Skocz do zawartości
Nerwica.com

Samotność


ixi

Rekomendowane odpowiedzi

Chyba dlatego, że w takich sytuacjach to ja mówię, a on słucha, przyznaje mi rację, obiecuje więcej uwagi, a potem zwyczajnie zapomina... Odbyliśmy takie rozmowy, czy moje monologi już w przeszłości, nic z tego nie wyniknęło. Chyba nie mam już siły, by znowu to przerabiać, robić sobie nadzieję, że będzie lepiej, a potem się zawieść... Kocham męża i nie wyobrażam sobie życia bez niego... Może zbyt wiele oczekuję...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

boża krówka, nie rozumiem pojęcia "bezpieczeństwo finansowe". Nie wiem czy jesteś wierząca, ale zakładam, że tak. Oto dwa cytaty, które już teraz rozwiązują twój problem bezpieczeństwa finansowego. Tak więc możesz się skupić na sferze emocjonalnej waszego związku.

 

13 Wtedy ktoś z tłumu rzekł do Niego: «Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem». 14 Lecz On mu odpowiedział: «Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami?»

15 Powiedział też do nich: «Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa [we wszystko], życie jego nie jest zależne od jego mienia».

16 I opowiedział im przypowieść: «Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. 17 I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. 18 I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. 19 I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! 20 Lecz Bóg rzekł do niego: "Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?" 21 Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem».

22 Potem rzekł do swoich uczniów: «Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o życie, co macie jeść, ani o ciało, czym macie się przyodziać. 23 życie bowiem więcej znaczy niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie. 24 Przypatrzcie się krukom: nie sieją ani żną; nie mają piwnic ani spichlerzy, a Bóg je żywi. O ileż ważniejsi jesteście wy niż ptaki! 25 Któż z was przy całej swej trosce może choćby chwilę dołożyć do wieku swego życia? 26 Jeśli więc nawet drobnej rzeczy [uczynić] nie możecie, to czemu zbytnio troszczycie się o inne? 27 Przypatrzcie się liliom, jak rosną: nie pracują i nie przędą. A powiadam wam: Nawet Salomon w całym swym przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. 28 Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, o ileż bardziej was, małej wiary! 29 I wy zatem nie pytajcie, co będziecie jedli i co będziecie pili, i nie bądźcie o to niespokojni! 30 O to wszystko bowiem zabiegają narody świata, lecz Ojciec wasz wie, że tego potrzebujecie. 31 Starajcie się raczej o Jego królestwo, a te rzeczy będą wam dodane.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

boża krówka, Moje współżycie z moją żoną doskonale pasuje do twojego, doskonale pamiętam moje monologi, ileż to razy rozmawiałem z jej plecami w łóżku, nawet nie wiedziałem czy ona śpi czy mnie słucha, a jak wiedziałem że słucha to nigdy nie doczekałem się odpowiedzi na moje pytania. Nie pamiętam by kiedykolwiek sama od siebie powiedziała mi że mnie kocha, zawsze musiałem ją o to pytać i potem w niezręczny sposób odpowiadała tak. Teraz jest inaczej, po ostatniej hospitalizacji śpię osobno i już nie ciągnie mnie do niej, i przez te trzy lata nie zapytała mnie dlaczego śpię osobno, a ja nie próbuję sam od siebie jej tego tłumaczyć. Myślę że to z tego powodu rozwinęło się u mnie poczucie samotności i trwa do dzisiaj i pewnie będzie trwać do końca życia.

CHAD ll

Kwetaplex

Lerivon

Lexotan

Clonazepam

Lamotrix

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Victorius17 Jestem wierząca i znam też fragment o uchu igielnym i wielbłądzie, a także, że nie samym chlebem żyje człowiek, więc na co mi pieniądze... Otóż mamy dzieci i naprawdę ciężko związać koniec z końcem. Na razie starcza na życie od pierwszego do pierwszego, więc jeszcze nie jest najgorzej... Martwię się tylko o pracę, która jest niepewna. Taki urok mojej depresji, że ciągle zamartwiam się o przyszłość. Przez krótki czas mojej zawodowej egzystencji czułam się "bezpieczna finansowo", ale to było zanim urodziłam dzieci. Teraz nie zarabiam tak dobrze, jak wtedy. A zarabiać muszę, nie mogę zostać w domu przy dzieciach. Nie mogę też znaleźć lepszej pracy, bo nie mam środków finansowych, by poprawić swoje kompetencje... I koło się zamyka.

