pójściem do pracy również przeszło i duża samo kontrola czy to możliwe mam znajomego co po dwóch miesiącach brania leków wyzdrowiał często popijam sobie meliske z rumiankiem co mi pomaga jeszcze bardziej kontrolować nerwy chodź jeszcze czasem telepie mnie z rana po kawie która od niedawna znów zacząłem pić i chyba całkowicie odstawie teraz próbuje jeszcze z rozpuszczalną :) hahaha traxene też powoli odstawiam raz wezmę raz nie bo tak kazała moja pani doktor nie byłem u żadnego psychiatry ani psychoterapeuty staram cieszyć się życiem a dodam że robiłem badania bo od dwóch lat męczyło mnie stan podgorączkowy z uczuciem mdłości oraz silne poty pani doktor powiedziała że to też od tego wyniki badań miałem książkowe jak norma była od 0 do 10 ja miałem 5 co o tym sądzicie myślicie że dałem już chociaż trochę rade to pokonać ? bądź jestem na dobrej drodze?
Offline
Posty
5
Dołączył(a)
30 maja 2014, 09:24

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Nerwica Lękowa Co zrobić? Moja historia...część 2

przez fugitive84 02 cze 2014, 20:47
Witajcie.

Przykro mi to mowic ale nabawiłem sie pewnego świństwa. Zarejestrowalem sie tutaj by w jakis sposob sobie z tym poradzic i pomoc sobie.
mam 30 lat.


Pracowalem za granica w dosyc ciezkiej pracy. Poczatek maja 2013 zakrapiana impreza a na drugi dzien do pracy. Duszno i goroca i nagle we mnie cos uderzylo przyplyw goroca, potem pojawily sie stany niepokoju rozne mysli nawet o wlasnej smierci . Od tamtego czasu leczylem sie magnezem i ziolami. Zjechalem do kraju.

Ataki i leki po jakims czasie minely.


Rok 2014 Luty. Przyjechalem za granice znowu za zarobkiem. Tym razem juz inna praca, lzejsza i bardziej spokojna. Wszystko bylo ok, nic sie nie dzialo zadnych atakow i lekow az do 25 maja tego roku gdzie sie troche mocno zdenerowalem. Bralem magnez ale do czasu, nie pomagalo.

Teraz biiore co 3 dni Hydro cos tam, jakis mocniejszy lek przypisany mojemu ojcu.

Prosze o analize mojej sytuacji i co mam w zwiazku z tym zrobic. Udac sie do specjalisty?
Offline
Posty
10
Dołączył(a)
02 cze 2014, 18:12

Nerwica Lękowa Co zrobić? Moja historia...część 2

Avatar użytkownika
przez lucy1979 02 cze 2014, 21:26
Nerwica lękowa. Udaj się do lekarza rodzinnego i poproś o skierowanie do psychiatry. Psychiatra da Ci leki przeciwlękowe. Możesz tez iśc prywatnie do psychiatry, będzie szybciej.
Hydro coś tam :mrgreen:
To uzaleznia,wiesz?
Hardcore w duszy w bani Meksyk
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1739
Dołączył(a)
06 mar 2014, 21:32
Lokalizacja
warszawa

Nerwica Lękowa Co zrobić? Moja historia...część 2

przez fugitive84 02 cze 2014, 21:36
Nerwica lękowa. Udaj się do lekarza rodzinnego i poproś o skierowanie do psychiatry. Psychiatra da Ci leki przeciwlękowe. Możesz tez iśc prywatnie do psychiatry, będzie szybciej.
Hydro coś tam :mrgreen:


Dziekuje za ocene mojej sytuacji.
Leki i ataki od 2013 ustaly do momentu gdy sie mocno zdenerwowalem o pewna sytuacje.

Minal rok i sie znowu pojawily. jak widzisz moja sytuacje? To cos powaznego? Jak sobie z tym swinstwem radzic. Cholera zdrowy pozytywny czlowiek jestem :D :D

Udam sie do specjalisty faktycznie.

