Skocz do zawartości
Nerwica.com

Agaton1

Użytkownik
  • Postów

    4
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Agaton1

  1. Agaton1

    Witam

    Pewnie tak trzeba zrobić w końcu - zapisać się. Szkoda tylko ze na NFZ trzeba czekać miesiąc żeby w końcu się dostać. PS. cześć facet
  2. Agaton1

    Witam

    Z tymi paznokciami trochę racji jest. Ostatnio miałam trochę lepszy humor, to kupiłam sobie w Rossmannie pastelowe 2 - różowy i turkus. Teraz tak mi miło jak patrze na stópki Tylko że to faktycznie drobnostki - miłe ale na krótko. Wiem że kobiety atrakcyjne mogą być w każdym rozmiarze. I jestem zadbana, mam fajne ciuchy i to dużo (miałam jeszcze więcej, ale że przestałam się mieścić...), więc na co dzień wyglądam na prawdę spoko. Makijaż, włosy etc. (lubię moje oczy, to mogę przyznać). Tylko nie założę sukienki, spódnicy, bluzki choć trochę dopasowanej. Przykrość sprawia mi nawet nie to, że jestem o te 20 kg grubsza, tylko to że kiedyś taka nie byłam i że tak szybko to się stało. Ale to wszystko nic, bo najważniejsze dla mnie jest to że ja się źle w sobie czuje, a to co ludzie pomyślą schodzi na drugi plan. Nawet wielka miłość mojego chłopaka i jego wieczne napalenie na mnie nie zmieniają mojego toku myślenia. Niestety to ma też ogromny wpływ na nasze pożycie łóżkowe, bo ja się krępuje, nie czuje się sexy. Mam wrażenie że jestem jak wieloryb wyrzucony na brzeg. A poza tym mam zerowe libido(kolejna cegiełka), więc nawet nie mam tego pazura żeby olać tuszę i mrauuu
  3. Agaton1

    Witam

    Uspokajam, głupota nie doszła :) Planowałam się gdzieś wybrać na pogadanie, ale wyszło jak ze wszystkim... Więc na razie się nie leczę. Z tym zapisywaniem co jadłam, już przerabiałam, przerwałam po tygodniu. Ale postaram się ponownie, podobnie jak rozpisywanie rachunków za żywność. Starałam się też przekonać do 5 posiłków dziennie, ale nie jestem w stanie jeść bananów, marchwi, jabłek, etc. na okręta. Wolę już nic nie zjeść, a to niezdrowe, wszyscy wiedzą dlaczego ps. Lubie moje 160 cm wzrostu - jedna z niewielu rzeczy we mnie do lubienia
  4. Agaton1

