No i życie powolutku, bez ostrzeżeń zamieniło się w katastro

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

No i życie powolutku, bez ostrzeżeń zamieniło się w katastro

przez jacek_36 12 cze 2014, 03:18
Witajcie,
Tak oto przedstawia się historia mojego życia, której finał jest dla mnie rozterką nie do zniesienia.

Historia będzie niestety bardzo długa bo obejmuje ok 12 lat życia. Mam jednak nadzieję, że komuś będzie chciało się poczytać...

Ja 35 lat, ona 32. Dwójka dzieci: 5 i 3 lata, oboje wykształceni, dobrze zarabiający, bez żadnych problemów tzw. życia codziennego… Parą jesteśmy od 13 lat, małżeństwem od 7.

Poznaliśmy się na studiach i zakochali w sobie bez pamięci. Ona na ciężkich studiach, ja na lekkich – imprezowych.
Po krótkim okresie znajomości zamieszkaliśmy razem. Ja na studiach już nieźle zarabiam, wynajmuję mieszkanie, w dużej części nas utrzymuję.
Wtedy po raz pierwszy pojawiają się dziwne reakcje mojej (wtedy) dziewczyny. Na moje próby porozmawiania o różnych problemach, ona odpowiada „jak ci się nie podoba to się wyprowadź”. Tłumaczę to sobie stresem przed ciężkim (rzeczywiście) egzaminem i tu rozpoczyna się moja droga „dobrego samarytanina”.
Coraz rzadziej gdzieś wspólnie wychodzimy, mimo że jesteśmy na studiach i życie towarzyskie kwitnie. Ja rozumiem, że ona musi się uczyć i staram się zapewnić jej do tego warunki. Ciężkie egzaminy odwlekają poważniejsze rozmowy bo przecież ona się stresuje, musi uczyć. Raz na jakiś czas znowu rzuca „Jak ci się nie podoba to się możesz wynieść”. Bardzo ją kocham, staram się rozumieć jej stres ale jednocześnie odbieram takie teksty jako nieakceptowalne i zwyczajnie raniące mnie.
Czas płynie.
Sytuacja powolutku, krok za krokiem zmienia się na gorsze. Coraz mniej wyjść, coraz mniej rozmów, zaczyna szwankować intymność. Ja ciągle jestem dobrym samarytaninem, który kochając chce pomóc. W sytuacjach tzw. zwykłego życia, kiedy jest miło i przyjemnie, weekend, wakacje, rzadko wspólne wyjście – wszystko jest ok. Kiedy mamy różnicę zdań zaczyna się kłótnia, której finałem coraz, niestety częściej jest „Jak ci się nie podoba…” Kiedyś w końcu udaje mi się wytłumaczyć, że tak się po prostu nie mówi bo to po pierwsze rani i odpycha a po drugie żadnych problemów nie rozwiązuje. Wersję pierwszą zastępuje więc z czasem „Księciunio wstał dzisiaj lewą nogą”, „Może się nie wyspałeś i masz pretensje”. Te wersje w rozmowach obowiązują do dzisiaj.
Czas płynie.
Pobieramy się. Przygotowania do wesela, wszystko układa się super. Wizyty u rodzinki, rozczuleni rodzice. Sielanka. Wkrótce po weselu sielanka się kończy i zaczyna normalne życie. Czas kupić mieszkanie. Szukam i oglądam sam bo żona ciągle nie ma ochoty albo się uczy albo zmęczona. Intymność między nami prawie zanikła. Seks zdarza się raz na kilka tygodni. I zawsze żona jest z niego bardzo zadowolona, powtarza że musimy tak teraz codziennie i że wspaniale i w ogóle… Po czym na kilka kolejnych tygodni temat zamiera, ona nie ma ochoty. Mimo tego decydujemy się na dziecko.
Przeprowadzka. Ciąża, poród.
Staram się być mężem idealnym. Olewam pracę. Wychodzę z domu o 11.00 wracam o 17.00. Wstaję w nocy do dziecka, rano zabieram je często do innego pokoju, żeby żona mogła jeszcze pospać.
Żona wraca do pracy. Dzieckiem w ciągu dnia zajmuje się opiekunka. Ona ciągle rozdrażniona, seks w zasadzie nie istnieje. Zauważam ciekawą prawidłowość: umówienie się na cokolwiek z nią oznacza odwrotną realizację. Ona proponuje grilla u znajomych, ja wracam z pracy – ona jest zmęczona i odmawia. Ona proponuje wieczorem seks (niezwykle rzadko) ja lecę z roboty napalony – ją boli głowa i właśnie kładzie się spać. I wiele takich przykładów można by jeszcze mnożyć.