Hydroxyzyna uzaleznia? tego nie wiem, magnez i ziolowe nie pomagaly ....
Offline
Posty
10
Dołączył(a)
02 cze 2014, 18:12

Moja nerwica i jak sobie z nią radze

przez justyna2305 04 cze 2014, 10:35
Hej !
No myślę, że radzisz sobie świetnie i jesteś na dobrej drodze :) Często słyszę i czytam, że konfrontacja z lękiem, robienie tego, czego się boimy, pomaga odwrażliwiać się. Czyli szczerze gratuluję i podziwiam :uklon:
Ja niestety nie potrafię się przemóc, myślę, że jest to spowodowane tym, że jestem w ciąży i boję się, że w trakcie ataku paniki coś złego stanie się dziecku. Przez to, że siedze całymi dniami w domu jest coraz gorzej...
No, ale Tobie zazdroszcze uporu :)
Powodzenia !!
Offline
Posty
14
Dołączył(a)
28 kwi 2014, 11:41

Nerwica Lękowa Co zrobić? Moja historia...część 2

przez alice18 04 cze 2014, 13:42
Zależy, o co się tak zdenerwowałeś. Może po prostu spokojna analiza tego lęku wystarczy, a nie od razu psychiatra i leki? Jeśli się to ciągnie, lepiej iść najpierw do psychoterapeuty/psychologa, jeśli sam nie potrafisz zbadać przyczyny tego lęku. Każdy człowiek czasem się bardzo mocno zdenerwuje, że trzyma go przez kilka dni, nie może się skupić, a co za tym idzie staje się rozdrażniony i lękliwy. Trzeba uczyć się rozwiązywania swoich problemów z nn i być świadomym tego, że to tylko zaburzenie, uczyć się nowych sposobów myślenia o nich, a nie doraźnie zaleczać się tabletkami, które pomogą na chwilę a za krótszy lub dłuższy czas lęk i myśli powrócą, często ze zdwojoną siłą.
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
15 maja 2014, 20:09

Nerwica Lękowa Co zrobić? Moja historia...część 2

przez AniaMosh 04 cze 2014, 14:19
Powiem ze swojej perspektywy. Mam taką pracę, że codziennie jestem w stanie stresu, zdenerwowania.
Jak sobie z tym radzę? Wieczorem całkowicie odcinam się od świata. Wyłączam telefon, laptopa i leże przy zgaszonym świetle.
Niby sprzyja depresji, tak? Ale naprawdę pomaga. Gdy już jest naprawdę źle, to wmawiam sobie, że mam kota w głowie, biorę to na wesoło i wtedy jest o niebo lepiej, ponieważ najlepiej właśnie zajrzeć strachowi prosto w oczy. Wtedy strach nie ma szans!
Blog o tym jak znaleźć pracę i zrobić karierę
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
04 cze 2014, 14:10

Nerwica Lękowa Co zrobić? Moja historia...część 2

Avatar użytkownika
przez jolemka 04 cze 2014, 19:58
AniaMosh
Masz rację, pomaga,postępuje podobnie, dodaje słuchawki na uszy, puszczam misy,gongi itp albo mantrę om, muzyka cichutko się sączy a człowiek naprawdę doznaje relaksu. U mnie miejsce kota, zajmuje sznurek /jest taka opowiastka o wężu i sznurku/ sznurka się bać to już wyjątkowy odlot. Działa.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
36
Dołączył(a)
29 mar 2013, 14:19
Lokalizacja
Warszawa

Moja recepta na drżenie mięśni i nie tylko

Avatar użytkownika
przez Labradorek 04 cze 2014, 20:41
uważam podobnie jak ty, ze to jak oddychamy ma bardzo duży wpływ jak sie czujemy, spimy, funkcjonujemy, a nawet samopoczucie. Jak jestem dotleniony czuje sie spokojniejszy, zrelaksowany, czuje ze dopływa krew do miesni i czuje sie o wiele lepiej
Avatar użytkownika
Offline
Posty
710
Dołączył(a)
23 sty 2014, 21:34