    Witam

    Cześć, Ostatnio jest ze mną coraz gorzej i chociaż w minimalnym stopniu staram się sobie jakoś ulżyć (po pomóc nie potrafię). Stąd pomysł wylania żali na forum. Nie wiem czy to dobry pomysł, czy też zły, ale nikogo tym nie krzywdzę, więc czemu nie... Mam 23 lata i czuję, że dotarłam już do kresu. Mniej więcej od 2 lat czuję że życie przecieka mi przez palce. Doszło do tego że obecnie jestem jednocześnie zupełnie zobojętniała, przerażona i smutna - w zależności na czym akurat zawieszę myśli. Praktycznie od 2 lat staram się zmienić ten stan. Piszę postanowienia, listy, przyrzeczenia, zapiski w kalendarzu - obietnice zmiany, która nigdy nie nadeszła. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że to wyłącznie moja wina i moje działania, a raczej ich brak, są przyczyną takiej sytuacji. Problem w tym, że nie mogę. Nie, że nie chcę - nie mogę. Te wszystkie plany powstają w głowie, ten zapał do czynów się pojawiał, ale na tym koniec. Jakbym była sparaliżowana, żyła w gęstym budyniu. Każda najmniejsze zadanie wymaga ode mnie ogromnego wysiłku i najczęściej myślę o tym przez kilka dni, zanim to zrobię (pranie potrafię "robić" tydzień). Większość zadań, niestety pozostaje tylko w sferze planowania i zapału w głowie. Przez to wkopuje się w coraz większe bagno problemów i o ironio, większej ilości pracy. Powiecie, że leniwa, że to zwykłe niechciejstwo. Może jest i tak, może szukam wymówki... Niestety ja problemu nie potrafię rozwiązać, nie tak jak powinno się to robić. Jednocześnie mam dość moich obietnic, które każdego miesiąca i tak okazują się być płonne. Mam dość tego budyniu, tej ciężkości, zarówno fizycznej jak i psychicznej. Mam dość poczucia winy w stosunku do samej siebie i świadomości, że i tak tego nie jestem w stanie zmienić. Mam dość smutku, rozdzierającego smutku, który dławi mnie w gardle i stara się wyrwać na zewnątrz. Mam dość siebie, mam dość mojego życia... Dlatego coś sobie postanowiłam, ten ostatni raz. I tym razem mam nadzieję dotrzymać obietnicy. Na początku czerwca, postanowiłam, że daję sobie miesiąc na zmiany. Jeżeli jednak będę stała w tym samym miejscu, co na początku miesiąca, to znaczy że już nigdy nić nie zmienię i zawsze będzie tak jak teraz. A ponieważ męczy mnie to bardzo, postanowiłam zakończyć moją żałosną egzystencję. Stan na dzień dzisiejszy, rokuje że obietnicy dotrzymam. Może ktoś zapyta (a może i nie...), jakie to zmiany chce wprowadzić w moim życiu, a z którymi tak sobie nie radzę. Nie jest to nić wybitnego, ani nawet oryginalnego. Ale dla mnie jest wystarczające. Po pierwsze, muszę ukończyć studia. Wydaje się banalne, ale nie dla mnie. Ze studiami, nigdy nie miałam problemu. Powiem więcej, im dłużej studiowałam tym lepiej mi szło. Obrona licencjatu i same nawet jego pisanie, to była bajka - proste, łatwe i przyjemne. Mało tego, skończyłam jeszcze dodatkowo studia zaoczne. Niestety tak kolorowo już nie było z mgr. Po 3 latach licencjatu, przeniosłam się do Warszawy. Była to totalna zmiana mojego dotychczasowego życia. Zmieniłam miasto, uczelnię, zamieszkałam z chłopakiem, po roku zaczęłam pracę i przeniosłam się na zaoczne. Dużo jak na 2 lata i chyba mnie to przerosło. Nowa uczelnia od początku mnie dobijała - atmosfera wyścigu szczurów, podkładania świń i wywyższania się na zasadzie "bo ja licencjat mam z uw". Zajęcia nudne, wtórne, wykładowcy podobnie jak niektórzy studenci, gloryfikowali licencjat z uw, a studentów z innych uczelni jak idiotów, którzy o niczym nie wiedzą (licencjat mam z UMCS, który na głowę bije UW jeśli chodzi o atmosferę i poziom nauczania). Taka atmosfera była masakrycznie wręcz irytująca i żałosna. Bardzo mnie to zniechęciło do uczęszczania na zajęcia, a po przenosinach na zaoczne, już w ogóle nie chciało poświęcać mi się jedynych wolnych dni na marnotrawstwo mojego czasu. Oczywiście zdaję sobie z tego sprawę, że to był błąd, bo teraz mam ostatnie 2 tydz. studiowania, a mam więcej do nadrobienia niż kiedykolwiek - wszystkie nieobecności plus kolokwia muszę przecież pozaliczać. Dodatkowo jeszcze dochodzi problem z magisterką. Zostały mi 2 tydz na napisanie I rozdziału, inaczej będę miała problemy z zaliczeniem. Resztę bronię we wrześniu. Niestety tutaj już nie ma irytacji i zniechęcenia, jest za to mój nieszczęsny "budyń"... De facto potrzebne książki mam, temat też interesujący i taki jak sobie wymarzyłam. Problemem jest moja niemoc, jak we wszystkim z resztą. Niemoc z którą sobie nie radzę i której nie potrafię przezwyciężyć. Na razie czytam, podkreślam, notatkuje. mam długi weekend na napisanie pracy. Czy mi się uda, nie wiem. Po tym miesiącu jednak, i tak nie będzie miało to znaczenia. Kolejny kamyk, który mnie