Skocz do zawartości
Nerwica.com

Osobowość chwiejna emocjonalnie (typ BORDERLINE)


atrucha

Rekomendowane odpowiedzi

piszę, bo chciałabym się podzielić czymś pozytywnym :yeah: (śmieszy mnie niesamowicie ta emotka!)

 

otóż nie chcę zagłębiać się w szczegóły i kogoś niepotrzebnie nakręcić, ale miałam (mam?) duży problem z samookaleczeniami. nawet fakt przebywania na oddziale zamkniętym - gdzie pielęgniarki przeszukały wszystkie moje rzeczy osobiste i zabrały wszelkie przedmioty nadające się do robienia sobie krzywdy (oprócz papierosów i zapalniczki, więc mam też blizny od poparzeń :/) - nie powstrzymywał mnie, gdy naprawdę nie mogłam znieść swoich emocji. bałam się, że jestem od tego uzależniona, sytuacja robiła się niebezpieczna. nie trafiały do mnie żadne argumenty, a właściwie to porządnie wkur.wiały mnie powtarzane cały czas teksty typu "taka ładna dziewczyna, a takie brzydkie blizny".

 

jak już wcześniej na tym wątku pisałam, podczas hospitalizacji zdiagnozowano u mnie m.in. padaczkę z napadami nieświadomości i włączono do leczenia depakine. nie zauważyłam tego na początku, ale po jakimś czasie moje tendencje autoagresywne znacząco zmalały :)))) i wydaje mi się, że to w dużej mierze zasługa depakine właśnie. [zastrzeżenie: fakty są takie, że większość 2013 i dwa pierwsze miesiące 2014 roku przesiedziałam w psychiatrykach; największe trudności interpersonalne ;) czyli koniec mega burzliwego związku i koniec toksycznej "przyjaźni" przeżyłam siedząc tam. teraz, już na wolności, jestem wolna również od tamtych spraw. także działanie leku mogło się w jakiś sposób połączyć z brakiem prowokujących bodźców.]

 

wniosek: jeśli któraś z Was czuje, że traci nad sobą panowanie w temacie samookaleczeń, to chyba warto spróbować, no bo co mamy do stracenia?

 

podejrzewam, że podobnie może działać lamotrygina i karbamazepina, ale ekspertem nie jestem.

 

i jeszcze... nawet jeśli macie wielkie, widoczne blizny, to Was nie szpeci, nie można na to w ogóle patrzeć w kategoriach estetycznych. to tylko oznaka, że jesteście ludźmi i, jak każdy, macie swoje demony... no, może ciut większe niż u innych! ale i tak zasługujecie na szczęście i zdrowie :****

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

hej:) nie mam borderline,nie wiem skąd moje autoagresje i wahania nastrojów,depresja...chyba jestem nieszczęsliwym człowiekiem po prostu,i nikt nie docenia tego,że jestem.Zawsze,pier...e k...a zawsze :)

spadam z forum,wszystkim życzę powodzenia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Znowu się poddałam i wszystko co złe wraca. Dwie sytuacje w tym tygodniu sprawiły, że poczułam się odrzucona. Mam tego dość, zawsze muszę być przez kogoś odrzucona, zlekceważona, odepchnięta. Nie wiem już co ze mną jest nie tak, czy jestem gruba, czy chuda to i tak zawsze to samo mnie spotyka. Ludzie chyba wyczuwają, że jestem jakąś wariatką. Znów pustka, samotność, depresja, bulimia. Pytałam terapeuty czy z tego da się wyjść, wyleczyć to, mówił, że tak, pewnie chciał mnie tylko pocieszyć, miałam przez to nadzieję, ale teraz wątpię, w sumie to wiem, że już to cholerstwo zostanie ze mną na zawsze.

Ciągle towarzyszy mi strach, boję się przyszłości, pracy, nie wiem czy ją znajdę, czy sobie poradzę, ciągle czuję się na 16 lat, jeszcze za wcześnie na dorosłość, nie wiem jak się w tym odnaleźć...:(

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Gość abstrakcyjna

Dawno nie pisałam, bo miałam sporo na głowie. Ale czytałam Wasze posty.

