Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Rekomendowane odpowiedzi

Cześć,

 

Ostatnio jest ze mną coraz gorzej i chociaż w minimalnym stopniu staram się sobie jakoś ulżyć (po pomóc nie potrafię). Stąd pomysł wylania żali na forum. Nie wiem czy to dobry pomysł, czy też zły, ale nikogo tym nie krzywdzę, więc czemu nie...

 

Mam 23 lata i czuję, że dotarłam już do kresu. Mniej więcej od 2 lat czuję że życie przecieka mi przez palce. Doszło do tego że obecnie jestem jednocześnie zupełnie zobojętniała, przerażona i smutna - w zależności na czym akurat zawieszę myśli. Praktycznie od 2 lat staram się zmienić ten stan. Piszę postanowienia, listy, przyrzeczenia, zapiski w kalendarzu - obietnice zmiany, która nigdy nie nadeszła. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że to wyłącznie moja wina i moje działania, a raczej ich brak, są przyczyną takiej sytuacji. Problem w tym, że nie mogę. Nie, że nie chcę - nie mogę. Te wszystkie plany powstają w głowie, ten zapał do czynów się pojawiał, ale na tym koniec. Jakbym była sparaliżowana, żyła w gęstym budyniu. Każda najmniejsze zadanie wymaga ode mnie ogromnego wysiłku i najczęściej myślę o tym przez kilka dni, zanim to zrobię (pranie potrafię "robić" tydzień). Większość zadań, niestety pozostaje tylko w sferze planowania i zapału w głowie. Przez to wkopuje się w coraz większe bagno problemów i o ironio, większej ilości pracy. Powiecie, że leniwa, że to zwykłe niechciejstwo. Może jest i tak, może szukam wymówki...

 

Niestety ja problemu nie potrafię rozwiązać, nie tak jak powinno się to robić. Jednocześnie mam dość moich obietnic, które każdego miesiąca i tak okazują się być płonne. Mam dość tego budyniu, tej ciężkości, zarówno fizycznej jak i psychicznej. Mam dość poczucia winy w stosunku do samej siebie i świadomości, że i tak tego nie jestem w stanie zmienić. Mam dość smutku, rozdzierającego smutku, który dławi mnie w gardle i stara się wyrwać na zewnątrz. Mam dość siebie, mam dość mojego życia...

 

Dlatego coś sobie postanowiłam, ten ostatni raz. I tym razem mam nadzieję dotrzymać obietnicy. Na początku czerwca, postanowiłam, że daję sobie miesiąc na zmiany. Jeżeli jednak będę stała w tym samym miejscu, co na początku miesiąca, to znaczy że już nigdy nić nie zmienię i zawsze będzie tak jak teraz. A ponieważ męczy mnie to bardzo, postanowiłam zakończyć moją żałosną egzystencję. Stan na dzień dzisiejszy, rokuje że obietnicy dotrzymam.

 

Może ktoś zapyta (a może i nie...), jakie to zmiany chce wprowadzić w moim życiu, a z którymi tak sobie nie radzę. Nie jest to nić wybitnego, ani nawet oryginalnego. Ale dla mnie jest wystarczające.

Po pierwsze, muszę ukończyć studia. Wydaje się banalne, ale nie dla mnie. Ze studiami, nigdy nie miałam problemu. Powiem więcej, im dłużej studiowałam tym lepiej mi szło. Obrona licencjatu i same nawet jego pisanie, to była bajka - proste, łatwe i przyjemne. Mało tego, skończyłam jeszcze dodatkowo studia zaoczne. Niestety tak kolorowo już nie było z mgr. Po 3 latach licencjatu, przeniosłam się do Warszawy. Była to totalna zmiana mojego dotychczasowego życia. Zmieniłam miasto, uczelnię, zamieszkałam z chłopakiem, po roku zaczęłam pracę i przeniosłam się na zaoczne. Dużo jak na 2 lata i chyba mnie to przerosło. Nowa uczelnia od początku mnie dobijała - atmosfera wyścigu szczurów, podkładania świń i wywyższania się na zasadzie "bo ja licencjat mam z uw". Zajęcia nudne, wtórne, wykładowcy podobnie jak niektórzy studenci, gloryfikowali licencjat z uw, a studentów z innych uczelni jak idiotów, którzy o niczym nie wiedzą (licencjat mam z UMCS, który na głowę bije UW jeśli chodzi o atmosferę i poziom nauczania). Taka atmosfera była masakrycznie wręcz irytująca i żałosna. Bardzo mnie to zniechęciło do uczęszczania na zajęcia, a po przenosinach na zaoczne, już w ogóle nie chciało poświęcać mi się jedynych wolnych dni na marnotrawstwo mojego czasu. Oczywiście zdaję sobie z tego sprawę, że to był błąd, bo teraz mam ostatnie 2 tydz. studiowania, a mam więcej do nadrobienia niż kiedykolwiek - wszystkie nieobecności plus kolokwia muszę przecież pozaliczać. Dodatkowo jeszcze dochodzi problem z magisterką. Zostały mi 2 tydz na napisanie I rozdziału, inaczej będę miała problemy z zaliczeniem. Resztę bronię we wrześniu. Niestety tutaj już nie ma irytacji i zniechęcenia, jest za to mój nieszczęsny "budyń"... De facto potrzebne książki mam, temat też interesujący i taki jak sobie wymarzyłam. Problemem jest moja niemoc, jak we wszystkim z resztą. Niemoc z którą sobie nie radzę i której nie potrafię przezwyciężyć. Na razie czytam, podkreślam, notatkuje. mam długi weekend na napisanie pracy. Czy mi się uda, nie wiem. Po tym miesiącu jednak, i tak nie będzie miało to znaczenia.

