Jak mamy przetrwać ten kryzys :-(

Metody rozwiązywania konfliktów w związkach. Problemy oraz sposoby radzenia sobie z "trudnymi" partnerami. Przemoc w rodzinie.

Re: Jak mamy przetrwać ten kryzys :-(

przez capria 07 lip 2010, 16:31
Gusia co do tematu męża- ewidentnie widać ,że szuka on spokoju, wyciszenia, ma potrzebę zdystansowania. nie goń za nim, daj mu odpocząć, niech sam za toba zatęskni. Jak to kiedyś wyczytałam w książce Mężczyźni są z Marsa,kobiety z Wenus - on udał się obecnie do swojej jaskini. Daj mu luz. Zajmij sie w tym czasie sobą, zabierz dzieci z koleżanką na spacer, zapisz sie może na jakiś kurs, zrób sobie w łazience salon piękności. On sam do ciebie wróci. Napisałam co wiedziałam :pirate:
Czasem upadnę ale zawsze się podniosę
Offline
Posty
42
Dołączył(a)
12 maja 2009, 20:14
Lokalizacja
Poznań

Re: Jak mamy przetrwać ten kryzys :-(

przez zagubiona82 15 lip 2010, 18:43
Witajcie kochani...
Mam problem w małżeństwie, zktórym już sobie nie radzę...Może jak ktoś spojrzy obiektywnie-coś do mnie dotrze...
Mam 28 lat. Mężatką jestem od 2,5 roku ale jesteśmy ze sobą od 12 lat. Wszyscy mają nas za niesamowicie kochającą się parę i pewnie tak jest...ale...
7 lat temu zaczęłam mieć wątpliwości czy kocham...Zadręczałam się strasznie, popadłam w depresję. Walczyłam pół roku aż się rozstaliśmy... Bawiłam się i umawiałam z innymi. Było mi dobrze...ale czułam że nie o to w życiu chodzi żeby się wiecznie bawić i żyć jak 15 latka. Nie zaangażowałam się w żaden ze związków. Postanowiłam po 6 miesiącach wrócić do obecnego męża. Wiedziałam że mnie kocha,czułam że to co nas łączyło było czymś wyjątkowym...Chciałam żeby było jak kiedyś...ale nie było. Wciąż miałam natrętne myśli czy kocham...Irracjonalne- bo troszczylam się o niego, chcialam z nim spędzać każdą chwilę, tuliłam i głaskałam...i wciąż wątpiłam... Radziłam sobie z tym jakoś. Potem był ślub, 1,5 roku później upragniona ciąża... Podczas niej nie miałam żadnych wątpliwości- czułam że kocham męża całą sobą, ze jesteśmy rodziną, czułam się dumna że dam jemu syna... Niestety nasz synek urodził się w 26 tygodniu i zmarł na naszych rękach. wogóle nie przeżyłam żałoby...Zacięłam się... Miesiąc później kolejny pogrzeb, potem choroby bliskich... I kiedy pierwszy stres opadł, moje wszystkie lęki wróciły...ze zdwojoną siłą... Nagle poczułam że chcę uciec od męża, zacząć od nowa!!! Przecież to chore- mogłam mieć wątpliwości, ale zawsze czułam że chcę z nim być! Tak się nakręciłam w negatywnym myśleniu, że z troskliwej czułej żony, stałam się zimnym murem. Nie mogłam na niego patrzeć, nie miałam ochoty na jego towarzystwo. Teraz wyjechał do pracy i jestem spokojniejsza ale już się boję jak to będzie jak wróci.... Nie rozumiem siebie. Byłam u psychiatry i terapeuty ale boje sie ze moje małżeństwo się rozsypie, że ucieknę sama nie wiem czy przed nim czy przed sobą. Moze to po prostu zmęczenie, lęk? Doradźcie mi coś bo mam wrażenie że wariuję... Zacisnąć zęby i przeczekać? Jak zmienić nastawienie? Jak sprawić by znów mi się chciało?POMOCY
Offline
Posty
20
Dołączył(a)
09 lip 2010, 12:50