Tak się ostatnio zastanawiam. Czy potraficie wybaczać? Czy chowacie swoje urazy długo?

Czuję się samotna i niekochana. Męczy mnie przeszłość. Ale staram się nie zagłębiać w to wszystko. I nie mam na to czasu głównie. Ale czy zapełnienie całego wolnego czasu wypełni tę pustkę?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Tak się ostatnio zastanawiam. Czy potraficie wybaczać? Czy chowacie swoje urazy długo?

 

Ktoś mi kiedyś powiedział "nie trzeba żywić urazy, to sama zdechnie" ;)

 

Jaa.. bardzo pamiętliwa jestem i jeśli ktoś mnie zawiedzie, nie potrafię już mu zaufać a na pewno nie traktuję już do końca poważnie tej osoby. Bardzo nieufna jestem.

Wybaczać się nauczyłam , ale nie zapominam. Po prostu unikam później osób, które mnie ranią lub jeśli jest to bliska osoba, to staram się nie wchodzić na "trudne" tematy by nie było spięć no i nie zwierzam się już. To trudne.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Gość abstrakcyjna

Elend, I co z tym mogę zrobić?

 

Conessa, No ja też mam niefajne podejście. Nie za bardzo potrafię wybaczać. Raczej się izoluję od danej osoby. Wszystko długo pamiętam. Strasznie uciążliwe.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Gość abstrakcyjna

Elend, I co z tym mogę zrobić?

 

Conessa, No ja też mam niefajne podejście. Nie za bardzo potrafię wybaczać. Raczej się izoluję od danej osoby. Wszystko długo pamiętam. Strasznie uciążliwe.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No i najpierw trzeba wybaczyć sobie
nie wiem nawet, czy to ma cokolwiek wspólnego z wybaczaniem, ale ja się spodziewam, wręcz oczekuję, że zostanę porzucona, zdradzona, zraniona. nie potrafię nikogo za to winić.

ale jak wybaczyć sobie? zwłaszcza te sytuacje, kiedy śmiem uważać, że mam prawo ranić, bo to ja jestem tu ofiarą, nienawidzę wszystkich, rozpier.dolę wszystko et cetera...

 

:cry:

 

znowu się rozpadam. ciągłe ryczenie bez powodu, wybuchy złości, izolacja, lęk, nawrót myśli samobójczych, aż nagle robi się tego za dużo, przestaję należeć do tej planety i czuję jakbym zanurzyła się w mętnej wodzie.

nie umiem pokazać mojej t. siebie, tego, co przeżywam, jak przeżywam. nie ma we mnie żadnych granic ani konkretów. sama z "białą kartką" w pokoju rozsypuję się w drobny mak, nie potrafię uchwycić się czegokolwiek. nie chcę oszaleć znowu; nie wytrzymuję tego, kiedy się uśmiercam emocjonalnie; nie mam siły, by moje emocje unieść i nie wierzę, że ktokolwiek jest w stanie.

 

denerwuje Was pojawiająca się w niektórych publikacjach teza, że bordery nie mają autentycznego kontaktu z ludźmi/nie umieją prawdziwie kochać/nie mają pojęcia, na czym polega budowanie relacji? mnie zawsze denerwowała, nie uważałam, żeby to się zgadzało, przynajmniej w moim przypadku.

ale prawda jest taka, że nie umiem być blisko człowieka. przez wszystkie lata mojego życia ani razu nie miałam z nikim prawdziwego kontaktu. nie rozumiem siebie, nie czuję siebie, pływam we własnych odmętach próbując się w tym połapać, a wiem tylko tyle, że boli. gdzie tu miejsce na kogoś innego? czym ja jestem, skoro tego nie potrafię?

 

jak wybaczyć sobie coś takiego? jak?

 

jezu znowu ryczę, genialnie

jestem tak strasznie samotna

przepraszam, chciałam się wyżalić jakoś

kur.wa mać, :why:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

chalkwhite

zgadzam się z tobą, 'mam tak samo' jeśli chodzi o myslenie i czucie relacji z ludzmi i z t.

