Skocz do zawartości
Nerwica.com

Czy też nic Wam się nie chce?


Gość brak uczuć

Rekomendowane odpowiedzi

Mam wiele diagnoz, ale ostatnia brzmi: stan porderline, pogranicze zdrowia i schizofrenii ( nie tyle osobowość borderline, ale stan)...głównym problemem jest zanik uczuć, z wyjatkiem uczucia pustki, anhedonii i depresji (cierpienia)... i nic mi sie nie chce....przestaly mnie interesowac nawet rzeczy, ktore mnie interesowaly...do wszystkiego nawet do obiektywnie przyjemnych rzeczy jak spacer, ksiazka, film-musze sie zmuszac...moj lekarz upiera sie, ze mechanizm tego jest nerwicowy i z kregu zaburzen osobowosci,a nie schizofreniczny...Stad mam pytanie do osob z zaburzeniami osobowosci czy tez tak macie, ze nic Wam sie nuie chce? przypuszczam, ze nie jestescie w az tak tragicznym stanie jak ja i przyjemnosci nadal lubicie, ale jak jest z wypelnianiem obowiazkow?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja potrzebuję dodatkowej motywacji. Myję się, golę, piorę, aby nie straszyć ludzi na ulicy. Wychodzę z domu, aby nie zdechnąć z głodu. Filmy, książki - czasem mnie coś wciągnie, ale sięgam po to dla zabicia czasu. Spacer - rzadko, czasem wsiadam na rower i jadę do lasu. Cała reszta to "nie chcem ale muszem".

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ta, nie potrzeba zaburzeń osobowości żeby nic się nie chciało. nie uważam, żebym była patologicznie leniwa. to chyba jednak coś więcej. po krótkiej remisji znów mi się nie chce. większość czynności jakie wypadałoby wykonać w ciągu dnia napotyka na opór tajemniczej materii. podobnie - przydałaby się dodatkowa motywacja, bodziec z zewnątrz, którego brak. żaden nie jest na tyle "atrakcyjny", żeby mnie wykopać ze spirali nie-chcenia. pozostaje się zmuszać, ale lepsze to niż zalec na amen.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

mialam tak kiedy wpadłam w głębszą depresję. Przestałam robić cokolwiek, nic nie sprawiało mi radości. Jestem maniaczką serialową, uwielbiam je - nie potrafiłam na raz zobaczyć jednego odcinka. Po 10minutach byłam już rozdrażniona. Robiłam kolczyki, sprawiało mi to przyjemność, a wtedy? Miałam wszystko gdzieś. Nie miałam żadnej inwencji ani ochoty. Jak ktoś do mnie przychodził to też wytrzymywałam maks 15 osób, potem siedziałam i tylko marzyłam o tym, żeby wyszedł. Często zresztą przepraszałam, mówiłam że jestem zmęczona i kładłam się spać...

teraz, już jest lepiej, ale zostało mi od tego czasu to, że film w całości mi ciężko zobaczyć, nie cieszy mnie (na pewno nie tak jak wcześniej) robienie zdjęć, czy jakiś innych kolczyków czy takich tam, nie mam czegoś co lubię tak naprawdę. Książek też prawie nie czytam a kiedyś pochłaniałam, z ludźmi spotykam się właściwie kiedy muszę bo rzadko sama z siebie chcę, i dręczy mnie prokrastynacja. i to taka ciężka do opanowania. heh. i tak. właściwie nigdy nic mi się nie chce.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Marek77, wiesz co, teraz nic nie biorę. wtedy brałam różne. ale czy pomagały... nie wiem. brałam pramolan, nie działał ani trochę (ale wtedy to ze względu na nerwice), potem citabax przez jakiś czas, pod koniec jeszcze miansec. Nie widzialam, żeby jakoś specjalnie dobrze działały, otumaniały mnie chyba głównie. Doraźne były skuteczniejsze (cloranxen, xanax). Teraz jestem tylko na zomirenie w sytuacjach kryzysowych, ale raczej nerwicowych, od czerwca nie biorę żadnych innych leków. Ale nie powinnam doradzać w tej kwestii bo całkiem mozliwe, że jednak powinnam się udać do lekarza i coś brać...

a z najgorszego dna raczej wyszłam dzięki terapii (którą też przerwałam..), tak mi się wydaje.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jak ktoś do mnie przychodził to też wytrzymywałam maks 15 osób,

15 osób :shock: Ja przy więcej niż dwóch zrobiłbym wypad, a przy 15 psychiatryk. Od czterech lat przyjmuję pojedynczo raz na 3 miesiące.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

przypuszczam, ze nie jestescie w az tak tragicznym stanie jak ja

 

Pisząc tak, Ty chyba nie wiesz, co to są tragiczne stany.