Wyjazdy do rodziny. Do jej – chętnie, do mojej – zawsze coś nie tak. Pogoda, termin, cokolwiek.
Jakakolwiek propozycja zrobienia czegoś z mojej strony. Albo nie, bo jej to nie odpowiada i mam wymyśleć coś innego albo niby ok ale zawsze coś – a to powrót będzie za późno a to dziecko znajomych niedawno skończyło chorować, albo nasze będzie za 3 tygodnie szczepione i nie można ryzykować przeziębienia. W domu panuje temperatura 26st, nie wolno otworzyć okna bo dziecko się przeziębi. Chcę urządzić 30 urodziny w domu – nie wolno bo ona nie ma ochoty na zapraszanie znajomych.
Do domu nie zapraszamy praktycznie nikogo. Kiedy raz udało mi się zaprosić niewidzianego od dawna kolegę, w domu rozpętało się piekło. Co 5 min przychodzenie z sypialni, że za głośno, że się śmiejemy, że palimy na balkonie (wierzcie mi, rozmawialiśmy szeptem prawie). Jest mi wstyd i jestem zdruzgotany, tym bardziej, że widzę jak ludzie dookoła żyją normalnie, spotykają się z ludźmi i cieszą życiem. Cały czas tłumaczę to sobie niedawnym porodem, powrotem do pracy, nieprzespanymi nocami. Jestem dobrym samarytaninem – ustępuję chociaż mam poczucie krzywdy.
Kiedyś wychodzę na piwo. Po 3 może piwach, kładę się spać w salonie żeby nie śmierdzieć piwem jej i dziecku w sypialni. Opiekunka, która zawsze jest u nas na 7.30 pojawia się o 6.30. Żona wychodzi bez słowa do pracy a opiekunka chodzi po domu jak struta. W końcu pęka i pokazuje smsa jakiego dostała w nocy od żony, cyt. „Jak możesz to bądź dzisiaj wcześniej bo mój mąż kretyn nie jest w stanie zająć się dzieckiem”. Wierzcie mi, że nie byłem nawet podchmielony…
Moje próby wytłumaczenia, że tak się do cholery nie robi i to jest jakieś niezrozumiałe sukinsyństwo żona zbywa stwierdzeniem (jakie później zresztą przylgnie do niej na stałe) „dobra, to już było, bądź wreszcie normalny i będzie między nami dobrze”. Nie będzie, powtarzam w tej i podobnych sytuacjach jeżeli będziesz mnie w ten sposób traktować. „Wstałeś lewą nogą” kończy zwykle dyskusję.
Moja frustracja narasta do tego stopnia, że oświadczam że mam dość takiego życia, takiego traktowania mnie. Wyprowadzam się. Do domu przyjeżdżam zawsze zanim obudzi się dziecko – na godzinę dwie aż żona pójdzie do pracy. Po swojej pracy przyjeżdżam położyć je spać. Wszystko po to aby nie zauważyło nieobecności taty.
Żona błaga mnie abym wrócił, obiecuje że wszystko uda się naprawić, ona rozumie swoje błędy. Nie zgadzam się na powrót dopóki nie przedyskutujemy wszystkich trapiących mnie i nas spraw. Chodzimy na długie spacery, wałkujemy temat po temacie (brak seksu, wolny czas, czepianie się o cokolwiek, temperaturę w domu, brak sensownej komunikacji między nami, itp.) Ciągle dopytuję się czy coś ja mam zmienić w sobie, może jej we mnie coś nie pasuje. Ona twierdzi, że wszystko zrozumiała, że naprawi błędy, ja jestem wspaniały i nic zmieniać nie muszę. Któregoś poranka, kiedy jestem na porannym „widzeniu” z dzieckiem sprawdzam jej telefon. Czuję się przy tym okropnie. Sms z tego poranka do jej koleżanki, z którą wspólnie jeździ do pracy „Będę 6.30 bo mam tu jeszcze byłego męża i nie chcę z nim ani minuty dłużej przebywać”. Czuję się zwyczajnie zdradzony. Dzień wcześniej rozmowy o naprawie małżeństwa i błaganie o powrót a rano coś takiego… Oświadczam, że dla mnie to już koniec rozmów i decyzja o rozwodzie. Żona błaga i płacze, przeprasza, kładzie się w progu na ziemi żebym z domu nie wychodził. Wychodzę – mam naprawdę dość. Po godzinie dzwoni teściowa z informacją „ona wysłała mi smsa, że jedzie się zabić”. Zaczynam panikować, boję się o nią, szukam wszędzie. W końcu znajduję. Płacze, przeprasza, tłumaczy że chciała się popisać przed koleżanką jaka jest twarda. Dobry samarytanin wierzy.