Mysle ze wybaczenie sobie to jeszcze nie ten etap po prostu więc wydaje sie nierealny

POza tym wybaczyc innym to chyba nie najlepsze określenie. Niektórzy uważają że nie trzeba wybaczać, raczej pogodzic sie z tym co nas spotkało. Choć inni uznają że owszem, potrzebne jest to do pełnego 'poradzenia sobie'. Ja nie wiem, jestem lata świetlne o tego i raczej nie mam zamiaru się poganiać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

To jest ten czas, kiedy dosłownie wszystko jest, kurwa, przeciwko mnie. Wszystko. Chodzę dzisiaj i łzy lecą mi z oczu (Mój przyjaciel doznał szoku- ,,Ty masz uczucia?" ;) ), a jednocześnie rozwalam przedmioty i walę w ściany. Może nie są to tragedie życiowe, ale w moim przypadku diabeł tkwi w szczegółach- drobniejsze rzeczy rozpierdalają mnie po tysiąckroć bardziej, niż rzeczywiste tragedie.

 

Popadam znowu w histeryczną nienawiść do swojego ciała, tyję, moje mięśnie po cząstkowej chemioterapii są bezwładnymi flakami, jestem o krok od niezaliczenia czegoś tak banalnego jak wychowanie fizyczne. Nie mogę na siebie patrzeć, najchętniej wzięłabym nóż i podziargała sobie nim skórę jak kiedyś. Od takich drobnostek się zaczyna. Ja, zawsze chwalona za inteligentną, bo zdolną w pewnych rzeczach, teraz traktowana jak ostatnie gówno. Dookoła mnie 28 osób całkowicie przeciętnych szykuje się do matury, podnieca nią i tylko o tym słyszę. I w tym wszystkim ja, nie mająca już szansy na zdanie. Znowu popadam w konflikty z nauczycielami; jedna z nich nie może zrozumieć, że jest mi kurewsko przykro, że zagiął mnie jeden cholerny przedmiot, uznała, że pragnę być debilem w życiu, toteż tak mnie traktuje; wczoraj darcie ryja bo nie zrobiłam bibliografii pracy maturalnej (mając świadomość, że jej nie piszę), dzisiaj, kiedy wykonałam ją - jako tako, bo na złość przez 3 dni nie miałam dostępu do elektryczności - z kolei docinki, że będzie się wstydzić dyrektorowi ją oddać pewnie, oczami za mnie będzie musiała świecić, hoho. Ludzie komentujący "powinnaś zdać tę szkołę, ta ta i ta zdaje", jakieś przypadkowe sytuacje, gdy ktoś coś słyszał i traktuje mnie jako przypadkowego typka, który opierdala się całe życie, cała ta otoczka tematyki studiów, kiedy mi przepada przed nosem wymarzony kierunek- JA PIERDOLĘ! CZEMU ŚWIAT NIE MOŻE JUŻ ZAMKNĄĆ RYJA I DAĆ MI SIĘ CZUĆ JAK ŚCIERWO W CISZY I SPOKOJU? Mam możliwości, mam osiągnięcia, znaczy, miałam. Teraz idzie się to jebać. I tak, mam szansę za rok, kiedy sobie tam będę chciała, ale w tym momencie jest jak jest i czuję się w nim jak gówno. Można mi w życiu powiedzieć wszystko i prawdopodobnie się nie wzruszę; ale kiedy ktoś sugeruje mi, że ostatni raz starałam się o cokolwiek jak zaczynałam chodzić, mam przegraną na własne życzenie i ogólnie jestem tępa i nieprzydatna, wtedy pękam. Żeby tego było mało, to ten okres, kiedy moi znajomi pozdawali prawo jazdy (nie stać mnie póki co, a nie mam fundatorów jak 80% społeczności), mamusie i tatusiowie kupują im samochody, wożą się z uśmiechem na twarzy bejcami i całym tym dobrem, z podnieceniem planują wyjazdy wakacyjne, chwalą osiągnięciami, przeżywają maturę. A ja siedzę i nie mam o czym mówić.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

 

denerwuje Was pojawiająca się w niektórych publikacjach teza, że bordery nie mają autentycznego kontaktu z ludźmi/nie umieją prawdziwie kochać/nie mają pojęcia, na czym polega budowanie relacji? mnie zawsze denerwowała, nie uważałam, żeby to się zgadzało, przynajmniej w moim przypadku.