Masz siłę, motywację i chęć chociażby do tego, aby otworzyć komputer, zalogować się i pisać o swoim cierpieniu, odczuwasz potrzebę kontaktu z ludźmi choćby w takiej formie. To znaczy, że nie jest tragicznie. To jeszcze nie jest totalna anhedonia.

Wiem, co mówię.

 

Totalna anhedonia jest wtedy, jak nie masz ochoty i siły nawet nacisnąć "power" w laptopie, ani pisać, bo Ci to zwisa. Ani nawet narzekać się już nie chce, bo po co. I nie jesteś w stanie nic zjeść, bo posiłek, gryzienie, przełykanie, to katorga. I nie potrafisz znaleźć nawet ani jednej myśli w głowie, która dawała by choć minimalną przyjemność lub nadzieję. I lądujesz w szpitalu w pasach, bo nie możesz znieść nie tyle życia, co samoświadomości. Pomijając już stany, gdzie człowiek ma tak przerażające omamy, że sika pod siebie.

 

Z mojego doświadczenia "brak uczuć" to stan, który zabezpiecza przed jeszcze większym, o ironio, cierpieniem. Po prostu odczuwanie i potrzebowanie widocznie tak mocno Cię bolało (lub bolałoby), tak bardzo cierpiałaś, że "wolisz" - z dwojga złego - nie czuć nic, niczego nie potrzebować. Bo tak jest trochę bezpieczniej. Tak więc odcinasz się od uczuć, potrzeb nie do zaspokojenia, aby to nie bolało, ale niestety zarazem znika też możliwość przeżywania przyjemności, bo człowiek odcina się od przeżywania w ogóle.

 

Skąd to się wzięło u Ciebie? Nie wiem. Może poszperaj w relacji z rodzicami, z przeszłości. Być może pewne rzeczy tak bardzo Cię bolały, że "postanowiłaś" nie czuć, zamienić się w cyborga, który nie odczuwa, bo po co czuć, jak to same przykre rzeczy są. Na jakiś czas taka znieczulica działa obronnie... Być może ten mechanizm się za Tobą wlecze do teraz...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mnie sie ta teoria wydaje bardzo prawdopodobna, zreszta tak samo dla mojego przypadku. Tylko ze ja zadnej traumy nie mialem, wiec dlaczego? Nie potrafilem radzic sobie nawet z najprostszymi rzeczami? Swiat mnie przerosl? Moze tak, bo teraz czuje sie niezniszczalny, stalem sie przeciwienstwem mlodego siebie - wstydliwego, zleknionego. Nie czuje bolu, strachu, ale tez radosc, milosci. Tylko co daje mi ta wiedza o sobie? Nie wiem, jak ja wykorzystac do zmiany.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Tylko ze ja zadnej traumy nie mialem, wiec dlaczego?

 

Uht, ja też tak do niedawna myślałam. Przecież nikt mnie nie zgwałcił, nie molestował, miałam co jeść, nie było problemu alkoholowego (w dzieciństwie), nie byłam bita do nieprzytomności, w domu nie było biedy. Miałam w ch.. książeczek, zabawek, ładne ubranka, cukiereczki. Były podróże, pieniądze na dodatkowe zajęcia. Moja rodzina z zewnątrz wydawała się przykładna, a w porównaniu do tzw. marginesu to już w ogóle - cud miód - patrząc z zewnątrz.

Więc jaka trauma?

 

Jednak w środku pod ładną powłoką gniło jak cholera. Okazuje się, że dla dziecka mega traumą jest po prostu (aż) odrzucenie emocjonalne. To jest bardzo głęboka rana, gdy dziecko nie czuje się kochane za to, że jest. Gdy czuje, że musi sobie na tę cholerną "miłość" w jakiś sposób zasłużyć. Przynosić świadectwa z czerwonym paskiem, nie płakać, bo to martwi mamusię, siedzieć cicho ze stulonym pyskiem i bezwzględnie wykonywać polecenia. Bo inaczej jest się odrzucaną, wyśmiewaną albo wyzywaną od małych kretynek i gorzej. To było dla mnie jak nóż w serce. Ja byłam taka ufna, bezbronna, pełna miłości do niej... a ona po mnie deptała, bardzo "subtelnie". (Problem w tym, że teraz ja tak samo depczę po sobie i to jest do zmiany).

