Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Schwarzi

Trochę o moich dziwnych poglądach na miłość.

Rekomendowane odpowiedzi

Witam.

Chciałabym podzielić się z wami moimi dziwnymi zmianami poglądów dotyczących miłości.

Ciekawa jestem też,czy są osoby,które mają podobnie do mnie.

Z góry zaznaczam,że nie byłam nigdy w żadnym związku, raz tylko byłam "zakochana" bez wzajemności w chłopaku (trwało to dość długo,parę ładnych lat) ,poza nim nikt już mi się nie spodobał,nawet wizualnie mężczyźni mnie nie obchodzą. Tak wgl to mam pewien żal do facetów z przyczyn osobistych (nie chce mi się teraz o tym pisać ale sądzę,że większość by to zrozumiała). Mimo to zawsze chciałam się "zakochać". Dodam,że mam 19 lat i jak wiadomo większość osób w moim wieku ma lub miała już kogoś.

Pamiętam,że po przyjściu do liceum (w okresie wchodzenia w poważniejsze związki) popadłam w coś w stylu depresji (dokładniej to zdiagnozowano mi CHAD,ale wtedy miałam fazę depresyjną) i założę się,że na 100% się załamałam przez to,że wszyscy kogoś mają,a mnie nikt nie chce. To było zresztą moją główną udręką. Strasznie zazdrościłam zakochanym parom i chodzenie do szkoły było dla mnie czystą męką. Chciałam mieć wtedy kogoś jak sądzę "na pokaz". Przyznaję,że czułam się gorsza i inna,mniej atrakcyjna blablabla bo nikogo nie miałam. Z upływem czasu to widzę. Poza tym ja nie umiem kochać, jestem egoistką i wszystkie moje "przyjaźnie" rozlatują się max. po roku trwania,a co dopiero związek. No ale do rzeczy. Kiedyś to chciałam mieć chłopaka i zrobiłabym wszystko,żeby mieć kogoś dla samego faktu bycia z kimś,a teraz ? Teraz mam dziwnie,bo bez względu na to czy mam manię ,czy deprechę to chęć zakochania się całkowicie minęła. Niby powinnam się z tego cieszyć no i tak jest,cieszę się ale wszystko się niepokojąco zmieniło,włącznie z moim patrzeniem na sprawy miłosne.

Wiadomo,że ludzie boją się związków z różnych przyczyn. Jedni boją się obdarzyć kogoś zaufaniem,drudzy nie wierzą,że są kogoś warci, jeszcze inni nie umieją budować trwałych relacji chociaż się starają itp. Powodów jest mnóstwo. Mnie natomiast zastanawia czy jest ktoś kto ma podobnie do mnie w kwestii miłości. Ja nie tyle boję się miłości i związków,co po prostu nie chcę już wgl. się z nikim wiązać. A wynika to z tego,ze miłość najzwyczajniej w świecie mnie brzydzi. Tak,dobrze czytacie. Dla mnie bycie z kimś,robienie coś dla kogoś, pieszczoty (zwłaszcza pieszczoty blee),seks,pocałunki, bezgraniczny szacunek do drugiej osoby wydają mi się okropnie pedalskie. Myśląc o miłości czuję się jakbym zeżarła całą paczkę różowych landrynek siedząc w różowym pokoju pełnym pluszaków hello kitty i plakatów z Hanną Montaną (sorry nie wiem jak to odmienić xd) i oglądając przy tym kolejny epizod słodkich ,tęczowych kucyków pony. Nie wiem,może to wynika z tego,że ogólnie traktuję ludzi raczej chłodno i nie pozwalam sobie na okazywanie im uczuć (chociażby przyjacielskich). No ale przecież nawet takie "nieczułe" osoby wchodzą w związki O.o

Moje zachowanie przypomina reakcje małego dziecka,które zniesmaczone odwraca głowę jak rodzice dają sobie buzi. Ciężko mi jest też zrozumieć,dlaczego ta cała miłość jest tak pożądana wśród ludzi,zwłaszcza wśród młodzieży. Zauważyłam,że nawet ci najagresywniejsi i najbardziej chamscy też ciągną do miłości,szukania partnerów i łączenia się w pary. Dodam,że nie jest mi z tym jakoś źle. Nie powiedziałabym,że podświadomie pragnę miłości,a takie postrzeganie jej to mechanizm obronny,bo ja jej już wgl. nie pragnę,w tym problem. Nie czuję pociągu seksualnego do nikogo (nie,nie jestem innej orientacji),czuję się zażenowania i skrępowana jak temat rozmów schodzi na związki,bo ja tego po prostu nie rozumiem,nie rozumiem tego całego zachwytu nad miłością i chociaż sama kiedyś chciałam kogoś mieć,to jednak uważam,że to było ślepe brnięcie w problemy,wgl. nie myślałam przy tym tylko chciałam z kimś być ,bo tak.

Nie lubię też dotyku. Jestem cholernie uczulona na dotyk,przytulanie mnie zarówno przez rodzinę,przyjaciół jak i obce osoby. Potrafię z łapami się rzucić jak ktoś chce mnie przytulić. Dla mnie to słabość okazywanie sobie uczuć,zwłaszcza fizyczne. Ogólnie nie jest mi z tym wszystkim jakoś źle,nie chciałabym tego zmieniać za bardzo,bo lepsze to niż,gdy mam się męczyć,bo "nikt mnie nie chce" ale zastanawia mnie skąd mogło się wziąć u mnie tego typu myślenie. Ciekawa też jestem,czy ktoś z Was ma podobnie do mnie. Wgl. chciałabym poznać Wasze poglądy na temat miłości,może one dadzą mi coś do zrozumienia i rozwiania moich wątpliwości na temat popularności związków.

