Skocz do zawartości
Nerwica.com

Osobowość chwiejna emocjonalnie (typ BORDERLINE)


atrucha

Rekomendowane odpowiedzi

…Bo bordery mogą kochać i to bardziej, niż ktokolwiek na świecie…

 

nie wiem czy wszyscy ale wiekszosc Borderow potrafi tylko NAJ- lepiej lub -gorzej :twisted:

nie ma srodka jest tylko szczyt czyli RAJ lub PIEKLO i nic innego nie istnieje, czasami jedno z drugim jest bardzo plynne przelewa sie z jednego stanu w drugi w zastraszajacym tempie. tak niestety jest i nic z tym fantem nie da sie zrobic, najlepsza terapia moze tylko tyle na ile Border chce/jest w stanie nauczyc sie z tym zyc (opanowac/poznac)

 

mysle ze nie bylas w stanie mu bardziej pomoc, nie mozna zyc i kochac za dwoje niestety :(

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

kochac na maxa ale i szybko sie wyczerpywac emocjonalnie. Jestem na tym etapie. Nic nie czuje do chlopaka jeszcze poki co aktualnego ale myslami jestem juz daleko. Mowie co mi przyjdzie do glowy, bez zastanowienia, prosto w oczy - dla mnie to tylko slowa a jego chyba to boli. Nie moge juz zyc tak przyziemnie. Wstac, zjesc, ja na zajecia, on do pracy, przyjsc wieczorem, zjesc, spac i od nowa. Jestem osoba wrazliwa, marzy mi sie zycie takie bardziej wzniosle. Zainteresowanie kultura i sztuka z obu stron a nie tylko z mojej. Bylo dobrze ale zbyt banalnie i dlatego wole odejsc. Jak jestem sama mam wiecej motywacji do dzialania i do zmian samej siebie a teraz... nic mi sie nie chce... dzis caly dzien leze i slucham piosenek. Miotaja mna silne emocje. Chcialabym byc niezalezna od nikogo. Ciagle niektorzy traktuja mnie jak dziecko no ilez mozna!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jak jestem sama mam wiecej motywacji do dzialania i do zmian samej siebie a teraz... nic mi sie nie chce... dzis caly dzien leze i slucham piosenek.

 

Ciekawe czy jakby pojawił się taki co to dzieli z Tobą zainteresowania, sztukę itd, jak napisałaś, to byłby dobry?

Jak nie jestem w związku jest spokojniej, ale jak pojawi się relacja to "dzieje się". Wniosek - nie potrafię, nie potrafisz - być w związku?

 

U mnie spokojnie. Nic się nie dzieje i nawet nie szukam wrażeń. W dupie mam też wszystkich facetów.

Wkurwia mnie, że ludzie olewają, też taka będę dla nich. Bo po co zawsze się starać, skoro ktoś tego nie doceni ? Też mi się nic nie chce.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jaka ze mnie jebana męczennica. Nie wiem, ale gdzieś w głębi duszy chyba podoba mi się ta frustracja związana z faktem, że oddaję całe poklady uczuć osobom, które mnie nie chcą, nie patrzą na mnie jak na obiekt uczuć, o erotyce nie wspominając. Katuję się ich obecnością, katuję się myślami.

 

Powoli kończę edukację, no, prawie i przede mną piętnaście wolnych miesięcy; pięć do poprawki i piętnaście do powtórki matury. Muszę znaleźć jakąś pracę, muszę mieć własne pieniądze. Kompletnie nie wiem, od czego zacząć, i co z tym dodatkowym ciężarem w postaci poczucia własnej beznadziejności zrobić. Zawsze byłam głęboką przeciwniczką i hejterką, ale teraz już wiem, co czują te osoby, które pragną całe życie spędzić na garnuszku rodziców, podejmując niekończące się podboje edukacyjne. Nie mam zamiaru tak, ale rozumiem.

 

Aktualnie jestem burzą. Fale nienawiści, mam ochotę zagłodzić się na śmierć, przynajmniej wyglądałabym mniej paskudnie. Chcę być obiektem czyichś uczuć.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

wypełnia mnie szczęście, energia, poczucie miłości i zgody ze światem.