 

Traktowała mnie też jak małego głupka, ofiarę i ciamajdę, ciągle wyręczając lub poprawiając po mnie - to też jest trauma, bo teraz trudno mi odczuwać satysfakcję z tego, co robię, mając od małego wpojone, że cokolwiek robię to robię to beznadziejnie. Mam lęki przed popełnianiem błędów, bo to grozi odebraniem sobie prawa do miłości. Więc "lepiej nie robić nic", popaść w marazm.. Niechcica do robienia czegoś męczy, owszem, ale zarazem mnie chroni przed potencjalnymi porażkami. Bo co wtedy, jak mi się nie uda?? Przecież to będzie dla mnie koniec świata, bo się znienawidzę, bo nie mogę siebie kochać, gdy sobie nie radzę...

 

Ja się nigdy nie mogłam poczuć bezpiecznie (=kochana) ze swoją bezbronnością, strachem, złością, lękami. Szybko się nauczyłam, że trzeba sobie nałożyć kaganiec na emocje i zacząć udawać być kimś innym, omnipotentną "grzeczną" dziewczynką, "silną", posłuszną (grrr), która nikogo nie martwi swoimi emocjami. Najpierw zaczęłam udawać kogoś innego przed matką, a potem przed sobą samą. Byłam też przez matkę poniżana psychicznie tak wiele razy, że jako mała dziewczynka odrywałam się od emocji, aby nie czuć tej rozpaczy, i aby dodać sobie wartości i siły szczyciłam się tym "bezczuciem", tą znieczulicą. Byłam raczej opiekunką jej nastrojów - uważałam, aby jej nie zdenerwować, robiłam coś, aby zadowolić, kontrolowałam siebie, aby jej nie zmartwić, aby jej nie wyprowadzić z równowagi.

 

Nie potrafilem radzic sobie nawet z najprostszymi rzeczami? Swiat mnie przerosl?

 

Kurde, byłeś małym, bezbronnym i bezradnym dzieckiem, jak my wszyscy. Nie przyszedłeś na świat z instrukcją jego obsługi. To rodzice powinni Cię nauczyć, abyś sobie radził z tymi "najprostszymi rzeczami" oraz nauczyć Cię akceptacji tego, że czasem sobie nie radzisz i to jest ok, bo jesteś tylko (i aż) człowiekiem. Myślisz, że powinieneś mieć większą złość na siebie czy na nich?

 

Moze tak, bo teraz czuje sie niezniszczalny. (...) Nie czuje bolu, strachu, ale tez radosc, milosci.

 

Ale czy jesteś niezniszczalny? Brak radości i miłości bardzo niszczy. Zwłaszcza do samego siebie. Jesteś zdołowany, wypruty z sił, zmęczony... Nie jest tak? Poza tym, robiąc sobie bana na przeżywanie różnych emocji, dajesz się ciągle niszczyć rodzicom - tym z głowy.

 

Tylko co daje mi ta wiedza o sobie? Nie wiem, jak ja wykorzystac do zmiany.

 