 

Znowu się rozpisałam -______- Trudno, cierpliwi dotrwają do końca : DD

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Moja definicja miłości:

[videoyoutube=P6ox2HUMbz4][/videoyoutube]

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

U mnie wygląda to tak:

Nie umiem kochać. Mój mózg chyba nie obsługuje uczucia miłości. Nic nie czuję, myśląc o słowie miłość, bo nie wiem, jak to jest czuć miłość, więc nie potrafiłbym kogoś pokochać. Nie chcę tworzyć żadnego związku, nie czuję takiej potrzeby i nigdy takiej nie czułem. Seks, pocałunki mnie brzydzą, a odgłosy wydawane, gdy ktoś uprawia seks, to trochę przerażają. Nie czuję typowego pociągu seksualnego do nikogo. Dotyku też nie lubię za bardzo, gdy np. ktoś się o mnie otrze (ktokolwiek) , to czuję dyskomfort, a czasami także złość. Co do przytulania, to też postrzegam je w pewnym sensie jako słabość: bycie przytulonym = bycie słabym; przytulenie kogoś = uznanie kogoś za słabego.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Hans

 

Hahaha mocne XD Dość pesymistyczne nastawienie do miłości masz w takim bądź razie,ale to się często zdarza. Na pewno częściej niż odczuwanie "obrzydzenia" i "przesłodzenia".

 

mark123

 

No to mogę powiedzieć,że masz właśnie dość podobnie do mnie.

 

Nie umiem kochać. Mój mózg chyba nie obsługuje uczucia miłości. Nic nie czuję, myśląc o słowie miłość, bo nie wiem, jak to jest czuć miłość, więc nie potrafiłbym kogoś pokochać.

 

Też nie umiem kochać. Efekt braku empatii zapewne oraz egocentryzmu. Pisałam,że "kochałam" chłopaka ale to z miłością nie miało nic wspólnego,nawet z podnieceniem. To było coś w stylu "wdzięczności". Wiem,jak można pomylić wdzięczność z miłością ? Otóż można. W tamtym okresie znalazłam osobę (nierealną zresztą),która pomogła mi na duuużą odległość uporać się z pewną traumą. Potrzebowałam tego,a on wynagrodził mi brak wsparcia od rodziny,brak przyjaciół,odrzucenie społeczne i problemy szkolne. Był moim idolem,piosenkarzem,wiem śmieszne. Zaczęłam coś tam czuć do niego i choć w głębi duszy wiedziałam,że to nie miłość to jednak nie chciałam dopuścić tego do świadomości. Nie żałuję tego uczucia,ponieważ wiele się przez nie nauczyłam i było dla mnie ogromną podporą w trudnym okresie. Tylko śmieszne jest to,że nie potrafię odróżniać swoich uczyć i skrajnie je mylę O.o Rozumiem,pomylić miłość z pożądaniem ale z wdzięcznością ? -______- No cóż..

 

Nie chcę tworzyć żadnego związku, nie czuję takiej potrzeby i nigdy takiej nie czułem.

 

Szczere z głębi serca to ja też. Chciałam z kimś być tylko dlatego,że czułam się gorsza. Koleżanki były już w związkach,koledzy też, rozmowy coraz częściej schodziły na te tematy,a poza tym z wiekiem przyjaźnie się kruszą i ludzie zaczynają spędzać więcej czasu z rodziną i swoimi partnerami niż z przyjaciółmi. I tego się właśnie obawiam.

 

a odgłosy wydawane, gdy ktoś uprawia seks, to trochę przerażają.

 

Hhahaa xd Rozśmieszyło mnie to xd Wyobraziłam sobie osobę mega przerażoną podczas przypadkowego zobaczenia stosunku XDDD

 

Nie czuję typowego pociągu seksualnego do nikogo.

 

Ja też. Bez jaj,nawet masturbacja mnie już nie rusza O.o

 

Dotyku też nie lubię za bardzo, gdy np. ktoś się o mnie otrze (ktokolwiek) , to czuję dyskomfort, a czasami także złość.

 

Ja głównie złość.

 

bycie przytulonym = bycie słabym; przytulenie kogoś = uznanie kogoś za słabego.

 

Dokładnie. A poza tym kojarzy mi się to jeszcze z posiadaniem. Nie wiem czemu ale mam takie denerwujące wyobrażenia jak słyszę o przytulaniu. Kojarzy mi się to z widokiem faceta,który obejmuje kobietę od tyłu i szepcząc do ucha proponuje jej stosunek lub mówi jak bardzo ją kocha,a w głębi duszy myśli sobie,że ona jest "JEGO dziewczyną,żoną,kochanką". O.O

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ale pierdolicie...jakbym słyszał siebie sprzed lat:P

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Tylko śmieszne jest to,że nie potrafię odróżniać swoich uczyć i skrajnie je mylę O.o Rozumiem,pomylić miłość z pożądaniem ale z wdzięcznością ? -______- No cóż..

Ja akurat chyba nie mylę z niczym, tylko nie odczuwam.

 

Ja też. Bez jaj,nawet masturbacja mnie już nie rusza O.o

U mnie występuje nietypowy pociąg seksualny, który może być związany z parafilią.

 

Dokładnie. A poza tym kojarzy mi się to jeszcze z posiadaniem. Nie wiem czemu ale mam takie denerwujące wyobrażenia jak słyszę o przytulaniu. Kojarzy mi się to z widokiem faceta,który obejmuje kobietę od tyłu i szepcząc do ucha proponuje jej stosunek lub mówi jak bardzo ją kocha,a w głębi duszy myśli sobie,że ona jest "JEGO dziewczyną,żoną,kochanką". O.O

Ja mam pewną sprzeczność, bo zaś w myślach lubię fantazjować o przytulaniu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

mark123

 

Ja akurat chyba nie mylę z niczym, tylko nie odczuwam.