Nerwica Lękowa Co zrobić? Moja historia...część 2

przez fugitive84 04 cze 2014, 20:47
Zależy, o co się tak zdenerwowałeś. Może po prostu spokojna analiza tego lęku wystarczy, a nie od razu psychiatra i leki? Jeśli się to ciągnie, lepiej iść najpierw do psychoterapeuty/psychologa, jeśli sam nie potrafisz zbadać przyczyny tego lęku. Każdy człowiek czasem się bardzo mocno zdenerwuje, że trzyma go przez kilka dni, nie może się skupić, a co za tym idzie staje się rozdrażniony i lękliwy. Trzeba uczyć się rozwiązywania swoich problemów z nn i być świadomym tego, że to tylko zaburzenie, uczyć się nowych sposobów myślenia o nich, a nie doraźnie zaleczać się tabletkami, które pomogą na chwilę a za krótszy lub dłuższy czas lęk i myśli powrócą, często ze zdwojoną siłą.


Masz racje.

Dzis na przyklad po pracy wrocilem i mialem niepokoj i dziwne mysli

Ale pomyslalem sobie ze nic takiego wokol mnie sie nie dzieje, nic zlego

Ja naprawde staram sie ograniczac leki i biore tylko wtedy kiedy jest naprawde ciezko.

Wiele juz przeczytalem ze praca nad soba to najlepsze rozwiazanie.

Pozytywne myslenie i tak trzymac..


P.S. W kazdym badz razie po przyjezdzie do kraju udaje sie do specjalisty
Offline
Posty
10
Dołączył(a)
02 cze 2014, 18:12

Moja długa historia...

przez esper 05 cze 2014, 17:14
Nie wiem, czy komuś będzie chciało się to czytać, ale czuję potrzebę, żeby to z siebie wyrzucić. Ostatnio czuję się tak beznadziejnie, że już nie daję sobie z tym rady, ale od początku.

Moje problemy zaczęły się w roku 2003, kiedy dostałem ataku paniki na rowerze, miałem 13 lat. Wtedy oczywiście nie wiedziałem, co mi się dzieje, poczułem nagle, że nie mam siły jechać dalej, że świat stał się jakiś dziwny, zamglony (derealizacja), bardzo się wystraszyłem i zsiadłem z roweru, kucnąłem i poprosiłem kolegę, żeby zadzwonił po moich rodziców. Przyjechał po mnie tata i zawiózł do domu. Zrzuciłem winę na zwykłe zmęczenie i poszedłem spać z nadzieją, że następnego dnia wszystko wróci do normy. Nie wróciło. Następnego dnia wyszedłem z kolegami przed blok pograć w karty i znów poczułem to samo uczucie. Uciekłem do domu i zamknąłem się w nim na dwa miesiące (były wakacje, albo blisko końca roku, więc ze szkoły się jakoś wytłumaczyłem). Później jakoś rodzice namówili mnie na terapię i lekarstwa, ale potrafiłem podróżować tylko samochodem. Nie pamiętam, co brałem na początku, ale po niedługim czasie skończyłem na Seroxacie (chyba 40mg brałem na początku) i na nim też jestem do dziś. W sumie nie pamiętam już za dobrze, jak przebiegał mój lęk wtedy, czego konkretnie się bałem, ale wiem, że najlepiej czułem się we własnym domu i że unikałem chodzenia, otwartych przestrzeni i jak już gdzieś trzeba było pojechać to taksówką albo samochodem taty. Do szkoły chodziłem pieszo, ale na szczęście była blisko. W 2005 roku, po dwóch latach terapii psychodynamicznej i brania lekarstw, lęki mi się nasiliły i po raz kolejny zepchnęły mnie do domu. Na dwa miesiące przed końcem gimnazjum przestałem chodzić do szkoły i dostałem indywidualny tok nauczania. Byłem w stanie wychodzić tylko przed blok, może kilkadziesiąt metrów od niego, dalej nie dawałem rady. Egzamin gimnazjalny zdawałem w domu. Udało mi się dostać do fajnego liceum, ale pierwszy rok nadal spędziłem na nauczaniu indywidualnym. Miałem jednak wspaniałą terapeutkę, która przyjeżdżała do mnie do domu i stopniowo próbowała mnie wyciągać coraz dalej od domu. Nie wiem jaki to był rodzaj terapii, nie była to terapia ani psychodynamiczna, ani poznawczo-behawioralna, ale działała.