Victorius17, a Ty masz rodzinę na utrzymaniu? Wiesz jak to jest zamartwiać się o przyszłość dzieci? Mnie wiele do szczęścia potrzebne nie jest. Tyle, by starczyło kasy na wychowanie dwóch odważnych, mądrych mężczyzn. Pieniądze szczęścia nie dają, ale lepiej je mieć ;)

Niemniej dziękuję za Twój głos w mojej sprawie, bo ja się zgadzam z tym, że Bogu muszę zaufać. Jestem człowiekiem wierzącym, ale pewnie za słabo, skoro pozwalam, by sprawy finansowe tak zaprzątały moją głowę...

 

kamil7 Dzięki za wsparcie :) Widać rozumiesz kwestię "bezpieczeństwa finansowego", jego wpływu na codzienność.

Swoją drogą w katolicyzmie bogactwo jest ble, a w protestantyzmie już nie, pomnażać finanse na chwałę Boga nie jest niczym złym ;) Nevermind.

Co do terapii rodzinnej... Obawiam się, że to nie nasze klimaty, albo może jeszcze nie dojrzeliśmy? No cóż, może jednak uda mi się znowu "pomonologować" z mężem ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Kazimierz61 No właśnie... Ten brak spontanicznego "kocham cię", przytulenia... To żebranie o słowa i gesty miłości... Po iluś latach bycia tą bardziej zaangażowaną stroną, człowiek traci zapał. Jak ja się do męża nie przytulę, to on tego pierwszy nie zrobi. Na szczęście mam jeszcze dzieci do tulenia :) J

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

"Uzależnianie" w jakiejś tam części swojego szczęścia od innych prowadzi do..niepowodzeń i boolu dupy,zaś od samego siebie i swoich biznesów do pogłębienia aspołeczności, niechęci i egoizmu,potem zaś powrót do "społeczeństwa" jest jeszcze trudniejszy i upierdliwy niż zwykle.

Tak źle i tak niedobrze,shit happens.

"Whoever fights monsters should see to it that in the process he does not become a monster. And when you look into the abyss, the abyss also looks into you"

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Kazimierz61 No właśnie... Ten brak spontanicznego "kocham cię", przytulenia... To żebranie o słowa i gesty miłości... Po iluś latach bycia tą bardziej zaangażowaną stroną, człowiek traci zapał. Jak ja się do męża nie przytulę, to on tego pierwszy nie zrobi. Na szczęście mam jeszcze dzieci do tulenia :) J
To zwykła rutyna pomyśl jak ją przerwać i zmienić relacje w waszym związku.Terapii nie chcesz pytałaś męża?

Czasami niewiele trzeba by odbudować fajne relacje tylko dwoje musi chcieć i się starać.Zastanawiałaś się dlaczego mąż stracił zapał do przytulania itd?wszystko to ma swoje powody zastanów się nad nimi.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

"Uzależnianie" w jakiejś tam części swojego szczęścia od innych prowadzi do..niepowodzeń i boolu dupy,zaś od samego siebie i swoich biznesów do pogłębienia aspołeczności, niechęci i egoizmu,potem zaś powrót do "społeczeństwa" jest jeszcze trudniejszy i upierdliwy niż zwykle.

Tak źle i tak niedobrze,shit happens.

 

Amen :) Nie potrafiłabym lepiej tego ująć!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

To zwykła rutyna pomyśl jak ją przerwać i zmienić relacje w waszym związku.Terapii nie chcesz pytałaś męża?

Czasami niewiele trzeba by odbudować fajne relacje tylko dwoje musi chcieć i się starać.Zastanawiałaś się dlaczego mąż stracił zapał do przytulania itd?wszystko to ma swoje powody zastanów się nad nimi.