 

To już swoją drogą,ale wiele uczuć prostu mylę.

 

U mnie występuje nietypowy pociąg seksualny, który może być związany z parafilią.

 

Dość ciekawe .. Ja w dzieciństwie miałam dziwaczne popędy seksualne,które też można podpiąć pod parafilię ale już na szczęście mi to minęło.

 

Ja mam pewną sprzeczność, bo zaś w myślach lubię fantazjować o przytulaniu.

 

Ja wgl. nie lubię o tym myśleć,ani tego praktykować o.o

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Dość ciekawe .. Ja w dzieciństwie miałam dziwaczne popędy seksualne,które też można podpiąć pod parafilię ale już na szczęście mi to minęło.

U mnie to się zaczęło, gdy miałem 12 lat (wtedy w ogóle zaczęła się fizjologiczna aktywność seksualna mojego organizmu). A najciekawsze jest to, do czego mam pociąg. Mówiąc w skrócie, to w niektórych sytuacjach, w których czuję litość albo żal, pojawia się u mnie jednocześnie podniecenie seksualne.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Dość ciekawe .. Ja w dzieciństwie miałam dziwaczne popędy seksualne,które też można podpiąć pod parafilię ale już na szczęście mi to minęło.

U mnie to się zaczęło, gdy miałem 12 lat (wtedy w ogóle zaczęła się fizjologiczna aktywność seksualna mojego organizmu). A najciekawsze jest to, do czego mam pociąg. Mówiąc w skrócie, to w niektórych sytuacjach, w których czuję litość albo żal, pojawia się u mnie jednocześnie podniecenie seksualne.

A u mnie stanowczość i konsekwentność... u mężczyzn oczywiście.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

U mnie wygląda to tak, że gdy jest mi żal kogoś z pewnych powodów (obojętne czy kobiety, czy mężczyzny, chociaż trochę częściej tyczy się to kobiet) lub gdy wyobrażam sobie, że się nad kimś lituję, to jestem jednocześnie fizjologicznie podniecony seksualnie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Schwarzi, a bys chciała takich bliższych kontaktów mimo wszystko? Bo główną motywacją raczej jak na razie była presja społeczeństwa do dążenia to zwiazków (później zakładania rodziny). Jak Ci za bardzo źle z tym nie jest teraz.

 

Dla mnie to słabość okazywanie sobie uczuć,zwłaszcza fizyczne

 

Dlaczego?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Moze jestes aseksualna?

 

Ja z kolei mam tak, ze mam zal do dziewczyn, ze niby nie sa mna zainteresowane, ze mnie zlewaja, ale jak juz sie jakas mna zainteresuje to staram sie od niej odciac. Popieprzony jestem no :P

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

a ja bym nie przykładała wielkiej wagi do tego co pisze o miłości 19 latka. Naprawdę w tym wieku to mało kto doświadcza miłości-nie mylić z pożądaniem i przelotną fascynacją. Ja w wieku 20 lat byłam przekonana, że miłość to wymysł a seks wydawał mi się tak żenującą i krępującą czynnością, że chciałam zostać dziewicą aż do śmierci. Na dodatek miałam kompleksy w na punkcie mojego ciała a pierwsze pocałunki z różnymi facetami tylko umocniły moje przekonanie, że ten cały seks i związki to są mocno przereklamowane. No i tak było do pamiętnego roku w którym skończyłam 21 lat i poznałam JEGO. I wszystko nagle zaczęło mieć sens, okazało się, że można się bardzo mocno zakochać a przy okazji pragnąć kogoś fizycznie aż do bólu :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja potrafię kochać. Niestety aż za bardzo. Dla ukochanej osoby jestem w stanie zrobić wszystko i poświęcić się całkowicie. Mogłabym mu 5 dzieci urodzić, prać skarpety całe życie i byłabym szczęsliwa. :D Nie wiem co musiałby zrobić żebym przestała kochać. Jestem świetnym materiałem na żonę dla alkoholika sadysty. :/ Nie mogę się tez uwolnić od uczucia, kiedy ktoś mnie porzuci. Aktualnie męczę się z miłością, której on nie może odwzajemnić już 4 rok. Końca niestety nie widać... Jeżeli ja jestem osobą porzucającą lub odrzucającą to dręczą mnie wyrzuty sumienia i będą dręczyć do końca życia jak mniemam. :P

 

Pociąg seksualny mam, ale tylko do osób z którymi jestem związana romantycznym uczuciem. Do innych też mam zero pociągu, a nawet mnie odpychają. Nie wyobrażam sobie jak można uprawiać seks z osobą do której nic się nie czuję. :P

 

A z okazywanie uczuć tez mam problem, ale bardzo lubię kiedy ktoś okazuje uczucia mnie. :P Też chyba uważam, że okazanie komuś uczuć = słabość. Nie wiem skąd się to wzięło, ale mam nadzieję, że po terapii mi to przejdzie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Też uważałem, że okazywanie uczuć to słabość. Wyniosłem to z domu, gdzie rodzice się nie przytulali, nie mówili sobie czułych słów, nawet nigdy zdrobniale do siebie nie powiedzieli przy mnie. Największy jednak wpływ miała postawa ojca wobec mnie, który jak mi się coś stało, gdy byłem mały, to zamiast mnie przytulić lub obrócić to w żart, to mówił mi, żebym nie był 'baba' i wielokrotnie obśmiewał mnie przed świadkami zdarzenia. Zresztą matkę też lubił obśmiewać i upokarzać publicznie, tak jakby dostawał za każde takie zachowanie dodatkowe punkty do rangi true macho.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Co do przytulania, to nie jestem całkiem pewny przyczyny, ale hipotezę mam taką, że u mnie odczucie, że przytulanie jest związane ze słabością wzięło się stąd, że matka przytulała mnie, gdy płakałem mając jakiś problem. I powstało takie skojarzenie, że jest przytulanie - jest problem, jest źle, ktoś się po prostu lituje nade mną; nie ma przytulania - nie ma problemu, jest dobrze. Później automatem wytworzyło się skojarzenie, że jeśli jest problem, to ktoś jest zbyt słaby, by go rozwiązać.