Postanawiam wrócić (to był ok miesiąc od wyprowadzki), chociaż czuję, że nie rozumiem już tej kobiety, ona sama nie rozumie co chce naprawiać i obiecuje to zrobić tylko po to abym wrócił. Mam też poczucie, że chyba po prostu przestaję ją powoli kochać… Daję nam jednak kolejną szansę.
Dwa tygodnie po moim powrocie do domu kolejna awantura. Od teraz to ja jestem winien całemu złu. Pytam jak to, przecież dopiero co ona miała się zmieniać a ja byłem super… Niestety, ja jestem winien. Pytam, w jakim sensie winien. Odpowiada „musisz się jakoś ogarnąć”. Jak to ogarnąć?! Nic nie rozumiem! „No zwyczajnie, musisz się ogarnąć”. Nic nie rozumiem. Komunikacja nie istnieje. (Ogarnięty jestem wydaje mi się nieźle: swoja firma, przyzwoite dochody, sport, towarzyski, wielu znajomych). Jestem całkowicie sfrustrowany, nie wiem po co wróciłem, nie wiem po co mam jeszcze próbować coś naprawiać. Jestem prawie pewien, że miłość zgasła.
Czas płynie.
Nie wiadomo skąd pojawia się kolejne dziecko. Wpadka przy sporadycznym seksie to już naprawdę pech. Atmosfera frustracji coraz większa. Byłem już zdecydowany na rozwód ale przecież nie mogę zostawić kobiety z dwójką dzieci. Cierpię, jestem odrzucony. Wszelkie próby wypowiedzenia jakiegoś „ale” kwitowane są ciągle „Jak chcesz, to się rozwiedź, proszę bardzo, już ci pozew piszę”, „księciunio wstał lewą nogą”, itp. Namawiam ją na terapię małżeńską, wiem na pewno, że sami sobie z tym już nie poradzimy. Efekt namawiania żaden. „Bo ona nie będzie obcym ludziom opowiadać o swoich problemach, bo to zostaje w papierach, bo zrobią z niej wariatkę”.
Drugie dziecko kończy 3 lata.
Seks nie istnieje, bliskość nie istnieje, rozmowa nie istnieje, zrozumienia z obu stron brak. Uciekam do pracy, zaniedbuję dom, nie mogę patrzeć na żonę. Denerwuje mnie już każde jej słowo czy wyraz twarzy. Jestem pewien, że nie kocham. W końcu pękam. Informuję, że odchodzę. Proponuję kulturalne rozstanie. Podział majątku, umówienie opieki nad dziećmi, itp. Efekt: histeria, rozpacz, błaganie, znowu cała wina jej, itp. Nie wierzę już w cuda i jestem nieugięty. Jestem pewien, że już od dawna nie kocham i nic tu już naprawić się nie da. Chociaż zdaję sobie sprawę, że w ostatniej fazie agonii tego małżeństwa też nie byłem już super facetem. Zdarzało mi się nie zapanować nad nerwami, powiedzieć coś niemiłego, uszczypliwego, wrednego. Zdarzało mi się uciekać w pracę i zbyt mało zajmować dziećmi – nie byłem w stanie po prostu przebywać w domu.
Żona wyjeżdża na weekend do teściowej (gdzie zwykle zresztą wyjeżdża kiedy jest mamy jakiś problem). Po powrocie oświadcza łamiącym głosem „mam depresję i nerwicę, nie dam rady sama, pomóż mi”. Dobry samarytanin wraca we mnie natychmiast. Porzucam myśl o rozwodzie. Tłumaczę sobie: z wredną kobietą żyć się nie da, ale chorej zostawić nie wolno. Czytam wszystko o depresji co mi wpadnie w ręce. Zapisujemy się na terapię małżeńską. Żona idzie do psychiatry, dostaje leki, zapisuje się na psychoterapię. Chcemy to wszystko naprawić.
Mija miesiąc (wiem, że to bardzo krótko) ale zaczyna do mnie docierać, że nie kocham tej kobiety, że jakiekolwiek uczucie zgasło we mnie już kilka lat temu i nawet jeżeli w imię zasad teraz zostanę to za jakiś czas jednak odejdę bo żyć bez miłości jednak się nie da, nawet jeżeli w bieżących sprawach jako tako się dogadamy.
Oświadczam najspokojniej jak mogę, że odchodzę.
Depresja wybucha, chociaż wcześniej ja nie widziałem żadnych stereotypowych jej objawów (dopiero kiedy się o niej dowiedziałem – zacząłem czytać na ten temat). Pojawiają się załamania nerwowe, leki na uspokojenie, ciągły płacz. Żona obarcza mnie w 100% odpowiedzialnością za swoje życie i zdrowie wprost mówiąc: „bądź ze mną bo inaczej się nie wyleczę, jeżeli odejdziesz to się zabiję”. Pierwszą karetkę z zasłabnięciem po kilku dniach nic nie jedzenia i pierwsze ściąganie z balkonu z chęcią wyskoczenia mam już za sobą.