Uht, hmm... fakt, sama intelektualna wiedza nic nie zmieni, trzeba zacząć przeżywać. Do niedawna miałam niemal cukierkową wizję mojego dzieciństwa, a to, że tak bardzo mi teraz źle tłumaczyłam sobie: "jakaś dziwna jestem, (nad)wrażliwa, nienormalna, mózg mam chory...". Nie wiem, czy masz podobnie, ale jeśli tak to z tym warto skończyć. Ja zaczęłam od tego, aby nazwać krzywdę krzywdą, konkretne zranienia z przeszłości. Trzeba bardzo wyraźnie postawić granice - Ty byłeś dzieckiem i miałeś swoje uczucia, a oni byli odpowiedzialni za Ciebie. Przestaję usprawiedliwiać rodziców i powoli zaczynam stawać po swojej stronie, swojego cierpienia. Przecież przez to, co oni mi robili, tu i teraz JA mam myśli samobójcze, lęki, depresje, nie wiem, kim jestem, bo nie wiem, co czuję, bo miałam przez nich wpojone, że moje przeżywanie jest 'be' oraz że muszę być "silna"=radząca sobie, żeby czuć choć minimalny szacunek do siebie. A oni czują się ok! Zaczyna mnie to wku*wiać, i dobrze. Coraz częściej pozwalam sobie na odczuwanie złości wobec nich, na oburzenie za to, co mi robili i czego zaniechali. Co to daje? Dzięki temu przyzwoleniu na gniew na nich stopniowo przestaję niezasłużenie katować i obwiniać siebie, obracać tę złość i agresję przeciw sobie (co jest bardzo depresjogenne). Stawanie po swojej stronie daje siłę, szacunek do siebie. Coraz częściej daję sobie prawo do czucia się jak człowiek, a nie jak bóg doskonały - czyli, że mogę sobie czasem z czymś nie radzić i nie jest to powód do nienawiści wobec siebie (bo niby dlaczego?? oburzające jest raczej to, że rodzice mi nie dali na to przyzwolenia, tylko wymagali bycia cyborgiem - okrutne Z ICH strony!), że są rzeczy, które mnie przerastają, że mam prawo mieć gorszy nastrój, że mam prawo czuć się bezsilna (to mi przychodzi najgorzej..), gdy pewne rzeczy ode mnie nie zależą. Czasem mi się to udaje i jest to świetne uczucie, gdy akceptuję w sobie to, że mogę być po prostu ludzka... jakbym odzyskiwała prawdziwą tożsamość :) Taki luuuz... Nawet teraz się wzruszyłam, pisząc to...

 

Ale generalnie to wszystko jest tak utrwalone, ten lęk przed utratą "miłości" innych do mnie i do samej siebie, że na razie to są dość rzadkie przebłyski i ciągle często biorę winę na siebie i wyładowuję się na sobie. Nie tylko w związku z rodzicami, ale tu i teraz w relacjach z ludźmi - ktoś mnie zrani i zlekceważy to zamiast stanąć po swojej stronie, prędzej obwinię siebie, że widocznie ja jestem tak beznadziejna, że mnie ludzie ranią, mam opory przed obronieniem się, izoluję się, uciekam w depresję, tnę siebie...

 

Ufff... chyba przegięłam z zawartością posta... :roll:;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Może poszperaj w relacji z rodzicami, z przeszłości

szperałam i przerabiałam to miliony razy...i nadal nic nie czuję, nic nie przeżywam

 

To znaczy, że tak naprawdę wcale tego nie przerobiłaś.

Co najwyżej intelektualnie rozłożyłaś na czynniki pierwsze i "zrozumiałaś".

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ale ja naprawde nie wiem, czy moglbym cos zlego powiedziec o mojej rodzinie. Moze to, ze praktycznie wychowywalem sie bez ojca. To podobno stwarza wieksze problemy w doroslym zyciu niz jakies nerwice czy cos (badania). No i fakt faktem, ze jak mysle o tym, to zawsze mialem etykietke geniusza naklejana przez mame i stawiane oczekiwania. Mimo ze nie mowila tego wprost to czesto slyszalem zawod w jej glosie, kiedy te oczekiwania nie byly spelniane itp. Dalej mam takie poczucie, ze jestem jakis wybitny, uzdolniony i marnuje talenty, robiac cos innego niz nauka. Teraz juz sie tego pozbylem, ale tylko dlatego, ze wszystko stalo sie dla mnie obojetne.

Mysle tez, ze za moj stan w duzej mierze odpowiedzialny jest moj biologiczny ojciec, ktory tez podobno byl wielkim dekadentem. Wiec pewnie jakis bezsens zycia mam zapisany w genach (depresja, dystymia, nazywajmy to jakkolwiek)

 

Ja się nigdy nie mogłam poczuć bezpiecznie (=kochana) ze swoją bezbronnością, strachem, złością, lękami. Szybko się nauczyłam, że trzeba sobie nałożyć kaganiec na emocje i zacząć udawać być kimś innym, omnipotentną "grzeczną" dziewczynką, "silną", posłuszną (grrr), która nikogo nie martwi swoimi emocjami.

 

Ja czesto musialem pelnic role ojca w domu. Tzn. kiedy byla jakas panika ze strony mamy, np. zgubila pieniadze i wariowala z tego powodu, to ja musialem zachowac zimna krew, uspokoic ja, poszukac zguby. Wedlug psychoterapeuty to tez nie bylo bezpieczne dziecinstwo.

 

Ale czy jesteś niezniszczalny? Brak radości i miłości bardzo niszczy. Zwłaszcza do samego siebie. Jesteś zdołowany, wypruty z sił, zmęczony... Nie jest tak? Poza tym, robiąc sobie bana na przeżywanie różnych emocji, dajesz się ciągle niszczyć rodzicom - tym z głowy.