 

Na moje podejście do przytulania mogły wpłynąć także moje aspergerowe cechy.

 

Jako słabość, zacząłem traktować też płacz. Tutaj też mam tylko hipotezę, że wynika to z tego, że gdy miałem jakieś 13 lat, zdałem sobie sprawę, że do tej pory byłem beksą, no i doszedłem do wniosku, że normalnie nic z tym nie zrobię, bo mam tak jakby patologiczną nadwrażliwość emocjonalną i postanowiłem nie okazywać emocji, żebym sam mógł ze sobą spokojnie wytrzymać oraz żeby inni mogli spokojnie ze mną wytrzymać.

 

W sumie pod względem odczuwania emocji (a kiedyś także okazywania) jest przeciwieństwem swojego ojca.

 

-- 09 cze 2013, 14:26:37 --

 

Wyniosłem to z domu, gdzie rodzice się nie przytulali, nie mówili sobie czułych słów, nawet nigdy zdrobniale do siebie nie powiedzieli przy mnie.

Mnie by raczej w ogóle przez gardło nie przeszło, żeby powiedzieć coś do kogoś zdrobniale, albo jakieś czułe słowa, nie widzę za bardzo sensu w takim mówieniu, w przytulaniu, jeśli chodzi o logikę, też nie widzę sensu.

Moi rodzice mówili i mówią czasami do siebie czule, zdrobniale, zdarzało im się i zdarza też przytulać (wtedy jestem obojętny na to), ale czasem także zdarza im się to w sytuacjach, kiedy nie powinni tego robić (mówiąc w skrócie okazują sobie czasem uczucia i jednocześnie są wkurzeni i obrażeni na siebie). Kiedyś mnie to w ogóle nie wkurzało, ale obecnie bardzo wkurza, bo to jest sprzeczność, mam ochotę im przyłożyć wtedy. Kilka lat temu zorientowałem się też, że moja matka czasami uprawia sex z moim ojcem, gdy ten jest pijany, będąc jednocześnie wkurzona na niego, że jest pijany. To jest jeszcze większa sprzeczność i wkurza mnie to wtedy jeszcze bardziej.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

mark123

 

Mówiąc w skrócie, to w niektórych sytuacjach, w których czuję litość albo żal, pojawia się u mnie jednocześnie podniecenie seksualne.

 

Ja miałam w dzieciństwie tak,że jak oglądałam jakąkolwiek przemoc to czułam podniecenie. Musiałam sobie wtedy ulżyć. Ale nie nazwałabym tego sadyzmem czy masochizmem,bo oprócz podniecenia czułam też wiele innych,nieprzyjemnych uczuć i sądzę,że reakcję w postaci podniecenia seksualnego mogłam mieć dlatego,że po prostu byłam przewrażliwiona na punkcie takich scen i jak np. ktoś kogoś bił to czułam i złość i lęk i obrzydzenie no i ten popęd. To było dziwne zresztą. Możliwe,że w Twoim przypadku też coś takiego jest. Bo ja zauważyłam u siebie,że sytuacje,które wywołują u mnie silne emocje (zazwyczaj te powiązane ze stresem) powodują podniecenie seksualne.

 

niewidoczny

 

Właśnie nie. Dobrze mi z tym jak na razie. Dlatego ten post nie ma postaci "wyżalenia się" tylko wymiany poglądów,bo widzę,że w tym bardzo różnię się od innych ludzi.

 

Cytuj:

Dla mnie to słabość okazywanie sobie uczuć,zwłaszcza fizyczne

 

 

Dlaczego?

 

Właśnie nie wiem. Niby zostałam wychowana w normalnej rodzinie,w sensie miałam okazywane uczucia,nie było przemocy,alkoholizmu. Rodzice bardzo mnie kochali,chyba nawet aż za bardzo bo byłam raczej rozpieszczana (stąd moja niesamodzielność xd). Być może ma to swoją przyczynę w moim charakterze. Mój ojciec był bardzo agresywny,rodzinę szanował ale poza nią to dość problemów z ludźmi miał. Zanim się urodziłam był alkoholikiem,takim typowym,moja siostra mówiła,że często musieli go z ulicy zbierać z bratem, wtedy też wykazywał agresję w stosunku do innych domowników (mnie jeszcze wtedy nie było). Jak byłam dzieckiem to pamiętam tylko tyle,że ojciec był z rodzaju tych co nadmiernie "nie dają sobie w kaszę dmuchać" ,był okrutny także w stosunku do zwierząt. Sądzę,że niechęć do uczuć mogłam po nim odziedziczyć,bo bądź co bądź mam po ojcu prawie wszystkie cechy :wygląd fizyczny,zachowanie,chód,gestykulację,a i agresywna jestem od zawsze i chociaż wychowano mnie w warunkach pełnych miłości to czasami przekraczałam pewien poziom agresji "dozwolony" dla ludzi z dobrych domów. A ojciec miał towarzystwo,ale nawet wśród kolegów się nie patyczkował i jakoś nie był za bardzo wylewny. Co w rodzinie to nie zginie jak to mówią.