 

Wiem... Nie mam pomysłu jak to zmienić. Wszystkie eksperymenty moje przeszły bez echa. Nasze życie kręci się obecnie wokół dzieci i przez parę lat najbliższych to się pewnie nie zmieni, zanim nie usamodzielnią się na tyle, byśmy chociaż na spacer mogli wyjść tylko we dwójkę. My się w sumie dobrze dogadujemy, póki któreś z nas nie strzeli focha, unikam tego jak ognia, on też, może dlatego nie rozmawiamy o swoich emocjach względem siebie. Błędne koło. Myślę, że chyba oboje jesteśmy baaardzo zmęczeni tym "lataniem" wokół dzieci, a nie mamy za bardzo możliwości "sprzedać" ich komuś na weekend... Może przeczekanie to jest rozwiązanie jakieś? Czy nie?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Victorius17 Jestem wierząca i znam też fragment o uchu igielnym i wielbłądzie, a także, że nie samym chlebem żyje człowiek, więc na co mi pieniądze... Otóż mamy dzieci i naprawdę ciężko związać koniec z końcem. Na razie starcza na życie od pierwszego do pierwszego, więc jeszcze nie jest najgorzej... Martwię się tylko o pracę, która jest niepewna. Taki urok mojej depresji, że ciągle zamartwiam się o przyszłość. Przez krótki czas mojej zawodowej egzystencji czułam się "bezpieczna finansowo", ale to było zanim urodziłam dzieci. Teraz nie zarabiam tak dobrze, jak wtedy. A zarabiać muszę, nie mogę zostać w domu przy dzieciach. Nie mogę też znaleźć lepszej pracy, bo nie mam środków finansowych, by poprawić swoje kompetencje... I koło się zamyka.

Victorius17, a Ty masz rodzinę na utrzymaniu? Wiesz jak to jest zamartwiać się o przyszłość dzieci? Mnie wiele do szczęścia potrzebne nie jest. Tyle, by starczyło kasy na wychowanie dwóch odważnych, mądrych mężczyzn. Pieniądze szczęścia nie dają, ale lepiej je mieć ;)

Niemniej dziękuję za Twój głos w mojej sprawie, bo ja się zgadzam z tym, że Bogu muszę zaufać. Jestem człowiekiem wierzącym, ale pewnie za słabo, skoro pozwalam, by sprawy finansowe tak zaprzątały moją głowę...

 

kamil7 Dzięki za wsparcie :) Widać rozumiesz kwestię "bezpieczeństwa finansowego", jego wpływu na codzienność.

Swoją drogą w katolicyzmie bogactwo jest ble, a w protestantyzmie już nie, pomnażać finanse na chwałę Boga nie jest niczym złym ;) Nevermind.

Co do terapii rodzinnej... Obawiam się, że to nie nasze klimaty, albo może jeszcze nie dojrzeliśmy? No cóż, może jednak uda mi się znowu "pomonologować" z mężem ;)

 

Ale Ty nie masz nic oprócz dnia dzisiejszego! Zrozum to. Dzień wczorajszy przeminął i go nie ma. Odszedł. Dzień jutrzejszy dopiero nadejdzie. Dlaczego więc nie zamartwiasz się tym co jest teraz? Masz fajne dzieciaki i męża. Skup się na tym, a pieniądze się znajdą. Moi rodzice mieli baaaardzo poważne problemy finansowe, ale Bóg o nich nie zapomniał. Nie mieliśmy kokosów, ale wystarczyło na przeżycie i opłacenie rachunków za bardzo skromne mieszkanie. Kiedy ojciec dostał rachunek na 4000 zł za usługi medyczne, nagle okazało się, że skreślił szczęśliwe liczby w Lotto i wygrał 4000 zł. Nie więcej, nie mniej tylko tyle ile trzeba było na opłacenie tego rachunku. Bóg nie obiecuje kokosów, ale na przeżycie zawsze Ci wystarczy jeśli nie stracisz wiary. Nie mam na utrzymaniu dzieci, ale utrzymuję mojego ojca, który ze względu na dolegliwości zdrowotne i wiek, nie może wykonywać wielu prac. Nie martwię się o przyszłość, bo wiem że Bóg mnie nie zostawi. Jeśli stracę pracę, Bóg pomoże mi znaleźć inną. Wszystko ułoży się tak, że musi być dobrze rozumiesz? Na tej ziemi nawet menel który zapija się co dnia, ma tyle pieniędzy, by wystarczyło na jakieś tam jedzenie, a Ty miałabyś zostać bez grosza? Nie zamartwiaj się takimi rzeczami i zacznij gadać z mężem! Wykonać :D !