 

Kolejny kamyk, który mnie uwiera w bucie to ja. Tylko tak dla odmiany ja zewnętrzna. Bo czy wspomniałam, że przez 2 lata dorobiłam się 20kg na plusie do dźwigania? Niestety przykra rzeczywistość jest taka że przy 160 cm, jestem po prostu gruba. Nie ma spaczonego obrazu siebie, wiem że nie jestem spaślakiem, wielorybem, etc. Ale estetycznie i zdrowotnie rzecz ujmując mam nadwagę. Jest to dla mnie niekończącym się źródłem cierpienia i jednocześnie zaczątkiem błędnego koła. Zawsze lubiłam szamać i zawsze miałam małe problemy z utrzymaniem wagi. Zajadem problemy. W sumie radości też. Wiem oczywiście, jakie to poważne przestępstwo - ciężko nie wiedzieć, jak się wchodzi na poradniki internetowe traktujące o zdrowym odżywianiu się i diecie. A jednak to robię. Jak mi smutno to się pocieszę, jak wesoło, to wynagrodzę. Najczęściej mackiem, albo chrupkami, albo ciasteczkami, albo, albo, albo... Mam jednak wrażenie, że ostatnio przybrało to jeszcze inną formę - przymus. Wiem, że nie mogę szamać, nawet czasem nie chcę, ale i tak to robię. No nie ma co się rozpisywać, kolejna porażka i tyle. Powiecie, rusz w takim razie ciężką dupę. Ja powiem, że ruszałam. W ruch szła joga (trochę też na nerwy), ćwiczenia z YT, hantelki, nawet biegałam z przyjaciółką. I co? I wszystko na nic. Podobnie jak ze wszystkim innym, "budyń" mnie zwyciężył. Do końca miesiąca, muszę poczuć, że coś zrzucam. Nie od razu, że jestem laska 20 kg mniej, ale żeby te spodnie, które niedawno kupiłam, nieco bardziej z tyłka zwisały.

 

Kolejna sprawa to praca zawodowa. Tej wiem, że nie uda się zmienić ot tak, ale przynajmniej żebym działała w tym temacie. Wyjątkowo z tym nie miałam problemu przez ostatnie dni. Może dlatego, że obecna jest tak licha i w******jąca, że czym prędzej chce stamtąd czmychnąć. Problemem jest też kasa, a raczej jej brak. W kwietniu pracę zmieniałam, trochę posiedziałam na bezrobociu (niedobry okres bo święta i długi weekend majowy) i niestety przyczyniło się to do braku zarobków, a z braku oszczędności, pojawiły się problemy. Nie ma tak że za czynsz nie zapłacę, ale każdorazowe wyjście do sklepu po zakupy spożywcze przyprawia mnie o ból brzucha, płacz i praktycznie torsje. Więc szukam, szukam. Jednak bezpłodne rozmowy kwalifikacyjne, które niczego nie przynoszą, też nie poprawiają mojego samopoczucia i samooceny. A świadomość, że ja 23 letnia dorosła kobieta, prawie nie umiem sama się utrzymać, powoduje u mnie straszny wstyd i poczucie winy.