W 2007 przyszedł przełom, zacząłem chodzić do liceum, sam, autobusem, chodzić i zostawać na lekcjach. Pierwsze dwa dni w liceum były co prawda paskudne, bardzo się bałem, nie mogłem wytrzymać, wróciłem do domu najpierw po pierwszej, a potem po trzeciej lekcji, ale nie miałem takich pełnych ataków paniki z derealizacją. Po prostu bardzo się bałem i wracałem wcześniej. Ale potem było już tylko lepiej. Miałem wspaniałą klasę, poznałem mnóstwo świetnych ludzi, nawiązałem nowe przyjaźnie, zacząłem się z nimi spotykać po lekcjach, chodziliśmy po mieście, robiliśmy ogniska, dużo się śmialiśmy, ja sam zacząłem być bardziej towarzyski, śmiały, weselszy, dowcipniejszy, bardziej asertywny, miejscami nawet pyskaty, ale było mi z tym dobrze. Cieszyłem się z życia. Miałem dużo zainteresowań i sposobów na spędzanie wolnego czasu. Czasami cały dzień nie było mnie w domu i wracałem dopiero późnym wieczorem. Nawet kiedy nie było z kim się umówić, to i tak potrafiłem się czymś zająć, np. komputerem. W każdym razie w moim życiu było bardzo dużo radości, śmiechu, chęci do działania, a coraz mniej lęku. Pojawiał się, czasem silny (ale bez derealizacji i ataków paniki), ale zawsze sobie jakoś z nim radziłem. Zazwyczaj go wytrzymywałem, a on przechodził. W najgorszym razie po prostu wracałem do domu, ale nie zostawiało to na mnie jakiejś traumy. Nie bałem się, że następnego dnia lęk znowu powróci, nie roztrząsałem tego. Poruszałem się nadal w ograniczonym zasięgu, nie wyjeżdżałem poza miasto, ale w mieście czułem się dobrze i byłem w zasadzie całkiem nieźle funkcjonującym człowiekiem. Jedyne czego mi brakowało to kobiety u boku. W trakcie liceum i jeszcze na początku studiów zalecałem się do różnych dziewczyn, ale zawsze z negatywnym skutkiem. Bardzo mnie to dołowało i bardzo się tym przejmowałem, ale póki miałem z kim rozmawiać, to jakoś sobie dawałem radę.

Na początku 2009 roku zaczęło mi się pogarszać. Nie wiem właściwie dlaczego, ale mój zasięg zaczął się skracać. Byłem wtedy na pierwszym roku studiów i zaczynał się drugi semestr, a ja nie byłem w stanie kontynuować studiów. Miejsca, które wcześniej były bezpieczne, zaczęły znów napawać mnie lękiem. Nie byłem już w stanie jeździć do mojej terapeutki (od dłuższego już czasu spotykaliśmy się u niej w gabinecie). Niestety tym razem nie zgodziła się ona na wizyty domowe, więc zakończyliśmy współpracę. Było kiepsko, no ale przynajmniej chodziłem jeszcze do sklepów, hipermarketów, pobliskich restauracji, parków itd. a w domu czułem się świetnie.