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

"W tych czasach dla każdej relacji można znaleźć zamiennik" rzecze mniej więcej prawidło...

Jak się na to zapatrujecie?

Osobiście sądzę że jest w tym sporo prawdy,zawsze jest szansa na poznanie kogoś nowego,ciekawszego,lepszego,kto lepiej się do nas dopasuje.

Z drugiej strony,każda relacja/znajomość - emocje,wspomnienia,reakcje,wspomnienia - są inne przy każdej relacji,indywidualne,nie ma 2 tych samych relacji,tych ludzi.

"Whoever fights monsters should see to it that in the process he does not become a monster. And when you look into the abyss, the abyss also looks into you"

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

"W tych czasach dla każdej relacji można znaleźć zamiennik" rzecze mniej więcej prawidło...

Jak się na to zapatrujecie?

 

Kiedyś myślałam, że jak się pozna tego jedynego, to on zawsze będzie tym jedynym i nic go nie zastąpi. Teraz tak nie uważam. Jest tyle ludzi na świecie i tyle możliwych kombinacji, że spokojnie znajdzie się zastępstwo.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Kazimierz61 No właśnie... Ten brak spontanicznego "kocham cię", przytulenia... To żebranie o słowa i gesty miłości... Po iluś latach bycia tą bardziej zaangażowaną stroną, człowiek traci zapał. Jak ja się do męża nie przytulę, to on tego pierwszy nie zrobi. Na szczęście mam jeszcze dzieci do tulenia :) J

ja nie mam meza, ale tak doskonale wiem o czym mowisz... mialam chlopaka przez 8 lat, pierwsza prawdziwa, dojrzala milosc. byl moment, ze do naszego zycia zakradla sie stagnacja, rutyna. siedzielismy po dwoch stronach kanapy ogladajac film, na imprezach on widzial bardziej swoich znajomych niz mnie. problem tkwil w tym, ze ani ja, ani on nigdy nie bylismy zbyt wylewni przede wszystkim jesli chodzi o gesty, czy deklaracje milosci. nie bylismy rowniez zareczeni, bo ja bylam osoba, ktora nie chciala formalizacji zwiazku. dzis juz wiem czemu, dzis wiem bardzo wiele, niestety za pozno, gdyz nie jestesmy razem. w naszym zwiazku to ja bylam osoba, ktora mowila, czesto rowniez prowadzilam monologi, on byl ta strona, ktora nie lubila dzielic sie problemami. na poczatku jeszcze mialam ochote walczyc, probowac, pozniej opadlam z sil. dzis tak bardzo zaluje, odpuscilam, pozwolilam niejako mu odejsc, on rowniez w ogole nie walczyl. mam w glowie tyle mysli, wszystkie niepoukladane, nie chce ich nawet ubierac w slowa, bo bol, ktory temu towarzyszy jest nie do zniesienia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dokładnie to samo mogę napisać o sobie... :(

Też jestem introwertyczką, ludzie lubią osoby spontaniczne, towarzyskie, energiczne. Nie jestem przebojowa i nigdy nie będę, jestem cicha, spokojna, poważna, a teraz modne są niestety "radosne wariatki".

 

520m.n.p.m., Ludzie lubią ludzi uśmiechniętych i radosnych. Stań się taka. Nie od razu. Musisz ćwiczyć. Umiejętności towarzyskie też się ćwiczy. Nie bój się niepowodzeń. Nikt nie jest idealny i każdy popełnia błędy. Jesteśmy tylko ludźmi. Jeśli ktoś nie chce z Tobą gadać to trudno - olej tę osobę i idź dalej :) .