 

Nie denerwuje, tylko sprawia, że czuję sie jakoś nieswojo, wiedząc ze wadliwie odbieram rzeczywistość. Tak jak bym miala jakiś Zespol Aspergera. Chcialabym się nauczyć być z ludźmi i nie czuć się samotną.

 

Ostatnio zastanawiam się jak wyjść z pętli strachu. Ciągle się czegoś boje i nie umiem nad tym zapanować. Wariuję, ryczę, grożę samobójstwem. Na trzeźwo patrząc to mi nie pomaga, i okazuje sie później że moj lęk jest nieadekwatny do sytuacji.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

bordery nie mają autentycznego kontaktu z ludźmi/nie umieją prawdziwie kochać/nie mają pojęcia, na czym polega budowanie relacji?

 

Wybacz,że wtrącę się jako osoba "z boku". Przez ponad rok byłam z kimś, kto miał bordera, jednak nie chodził na terapię, nie brał leków. I nie zgadzam się- ludzie z tą chorobą, z Waszą chorobą potrafią kochać. Cholernie mocno. Przynajmniej tak było w wypadku mojego ex, nie chcę wypowiadać się za innych. Kochał mnie, całym sercem i jestem tego pewna, widziałam to w jego oczach, w uczynkach, kiedy miał dobre dnie, w słowach, które były tymi najszczerszymi. Nikogo nie kochałam nigdy tak mocno jak jego i wiem,że było to z wzajemnością.

Trzymam za Was wszystkich kciuki :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ludzie z tą chorobą, z Waszą chorobą potrafią kochać. Cholernie mocno. Przynajmniej tak było w wypadku mojego ex, nie chcę wypowiadać się za innych. Kochał mnie, całym sercem i jestem tego pewna, widziałam to w jego oczach, w uczynkach, kiedy miał dobre dnie, w słowach, które były tymi najszczerszymi. Nikogo nie kochałam nigdy tak mocno jak jego i wiem,że było to z wzajemnością.

Trzymam za Was wszystkich kciuki :)

dziękuję! :) i za to, że napisałaś o swoim związku, też. a wiesz, co było powodem końca tego związku? nie musisz ofc pisać o swoich osobistych sprawach na ogólnodostępnym forum, po prostu chciałabym wiedzieć, czy wszystko było jasne.
Słuchajcie, czy jako osoba nie cierpiąca na borderline, mogę Was o coś zapytać?
jeśli chodzi o mnie, to nie ma sprawy. :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Borderline...jak zobaczyłam ten wątek na forum to mi przypomniało, że parę ładnych lat temu, właśnie taką diagnozę mi postawiono po obserwacji w psychiatryku. Ok, zaburzenia osobowości i anoreksja bulimiczna czy jakoś tak. Co to była za ulga! Nie jestem chora psychicznie! To tylko zaburzenie osobowości! Nie muszę brać leków! Mówią mi w szpitalu, że jestem zdrowa! Zdrowa, choć rodzina przez lata wmawiała mi chorobę psychiczną ( swoją drogą opinia lekarzy nigdy nie sprawiła, że zmienili zdanie;-)

 

Czemu o tym piszę? Piszę, gdyż pamiętam, że mimo radości jaką dała mi wtedy diagnoza - nie okazałam się chora psychicznie jak wmawiała mi rodzina, to niesamowicie mnie ona nakręciła. Zaczęłam o tym czytać i cały swój egoizm, egocentryzm, problemy w związkach usprawiedliwiałam właśnie borderline. Mało tego! Wydawało mi się, że jestem stosunkowo bezradna i że będę się tak męczyć w swojej osobowości już całe życie. Ciąć też się będę całe życie. Wariować. I sprawiać ból. I nigdy nikt mnie nie pokocha . I ja rozwalę każde piękno. Diagnoza była dla mnie jak zwolnienie od odpowiedzialności. To był koszmar, całe szczęście to nakręcenie trwało tylko pól roku. Nie znaczy to że problemy minęły, przyszły inne, nowe, kolejne. Całe szczęście zapomniałam o borderline dosyć szybko, bo inaczej chyba nie potrafiłabym wyjść poza własny egoizm.