W 2011 szczęście w końcu się do mnie uśmiechnęło i zakochałem się ze wzajemnością w dziewczynie. Szybko zaczęliśmy chodzić ze sobą i poczułem, że mam dla kogo żyć. Znaliśmy się przez internet dużo dłużej, ale wcześniej byliśmy tylko przyjaciółmi. Dzieliła nas spora odległość i ona musiała przyjeżdżać do mnie, bo ja nie byłem w stanie nawet dojechać na dworze. Przyjeżdżała gdzieś tak raz na 2, 3 tygodnie i pomimo tej odległości i częstych rozłąk, było nam ze sobą dobrze. W międzyczasie zacząłem się bać podróżować tramwajami i autobusami. Nie mogłem wytrzymać stania na czerwonym świetle. Bałem się tego, że siedzę w tramwaju i nie mogę wysiąść, że jestem uwięziony i wpadałem w panikę. Niedługo potem przestałem w ogóle korzystać z publicznego transportu. Miałem w tym czasie pięciu terapeutów, ale żaden nie pomógł. Nasiliła mi się hipochondria. Zawsze byłem hipochondrykiem, ale od dwóch lat jest coraz gorzej. Zacząłem się bać tego, że mam skurcze dodatkowe. Dostałem obsesji na punkcie mojego serca. Zacząłem obsesyjnie badać mój puls, obserwować czy serce nie bije za szybko, ani za wolno, czy bije regularnie. Zacząłem bać się brania leków. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że biorę ten Seroxat już 8 lat i co jak on mi uczynił jakieś nieodwracalne zmiany w mózgu? Czy ktoś kiedykolwiek badał ten lek przy tak długotrwałym braniu? Przerażało mnie to i postanowiłem go powoli odstawiać. Zszedłem do 20mg. Rok temu wróciły silne ataki paniki podczas wychodzenia z domu. Wtedy zdecydowałem się na terapię poznawczo-behawioralną przez telefon. Pani wyjaśniła mi, że muszę racjonalnie próbować odpierać moje paniczne myśli i muszę przestać unikać stresujących sytuacji. Z tym drugim było bardzo ciężko, nadal uciekałem do domu, ale sporządziłem kartkę z racjonalnymi argumentami, w których miałem wyjaśnione, że atak paniki mnie nie zabije ani nie skrzywdzi. Problem polegał na tym, że o ile w domu wierzyłem w to, co jest tam napisane, to w momencie kiedy miałem atak paniki, nawet nie myślałem o tym, żeby do tej kartki zajrzeć, a żadne racjonalne myśli nie działały. Po prostu podczas ataku paniki szczerze wierzyłem w swoje urojenie, że zaraz umrę. Po jakichś 3 miesiącach przerwałem tę terapię, bo nie byłem zadowolony z rezultatów i znalazłem innego terapeutę.