Co za ironia, że zwykle gdy już osiągnę ten wymarzony stan, nagle zaczyna ze mnie kipieć panika i lęk, że to wszystko to iluzja albo, że zaraz się zepsuje. Tak naprawdę żyłoby mi się całkiem dobrze gdyby nie te chwile wysokich wzlotów i bolesnych upadków.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Hustawka emocjonalna wypala mnie i paraliżuje. Nic nie zrobilam w ten wekend, a miałam nadrobić naukę. Mój nastrój oscylował między olewackim, buntowniczym i nadmiernie luzackim, wreszcie panikarskim i rozpaczliwym. Meczę się ze sobą. Czemu pojawia sie pustka, gdyby nie ludzie wokół usiadłabym na łóżku i siedziala jak katatonik. Czasem się czuję jak zegarek, ktory czeka aż ktoś go nakręci.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Myślałam, że tylko ja mam obsesję związaną z ,,miłością" (jakkolwiek sceptycznie dotychczas do tego pojęcia bym nie podchodziła, nim mnie nie trafiło).

 

Dlaczego, do cholery, tak muszę się angażować w coś, co nie ma jakichkolwiek szans ani na zaistnienie, ani na przetrwanie, jednostronne, beznadziejne, półplatoniczne...

 

Tyle czasu łudzenia się, zmarnowanej energii, utraty wszelkich zainteresowań, koncentracja na jednym, wyczerpanie i pustka, negacja innych problemów, dużo istotniejszych i bardziej naglących, które nagle dały się we znaki. Wszystko skumulowane, ta sigma rozpaczy szczerzy się z moim uśmiechem Pan American: ,,jestem taka wesoła i >>fajna<<".

 

Wracam do domu i... i koszmar.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dlaczego, do cholery, tak muszę się angażować w coś, co nie ma jakichkolwiek szans ani na zaistnienie, ani na przetrwanie, jednostronne, beznadziejne, półplatoniczne...

 

Tyle czasu łudzenia się, zmarnowanej energii, utraty wszelkich zainteresowań, koncentracja na jednym, wyczerpanie i pustka, negacja innych problemów, dużo istotniejszych i bardziej naglących, które nagle dały się we znaki.[/quote

 

Takie typowe... jeszcze o tym nie wiesz? Ja już sobie nie zadaję takich pytań.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja niestety umiem tylko albo angażować się na maksa (co wiąże się z ogromną zazdrością i zaborczością, która wykańcza mnie i drugą osobę), albo odwrotnie - nie angażować się prawie wcale (pozbywam się wtedy natrętnych myśli, w sporym stopniu zazdrości, więc czuję się lepiej, ale z drugiej strony jest gorzej w innych aspektach - ktoś tyle dla mnie robi, a jak czuję się lepiej mam go w dupie). Nie wiem nawet, czy takie stany przechodzą, bo zazwyczaj pierwszy trwał około roku - kiedy zaczynał się drugi po kilku miesiącach dawałam sobie spokój i zrywałam znajomość. Nie chcę, żeby tak było już zawsze :

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Stumm, wybacz, oczywiście wiem, myślałam tylko, że ciągle się nad tym zastanawiasz, a to bez sensu przecież. Działanie i robienie coś z tym ma tylko sens.

Mam gorszy nastrój i chyba nie powinnam się odzywać wtedy, bo bywam zaczepna.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Conessa, nie wzięłam tego do siebie, spokojnie. :)

 

Sama traktuję to z jednej strony z dystansem (mówiąc), a z drugiej ryczę jak krowa w polu (siedząc i myśląc w samotności).

 

Sens czy bezsens, trudno jest zidentyfikować, skoro ktoś daje sprzeczne komunikaty. Najlepiej po prostu... odciąć się od tego, trudno zrozumieć, o co chodzi komuś innemu. Może o nic? A to lekceważenie byłoby najgorszym ciosem, co się, zdaje, potwierdziło.

 

Żal rzyć ściska.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

abstrakcyjna, przejściowe problemy.. sama nie wiem, coś jest nie tak. Czuję, że mam problem tylko o nim nie myślę i nie mówię, a gdy dopada mnie cisza i czas widzę beznadziejność w jakiej się znajduję i której się boję, dlatego zagłuszam to wszystkim co mogę. Wiem jedno i tego się trzymam - chcę to zmienić bo boję się, że nie dam rady w życiu. Ha i tu kolejne ciekawe spostrzeżenie, które w sobie odkryłam - ja ciągle mam wrażenie, że nie zaczęłam jeszcze żyć. Odczuwam coś w rodzaju widzenia siebie jako kogoś nienarodzonego i czekającego w miejscu na coś. Brrr widzę siebie jakby stała obok. Ale jest też druga strona.... czasem czuję, że skończyłam się już. Wszystko co miałam, straciłam. Przeżyłam nieszczęśliwą miłość, zaręczyny, straszne odrzucenie, b.dobrą pracę, swoją siłe psychiczną... teraz nic z tego nie zostało. Nie umiem do niczego wrócić. Zniszczyłam się. Naprawdę się zniszczyłam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Conessa, jedyne, co mogę Ci doradzić, to... przeczekać? Sama próbuję - stosunkowo nieudolnie, ale jednak - zająć czymś umysł. Pomaga mi... nawet głupie sudoku.