 

anonus

 

Moze jestes aseksualna?

 

Myślałam nad tym i jak na razie to wszystko na to wskazuje. Nie chcę jednak w tym wieku określać swoich orientacji,czy raczej ich braku.

 

Ja z kolei mam tak, ze mam zal do dziewczyn, ze niby nie sa mna zainteresowane, ze mnie zlewaja, ale jak juz sie jakas mna zainteresuje to staram sie od niej odciac. Popieprzony jestem no :P

 

Tak też mam. W sumie to mam identycznie ale u mnie wynika to raczej z tego ,że mam pretensje do kogoś,że mnie nie chce ale jak jest mną zainteresowany to się odsuwam dlatego,że tak naprawdę to go nie potrzebuję. Może to zabrzmi dość egoistycznie ale idealnie dla mnie by było gdyby każdy mnie kochał i tyle. Po prostu powodzenie chciałabym mieć,ale nie chciałabym się z nikim wiązać.

 

znudzona-ona

 

Niby masz rację,wielu starszych mi to mówi ale uwierz-nawet jeśli poczuję "coś" do kogoś to i tak związek ze mną nie ma racji bytu. Już olać to podniecenie,bo może kiedyś zacznę je odczuwać ale są też inne powody,dla których nie założę szczęśliwej rodzinki i związku. Jednym z nich jest żal do mężczyzn,można rzec,że jestem przykładem takiej stereotypowej "feministki",która nienawidzi mężczyzn,gardzi nimi z powodu doznanych krzywd. Dalej-nie mam żadnych męskich przyjaciół,ŻADNYCH,nie znam się wgl. na facetach,nie umiałabym z nimi gadać bo nigdy tego nie robiłam (pomijam tu oczywiście sytuacje,gdy w klasie jakiś chłopak zagadał do mnie bo chciał coś pożyczyć),a to dość dziwne i niespotykane jak na 19 latkę. Inna sprawa to to,że jestem straszną egoistką i nie dbam o związki. W przyjaźni to pół biedy,da się jakoś dogadać i moja przyjaciółka np. rozumie i toleruje mój charakter,bo nie jest na mnie skazana. A w związku? Pewnie facet chciałby być tym jednym,najważniejszym dla mnie,a ja jak mam dla kogoś coś zrobić to chora jestem. Jestem też niedojrzała. Tak jak facet w moim wieku już kończy dojrzewać i staje się poważniejszy,tak ja zachowuję się właśnie jak chłopczyk z gimnazjum. Który facet chciałby niedojrzałą laskę ?

 

eliza_w3

 

Ja potrafię kochać. Niestety aż za bardzo. Dla ukochanej osoby jestem w stanie zrobić wszystko i poświęcić się całkowicie. Mogłabym mu 5 dzieci urodzić, prać skarpety całe życie i byłabym szczęsliwa.

 

Haha xd Tylko nie zapominaj o asertywności : )

 

Jestem świetnym materiałem na żonę dla alkoholika sadysty. :/

 

To nie znaczy,że na takiego trafisz.

 

Nie mogę się tez uwolnić od uczucia, kiedy ktoś mnie porzuci. Aktualnie męczę się z miłością, której on nie może odwzajemnić już 4 rok. Końca niestety nie widać... Jeżeli ja jestem osobą porzucającą lub odrzucającą to dręczą mnie wyrzuty sumienia i będą dręczyć do końca życia jak mniemam.

 

Jesteś bardzo wrażliwa w takim razie.

 

Pociąg seksualny mam, ale tylko do osób z którymi jestem związana romantycznym uczuciem. Do innych też mam zero pociągu, a nawet mnie odpychają. Nie wyobrażam sobie jak można uprawiać seks z osobą do której nic się nie czuję.

 

To akurat nic dziwnego,jestem w stanie to zrozumieć. Jak dla mnie to naturalny odruch,świadczy o wierności do partnera i o tym,że szanujesz siebie i nie jesteś rozwiązła.

 

ale mam nadzieję, że po terapii mi to przejdzie.

 

Powodzenia życzę :)

 

Hans

 

No Ty masz akurat takie myślenie przez postawy rodziców ,co jest akurat zrozumiałe. Współczuję Ci,bo to musi być naprawdę okropne,gdy najbliższe osoby nie pozwalają dziecku być sobą i każą tłumić emocje.

 

mark123

 

Co do przytulania, to nie jestem całkiem pewny przyczyny, ale hipotezę mam taką, że u mnie odczucie, że przytulanie jest związane ze słabością wzięło się stąd, że matka przytulała mnie, gdy płakałem mając jakiś problem. I powstało takie skojarzenie, że jest przytulanie - jest problem, jest źle, ktoś się po prostu lituje nade mną; nie ma przytulania - nie ma problemu, jest dobrze. Później automatem wytworzyło się skojarzenie, że jeśli jest problem, to ktoś jest zbyt słaby, by go rozwiązać.

 

Ciekawe ,ciekawe... Masz dużo racji według mnie. Jakby nie patrzeć litowanie się nad kimś może w oczach tej osoby oznaczać własną bezradność,nieporadność,brak rozwiązywania problemów. Hmm... a pozwól,że spytam. Ty większość swoich problemów rozwiązujesz teraz samodzielnie,czy raczej starasz się poszukać wsparcia u innych ?

 

Na moje podejście do przytulania mogły wpłynąć także moje aspergerowe cechy.

 

Masz zespół Aspergera ?