A ja nie lubię ludzi uśmiechniętych i radosnych tylko szczerych, nie lubię ludzi którzy od rana do wieczora mają przyklejony uśmiech od ucha do ucha i jacy to oni są szczęśliwi, a widać że w środku coś gryzie i boli, nie lubię ludzi którzy udają silnych, zaradnych, życzliwych, mądrych, nie lubię udawania, po co udawać, myślicie że tego nie widać że ktoś udaje? Wszystko widać. Ja nie zawsze czuję się silna, zaradna, mądra i akurat wtedy potrzebuję drugiego człowieka najbardziej, ale tego człowieka nie ma. Mam gdzieś konwersacje z kasjerką w sklepie, która mnie też ma gdzieś. Potrzebuję kogoś kto mnie nie będzie miał gdzieś, czy moja potrzeba jest niewłaściwa? Może nie powinnam mieć takich potrzeb?

Nie rozumiem tego dlaczego tutaj anonimowo tak otwarcie rozmawiamy o tym, że jesteśmy samotni. A rozmawiając twarzą w twarz nie wolno się do tego przyznawać. Czy samotność jest przestępstwem? Kiedyś się przyznałam do tego, że jestem samotna, to usłyszałam coś w stylu, że wszytko będzie dobrze tylko muszę wyjść do ludzi i założyć konto na portalu randkowym. Przecież nie siedzę na bezludnej wyspie, przebywam wśród ludzi, codziennie z nimi rozmawiam, a jak będę chciała sobie porozmawiać z niedojrzałymi chłopcami to pójdę do przedszkola. Tak czy siak jestem skazana na samotność, bo teraz jest bardzo modna obojętność.

W dobre dni warto wierzyć. Daruj mi, pozwól przeżyć Choćby w snach, pozwól przeżyć dobre dni. Nie ma lepszych dni od dobrych razem z Tobą.

Czerwone Gitary - Mam dobry dzień

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dokładnie to samo mogę napisać o sobie... :(

Też jestem introwertyczką, ludzie lubią osoby spontaniczne, towarzyskie, energiczne. Nie jestem przebojowa i nigdy nie będę, jestem cicha, spokojna, poważna, a teraz modne są niestety "radosne wariatki".

 

520m.n.p.m., Ludzie lubią ludzi uśmiechniętych i radosnych. Stań się taka. Nie od razu. Musisz ćwiczyć. Umiejętności towarzyskie też się ćwiczy. Nie bój się niepowodzeń. Nikt nie jest idealny i każdy popełnia błędy. Jesteśmy tylko ludźmi. Jeśli ktoś nie chce z Tobą gadać to trudno - olej tę osobę i idź dalej :) .

A ja nie lubię ludzi uśmiechniętych i radosnych tylko szczerych, nie lubię ludzi którzy od rana do wieczora mają przyklejony uśmiech od ucha do ucha i jacy to oni są szczęśliwi, a widać że w środku coś gryzie i boli, nie lubię ludzi którzy udają silnych, zaradnych, życzliwych, mądrych, nie lubię udawania, po co udawać, myślicie że tego nie widać że ktoś udaje? Wszystko widać. Ja nie zawsze czuję się silna, zaradna, mądra i akurat wtedy potrzebuję drugiego człowieka najbardziej, ale tego człowieka nie ma. Mam gdzieś konwersacje z kasjerką w sklepie, która mnie też ma gdzieś. Potrzebuję kogoś kto mnie nie będzie miał gdzieś, czy moja potrzeba jest niewłaściwa? Może nie powinnam mieć takich potrzeb?

Nie rozumiem tego dlaczego tutaj anonimowo tak otwarcie rozmawiamy o tym, że jesteśmy samotni. A rozmawiając twarzą w twarz nie wolno się do tego przyznawać. Czy samotność jest przestępstwem? Kiedyś się przyznałam do tego, że jestem samotna, to usłyszałam coś w stylu, że wszytko będzie dobrze tylko muszę wyjść do ludzi i założyć konto na portalu randkowym. Przecież nie siedzę na bezludnej wyspie, przebywam wśród ludzi, codziennie z nimi rozmawiam, a jak będę chciała sobie porozmawiać z niedojrzałymi chłopcami to pójdę do przedszkola. Tak czy siak jestem skazana na samotność, bo teraz jest bardzo modna obojętność.