Nie jestem w stanie znieść dłużej tej sytuacji.

Z jednej strony mam poczucie winy i odpowiedzialności bo przecież odejść od kobiety w takim stanie to znaczy być zwykłym gnojem.

Dodatkowo, żona oświadcza, że w przypadku mojej ostatecznej decyzji o rozwodzie wyprowadzi się do matki (ok. 150km). Jak sobie pomyślę, że moje dzieci dostaną się pod duet wychowawczy żona- teściowa to mi się płakać chce bo zrobią z nich takie same kaleki jak one same. (Z teściową nie pogadasz o niczym głębiej, refleksyjniej. Jest roztrzepana i płytka. Właśnie w trzecim małżeństwie, chociaż tego akurat oceniać nie chcę bo sytuacji i powodów nie znam).

Z drugiej strony wiem, że wszystko to zbyt długo trwało a zaczęło się tak wcześnie w naszym związku, że tak naprawdę to my nic chyba nie zbudowaliśmy między sobą co teraz dawałoby mi jakąś siłę do naprawiania tego. Nie kocham, jestem pewien.

Wiem też, że chociaż dzieci są dla mnie teraz najważniejsze to nie mogę myśleć wyłącznie o nich. Utrzymywanie takiej paranoi dla ich tzw. „dobra” obróci się kiedyś przeciwko nim bo takie będą miały po rodzicach wzorce zachowań. Jeżeli ja będę również ciągle nieszczęśliwy to sam kiedyś zwariuję. Aż się dziwię, że jeszcze nie zwariowałem :)

Strasznie długi ten opis a nie napisałem nawet 1/3 okropnych sytuacji jakich doświadczyłem przez te chyba z 10 lat. Jeżeli coś jest zbyt chaotyczne, przepraszam – działają emocje. Jeżeli coś niezbyt jasno – chętnie doprecyzuję.

Skomentujcie, poradźcie, zapalcie jakieś światło.
W którą stronę nie próbuję teraz pójść, myśleć, tam widzę ślepą uliczkę i tragiczne w skutkach rozwiązanie.

No i trzymajcie się wszyscy, którzy zmagacie się z chorobą bliskiej osoby!
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
12 cze 2014, 03:09

No i życie powolutku, bez ostrzeżeń zamieniło się w katastro

Avatar użytkownika
przez pysiunia 12 cze 2014, 07:16
jacek_36, wytrwałam do końca w czytaniu Twojej historii.

To co napisałeś to widzenie problemu przez Ciebie. Nie wiem, jak widzi to Twoja żona.

Z tego co tu napisałeś - ja nie męczyłabym się w związku bez przyszłości, bo "nie wypada" zostawić chorej żony, bo "nie wypada" zostawić dzieci... Wykazałeś bardzo dużo cierpliwości, zrozumienia dla żony. Robiłeś wszystko, co do Ciebie należało, a nawet więcej.
Żona czuła, że może ranić Cię słowami, postępowaniem, a Ty - dobry mąż - i tak będziesz zawsze trwał przy niej.
Wszystko ma jednak pewne granice...

Wg mnie - to małżeństwo już nie istnieje od dawna. Przychodzi moment, że zaczynamy myśleć już tylko o sobie, o swoim szczęściu i zdrowiu.
Teraz powinieneś pomyśleć o sobie...

Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że gdy zostawiasz chorą żonę i dwójkę dzieci - będziesz płacić alimenty na dzieci i alimenty na eks-małżonkę, która ze względu na stan zdrowia nie będzie mogła pracować.
A może sąd zasądzi opiekę nad dziećmi Tobie, a nie chorej na depresję żonie.