 

Można mieć w karcie bordera i iść dalej :-) Z mojego punktu widzenia borderline to rozszalałe, hulające emocje, niedojrzałość, egoizm, etap, wykrzyknik, znak że trzeba nad sobą pracować. Dziś jeszcze mam problemy, ale nie widzę w sobie, tego bordera, kurcze... szybko o nim zapomniałam;-)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wszystko mi się sypie, czekałam jeszcze na pokrzepiające uwagi znajomych. Dzisiejszy dzień był zgrozą, po nieprzespanej/przepłakanej połowie nocy nad matmą nadwyrężyłam swoją słabą sytuację z frekwencją: Mój dzień szkolny wygląda tak, że wchodzę, idę na matmę, staram się zaliczyć, a że nie poszło mi wystarczająco, wkurzam się i wychodzę, nie mam jak się wytłumaczyć z takich sytuacji. Próbuję, uczę się, chodzę na korki, a siłą rzeczy nie potrafię sobie poradzić nawet na tyle, na ile robią to inne słabe osoby. Znowu jestem czarną owcą. Nienawidzę tego. Moja histeryczna wychowawczyni, nauczyciele i inni uczniowie patrzą na mnie jak na coś na poziomie śmiecia na własne życzenie, drą papy z zarzutami, że mogłabym, jakbym chciała. Analogicznie, czuję się jak ten śmieć, porażka. Nienawidzę czuć się słabą, a ostatnio mam ku temu powody w każdej dziedzinie, w każdym temacie, na jaki natrafię, nie tylko szkolnym. Zaczynam być agresywna, widoczna, nieprzyjemna. Póki co mam zamknięte wszystkie drogi do jakiegokolwiek rozwoju.

I co? Po tym cholernym dniu idę, spotykam się z ludźmi, wśród których kilka jednostek albo samych nie zdało, albo poszło na łatwiznę do prywatnej szkoły, wysługując się na każdym kroku kimś innym. I najbardziej zaślepiona jednostka mówi mi prosto w twarz, że nic nie zrobiłam, opierdalałam się, a nawet jeśli, to ona jakoś też pracowała i jej się udało. Jej się udało, mi nie. A zatem ciskam papierosa na ziemię, rzucam podchwytliwie złośliwym komentarzem i odchodzę. W jednej chwili rzucam ich emocjonalnie w pizdu. Siedzę, czuję jak wszystko mi się wali, a z tego najbardziej moje i tak nadwyrężone poczucie wartości, i jedyne co mam ochotę zrobić, to walić w ściany. Rzadko widuje się mnie w takim stanie jak ostatnio, ledwo powłóczącą nogami, ze zmęczoną gębą spuszczoną w dół i oczami we łzach. Może normalny człowiek traktuje to jako pestkę, ale dla mnie wszystko jest wyolbrzymione i w tym momencie wiem tylko, że cały świat pluje mi w twarz, a ja nie wiem, co z tym zrobić. Kit z nimi, przed samą sobą czuję się jak nic.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

dziękuję! :) i za to, że napisałaś o swoim związku, też. a wiesz, co było powodem końca tego związku? nie musisz ofc pisać o swoich osobistych sprawach na ogólnodostępnym forum, po prostu chciałabym wiedzieć, czy wszystko było jasne.

 

Nie ma sprawy, mogę pisać tutaj :)

Na początku związku było super, potrafił świetnie trzymać się nawet przez 3 mies bez żadnego "gorszego dnia", jak to nazywaliśmy (bez ubliżania mi,etc). To był jego rekord, byłam taka dumna z niego :D Border dawał o sobie jawnie znać jakiś raz na miesiąc, na dwa. Minęło ponad pół roku. Najszczęśliwsze pół roku w moim życiu mimo,że wykańczały mnie jego niektóre zachowania, agresja, krzyki. Ale tylko czasami, bardzo się starał, a ja emanowałam optymizmem, mówił, że mu to pomaga.