uwiera w bucie to ja. Tylko tak dla odmiany ja zewnętrzna. Bo czy wspomniałam, że przez 2 lata dorobiłam się 20kg na plusie do dźwigania? Niestety przykra rzeczywistość jest taka że przy 160 cm, jestem po prostu gruba. Nie ma spaczonego obrazu siebie, wiem że nie jestem spaślakiem, wielorybem, etc. Ale estetycznie i zdrowotnie rzecz ujmując mam nadwagę. Jest to dla mnie niekończącym się źródłem cierpienia i jednocześnie zaczątkiem błędnego koła. Zawsze lubiłam szamać i zawsze miałam małe problemy z utrzymaniem wagi. Zajadem problemy. W sumie radości też. Wiem oczywiście, jakie to poważne przestępstwo - ciężko nie wiedzieć, jak się wchodzi na poradniki internetowe traktujące o zdrowym odżywianiu się i diecie. A jednak to robię. Jak mi smutno to się pocieszę, jak wesoło, to wynagrodzę. Najczęściej mackiem, albo chrupkami, albo ciasteczkami, albo, albo, albo... Mam jednak wrażenie, że ostatnio przybrało to jeszcze inną formę - przymus. Wiem, że nie mogę szamać, nawet czasem nie chcę, ale i tak to robię. No nie ma co się rozpisywać, kolejna porażka i tyle. Powiecie, rusz w takim razie ciężką dupę. Ja powiem, że ruszałam. W ruch szła joga (trochę też na nerwy), ćwiczenia z YT, hantelki, nawet biegałam z przyjaciółką. I co? I wszystko na nic. Podobnie jak ze wszystkim innym, "budyń" mnie zwyciężył. Do końca miesiąca, muszę poczuć, że coś zrzucam. Nie od razu, że jestem laska 20 kg mniej, ale żeby te spodnie, które niedawno kupiłam, nieco bardziej z tyłka zwisały. Kolejna sprawa to praca zawodowa. Tej wiem, że nie uda się zmienić ot tak, ale przynajmniej żebym działała w tym temacie. Wyjątkowo z tym nie miałam problemu przez ostatnie dni. Może dlatego, że obecna jest tak licha i w******jąca, że czym prędzej chce stamtąd czmychnąć. Problemem jest też kasa, a raczej jej brak. W kwietniu pracę zmieniałam, trochę posiedziałam na bezrobociu (niedobry okres bo święta i długi weekend majowy) i niestety przyczyniło się to do braku zarobków, a z braku oszczędności, pojawiły się problemy. Nie ma tak że za czynsz nie zapłacę, ale każdorazowe wyjście do sklepu po zakupy spożywcze przyprawia mnie o ból brzucha, płacz i praktycznie torsje. Więc szukam, szukam. Jednak bezpłodne rozmowy kwalifikacyjne, które niczego nie przynoszą, też nie poprawiają mojego samopoczucia i samooceny. A świadomość, że ja 23 letnia dorosła kobieta, prawie nie umiem sama się utrzymać, powoduje u mnie straszny wstyd i poczucie winy. To tak w największym skrócie na jaki było mnie stać, z grubsza wszystko. czuje się ciężarem dla rodziców i wielkim zawodem, zwłaszcza jeśli chodzi o studia. Wiem też że przysparzam problemów i zmartwień chłopakowi. On bardzo mnie kocha i wspiera, ale kto na dłuższą metę chciałby być z takim nieudacznikiem i spaślaczkeim. Nie widzę generalnie drogi przede mną, nie widzę chęci do życia, nawet już chęci do zmian. Chciałam nawet umówić się do psychologa (?), ale jak ze wszystkim zabrakło mi determinacji. Trochę też boję się iść, w sumie nie wiem dlaczego. Jednak strach przed wyjściem, ludźmi i generalnie fobia społeczna nie są mi obce. Czasami zdarzają mi się napady lęku, kiedy wychodzę z domu. Dlatego staram się wychodzić jak najmniej, i najlepiej jak mnie nie widać. Ostatnio ograniczyłam też kontakt z przyjaciółkami, bo jakoś tak zawsze po spotkaniu z nimi, czuję się jeszcze gorzej. Podejrzewam, że przyczyna jest niejako we mnie - szukałam u nich wsparcia i pocieszenia, kiedy było mi źle (poza tym same zauważały żem smętna), a one dały mi je ale na swój sposób. Zostałam uraczona tekstem, że nie mam powodu żeby być nieszczęśliwą, ponieważ moich rodziców stać było na to żebym studiowała dziennie i nie musiałam iść do pracy od razu po maturze. Poza tym jak jest mi smutno, to powinnam zacząć coś robić, być aktywna i najlepiej zmienić nastawienie i myśleć pozytywnie. Wiem że one chciały dobrze, ale widać na mnie to nie działa. Ot taka wybrakowania jednostka. W sumie w dniu dzisiejszym mogę powiedzieć że radość sprawiają mi dwie rzeczy - mój chłopak, którego bardzo kocham (wiem on to nie rzecz, ale brakuje mi wspólnego określenia) oraz zwierzęta. Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, lubię je obserwować. Nawet zwykłe gołębie. I psy na spacerze z panem - takie radosne i oddanie *_* Bardzo chciałabym mieć kotka (pieska tez, ale nie mam możliwości wychodzenia z nim tak często jak się powinno, a nie chcę biedaka męczyć) i myślę że to dałoby mi dużo radości. Ale po pierwsze, słabo stoimy z kasą, a po drugie nie chce zostawiać chłopaka samego z futrem, kiedy już mnie nie będzie. Rozpisałam się niemożebnie, ale wszystko to,a nawet więcej, we mnie siedzi. A do czytania przecież nikt nie zmusza, prawda?
×