 

Jako słabość, zacząłem traktować też płacz. Tutaj też mam tylko hipotezę, że wynika to z tego, że gdy miałem jakieś 13 lat, zdałem sobie sprawę, że do tej pory byłem beksą, no i doszedłem do wniosku, że normalnie nic z tym nie zrobię, bo mam tak jakby patologiczną nadwrażliwość emocjonalną i postanowiłem nie okazywać emocji, żebym sam mógł ze sobą spokojnie wytrzymać oraz żeby inni mogli spokojnie ze mną wytrzymać.

 

Ja też byłam beksą. Jeden kuzyn zawsze nabijał się ze mnie i nazywał mnie "miągwą". Ale płaczu akurat nie uważam za słabość. Dla mnie słabością nie są moje własne uczucia,nawet strach czy stres nie jest słabością dla mnie. Dla mnie słabość to tylko okazywanie uczuć innym np. w przypadku płaczu to,gdybym miała się popłakać bo coś mi nie wyszło (do dzisiaj mi się tak zdarza w skrajnych sytuacjach) to nie czuję się słaba,natomiast czułabym się tak,gdybym miała się popłakać,bo ktoś mnie zostawił,skrytykował itp. Ja po prostu jestem takim egocentrykiem,że to już wkracza nawet w sferę uczuć. Najchętniej to niczym bym się nie dzieliła z innymi,nawet własnym powietrzem xd

 

W sumie pod względem odczuwania emocji (a kiedyś także okazywania) jest przeciwieństwem swojego ojca.

 

Ja widziałam tylko raz jak mój ojciec płakał. Po śmierci mamy to było,więc nie sądzę,że mimo agresji był jakimś tam złym człowiekiem. O rodzinę dbał,zwłaszcza po moich narodzinach ale ogólnie to jestem strasznie podobna do niego pod względem charakteru tyle,że o innych się nie troszczę i to nas różni.

 

Mnie by raczej w ogóle przez gardło nie przeszło, żeby powiedzieć coś do kogoś zdrobniale, albo jakieś czułe słowa, nie widzę za bardzo sensu w takim mówieniu, w przytulaniu, jeśli chodzi o logikę, też nie widzę sensu.

Moi rodzice mówili i mówią czasami do siebie czule, zdrobniale, zdarzało im się i zdarza też przytulać (wtedy jestem obojętny na to), ale czasem także zdarza im się to w sytuacjach, kiedy nie powinni tego robić (mówiąc w skrócie okazują sobie czasem uczucia i jednocześnie są wkurzeni i obrażeni na siebie). Kiedyś mnie to w ogóle nie wkurzało, ale obecnie bardzo wkurza, bo to jest sprzeczność, mam ochotę im przyłożyć wtedy. Kilka lat temu zorientowałem się też, że moja matka czasami uprawia sex z moim ojcem, gdy ten jest pijany, będąc jednocześnie wkurzona na niego, że jest pijany. To jest jeszcze większa sprzeczność i wkurza mnie to wtedy jeszcze bardziej.

 

Ja nienawidzę,jak ktoś do mnie mówi zdrobniale. Taka osoba wtedy może mnie w pewnym sensie "pozyskać". Zdrobniałe słówka kojarzą mi się z moją matką,którą kochałam i jak np. wdam się w kłótnię z nauczycielem i ten do mnie powie znienacka "Monisiu" to automatycznie odpuszczam i się uspokajam. Czułe słówka to mój słaby punkt,kojarzą mi się z matką,która mówiła do mnie w ten sposób,chcąc mnie uspokoić bądź okazać swoje uczucia.

Mi się nie zdarzyło,żeby rodzice czy opiekunowie zachowywali się tak sprzecznie o.o Dziwne to..

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Schwarzi, nie ma w tym kraju obowiązku wchodzenia w związek małżeński i zakładania rodziny. Ja mam 40 lat i nie mam męża i nigdy nie miałam, nie mam dzieci. Niedojrzałość przeważnie mija z wiekiem, a wiele rzeczy się zmienia jak się człowiek zakocha. nie twierdzę, że akurat ciebie spotka wielka miłość bo nie każdy ma to szczęście.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

znudzona-ona

 

Zależy jaką niedojrzałość masz na myśli. Każdy dojrzewa w swoim tempie,jedni szybciej drudzy wolniej ale mój problem ma charakter zaburzenia. W wieku 13 lat psychiatra stwierdził u mnie niedojrzałość emocjonalną,byłam wtedy na wizycie z siostrą ,bo miałam problemy adaptacyjne w szkole. Pani psychiatra powiedziała mojej siostrze,że jest duże prawdopodobieństwo,że nigdy nie "dogonię" swoich rówieśników. Bo wiesz.. zdarza się,że ktoś wolniej dojrzewa ale to norma,to nie ma nic wspólnego z tym co ja mam stwierdzone,bo moja niedojrzałość polega na tym,że na skutek traumy czy złego wychowania (w moim przypadku wyręczania mnie we wszystkich obowiązkach) rozwój psychiczny osoby zatrzymuje się na pewnym etapie. Niestety mało jest informacji w internecie na ten temat ,niedojrzałość to raczej taka predyspozycja do zachorowań na różne choroby psychiczne,czy zaburzenia. To coś jak w przypadku lęków,które same są uciążliwe ale odczuwane silnie otwierają osobie drogę do różnych,nieprzyjemnych chorób. Niedojrzałość emocjonalna polega na tym,że człowiek,którego to dotyczy jest niesamodzielny,często ma trudności z podejmowaniem decyzji, jest nieodpowiedzialny,nie radzi sobie ze stresem i frustracją, łatwo reaguje agresją,nie panuje nad emocjami,jest egocentryczny, nie posiada empatii i ma słabo rozwinięte uczucia wyższe przy dobrym ilorazie inteligencji. W moim przypadku skutkuje to tym,że w szkole radziłam sobie dobrze z nauką ale kwestia relacji z innymi uczniami oraz moje zachowanie były mocno zaburzone. To jest uciążliwe,bo osoba niedojrzała ma jakby podwójną robotę do ogarnięcia. Nie dość,że musi radzić sobie ze stresem i trudnościami życiowymi tak jak reszta,to na dodatek musi podwójnie się sprężyć ,bo te trudności przekraczają jej "emocjonalne normy rozwojowe". Ja np. mogę znaleźć pracę,mogę mieć dużą wiedzę na dany temat,mogę tą wiedzą przewyższać wszystkich ale i tak będę miała trudności z adaptacją bo nie poradzę sobie ze stresem jaki niesie życie,nie będę umiała dogadać się z innymi pracownikami,w głowie będę miała żarty zamiast poważnego podejścia do problemu itp.