 

Tak, nie mam checi, motywacji, radosci. Ale mimo wszystko jestem niezniszczalny (naprawde sie tak czuje). Nie boje sie niczego, wlacznie ze smiercia. Ostatnio jakis gosc chcial mi przypieprzyc za to ze zajechalem mu droge na skrzyzowaniu. Jechal za mna i w koncu na czerwonym swietle wysiadl, otworzyl mi drzwi i zaczal sie drzec przez minute: "Najebac ci, kurwa? Najebac ci? Naucze cie, kurwa, jezdzic!" Moje serce nawet nie zmienilo rytmu, tylko bylem poirytowany, ze robi taka szopke na srodku drogi i odpowiedzialem mu: "Nie, dziekuje. Nie musi pan. Wydaje mi sie, ze raczej umiem jezdzic." Zero reakcji emocjonalnej z mojej strony na jego dasy. Ja sie dzieki temu czuje silniejszy. Z jednej strony nienawidze tego stanu, a z drugiej czuje, ze stalem sie silniejszy, madrzejszy. Nawet bol nie jest dla mnie przeszkoda. Bo bol to w znacznej mierze to reakcja emocjonalna. Mialem taki gorszy moment, takiej faktycznej depresji, ze wzialem noz kuchenny, wlasciwie to tepy, i zaczalem sobie ciac zyle na rece, z ciekawosci. Powolne, dlugie ruchy. Strasznie to szlo, w ogole skora nie chciala puscic. W miedzyczasie ogladalem jakis brazylijski serial, co jakis czas ruszajac nozem i wchodzac glebiej. Nie czulem jakiegos wielkiego bolu, lekkie pieczenie.

 

Uht, hmm... fakt, sama intelektualna wiedza nic nie zmieni, trzeba zacząć przeżywać. Do niedawna miałam niemal cukierkową wizję mojego dzieciństwa, a to, że tak bardzo mi teraz źle tłumaczyłam sobie: "jakaś dziwna jestem, (nad)wrażliwa, nienormalna, mózg mam chory...". Nie wiem, czy masz podobnie, ale jeśli tak to z tym warto skończyć.

 

Tak mam. Bo nie potrafie dostrzec winy rodzicow. Zreszta ja zawsze widze tylko swoja wine. Moje poczucie wlasnej wartosci nie istnieje. Ja w ogole siebie nie widze jako osoby. To troche dziwne. Gdybym znalazl sie w takim chorym eksperymencie, gdzie moge ocalic albo siebie albo jakiegos idiote, prawdopodobnie ocalilbym tego drugiego, bo ja nie czuje totalnie swojej wartosci. Ja naprawde nie czuje w ogole mocy swoich slow, swojego zdania. Nie mam swojego zdania. Nigdy nie zylem dla siebie, a paradoksalnie jestem wielkim egoista. Potrafie tylko o swoich problemach myslec, nie ma we mnie empatii. :(

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ale ja naprawde nie wiem, czy moglbym cos zlego powiedziec o mojej rodzinie.

 

Może zacznij od tego, jak Ty się czułeś w różnych sytuacjach jak byłeś mały.

Jak je postrzegałeś jako małe dziecko.

 

jestem niezniszczalny (naprawde sie tak czuje). Nie boje sie niczego, wlacznie ze smiercia. (...) Moje serce nawet nie zmienilo rytmu (...) wzialem noz kuchenny, wlasciwie to tepy, i zaczalem sobie ciac zyle na rece, z ciekawosci. (...) Nie czulem jakiegos wielkiego bolu

 

No to chyba pozostaje Ci "pogratulować", że stałeś się cyborgiem za życia? Taką pustą kukiełką wyprutą z uczuć, robotem. Dla mnie to jest oznaką ogromnej słabości i poranienia, a nie siły. Bo silna osoba potrafi przeżywać i strach, i złość, i bliskość z drugim człowiekiem. Osoba słaba i poraniona się od uczuć odcina na różne sposoby - np.przez alkohol albo racjonalizację i intelektualizację (Tj. Ty).