 

To tak w największym skrócie na jaki było mnie stać, z grubsza wszystko. czuje się ciężarem dla rodziców i wielkim zawodem, zwłaszcza jeśli chodzi o studia. Wiem też że przysparzam problemów i zmartwień chłopakowi. On bardzo mnie kocha i wspiera, ale kto na dłuższą metę chciałby być z takim nieudacznikiem i spaślaczkeim. Nie widzę generalnie drogi przede mną, nie widzę chęci do życia, nawet już chęci do zmian. Chciałam nawet umówić się do psychologa (?), ale jak ze wszystkim zabrakło mi determinacji. Trochę też boję się iść, w sumie nie wiem dlaczego. Jednak strach przed wyjściem, ludźmi i generalnie fobia społeczna nie są mi obce. Czasami zdarzają mi się napady lęku, kiedy wychodzę z domu. Dlatego staram się wychodzić jak najmniej, i najlepiej jak mnie nie widać. Ostatnio ograniczyłam też kontakt z przyjaciółkami, bo jakoś tak zawsze po spotkaniu z nimi, czuję się jeszcze gorzej. Podejrzewam, że przyczyna jest niejako we mnie - szukałam u nich wsparcia i pocieszenia, kiedy było mi źle (poza tym same zauważały żem smętna), a one dały mi je ale na swój sposób. Zostałam uraczona tekstem, że nie mam powodu żeby być nieszczęśliwą, ponieważ moich rodziców stać było na to żebym studiowała dziennie i nie musiałam iść do pracy od razu po maturze. Poza tym jak jest mi smutno, to powinnam zacząć coś robić, być aktywna i najlepiej zmienić nastawienie i myśleć pozytywnie. Wiem że one chciały dobrze, ale widać na mnie to nie działa. Ot taka wybrakowania jednostka.

 

W sumie w dniu dzisiejszym mogę powiedzieć że radość sprawiają mi dwie rzeczy - mój chłopak, którego bardzo kocham (wiem on to nie rzecz, ale brakuje mi wspólnego określenia) oraz zwierzęta. Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, lubię je obserwować. Nawet zwykłe gołębie. I psy na spacerze z panem - takie radosne i oddanie *_* Bardzo chciałabym mieć kotka (pieska tez, ale nie mam możliwości wychodzenia z nim tak często jak się powinno, a nie chcę biedaka męczyć) i myślę że to dałoby mi dużo radości. Ale po pierwsze, słabo stoimy z kasą, a po drugie nie chce zostawiać chłopaka samego z futrem, kiedy już mnie nie będzie.

 

Rozpisałam się niemożebnie, ale wszystko to,a nawet więcej, we mnie siedzi.

A do czytania przecież nikt nie zmusza, prawda? ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cześć :) Czy się leczysz? Przeczytałam całą Twoją wypowiedź ale nie znalazłam wzmianki o tym, a jeśli tam jest, znaczy że do grona moich problemów doszła głupota.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Oj wiem co masz na myśli z tym budyniem. Chcesz, planujesz ale to coś Cię trzyma i po prostu nie masz siły.

Myślę, że psychoterapia pomoże chociażby w ten sposób, że doda Ci takiego poczucia, że ktoś trzyma za Ciebie kciuki, ktoś chce z Tobą współpracować nad Tobą, Twoimi problemami. Nie lekceważ problemu z jedeniem; zacznij prowadzic zeszyt i pisz, co jadlas, jak sie czujesz i dlaczego nie warto rujnowac sobie tego slodyczami. Mysle tez, ze leki dodajace energii i motywacji bylyby dobrym pomyslem, zastanow sie nad wizyta u lekarza bo moze wlasnie to okaze sie wyjsciem

trzymam za Ciebie kciuki :) ps tez mam 160 :oops:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Uspokajam, głupota nie doszła :) Planowałam się gdzieś wybrać na pogadanie, ale wyszło jak ze wszystkim... Więc na razie się nie leczę.

 

Z tym zapisywaniem co jadłam, już przerabiałam, przerwałam po tygodniu. Ale postaram się ponownie, podobnie jak rozpisywanie rachunków za żywność. Starałam się też przekonać do 5 posiłków dziennie, ale nie jestem w stanie jeść bananów, marchwi, jabłek, etc. na okręta. Wolę już nic nie zjeść, a to niezdrowe, wszyscy wiedzą dlaczego :P

ps. Lubie moje 160 cm wzrostu - jedna z niewielu rzeczy we mnie do lubienia :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Uspokajam, głupota nie doszła :) Planowałam się gdzieś wybrać na pogadanie, ale wyszło jak ze wszystkim... Więc na razie się nie leczę.