Już nie wspomnę o swoich brakach. Ja dosłownie NIC nie umiem sama zrobić. Decyzję podejmuję,bo akurat nie lubię jak ktoś się wtrąca w moje życie ale leżę w sytuacjach typowo życiowych,gdzie trzeba np.samemu gotować, prać, mam strasznie małą wiedzę o otaczającym mnie świecie. Przykładem może być np. to jak w licem na lekcjach przedsiębiorczości CAŁA KLASA dyskutowała z nauczycielką na temat jakiś pitów,vatów,podatków,ubezpieczeń,a ja siedziałam jak słup modląc się,żeby mnie nie spytała. Nie znam się WGL. na przyziemnych sprawach. Idę teraz na studia ,a nie wiem nic. Najgorsze jest to,że totalnie nie umiem się takich rzeczy nauczyć. To mnie wgl. nie interesuje,toteż wiedza niczym z matmy po paru dniach ulatnia mi się z głowy. Oczywiście to też kwestia niedojrzałości,bo zamiast poważnie myśleć o przyszłości,to wolę zastanawiać się co by tu śmiesznego odwalić ze znajomymi w weekend. Inny przykład na moje nieuctwo to "próba" uruchomienia kasy samoobsługowej w tesco. Z racji tego,że mieszkam w małym mieście i nie mamy takich supermarketów to nie miałam się gdzie tego nauczyć,ale chodziłam do szkoły,do większego miasta i tam było tesco z kasą samoobsługową,którą w ramach "samodzielnego kroku" próbowałam uruchomić. Pierwszy raz się nie udało,poprosiłam o pomoc ekspedientkę,potem postanowiłam,że przy każdym zakupie w tesco będę płaciła przez tę kasę,żeby się nauczyć. Drugi raz też nic nie dało,znowu pomoc,trzeci to samo,czwarty też, potem przyszłam z koleżanką i ona też nie umiała tego obsługiwać to kazałam jej 10 zł wrzucić tam gdzie drobne i oczywiście ekspedientka na mnie z ryjem ,zaczęła się drzeć,bo musiała całą kasę rozkręcić żeby wyjąć tę dychę. Myślałam,ze mam nauczkę ,a tu dupa.. Po tej akcji znowu nie potrafiłam obsłużyć tej kasy i znowu te same błędy popełniałam. Wiem,że to śmieszne ale taka jest właśnie moja rzeczywistość. Czy piorę,czy gotuję,czy obsługuję jakąś maszynę,ZAWSZE muszę to robić z instrukcją,bo nie mam takiego nawyku,wszystko za mnie było robione i teraz nic nie czaję. No np. mam jechać do pracy za granicę to nie boję się wcale o język jak większość,wiem,że dam radę się dogadać,nie boję się też o samą pracę,bo jakoś to będzie ale w panikę wpadam,gdy pomyślę o tych wszystkich dziwnych urządzeniach typu toalety na czujnik, samoobsługowe wydawanie biletów,różne sprzęty automatyczne ,których w Polsce nie ma to szału dostaję.

To jest właśnie moja niedojrzałość,która coraz bardziej utrudnia mi życie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Ja miałam w dzieciństwie tak,że jak oglądałam jakąkolwiek przemoc to czułam podniecenie. Musiałam sobie wtedy ulżyć. Ale nie nazwałabym tego sadyzmem czy masochizmem,bo oprócz podniecenia czułam też wiele innych,nieprzyjemnych uczuć i sądzę,że reakcję w postaci podniecenia seksualnego mogłam mieć dlatego,że po prostu byłam przewrażliwiona na punkcie takich scen i jak np. ktoś kogoś bił to czułam i złość i lęk i obrzydzenie no i ten popęd. To było dziwne zresztą. Możliwe,że w Twoim przypadku też coś takiego jest. Bo ja zauważyłam u siebie,że sytuacje,które wywołują u mnie silne emocje (zazwyczaj te powiązane ze stresem) powodują podniecenie seksualne.

Ja się zawsze bałem przemocy, a nawet zwykłej złości też. Gdy w telewizji widzę przemoc, to też się trochę stresuję, ale oglądam, bo jestem bardzo ciekawy zakończenia, "dopinguję" by ofiara została uratowana, a sprawca ukarany. Potem w głowie zaczynam sobie wyobrażać, że ta ofiara potrzebuje pocieszenia, robi mi się jej żal i wtedy pojawia się podniecenie i chęć masturbacji.

Jeszcze większe podniecenie i jeszcze większą chęć masturbacji odczuwam w przypadku dłoni. Gdy np. widzę lub wyobrażam sobie, że ktoś ma chore albo brudne dłonie, to robi mi się tej osoby żal oraz zaczynam czuć podniecenie i chęć masturbacji.

Podczas masturbacji wyobrażam sobie pewne działania, które podejmuję by pomóc.