Re: Jak mamy przetrwać ten kryzys :-(

przez Gusia0312 20 lip 2010, 18:42
capria napisał(a):Gusia co do tematu męża- ewidentnie widać ,że szuka on spokoju, wyciszenia, ma potrzebę zdystansowania. nie goń za nim, daj mu odpocząć, niech sam za toba zatęskni. Jak to kiedyś wyczytałam w książce Mężczyźni są z Marsa,kobiety z Wenus - on udał się obecnie do swojej jaskini. Daj mu luz. Zajmij sie w tym czasie sobą, zabierz dzieci z koleżanką na spacer, zapisz sie może na jakiś kurs, zrób sobie w łazience salon piękności. On sam do ciebie wróci. Napisałam co wiedziałam :pirate:


Myślałam o tym sama co ty napisałaś. Poświęciłam 3 tygodnie (prawie) na organizowanie mi i dzieciom dnia/wakacji. Jestem pięknie opalona, mam na głowie nowy kolor i piękny płaski brzuszek po ćwiczeniach. Mężowi do pracy woziłam w te upały zimne napoje, zdecydowałam się również na "pewną" zabawkę w łóżku :mhm:
efekt
TRAGEDIA!!!
Mojego M nie ma wcale w domu. W poprzedni weekend pojechał niby na
zabezpieczanie zawodów o 16.00, wrócił o 10.00 w niedziele rano czuć było
alkohol, nie napisał przez ten czas ani smsa, ani nie zadzwonił ( a
my często kontaktujemy się telefonicznie). Cały tydzień znów wracał
po 21.00 w piątek koło południa wyjechał na weekend z kolegami od
połowów. Jeszcze przed wyjazdem powiedziałam mu, że nasz dom to ani
nie hotel a dzieci nie są sierotami. Zapytałam czy zostawia nas tak
bez skrupułów? Czy nie ma wyrzutów sumienia? powiedział, że nie,
przyszedł piątek - wyjechał.
Minęło prawie miesiąc wakacji mój M nie zorganizował swoim dzieciom
nawet JEDNEGO !!!! dnia.
Mimo rozmów które ciągną się od początku czerwca nie widzę w nim
mojego męża, tylko jakiegoś człowieka dla którego jestem nikim :-(

Wrócił w niedzielę, usiadł na łóżku zapytał "I co separacja" ?
- "Moja motywacja ratowania tego małżeństwa spadła do zera" odp.
mój M "Całkiem do zera"?

miałam wrażenie że pyta mnie czy dzisiaj będzie sex? wstałam,
wyszłam z domu.

Szkoda, że nie mam gdzie się wyprowadzić, przez to muszę znosić jego
obecność. Można powiedzieć, że nie jesteśmy już razem tylko ze sobą
mieszkamy. Mimo wszystko szkoda, że tak to się kończy. Swoim
zachowaniem zranił mnie bardzo a ja nie wybaczam tak łatwo! Jestem
bardzo pamiętliwa. Przez te 1,5 tygodnia nie spadła mi z tego powodu
nawet kropla łezki a w sercu czuję tylko złość i żal. Może to jakiś
przełom?

Pomijając całe te moje odczucia itp. nie wiem jak zorganizować całą
resztę. Ja nie pracuje, nie mam dochodów, chyba powinnam usiąść z
nim i podzielić półki w lodówce. Kurde nie wiem co mam robić?
Na razie czekam na ten szpital to jakoś dni zlecą ale później trzeba
będzie to jakoś zorganizować.

[Dodane po edycji:]