 

Problem w tym, że jeżeli nie odczuwasz strachu i złości, tylko "nic" - można z Tobą zrobić wszystko. Splunąć Ci w twarz. Uderzyć. Wbić jajko na łeb i wyśmiać. Gwałcić Twoją żonę na Twoich oczach. A Ty będziesz sobie siedział obojętnie jak kozioł ofiarny - skoro Ci to obojętne. Owszem, to będzie świadczyło źle o tych osobach, nie o Tobie. Ale czy naprawdę chcesz być kimś, kto sobie na te rzeczy pozwala?

 

tylko bylem poirytowany, ze robi taka szopke

 

No jak to poirytowany? Przecież nic nie czujesz. Nic to nic.

To jak w końcu?

 

Myślę, że dopóki nie obalisz twierdzenia, że uczuciowa znieczulica jest siłą i wartością, dopóty nie będzie postępów w Twoim zdrowieniu i leczeniu. Będziesz odrzucał wszelkie argumenty, które temu przeczą. Dlatego, że to jest Twoja obrona, rezygnując z niej mógłbyś się z początku zderzyć z potwornym cierpieniem i bezradnością (przejściowo) i dlatego tak się chełpisz tym, że "nie czujesz". Bo nie widzisz tego, co mógłbyś mieć w zamian, czegoś, co by Cię lepiej chroniło. I dlatego też bronisz rodziców, nie potrafisz dostrzec ich winy, wolisz zwalić na geny - bo gdybyś to dostrzegł, tak emocjonalnie, to zacząłbyś czuć, bardzo mocno. A Ty się tego potwornie boisz, bo wtedy runęłaby Twoja "siła". Tak to widzę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zle mnie zrozumialas. Ja nie twierdze, ze to jest sila. Tzn. ja sie w tym nie plawie, ze jestem super silny, nie jestem zadowolony z tego powodu. Nie uwazam tego za wartosc. W ogole w moim przypadku slowo uwazac, to jakas abstrakcja. Nie stac mnie na takie sady. To nie jest ani wartosc, ani cos zlego, po prostu jest. Nie chce tego, ale nie mam nic poza tym. Przyklady podalem, zebys mogla sobie uswiadomic, jakim wlasnie cyborgiem jestem. Ale nie cieszy mnie to, ze nie bylem wtedy poruszony. Nie 'jaram' sie tymi sytuacjami, tym cieciem. Tylko z racjonalnego punktu widzenia to jest sila. Moglbym isc na wojne i zostac saperem, bo zdrowy czlowiek sie takiej pracy nie podejmie. :)

 

Irytacja to nie uczucie. A moze tak? Nie wiem. Po prostu wkurzyl mnie fakt, ze gosciu sie tak emocjonuje o taka pierdole. Ale to nie byla zlosc w normalnym tego slowa znaczeniu, tylko na zasadzie: 'ja nie moge, po co on to robi, i tak mam go w dupie, niech zamknie te drzwi i wroci juz do auta'.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Po prostu wkurzyl mnie fakt, ze gosciu sie tak emocjonuje o taka pierdole.

 

Wiesz, czym jest projekcja, prawda?

Najbardziej wkurza nas w innych to, co sami MAMY stłumione, i czego nie akceptujemy u siebie...

 

-- 26 kwi 2011, 21:50 --

 

Ale to nie byla zlosc w normalnym tego slowa znaczeniu

 

Kurczę, ale musisz się bać własnej złości...

 

P.s. Myślę, że Cię dość nieźle rozumiem, naprawdę ;)

 

-- 26 kwi 2011, 21:56 --

 

Tylko z racjonalnego punktu widzenia to jest sila. Moglbym isc na wojne i zostac saperem, bo zdrowy czlowiek sie takiej pracy nie podejmie. :)

 

Idąc tym tropem myślenia to najsilniejsi są samobójcy, co?

Nie czują lęku przed śmiercią, nie boją się wysokości, nadjeżdżającego pociągu, niebezpieczeństw...

Tylko dziwnie czemuś nie mają siły, aby ŻYĆ.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No tak, mozna tak powiedziec, ze oni sa najsilniejsi. Chociaz wiem, ze akurat do samobojstw maja sklonnosci ludzie, ktorzy slabo ucza sie na wlasnych bledach i odczuwaja duzo mniejszy lek, wiec bohaterstwa w tym nie ma.

