Są politycy, z którymi sympatyzuję, ale nie partie. Od lat nie chodzę na wybory z tego powodu – nie czuję się wystarczająco reprezentowany.
Z prawnego punktu widzenia udział w wyborach jest prawem, a nie obowiązkiem, i właśnie tak to postrzegam. Mało tego, uważam, że mówienie o „obywatelskim obowiązku głosowania” jest w dużej mierze frazesem mającym zachęcić ludzi do udziału w wyborach.
Moim zdaniem demokracja przedstawicielska w obecnym kształcie zdążyła się brzydko zestarzeć. Nie żyjemy już w czasach, gdy trzeba było wybierać spośród lokalnych przedstawicieli osoby, które fizycznie zaniosą nasz głos do stołecznej trybuny. Dziś dysponujemy cyfrową, prawnie potwierdzoną tożsamością i technologią, która umożliwia obywatelom bezpośredni udział w podejmowaniu decyzji.
Najbardziej przekonuje mnie model demokracji płynnej (liquid democracy). W sprawach, które mnie interesują lub na których się znam, mógłbym głosować osobiście. Natomiast w tych, które są mi obojętne albo wymagają specjalistycznej wiedzy, mógłbym czasowo przekazać swój głos wybranemu przedstawicielowi, z możliwością cofnięcia tego upoważnienia w każdej chwili.