Jednak nie chciał się leczyć, olał wszelkie medykamenty, nie chodził na terapię, uciekł w alkohol. Problem polegał na tym,że nie chciał sobie pomóc, bo uznał, że tak jest ok, że i tak nie będzie lepiej.

 

Uwielbiał podrywy, nie miał obiekcji, żeby powiedzieć przy mnie "łoo jaka zajeb*sta du*a, brałbym", czy flirtować z koleżankami. Byłam wtedy bardzo słaba psychicznie, za słaba, do tego ze strasznie niską samooceną i bardzo podatna na manipulację (czyli domyślasz się, jak to na mnie wpływało).

Czułam się coraz gorzej, border ujawniał się coraz częściej. Wtedy pojawiła się dziewczyna,którą chciał zaliczyć (jak inne) nim mnie poznał, można powiedzieć, że mu "przeszkodziłam", bo zakochał się, tak naprawdę mocno, prawdziwie i nie potrafiłby mnie zdradzić. Ale ciągnęło go do niej, zaczął się męczyć sam ze sobą, nienawidzić siebie za to,że mnie rani. Inne koleżanki ciągle coś mu proponowały, próbowały pocałować, poderwać. Coraz więcej imprez, alkoholu, oddalał się ode mnie. Ale nigdy mnie nie zdradził. NIGDY. Byłam pierwszą i jedyną osobą, której był wierny. Z miłości.

 

Myślę,że gdyby nie to jak słaba wtedy byłam, pewnie podchodziłabym do wszystkiego inaczej, nie brałabym tak do siebie, nie przejmowała się, nie czułabym się tą gorszą.

Potem pojawiły się problemy w jego rodzinie,na studiach.

 

Ja stałam się zombie, byłam już wrakiem człowieka, akcje miał codziennie, a mieszkałam z nim jakiś czas. Zaczęliśmy się wzajemnie wykańczać, bo każdy z nas chciał się podnieść, ale nie miał siły i każdy wyrzucał sobie to, że nie może pomóc drugiemu, bo sam potrzebuje pomocy.

 

Nigdy bym z nim nie zerwała, nawet gdybym stała się wegetującym warzywem, czego byłam bliska.

 

To on zerwał. Usłyszałam poemat przykrych słów, epopeję szpil, wbijanych prosto w moje serce. Wcześniej nie mogłam zrozumieć dlaczego, później byłam na niego zła...pojęłam dopiero ostatnio.

Zrobił to, bo tak bardzo mnie kochał. Chociaż powiedział, że to ja go niszczę i całą winę zwalił na mnie wiedział, że to w dużej mierze przez jego zachowanie, przez chorobę. Nie umiał i nie chciał nad nią już panować, a poczucie winy go zabijało.

Sam chciał wegetować, nie widział sensu w życiu, chciał umrzeć. Ja nie mogłam zrobić nic, a on nie chciał mnie ciągnąć na dno.

 

Zerwał ze mną z miłości, wiem, ile go to kosztowało. Wiedział, że ja chcę żyć, że mam pasję, energię i nie mógł pozwolić na to, żeby ciągnąć mnie za sobą.

Tak jak ja musiałam zniknąć z jego życia mając świadomość, że każda wiadomość ode mnie, każde spojrzenie na mnie powodowałoby w nim jeszcze większe rozdarcie, coś, z czym nie mógłby sobie poradzić. Czasami "śledzę" jego poczynania i jestem szczęśliwa bo widzę, że mu łatwiej :).

 

Gdyby chciał się leczyć, gdyby udało mi się go przekonać i gdybym była dużo silniejsza, wszystko potoczyłoby się inaczej.

 

Dlatego uwierzcie mi, warto podjąć terapię, warto się nie poddawać, próbować, bo zawsze, ale to zawsze może być lepiej. Bo bordery mogą kochać i to bardziej, niż ktokolwiek na świecie. Bardziej szczerze. Głębiej. Prawdziwiej.

 

A ja kocham Was wszystkich i z całego serca wierzę w to,że dacie radę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Gość
Ten temat został zamknięty. Brak możliwości dodania odpowiedzi.
×