 

Wiem, czym jest projekcja i wiem, ze wlasnie dlatego mnie wkurzyl. Zazdrosc, ze on tak potrafi, a mi jak to ladnie powiedzialas, moznaby rozbic jajko na glowie i byloby mi to obojetne. Nie chce tego, ale nic nie umiem z tym zrobic. :( Moze masz racje, ze boje sie wlasnej zlosci. Ja sie w zyciu wscieklem tyle razy, ze mozna policzyc na palcach jednej reki, no moze dwoch. Wydaje mi sie, ze faktycznie moze byc we mnie duzo zlosci, ale nie potrafie jej uwolnic, bo musialbym ja jakos ukierunkowac. Nie potrafilbym sie wsciec na nic.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zazdrosc, ze on tak potrafi, a mi jak to ladnie powiedzialas, moznaby rozbic jajko na glowie i byloby mi to obojetne. Nie chce tego

 

A jednak chyba chcesz.

Tzn. wolisz.

Wolisz z dwojga złego nie czuć i nie konfrontować się z ewentualną swoją złością.

Takie mam wrażenie.

Ta obojętność, oprócz cierpienia, strasznie dużo Ci daje - to poczucie, że drugi człowiek nie jest Cię w stanie zranić, nic poruszyć w Tobie. A gdybyś poczuł złość to może byłoby to dla Ciebie upokarzające - no bo jak to, pozwolić na to, aby jakiś człowiek wzbudził we mnie emocje?! Never! Ceną za odblokowanie uczuć byłaby dla Ciebie utrata poczucia "niezniszczalności", którą utożsamiasz z siłą. Mógłbyś poczuć się słaby, bezbronny. Co wtedy z Twoją "siłą"?

Jeżeli są gdzieś tam w Tobie tego typu myśl,i to nie będzie w Tobie szczerej chęci, aby status quo (znieczulica) uległ zmianie. Za dużo do stracenia.

 

ale nic nie umiem z tym zrobic.

 

A jakby "nie umiem" zamienić na "nie chcę"?

 

Wydaje mi sie, ze faktycznie moze byc we mnie duzo zlosci, ale nie potrafie jej uwolnic

 

"Nie potrafię" = "nie chcę", "boję się"?

Nie chcę, bo jak uwolnię tę złość, to się okaże, że wcale nie jestem taki niezniszczalny, skoro inni ludzie mogą coś poruszyć we mnie. A nie chcę tego, to byłoby dla mnie upokarzające, pozwolić na to, aby ktoś mnie doprowadzał do złości. To tak, jakby oddać innemu człowiekowi kontrolę, wręcz władzę nad sobą! Nie chcę czuć, że ktoś ma nade mną władzę. Nie chcę poczuć się przez nikogo dotknięty.

 

bo musialbym ja jakos ukierunkowac.

 

No właśnie, i co wtedy?

Bo zazwyczaj nie "nic" nas wścieka tylko ktoś konkretny.

 

Najtrudniej jest ukierunkować złość dziecku na matkę, zwłaszcza gdy ma się poczucie, że matka może wtedy odrzucić, oddalić miłość i ciepło. Ja bardzo często miałam wrażenie, że matka czuje satysfakcję i władzę nade mną, gdy jej zachowania, poniżanie mnie itp. wywoływało moje silne emocje, złość na nią. Patrzyła na mnie z kpiną i uśmiechem, więc w głębi serca podświadomie pewnie obiecałam sobie, że jej tej satysfakcji nie będę dawać. I żadnemu innemu człowiekowi. No i "przestałam" czuć, a właściwie to okłamywać samą siebie, że nie czuję.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jejku..............ale tu fajnie :D

Normalnie psychoterapia w sieci! :D

 

Ups, Monika, ściągnęłaś mnie na Ziemię!

Czasem mi się włącza taki "analizator".

A przecież terapeutą nie jestem :roll:

No i nawet nie zapytałam Cię, Uht, czy właściwie Cię to nie wkurza.

Sorry, jakby co!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Co mnie wkurza? Ty? Wrecz przeciwnie. Slucham Twoich rad bardzo uwaznie. Dziekuje Ci za nie bardzo. Ostatnio tez o tym rozmawialem z psychoterapeuta. Doszlismy do takich wnioskow, ze ja zawsze mialem tak, ze musialem sie poswiecic dla innych. Np. bedac w grupie kolegow, widzac, ze jeden nie bawi sie dobrze, tez sie dla niego nie czulem dobrze, zeby nie bylo mu przykro. Zamiast go jakos wciagnac do zabawy. Do dzisiaj tak mam, w kazdej sytuacji, ze czuje, ze jestem jakos zobowiazany pomoc ludziom, kiedy tego potrzebuja, ale nie wynika to z mojego dobrego serca, tylko to jest jakis przymus, bo inaczej sie beda zle czul. Nie robiac nic dla siebie przez cale zycie, teraz czuje, ze nie mam zadnej tozsamosci. Nie czuje sie soba. Tzn. nie wiem kim jestem, ten 'ja', ktorym mialbym sie czuc.