ja tez nie cierpie ludzi, ktorzy udaja. wiele osob mialo mnie zawsze za osobe zarozumiala, wyniosla, dlatego, ze czesto w towarzystwie bylam milczaca. otoz jestem osoba, ktora nie lubi sztucznosci, jesli nie czuje nici porozumienia, nie mam potrzeby otwierania sie. wybudowalam sobie bariere, przez ktora przepuszczam tylko nielicznych i potem ci nieliczni przepraszaja, ze odniesli zle wrazenie. a mnie nie ma za co przepraszac, to moj wybor, wole wlasnie w ten sposob byc odbierana przez ludzi i wybierac tych, ktorzy poznaja mnie naprawde. kiedys, a bylo to dawno temu, bo cala dekade wstecz, uslyszalam, ze jestem stara jak na swoj wiek, ze nie przypominam w zachowaniu rowiesniczek, nie latam jak postrzelona, nie chichram sie i przede wszystkim nie udaje.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ciągłe narzekanie na samotność nic nie daje, co najwyżej rozładowanie emocjonalne. Nie mówię, że nie będę tego więcej robił bo pewnie będę ale fakt jest taki, że to niczego nie zmienia, nieważne jak głośno i długo będzie się krzyczeć, to nic nie daje. Ja wybieram życie w samotności, po za kontaktami powierzchownymi i ewentualnością przyjaźni, nic na siłę i żadnej desperacji. Znajomych mam, przyjaźń jeżeli ma być to będzie. Oczywiście nie chcę się izolować i nie będę tego robił, zostawiam sobie furtkę na innych. Czy będę robił coś ku temu żeby nie być sam, tak ale umiarkowanie i do pewnego stopnia.

Let them suffer!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

"Uzależnianie" w jakiejś tam części swojego szczęścia od innych prowadzi do..niepowodzeń i boolu dupy,zaś od samego siebie i swoich biznesów do pogłębienia aspołeczności, niechęci i egoizmu,potem zaś powrót do "społeczeństwa" jest jeszcze trudniejszy i upierdliwy niż zwykle.

Tak źle i tak niedobrze,shit happens.

 

Jeśli ani relacje z innymi ani relacje ze sobą nie są wyznacznikiem szczęścia, to co nim jest?

 

Niedawno zaczęłam uczyć się bycia ,,sama dla siebie''. Dotąd wszystko robiłam dla drugiej osoby, ,,dla nas''. Próbuję być samowystarczalna i nie czerpać zapewnień o poczuciu własnej wartości od innych. Ale okazuje się, że gdy cokolwiek robię dla siebie - nie ma to sensu. Nie widzę różnicy - wstaje dziś z łóżka, czy nie. Nie ma to znaczenia.

Gdybym miała dla kogo wstać - to jeszcze rozumiem. Ale dla samej siebie? Po co?

Mowilam o tym psycholożce. Ona powiedziała mi, że człowiek stworzony jest do bycia z innymi i że rozumie mój ból. Nadal jednak nie wiem, jak radzić sobie sama, bez Tego Drugiego. Nie wiem, po co to wszystko.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

"Uzależnianie" w jakiejś tam części swojego szczęścia od innych prowadzi do..niepowodzeń i boolu dupy,zaś od samego siebie i swoich biznesów do pogłębienia aspołeczności, niechęci i egoizmu,potem zaś powrót do "społeczeństwa" jest jeszcze trudniejszy i upierdliwy niż zwykle.

Tak źle i tak niedobrze,shit happens.

 

Jeśli ani relacje z innymi ani relacje ze sobą nie są wyznacznikiem szczęścia, to co nim jest?....

Nieobecność nieszczęścia.

__regvar __no_init volatile unsigned char flags

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

...Nie rozumiem tego dlaczego tutaj anonimowo tak otwarcie rozmawiamy o tym, że jesteśmy samotni. A rozmawiając twarzą w twarz nie wolno się do tego przyznawać....

Nie wolno? Kto zabrania?

Chyba sama sobie zabraniasz.

 

...Tak czy siak jestem skazana na samotność, bo teraz jest bardzo modna obojętność.

Zewnętrzne uzasadnienie wewnętrznych problemów. Myślisz, że nie widać co chcesz przykryć jakąś wydumaną modą?

Jesteś samotna, bo takich dokonujesz wyborów.