Na początku 2014 roku zredukowałem Seroxat do 10mg. Nie poczułem dużej różnicy, i tak już nie byłem w stanie swobodnie chodzić do sklepów, większość czasu spędzałem w najbliższych okolicach mojego domu. Za to poprawiłem swój styl życia. Zacząłem się zdrowo odżywiać, zrezygnowałem z napojów słodkich, teraz piję głównie wodę mineralną, zacząłem ćwiczyć i dużo chodzić (a że za daleko nie umiałem dojść, to po prostu chodzę koło domu, w tę i z powrotem). Nagle, w kwietniu, doszedłem do wniosku, że dorosłem do behawioralnego podejścia. Postanowiłem sobie, że każdego dnia, bez wyjątków, będę chodził przynajmniej raz dziennie do jakiegoś sklepu. Mam dwa pobliskie sklepy, oba oddalone o około 500 metrów od mojego domu. Chodziłem do nich na przemian, robiłem to bez względu na wszystko. Czasami dostawałem w nich takie mini ataki paniki, które przechodziły dość szybko. Było to nieprzyjemne, ale zmuszałem się. Zwykle kiedy już coś kupiłem czułem się lepiej (a była to zazwyczaj jakaś drobnostka typu lizak, cukierki, chipsy czy coś do picia [wiem, że pisałem o zdrowym odżywianiu, ale pomyślałem, że skoro ostatnie 3 miesiące jadłem mało słodyczy, to mi to nie zaszkodzi i w ten sposób nagrodzę się za udaną próbę]). Dzwoniłem do mojej dziewczyny i chwaliłem się jej, że dałem radę. Pomyślałem, że to ważne, żebym umiał się dzielić z bliskimi tym co czuję, bo od dłuższego czasu mam z tym problem. Ale z drugiej strony nie chciałem ich tym zamęczyć. Po 2 tygodniach wytrwałego chodzenia do sklepu myślałem, że wszystko jest na dobrej drodze, że wyrobiłem w sobie dyscyplinę, siłę, że uwierzyłem, że lęk mnie nie zabije. I nagle... w Wielką Sobotę wszystko legło w gruzach. Sklepy chyba były akurat wtedy zamknięte, więc po prostu spacerowałem. Miałem takie postanowienie, żeby każdego dnia robić przynajmniej 10 000 kroków z krokomierzem w kieszeni i przez większość dni mi się to udawało. Już miałem wracać do domu, ale pomyślałem, że zrobię jeszcze jedno kółeczko. Byłem już nieco zmęczony, ale starałem się tym nie przejmować. Wybrałem jedną z moich tras spacerowych, która biegnie dookoła pobliskich domów. Trasa ta ma może koło 500 metrów. Kiedy byłem już w połowie trasy, poczułem nagle, że czuję się dziwnie odrealniony. Uczucie to było bardzo intensywne. Zaczął mi się atak paniki. Wydawało mi się, że nie dam rady dojść do domu, że jestem bardzo słaby, że zaraz stracę przytomność. Złapałem się ogrodzenia i szedłem dalej bardzo szybkim krokiem. Zacząłem się hiperwentylować, serce biło mi bardzo szybko, ale byłem zbyt przerażony, żeby sobie zmierzyć puls. W pewnym momencie poczułem, że moje ciało już dłużej nie da rady, że kondycyjnie jestem już u kresu sił, po prostu nie byłem w stanie dalej iść. Myślałem, że mam zawał, że umrę. Nie... Byłem pewien, że umrę. Zatrzymałem się na chwilę i odsapnąłem. Potem ruszyłem dalej trochę wolniejszym krokiem i mi przeszło. Kiedy wróciłem do domu, powiedziałem rodzicom, żeby poszli do kościoła osobno, bo właśnie przeżyłem najgorszy atak paniki w moim życiu i nie dam rady zostać sam w domu. Zgodzili się. Gdzieś po pół godziny rozmowy z mamą pomyślałem, że muszę się jak najszybciej jeszcze raz zmierzyć z tym strachem. Że muszę iść w to miejsce jak najszybciej znowu, bo w przeciwnym razie zacznę go unikać i mój zasięg skróci się jeszcze bardziej. Mama była temu raczej przeciwna, wolała, żebym odpoczął, ale ja się uparłem i poszedłem. Przebyłem więc tę samą trasę jeszcze raz i... ataku nie było. Bałem się bardzo, ale do ataku nie doszło. Wieczorem zabrałem psa na spacer i znów wybrałem tę samą trasę. Denerwowałem się, ale i tym razem ataku nie było. W ciągu następnych dni znowu parę razy chodziłem tą trasą - bez ataku. Mimo to, z czasem zaczynała narastać niechęć do tego miejsca i w końcu przestałem tamtędy chodzić. Czy mogło się zdarzyć coś jeszcze gorszego? Mogło...