 

Z tym zapisywaniem co jadłam, już przerabiałam, przerwałam po tygodniu. Ale postaram się ponownie, podobnie jak rozpisywanie rachunków za żywność. Starałam się też przekonać do 5 posiłków dziennie, ale nie jestem w stanie jeść bananów, marchwi, jabłek, etc. na okręta. Wolę już nic nie zjeść, a to niezdrowe, wszyscy wiedzą dlaczego :P

ps. Lubie moje 160 cm wzrostu - jedna z niewielu rzeczy we mnie do lubienia :D

 

nie zmuszaj sie do jedzenia 5 posilkow, ja nigdy nie bylam glodna tak czesto, to bez znaczenia kiedy jesz ale ile jesz - kalorie.

zjedz porzadne sniadanko to nie bediesz miec atakow wilczego glodu potem, polecam owsianke albo jogurt z musli :3 znajdz sobie motywacje, a uda ci sie, ogranicz niezdrowe zarcie do minimum, ale jak nie umiesz sobie odmowic to chociaz jedz mniej, tak zeby byc poniej zapotrzebowania kcal a schudniesz bez wzgledu na to co jesz. ale jednak dorze jest sie zdrowiej odzywiac, ladne pazurki wloski :) trzymam za Ciebie kciuki :*

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

na pewno masz wiele rzeczy, które możesz w sobie lubić! Oczy, włosy, paznokcie... zacznij od małych rzeczy. Zrób coś dla siebie! Zrób sobie piękne paznokcie! I nie musisz zaraz biegać do kosmetyczki i wydawać fortuny na żele czy akryle, idź na bazarek, kup ze dwa ładne kolory po złotówce :) U mnie też bida i tak sobie radzę, od razu poczujesz się lepiej, każda kobieta lubi mieć piękne dłonie ! A że się krótko trzyma..? Zawsze powód, żeby często zmieniać kolor !

Ja przytyłam po tabletkach 30 kilo, na swoje własne życzenie, obżerając się. Teraz jestem z powrotem szczupła ale kobieta z nadwagą może być bardzo atrakcyjna. Ostatnio jechałam z pociągiem z panią, no, ogromną. I przy tym śliczną i zadbaną. Masz chłopaka, który Cię kocha, gdybyś nie była dla niego pociągająca to by go już dawno przy Tobie nie było. Jesteś dla niego piękna wewnętrznie i zewnętrznie. Otwórz szafę. Wywal na środek wszystko co masz. Pobaw się ciuchami. Załóż spodnie w kratkę do bluzki w kropki, pokaż sobie sama, że jesteś wyjątkowa - bo jesteś. Moda? Jeśli słuchalibyśmy projektantów to chodzilibyśmy jak te cudaki na wybiegach w kostiumach w kształcie kredensu. Wiesz co jest fajnego w dziewczynie przy kości? Pupa i biust. Wiem co mówię, miałam balony a teraz wyglądam jak heblowana deska :hide: Podkreśl to co jest Twoim atutem :) Zrób ładny makijaż. Ułóż włosy. Nie zaszywaj się w domu, bo masz nadwagę.

Ale to są tylko drobnostki. Jak damaged powiedziała - psychoterapia. I moim zdaniem -farmakologia. Jesteś gdzieś w otchłani, sama z tego nie wyjdziesz. Ale musisz chcieć z tego wyjść. To, że dajesz sobie miesiąc to bardzo niemądre. I co, myślisz, że coś się zmieni samo? Po to są lekarze, żeby nam pomagać :))

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Z tymi paznokciami trochę racji jest. Ostatnio miałam trochę lepszy humor, to kupiłam sobie w Rossmannie pastelowe 2 - różowy i turkus. Teraz tak mi miło jak patrze na stópki :smile: Tylko że to faktycznie drobnostki - miłe ale na krótko.

 

Wiem że kobiety atrakcyjne mogą być w każdym rozmiarze. I jestem zadbana, mam fajne ciuchy i to dużo (miałam jeszcze więcej, ale że przestałam się mieścić...), więc na co dzień wyglądam na prawdę spoko. Makijaż, włosy etc. (lubię moje oczy, to mogę przyznać). Tylko nie założę sukienki, spódnicy, bluzki choć trochę dopasowanej. Przykrość sprawia mi nawet nie to, że jestem o te 20 kg grubsza, tylko to że kiedyś taka nie byłam i że tak szybko to się stało. Ale to wszystko nic, bo najważniejsze dla mnie jest to że ja się źle w sobie czuje, a to co ludzie pomyślą schodzi na drugi plan. Nawet wielka miłość mojego chłopaka i jego wieczne napalenie na mnie nie zmieniają mojego toku myślenia. Niestety to ma też ogromny wpływ na nasze pożycie łóżkowe, bo ja się krępuje, nie czuje się sexy. Mam wrażenie że jestem jak wieloryb wyrzucony na brzeg. A poza tym mam zerowe libido(kolejna cegiełka), więc nawet nie mam tego pazura żeby olać tuszę i mrauuu :lol:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cześć przeczytałam Twoją wypowiedź i poczułam jakbym czytała o sobie, tyle tylko że nie zdecydowałam się na wyjazd do innego miasta choć miałam taki pomysł kiedyś. Skąd ja znam przyrzeczenia i plany ech;/ pozdrawiam Cię serdecznie witam na forum i trzymam kciuki