__regvar __no_init volatile unsigned char flags

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli ani relacje z innymi ani relacje ze sobą nie są wyznacznikiem szczęścia, to co nim jest?
Moim zdaniem to przede wszystkim relacje sam ze sobą są najważniejsze i to one, tak mi się wydaje, są wyznacznikiem szczęścia, między innymi. Trzy lata temu poszedłem na terapię uzależnień od alkoholu , to był moment w którym zrozumiałem, że jestem alkoholikiem, skończyłem ją pół roku temu i cały czas jestem szczęśliwy że resztę życia przeżyję godnie, zrobiłem to dla siebie żeby alkohol już mną nie żądził , ale uważam nie znaczy to że nie mogę odczuwać samotności, czy braku szczęścia z innych rzeczy. Chcę powiedzieć że szczęście można przeżywać na różnoraki sposub, równolegle szczęście z jednych rzeczy i nieszczęście z innych rzeczy, no i jeszcze samotność która trapi wielu ludzi niekoniecznie samotnych i nie koniecznie muszę się czuć nieszczęśliwy z powodu niej.

CHAD ll

Kwetaplex

Lerivon

Lexotan

Clonazepam

Lamotrix

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

 

Niedawno zaczęłam uczyć się bycia ,,sama dla siebie''. Dotąd wszystko robiłam dla drugiej osoby, ,,dla nas''. Próbuję być samowystarczalna i nie czerpać zapewnień o poczuciu własnej wartości od innych. Ale okazuje się, że gdy cokolwiek robię dla siebie - nie ma to sensu. Nie widzę różnicy - wstaje dziś z łóżka, czy nie. Nie ma to znaczenia.

Ty piszesz tak a ja czytam: nie znaczę nic dla siebie.

W jaki sposób chcesz znaczyć coś dla drugiego człowieka jeśli dajesz mu w swojej ocenie "nic". To on ma Ci nadać wartość i znaczenie ? Tak jak Ci nada tak i może zabrać i zapewne to zrobi. Czy sama chciałabyć być z człowiekiem, którego bezustannie musiałabyś zapewniać o jego wartości?

Gdybym miała dla kogo wstać - to jeszcze rozumiem. Ale dla samej siebie? Po co?

Mowilam o tym psycholożce. Ona powiedziała mi, że człowiek stworzony jest do bycia z innymi i że rozumie mój ból. Nadal jednak nie wiem, jak radzić sobie sama, bez Tego Drugiego. Nie wiem, po co to wszystko.

Być z innym człowiekiem to nie tylko być z nim w związku. Można być z ludżmi na wiele sposobów i wiele się poprzez takie bycie nauczyć.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

"Uzależnianie" w jakiejś tam części swojego szczęścia od innych prowadzi do..niepowodzeń i boolu dupy,zaś od samego siebie i swoich biznesów do pogłębienia aspołeczności, niechęci i egoizmu,potem zaś powrót do "społeczeństwa" jest jeszcze trudniejszy i upierdliwy niż zwykle.

Tak źle i tak niedobrze,shit happens.

 

Jeśli ani relacje z innymi ani relacje ze sobą nie są wyznacznikiem szczęścia, to co nim jest?

 

Niedawno zaczęłam uczyć się bycia ,,sama dla siebie''. Dotąd wszystko robiłam dla drugiej osoby, ,,dla nas''. Próbuję być samowystarczalna i nie czerpać zapewnień o poczuciu własnej wartości od innych. Ale okazuje się, że gdy cokolwiek robię dla siebie - nie ma to sensu. Nie widzę różnicy - wstaje dziś z łóżka, czy nie. Nie ma to znaczenia.

Gdybym miała dla kogo wstać - to jeszcze rozumiem. Ale dla samej siebie? Po co?

Mowilam o tym psycholożce. Ona powiedziała mi, że człowiek stworzony jest do bycia z innymi i że rozumie mój ból. Nadal jednak nie wiem, jak radzić sobie sama, bez Tego Drugiego. Nie wiem, po co to wszystko.

"Przestawienie się" może zająć sporo czasu,tym bardziej jeśli jakoś się przywykło że zwykle ktoś jest obok.

Tak i w relacjach,dystansie do siebie i reszcie bzdur,to wieczne poszukiwanie złotego środka który pewnie nie istnieje.

"Whoever fights monsters should see to it that in the process he does not become a monster. And when you look into the abyss, the abyss also looks into you"

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×