 

Nie chcę, bo jak uwolnię tę złość, to się okaże, że wcale nie jestem taki niezniszczalny, skoro inni ludzie mogą coś poruszyć we mnie. A nie chcę tego, to byłoby dla mnie upokarzające, pozwolić na to, aby ktoś mnie doprowadzał do złości. To tak, jakby oddać innemu człowiekowi kontrolę, wręcz władzę nad sobą! Nie chcę czuć, że ktoś ma nade mną władzę. Nie chcę poczuć się przez nikogo dotknięty.

 

Tak, teraz te slowa wydaja mi sie bardzo odlegle, ale kiedy patrze, jak bylem mlodszy, to faktycznie radzenie sobie z emocjami bylo dla mnie strasznie ciezkie. Juz o tym pisalem, ale duzo bylo we mnie strachu, leku przed innymi. A z drugiej strnoy musialem bc silny i zaradny, bo pelnilem troche role ojca dla mojej siostry. Taka mieszanka mogla dac efekt, z ktorym do dzisiaj sobie nie radze - odcialem sie nie tylko od strachu i zlosci, ale od wszystkiego.

 

Najtrudniej jest ukierunkować złość dziecku na matkę, zwłaszcza gdy ma się poczucie, że matka może wtedy odrzucić, oddalić miłość i ciepło. Ja bardzo często miałam wrażenie, że matka czuje satysfakcję i władzę nade mną, gdy jej zachowania, poniżanie mnie itp. wywoływało moje silne emocje, złość na nią. Patrzyła na mnie z kpiną i uśmiechem, więc w głębi serca podświadomie pewnie obiecałam sobie, że jej tej satysfakcji nie będę dawać. I żadnemu innemu człowiekowi. No i "przestałam" czuć, a właściwie to okłamywać samą siebie, że nie czuję.

 

Ja naprawde nie potrafie sie na nia zloscic. Caly czas ja usprawiedliwiam, nie widze nic zlego w tym, co robila. A nawet jak cos takiego bylo, to w dobrej wierze. Nie bylbym fair, gdybym byl na nia zly o bledy, ktore popelnia kazdy. A moj psychoterpaeuta twierdzi, ze niewazne czy robila to w dobrej wierze czy nie, wazny jest moje stosunek do tego, jak to na mnie wplynelo. Ale czy gdyby kazdy myslal o rzeczach w ten sposob to swiat nie bylby brutalniejszym miesjcem?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Np. bedac w grupie kolegow, widzac, ze jeden nie bawi sie dobrze, tez sie dla niego nie czulem dobrze, zeby nie bylo mu przykro.
Ja naprawde nie potrafie sie na nia zloscic. Caly czas ja usprawiedliwiam, nie widze nic zlego w tym, co robila. A nawet jak cos takiego bylo, to w dobrej wierze. Nie bylbym fair, gdybym byl na nia zly o bledy, ktore popelnia kazdy. A moj psychoterpaeuta twierdzi, ze niewazne czy robila to w dobrej wierze czy nie, wazny jest moje stosunek do tego, jak to na mnie wplynelo. Ale czy gdyby kazdy myslal o rzeczach w ten sposob to swiat nie bylby brutalniejszym miesjcem?

I Twój terapeuta twierdzi, że jesteś psychopatą? Przecież to co piszesz, świadczy o wielkiej wrażliwości...

Jejku..............ale tu fajnie :D

Normalnie psychoterapia w sieci! :D

Podoba mi się to.

Monika, sorry, że to napiszę, ale Ty masz kompletnego bzika na punkcie psychoterapii...czy w ogóle potrafisz sobie wyobrazić normalne życie? Bez terapeutyzowania i analizowania wszystkiego? Bo sprawiasz wrażenie, jakbyś jakąś obsesję miała na punkcie psychoterapii - nie piszę tego złośliwie, ale może warto się zastanowić dlaczego tak uciekasz od zwyczajnego życia w ciągłą analizę? Czy siebie też tak analizujesz czy tylko innych? Bo powiem CI szczerze, że Twoje nieustanne rady dla WSZYTKICH żeby iść na terapię - DRAŻNIĄ!Jak to zwykle w życiu przesada jest niewskazana...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×