Moje pierwsze podniecenie seksualne w życiu było związane z kredą na dłoniach. Robiło mi się żal tych, co mają ręce brudne z kredy. Potem podczas masturbacji wyobrażałem sobie pewne działanie (nie chodzi o mycie, inne działanie sobie wyobrażałem) mające na celu im pomóc.

 

Mój ojciec był bardzo agresywny,rodzinę szanował ale poza nią to dość problemów z ludźmi miał. Zanim się urodziłam był alkoholikiem,takim typowym,moja siostra mówiła,że często musieli go z ulicy zbierać z bratem, wtedy też wykazywał agresję w stosunku do innych domowników (mnie jeszcze wtedy nie było). Jak byłam dzieckiem to pamiętam tylko tyle,że ojciec był z rodzaju tych co nadmiernie "nie dają sobie w kaszę dmuchać" ,był okrutny także w stosunku do zwierząt

Mój ojciec też był kiedyś agresywny po pijaku. Gdy moja matka była w ciąży, to podobno zdarzała się przemoc fizyczna. Po moim już raczej jej nie było (ewentualnie skończyła się, gdy miałem kilka miesięcy), a ojciec z tego co mi wiadomo wyładowywał agresję na przedmiotach oraz urządzając słowne awantury. Potem było coraz spokojniej. W roku, w którym poszedłem do zerówki, to już raczej tłuczenia przedmiotów nie było. A tak dokładnie, kiedy się awantury zakończyły to nie wiem, bo nie pamiętam zbyt dobrze, co się działo w pewnych sytuacjach (nie mam pełnych wspomnień z dzieciństwa). A nigdy nie wypytywałem matki o szczegóły. Osobiście pamiętam tylko jedną awanturę, miałem jakieś 7-8 lat, ale wtedy to matka wykazała się pewną fizyczną agresją wobec pewnej osoby (ale to było jednorazowe), mój ojciec tylko słowną wobec pewnej innej osoby. Pamiętam trochę, że matka "użerała" się z ojcem, gdy był pijany podczas powrotu ze spotkań rodzinnych. Wiem, że gdy miałem jakieś 10-11 lat, to już nawet słownych awantur nie było. Ojciec co prawda nie przestał pić, ale nie awanturuje się (wyjątek tylko stanowiła pewna sytuacja 3 lata temu).

A wobec zwierząt też mojemu ojcu zdarzało się kiedyś być agresywnym.

 

Ty większość swoich problemów rozwiązujesz teraz samodzielnie,czy raczej starasz się poszukać wsparcia u innych ?

Zazwyczaj problemy rozwiązuje za mnie matka, która zaś była zawsze nadopiekuńcza i "prowadziła mnie za rękę" we wszystkim. Ja nie umiem jak na razie rozwiązywać problemów.

 

Masz zespół Aspergera ?

Nie wiem, nie byłem diagnozowany pod tym kątem, ale biorąc pod uwagę objawy i kryteria ICD-10, to nie wykluczone, że mam.

 

Ale płaczu akurat nie uważam za słabość. Dla mnie słabością nie są moje własne uczucia,nawet strach czy stres nie jest słabością dla mnie. Dla mnie słabość to tylko okazywanie uczuć innym np. w przypadku płaczu to,gdybym miała się popłakać bo coś mi nie wyszło (do dzisiaj mi się tak zdarza w skrajnych sytuacjach) to nie czuję się słaba,natomiast czułabym się tak,gdybym miała się popłakać,bo ktoś mnie zostawił,skrytykował itp.

Rozumowo to ja raczej też nie uważam płaczu za słabość, ale odczucia mam takie, że to słabość, bez względu na powód.

 

Ja widziałam tylko raz jak mój ojciec płakał. Po śmierci mamy to było,więc nie sądzę,że mimo agresji był jakimś tam złym człowiekiem. O rodzinę dbał,zwłaszcza po moich narodzinach ale ogólnie to jestem strasznie podobna do niego pod względem charakteru tyle,że o innych się nie troszczę i to nas różni.

Mój ojciec nigdy nie płakał, a gdy zmarła moja babcia (jego matka) to dziadek się trochę popłakał, a ojciec nie uronił łez.

 

Ja nienawidzę,jak ktoś do mnie mówi zdrobniale. Taka osoba wtedy może mnie w pewnym sensie "pozyskać". Zdrobniałe słówka kojarzą mi się z moją matką,którą kochałam i jak np. wdam się w kłótnię z nauczycielem i ten do mnie powie znienacka "Monisiu" to automatycznie odpuszczam i się uspokajam. Czułe słówka to mój słaby punkt,kojarzą mi się z matką,która mówiła do mnie w ten sposób,chcąc mnie uspokoić bądź okazać swoje uczucia.

Też nie lubię, jak ktoś do mnie mówi zdrobniale, czuję się wtedy też słaby. Moja babcia głównie tak do mnie mówiła w dzieciństwie, (ale wtedy i tak to przy niej czułem się najlepiej, najbardziej jej ufałem, że na pewno nie zrobi mi krzywdy). Nie lubię też, gdy moja babcia mówi do mnie, że mnie kocha, ponieważ emocjonalnie nie rozumiem dokładnie, o co chodzi.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No, dość dziwne te poglądy u koleżanki...

Ja tak nie mam, bo ja, jako uczuciowy człowiek, dążę do uczucia, bliskości. Miałem tylko raz taką bliskość z dziewczyną i to "chwilową". Ale to też nie była szczera bliskość. Seks też był "chwilowy", a ja myślałem, że tak będzie na stałe.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Bonus, przeciez Ty prawiczek jestes...to jaki chwilowy seks masz na mysli?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jaki prawiczek? Już nim nie jestem. Bo z jedną koleżanką był seks, ale też jakoś on mnie nie satysfakcjonował.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×