zagubiona82 napisał(a):Witajcie kochani...
Mam problem w małżeństwie, zktórym już sobie nie radzę...Może jak ktoś spojrzy obiektywnie-coś do mnie dotrze...
Mam 28 lat. Mężatką jestem od 2,5 roku ale jesteśmy ze sobą od 12 lat. Wszyscy mają nas za niesamowicie kochającą się parę i pewnie tak jest...ale...
7 lat temu zaczęłam mieć wątpliwości czy kocham...Zadręczałam się strasznie, popadłam w depresję. Walczyłam pół roku aż się rozstaliśmy... Bawiłam się i umawiałam z innymi. Było mi dobrze...ale czułam że nie o to w życiu chodzi żeby się wiecznie bawić i żyć jak 15 latka. Nie zaangażowałam się w żaden ze związków. Postanowiłam po 6 miesiącach wrócić do obecnego męża. Wiedziałam że mnie kocha,czułam że to co nas łączyło było czymś wyjątkowym...Chciałam żeby było jak kiedyś...ale nie było. Wciąż miałam natrętne myśli czy kocham...Irracjonalne- bo troszczylam się o niego, chcialam z nim spędzać każdą chwilę, tuliłam i głaskałam...i wciąż wątpiłam... Radziłam sobie z tym jakoś. Potem był ślub, 1,5 roku później upragniona ciąża... Podczas niej nie miałam żadnych wątpliwości- czułam że kocham męża całą sobą, ze jesteśmy rodziną, czułam się dumna że dam jemu syna... Niestety nasz synek urodził się w 26 tygodniu i zmarł na naszych rękach. wogóle nie przeżyłam żałoby...Zacięłam się... Miesiąc później kolejny pogrzeb, potem choroby bliskich... I kiedy pierwszy stres opadł, moje wszystkie lęki wróciły...ze zdwojoną siłą... Nagle poczułam że chcę uciec od męża, zacząć od nowa!!! Przecież to chore- mogłam mieć wątpliwości, ale zawsze czułam że chcę z nim być! Tak się nakręciłam w negatywnym myśleniu, że z troskliwej czułej żony, stałam się zimnym murem. Nie mogłam na niego patrzeć, nie miałam ochoty na jego towarzystwo. Teraz wyjechał do pracy i jestem spokojniejsza ale już się boję jak to będzie jak wróci.... Nie rozumiem siebie. Byłam u psychiatry i terapeuty ale boje sie ze moje małżeństwo się rozsypie, że ucieknę sama nie wiem czy przed nim czy przed sobą. Moze to po prostu zmęczenie, lęk? Doradźcie mi coś bo mam wrażenie że wariuję... Zacisnąć zęby i przeczekać? Jak zmienić nastawienie? Jak sprawić by znów mi się chciało?POMOCY


Co to znaczy, że nie przeżyłaś żałoby? że nie umierałaś z żalu? Ja również straciłam dziecko i wiem, że żałobę należy przeżyć inaczej wszystko wróci. Może teraz wraca? Z mężem nie wiem co mam ci radzić sama ze swoim sobie nie radzę :(
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
23 cze 2010, 16:20

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Jak mamy przetrwać ten kryzys :-(

przez Lili-ana 20 lip 2010, 20:47
Gusia0312 napisał(a):Jestem pięknie opalona, mam na głowie nowy kolor i piękny płaski brzuszek po ćwiczeniach. Mężowi do pracy woziłam w te upały zimne napoje, zdecydowałam się również na "pewną" zabawkę w łóżku :mhm:
efekt
TRAGEDIA!!!
(

Ano właśnie, staranie się nic nie daje. Moja rada jest taka: zacznij go olewać, wychodź z domu(kiedy on będzie) kiedy chcesz, niech on zostanie sam z dziećmi, nie pierz mu, nie gotuj, nie podstawiaj jedzenia kiedy wraca. Totalna olewka! Możliwe że facet dopiero wtedy przejży na oczy. Staraj się mu jak najczęściej zostawiać dzieci, jak będzie taka możliwość, a Ty wychodź sama na zakupy, do koleżanki itp.
Lili-ana
Offline

Re: Jak mamy przetrwać ten kryzys :-(

przez capria 24 lip 2010, 17:22
Gusiu przykro mi, że sprawy tak wyglądają ale przynajmniej spróbowałaś i sie przekonałaś. Gdybym była na twoim miejscu zrobiłabym podobnie jak radzi Lili-ana. Zacznij życ własnym życiem. Może jemu własnie na tym zależy. Trzymaj sie kochana
Czasem upadnę ale zawsze się podniosę
Offline
Posty
42
Dołączył(a)
12 maja 2009, 20:14
Lokalizacja
Poznań