Na początku maja moi rodzice mieli wyjechać na weekend. Miałem zostać z moją dziewczyną, ale i tak się bałem. Jeszcze na dużo dni przed ich wyjazdem zacząłem czuć się dziwnie. Zacząłem doświadczać derealizacji bez ataków paniki. Po prostu w ciągu dnia czułem się "dziwnie". Czułem, jakby świat był nie do końca realny i zacząłem się zastanawiać nad sobą. Kim jestem? Czy mam kontrolę nad własnym zachowaniem? Czy ja mam wolną wolę? Czy jestem czymś więcej niż tylko sumą reakcji chemicznych zachodzących w moim mózgu, na które nie mam wpływu? Zacząłem się czuć trochę jak taki bezwolny automat, który żyje, bo musi, bo tak jest zaprogramowany. Przeraża mnie to. Przeraża mnie brak kontroli. Kiedy rodzice wyjechali czułem się źle. Niepokój dopadał mnie w ciągu dnia parę razy. Kiedy dopadał mnie w domu, wychodziłem na zewnątrz. Kiedy dopadał mnie na zewnątrz, wracałem do domu. Nie trwał cały czas, przychodził i odchodził. Tak samo uczucie nierealności. Czasem się nasilało, czasem słabło. W pewnym momencie czułem się tak jakbym niemal tracił kontakt z rzeczywistością. Nie wiem jak to opisać. Wszystkie moje funkcje umysłowe działały jak trzeba. Rozmawiałem z dziewczyną, potrafiłem czytać, potrafiłem liczyć, potrafiłem kojarzyć fakty, ale po prostu coś w tym świecie dookoła mnie było takiego strasznie przerażającego i nie potrafiłem tego znieść. W nocy za to czułem się normalnie (w domu).

Kiedy rodzice wrócili, poczułem wielką ulgę, ale kilka dni później mój stan dalej zaczął się pogarszać. Dowiedziałem się, że mój znajomy, który też ma problemy psychiczne, dostał ataku epilepsji po klozapinie (brał 300mg). Moja hipochondria się rozhulała. Zacząłem sobie wkręcać, że ja też mogę dostać ataku epilepsji, mimo że nie biorę takiego leku. Zacząłem czytać o epilepsji i o klozapinie. Z jednej strony próbowałem się uspokoić (np. że przy klozapinie faktycznie częściej występują ataki epileptyczne, a przy paroksetynie raczej rzadko, że od epilepsji raczej się nie umiera), ale z drugiej niepewność napędzała moją wyobraźnię (że 12 na 6000 osób dostało napadu epilepsji podczas badań klinicznych paroksetyny, że atak epilepsji może się zdarzyć każdemu, nawet jeśli nie bierze żadnych leków). Zacząłem bać się zostawać sam w domu, choćby nawet na chwilę. Pewnego dnia zadzwoniłem do mamy, która wyszła na spotkanie z koleżanką, żeby wróciła do domu, bo ja nie dam rady. Miałem strasznie natrętne myśli, że coś mi się stanie, że dostanę ataku epilepsji albo że zemdleję. Nie mogłem pozbyć się tych myśli. Kiedy mama wróciła, była na mnie zła. Ja nie wytrzymałem, rozpłakałem się, czułem się jak szmata. Czułem, że jestem złym synem, że zawiodłem mamę, że zniszczyłem jej życie, że lepiej gdyby mnie nie było. Od tego czasu moje życie to koszmar.
Wstaję koło 11, dłużej nie jestem w stanie spać, a chciałbym. Czuję się dziwnie, źle, pełno jest we mnie niepokoju, natrętnych myśli, boję się, że zwariuję, że mnie zamkną, że dostanę schizofrenii albo jakiegoś innego cholerstwa. Nie potrafię się na niczym skupić w ciągu dnia. Nie potrafię się uczyć, nie potrafię grać na komputerze. Nic mnie już tak nie cieszy. Włączam tylko telewizor i wegetuję. Od czasu do czasu robię sobie herbatę. Jestem zmęczony życiem, mimo że nic w ciągu dnia nie robię. Czasami nie mogę wysiedzieć w jednym miejscu i snuję się po domu albo wychodzę na spacer, oczywiście niedaleko. Ale i tak czuję się źle. Dopiero wieczorem zaczynam się relaksować. Kiedy jest ciemno, to czuję się dobrze, wraca mi pozytywne myślenie, mogę się skupić na czymś, wraca mi apetyt. Najgorzej jest kiedy mama wychodzi i zostaję sam w domu. Od razu wracają wtedy natrętne myśli. Wydaje mi się, że nie panuję nad swoimi myślami. Że nie potrafię zaakceptować tego, że to są tylko myśli i że to, że wydaje mi się, że coś mi się zaraz stanie nie znaczy, że coś mi się faktycznie stanie. Nie tak działa ludzki organizm. Mój aktualny lekarz przepisał mi teraz fluoksetynę, ale boję się jej brać, zapytałem czy mogę po prostu zwiększyć Seroxat i powiedział, że wolałby, żebym zmienił lek, ale jeśli nie potrafię, to żebym zwiększył ten Seroxat. Tak też zrobiłem. Od kilku dni jestem na 15 mg, niedługo zwiększę jeszcze do 20.