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

a dlaczego nie założysz sukienki ani spódnicy? wiesz jakie ja mam nogi? kolumny greckie to się chowają :pirate: i znaczy że co, mam je sobie połamać, żeby miały pożądany kształt? :) trapezowata spódnica zazwyczaj świetnie wygląda na bujniejszych biodrach!

znajdź bezpłatnego psychologa w Warszawie i zapisz się na wizytę. To nie boli. Nic nie kosztuje. A może bardzo pomóc.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Cześć laska.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Pewnie tak trzeba zrobić w końcu - zapisać się. Szkoda tylko ze na NFZ trzeba czekać miesiąc żeby w końcu się dostać.

 

PS. cześć facet

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Miesiąc? Optymistka :D Ja wczoraj chciałam się "na gwałt" zapisać do psychiatry po nagłym napadzie paniki. Terminy w mojej dzielnicy na wrzesień. Odżałowałam i poszłam prywatnie, zdrowie jest ważniejsze niż niemożność kupienia sobie czegoś dla przyjemności.

Ja Ci mówię - załóż kieckę, od razu poczujesz się bardziej sexy :)) Popatrz jakie maszkarony czasami chodzą po ulicach, co z tego że szczupłe jak w kolorze pieczonej golonki i w stylu wieś tańczy i śpiewa. Ja bym jednego dla Ciebie chciała - optymizmu. Chociaż jego odrobina potrzebna jest na ten pierwszy krok.

To co, dzwonisz w poniedziałek i się umawiasz ? a w weekend robisz super paznokcie i wrzucasz zdjęcie ?:)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Najlepiej do psychologa i spokojnie praca od podstaw krok po kroku :). A odchudzanie też trzeba wprowadzać stopniowo, przede wszystkim siebie akceptować i wprowadzać nawyki żywieniowe plus trochę ruchu i będzie dobrze :)).

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witam:) Choć jestem facetem, dużo w tym tekście odnajduje siebie. Nie wiem czy też tak masz, że jak coś ci się już udaje, to parę rzeczy? a jak zaczyna walić to wszystko? To chyba jest związane z tymi chęciami, ambicją. Człowiek przecież zdaje sobie z tego sprawę, że powinienem, ale na tym się to kończy. Zauważyłem, że można wyrobić w sobie ten mechanizm na silę i po jakimś czasie zaczyna to nawet sprawiać przyjemność, ruch, realizacja tego co się założyło. Najgorzej jest zacząć, te chęci przełożyć na czyny, bo chęci to ma można powiedzieć każdy. Człowiek zdaje sobie z tego sprawę, planuje, wie ze potrzebna mu ta chęć, ale tez myśli ,,przecież nie będę latał jak głupi i nienaturalnie się nakręcał, jak na jakiś warsztatach'' i tu chyba pies pogrzebany, bo trzeba się motywować właśnie samemu, ale to co trzeba łatwo jest opisać, ale już wprowadzić w życie to inna bajka. Pozdrawiam Rafał.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Agaton1, to, że masz plany to fajnie, ale też przesadzasz. Nie to, że chcę Cię od czegoś odciągać - o nie, ale bardziej boję się o za wysoko podniesioną poprzeczkę i zawyżone wymagania, którym nie idzie sprostać na raz i to w ciągu miesiąca.

A potem żal i pretensje, że znowu się zawaliło. Wiem, bo mam dokładnie tak samo.

Wg mnie na razie skup się na studiach - reszta nie ucieknie. W międzyczasie małe, niewielkie kroczki, które przybliżą Cię do zmian. Np. telefon do psychologa, do psychiatry. 5 minut rozmowy i załatwione, a ważny krok wykonany. I nie bój się tego. Rozmowa i dobrze dobrane leki mogą zdziałać cuda.

Co do odchudzania i schudnięcia - nie tak szybko. Miesiąc to maksymalnie 4 kg mniej, więc może nie być jeszcze różnicy takiej jakiej chcesz, a na początek też może być trudno zacząć. Przynajmniej ja tak mam. Ale nie można się poddawać.

Ogólnie super, że masz plany i cele, ale nie zawyżaj sobie poprzeczki. Zmniejsz wymagania i daj sobie trochę luzu. Wyrzuć muszę ze słownika :)

Pozdrawiam

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×