Re: Jak mamy przetrwać ten kryzys :-(

Avatar użytkownika
przez stracony 24 lip 2010, 19:48
Cóż Gusiu, niektórzy faceci tak mają, np ja. Też były prośby ex o spędzanie wspólnego czasu, o moje większe zaangażowanie się w sprawy rodziny. W przeciwieństwie do twojego męża ja byłem w domu cały czas co jeszcze bardziej pogarszało sprawę. Z czasem ex mnie znienawidziła i ostatecznie zaczęła układać życie od nowa. Trochę za późno bo dopadła ją poważna choroba. Dziecku teraz poświęcam więcej czasu spotykając je 2 razy w tygodniu po parę godzin niż jak mieszkało ze mną (obok mnie) przez cały tydzień.
Też były rozmowy po których podobno bywałem lepszy przez parę dni ale potem wszystko wracało do "normy".
Chciałbym wrócić czas ale to niemożliwe, dla was może jeszcze jest nadzieja tylko mąż musi sobie uświadomić, że straci COŚ bezpowrotnie jeśli się nie opamięta.
Dlaczego taki byłem? Naprawdę nie jestem w stanie powiedzieć. Co prawda znalazłem sobie wytłumaczenie, że byłem chory ale przecież dalej jestem chory bo jeszcze się nawet nie leczę a widzę beznadziejność swojego postępowania. Kuriozalnie nie jestem w 100% przekonany, czy mając obecną wiedzę nie zacząłbym się znów tak samo zachowywać, otaczać swoją ochronną skorupą, izolować w swoim świecie. Nie wszystkim pisane jest szczęście rodzinne :why:
kiedyś dystymia, niedawno nerwica z silną depresją a teraz oby "tylko" dystymia
Avatar użytkownika
Offline
Posty
369
Dołączył(a)
21 cze 2010, 22:05

Re: Jak mamy przetrwać ten kryzys :-(

przez Gusia0312 01 sty 2011, 20:14
Wywlekłam ten wątek i przeczytałam go cały post po poście.
Dziś jestem inna kobietą. Skończyłam 33 lata. Jeszcze bardziej polubiłam sex, bardziej się sobie podobam, podobno jestem cudowną kobietą
i co z tego....

Cały rok był w naszym małżeństwie taki jak w tym wątki: wysoka góra, niski dół. Gdy wylądowałam w szpitalu obiecalismy sobie, że to może jakis krysys, ze sytuacja się ustabilizuje, że niezależnie od sytuacji w tym roku sie nie rozejdziemy. I tak wytrwaliśmy :-)
Grudzień zrobił sie taki dziwny, jakby był porzegnaniem. Żadne z nas nie chciało drugiego urazić, M kupował kwiaty ale równocześnie czułam jak dusi się w moim towarzystwie.
Dziś 1 styczeń więc zaczęliśmy rozmawiac o tym co odwlekliśmy. Zapytałam go "czy chce mi coś powiedzieć, coś stwierdzić, coś zmienić?" A mój M powiedział "rozwodu"
Rozmawialiśmy bardzo spokojnie, zapytałam czy kogoś ma? powiedział, że nie i nie wie dlaczego tego rozwodu chce :-(
Na końcu poprosiłam go, ze jeśli chce odejść niech to zrobi szybko. To mój M się zdziwił bo on chciał jeszcze w łazience porobic jakieś sprawy remontowe, rozliczyć się z należnych pieniędzy z pracy i dopiero w tedy wynająć sobie mieszkanie.

Ubrał kurtkę, wyszedł, po 4 godzinach zadzwoniłam co jest grane. Powiedział oschłym tonem, że jest w terenie i pije wódkę u kolegi.

Ja już wypłakałam chyba wszystkie łzy, dobrze, ze nie ma go w domu bo bym chyba mu odwaliła jakąś histerie. Nie mogę uwierzyć w to co sie dzieje. Miałam cały czas nadzieję, ze zależmy mu na mnie jeszcze choć trochę i jakoś to przejdziemy. Czuję się taka bezradna :-(((((
Zostanę sama :-(((((( Boże jak ja sobie poradzę????? Przecież on to był mój cały świat od piętnastego roku życia! Moja rodzina mi nie pomorze są zimni i wredni, zostanę z dziećmi sama SAMA!!!! (przeciez ja tak bardzo się boję samotności) :(
Jak on mógł tak olać to wszystko, nie spróbował zawalczyć, nie wiem jak ja to przeżyje. Narazie jade na prochach ale się skończą a z łóżka przecież trzeba będzie wstać.
Nie mam pracy, prawie żadnych oszczędności. Nawet jak znajdę pracę kto będzie siedział z chorym Maciusiem?
Jak ja mam to powiedzieć Andżeli. Ona juz cos kuma bo łazi i mnie tuli, cały czas pyta o ojca (ona jest bardzo za nim),.
Powiem wam, że nawet ten tekst o rozwodzie mnie tak nie zabolał jak to, że On nie chce ze mną być. To mnie zabija :-((((
Jak ja to wszystko przeżyje.....
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
23 cze 2010, 16:20

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 5 gości

Przeskocz do