Jest jedna rzecz, która bardzo mnie przybiła ostatnio. Zaniepokojony moim stanem, próbuję znaleźć jakiegoś kompetentnego terapeutę, który byłby w stanie przyjeżdżać do mnie do domu. Gadałem niedawno z jedną kobietą, która jest psychiatrą, ale przy okazji zajmuje się też terapią psychodynamiczną. Miałem nadzieję, że ona się zgodzi, ale powiedziała mi, że skoro od tylu lat mi się nie polepsza, to znaczy, że moja nerwica tak bardzo "zesztywniała", że terapia jest z góry skazana na niepowodzenie i najlepszym wyjściem byłaby hospitalizacja na jakimś oddziale nerwic. Byłem załamany jak to usłyszałem. Ja przecież nie potrafię dojść do sklepu, a co dopiero do szpitala? Sama myśl o tym, że miałbym funkcjonować w jakimś ośrodku z dala od domu i bliskich napawa mnie paraliżującym lękiem. No chyba, że ktoś by mnie zćpał i tam zawiózł i chodziłbym tam cały czas na jakichś mocnych psychotropach, ale tego też się strasznie boję. Mama z kolei chce do mnie sprowadzić bioenergoterapeutkę, co utwierdza mnie w przekonaniu, że chyba faktycznie jest ze mną bardzo źle.

Nie jest jeszcze najgorzej, mam apetyt (chociaż mniejszy niż kiedyś), śpię dobrze (7-8 godzin, budzę się raz albo dwa nad ranem, ale od razu wracam do spania), w nocy czuję się dobrze i nawet w ciągu dnia miewam czasem takie "przebłyski" dobrego nastroju. Ale boję się, że i to zostanie mi w końcu odebrane.
Offline
Posty
3
Dołączył(a)
10 paź 2010, 22:03

Moja nerwica i jak sobie z nią radze

przez piotrek00091 06 cze 2014, 06:14
dziękuje myślę że powinnaś pomyśleć że dziecko to wielkie szczęście które otrzymałaś ja gdy nawet troszeczkę zakręci mi się w głowie uznaje że to normalne w tej chorobie że mam mamę i mam kochaną dziewczynę dla których chce to pokonać dla których chce być oparciem u nas nerwusów jest tak że strasznie szybko popadamy w blednę koło każdy obiaw powoduje atak paniki i zazwyczaj zostajemy z tym sami ale nie warto pogłębiać tego stanu u mnie brat to miał on poradził sobie dopiero po pół roku ale jemu było trudno uwierzyć że to nerwica nie załamuj się każdy dzień to walka ja to wiem ale bd miała dziecko które zmieni Twoje życie na leprze na cudowniejsze zobaczysz jego uśmiechniętą buzie i to skupi Twoją uwagę i dzięki temu wyzdrowiejesz po prostu trzeba cieszyć się tym co się ma a tym bardziej ze dostałaś od losu taki skarb :) powodzenia !!!! liczę że kiedyś powiesz jestem zdrowa :)
Offline
Posty
5
Dołączył(a)
30 maja 2014, 09:24

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 10 gości

Przeskocz do