Lepiej, gdy dzieci będą wychowywać się w spokojnym domu, domu bez awantur, kłótni, itp.
Ze swojej strony - spotykając się z nimi czy wychowując je - możesz dać im dużo ciepła i miłości.
Zawsze bądź sobą, wyrażaj siebie, wierz w siebie, nie szukaj udanej osobowości i powielaj jej.
Jestem sobą, bo oryginały są więcej warte niż kopie :)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
277
Dołączył(a)
14 mar 2010, 12:48
Lokalizacja
Poland

No i życie powolutku, bez ostrzeżeń zamieniło się w katastro

przez jacek_36 12 cze 2014, 09:02
Dzięki betty_lou za odpowiedź i ciepłe słowa.

Jak wygląda to z jej strony to chętnie napiszę. Dzisiaj ona kocha mnie tak bardzo, że znieść tego nie mogę. Codziennie dostaję smsy o propozycji wyjścia gdzieś, spędzenia czasu razem, nawet wspólnych wakacji. Kiedy stoję na swoim stanowisku, tzn. dla mnie to koniec - pojawia się histeria, załamanie, drgawki, leki uspokajające. To jest sytuacja, w której można zwariować. Nie jeden raz chciałem dla świętego spokoju powiedzieć - ok, jeszcze jeden raz, w końcu dziewczyna jest naprawdę chora i moje wsparcie jest jej z pewnością potrzebne. Zaciskam jednak zęby i stoję na swoim stanowisku bo wiem, że wtedy będę tylko przeciągał trwającą od dawna fikcję. Oszukiwał, ją, siebie i wszystkich dookoła.
Jak sytuacja wyglądała z jej strony dawniej to częściowo napisałem. Mamy od zawsze jakiś ogromny problem z komunikacją ze sobą. Pytałem wiele razy, czy coś mogę zmienić w sobie. Starałem się uczciwie podejść do sprawy, nie tylko wylewać swoje pretensje. Odpowiedź to zawsze było, zależnie od nastawienia: jesteś super - wszystko to moja wina, albo wszystko to Twoja wina - ogarnij się (co to znaczy do dzisiaj nie wiem :)
Po rozpoczynanych przeze mnie rozmowach, które z czasem prawie zawsze przeradzały się w awantury jej recepta na naprawę wszystkiego była zwykle taka sama: przepraszam Cię, wyłącz sobie w głowie to co powiedziałam, zrobiłam, nie kłóćmy się i będzie między nami dobrze. Nawet kiedyś zadałem jej pytanie "co to znaczy dla Ciebie - dobrze". "No po prostu - dobrze" - odpowiedziała, nic więcej nie wydobyłem :(

Od jakieś czasu rzeczywiście jestem skoncentrowany już tylko na sobie, co również wzbudza we mnie poczucie winy, bo przecież powinienem pomóc, powinienem wspierać, obiecywałem "w zdrowiu i w chorobie". Tylko, że nie mam już na to siły, wszelkie uczucia zostały ze mnie już dawno wymiecione i teraz po prostu chcę się z tego uwolnić.

O alimenty się nie martwię. Dzieci są moje, kocham je ponad wszystko i nie wyobrażam sobie żebym miał nie łożyć na ich utrzymanie.
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
12 cze 2014, 03:09

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

No i życie powolutku, bez ostrzeżeń zamieniło się w katastro

Avatar użytkownika
przez tahela 12 cze 2014, 10:53
W takiej atmosferze nie moze istniec miłósc, miłósc jest wtedy jak jest zrozumienie, szcunek, tolerancja, a jak jest czepianie pretensje, zale ,obwinianie sie wspólne, brak akceptacji to nie ma miłósci bo te składniki do miłosci sie nie zaliczaja,zeby była miłosc trzeba dbac o siebie wspólnie a wy raczej zyliscie w ciagłych pretnsjach i wypominaniu a tak zyc sie nie da bo siada psychika.Miłość to jeszcze toleracnja, zrozumienie, wsparcie, pomoc, zaufanie to wszystko razem to jest miłość.
Kto utraci raz będzie zawsze czekać
Zatrzymujesz czas i zaglądasz w przepaść
Zostaje smutek i tylko smutek
Ostry jak nagły serca głód
Wiatr co zwala z nóg
Smutek i ty
Avatar użytkownika
Offline
Posty
10974
Dołączył(a)
09 sty 2011, 23:22

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Baidu [Spider] i 28 gości

Przeskocz do