 

Widzę, że istotnie jest wiele przyczyn, które się skumulowały i całkowicie Cię podminowały.

 

Sarkazm, sceptycyzm i dystans mogą czasem uratować. Żart i śmiech przez łzy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ale sęk w tym, że ja nie chcę już tego tłumić, przeczekiwać czy zagłuszać.., chcę by to się skończyło.

Ludzie (ci co nie wiedzą o moich dolegliwościach) na co dzień mówią, że jestem oazą spokoju, uśmiechnięta, beztroska... więc ja i tak pokazuje dużo dystansu i żarty wcale mnie nie ratują. To tylko zasłona. Nie wiem, może jestem na innym levelu już i nie chcę zagłuszać.

Owszem - staram się nie dołować się tym tylko powtarzać, że będę pracować nad tym i zajmuję się wieloma rzeczami bo chcę funkcjonować normalnie.

 

Czasem tylko sił na to brak. Dobranoc.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ale sęk w tym, że ja nie chcę już tego tłumić, przeczekiwać czy zagłuszać.., chcę by to się skończyło.
ja też...

tylko że chyba nie mam wyboru, bo moje "chcę by to się skończyło" niebezpiecznie szybko przekształca się w "chcę ze sobą skończyć". a ile razy jeszcze można mieć szczęście próbując wdrożyć wolę w czyn? :/

 

a w ogóle to mam gigantyczne opory przed pisaniem tu, bo... nawet nie mam na to wystarczających słów. aż się skręcam ze wstydu, gdy czytam o Waszych osiągnięciach jeśli chodzi o funkcjonowanie społeczne: poza domem rodzinnym, pracujące, uczące się, z pasjami, niektóre w związkach małżeńskich i nawet z dziećmi... co jest ze mną nie tak? moja psychiatra próbuje mnie pocieszać mówiąc, że ostatnio zrobiłam bardzo dużo, czyli:

- wyszłam ze szpitala (no faktycznie, kur.wa, osiągnięcie. chociaż mając na uwadze fakt, że większość roku 2013 byłam zamknięta... :hide: )

- nie okaleczyłam się ani razu w ciągu dwóch miesięcy (sic!)

- wróciłam na studia (po TRZECH latach przerwy i robię JEDEN przedmiot i nawet z tym jednym się męczę jak cholera)

- chodzę na ciężką terapię (za którą słono płaci mamusia i tatuś, z którymi to również mieszkam mimo że mam 23 lata i mimo że relacja między nami jest trudna)

 

śmiech na sali, ale i tak doceniam, że się starała, choć nie miała o co :? do tego przez całe te trzy lata jak byłam na urlopie zdrowotnym pracowałam chyba dwa razy (to były jednorazowe zlecenia). moje pojęcie na temat tego, co jest dla mnie ważne i co lubię rozleciało się i nawet nie wiem, czy to, co robiłam kiedyś (pisanie, malowanie, rysowanie) było naprawdę moje. panicznie boję się wchodzić w związek albo nawet bliższą relację - nie wierzę, że mam coś wartościowego do zaoferowania. za to co chwilę mam nowy pomysł na swoją przyszłość, po czym zmieniam zupełnie zdanie, po czym nie widzę dla siebie przyszłości i tak w kółko. (przykład: złożyłam deklarację maturalną, żeby zdawać biologię, mając 3 miesiące na nauczenie się wszystkiego od podstaw - od podstaw, bo let's just say w liceum nie byłam zbytnio pilną uczennicą, a raczej miałam po prostu najgorsze oceny w klasie. mimo wszystko myślałam sobie: a co to dla mnie! do rozszerzonej matmy uczyłam się nawet krócej i super mi poszło, a byłam w klasie humanistycznej! z takimi radosnymi myślami już miałam zamawiać najlepsze książki, już szukałam kontaktów, byłam cała zdeterminowana, zwarta i gotowa - aż nagle pewnego dnia ch.uj wszystko strzelił i teraz nawet nie wiem, co ja miałam we łbie jak składałam tę deklarację.)

 

jaki tam znowu border? po prostu zjebany, bezużyteczny pasożyt. niewdzięczny, wkurwiony, nieufny do granic paranoi, mistrz unikania, ukrywania, chowania się. ryczący po kątach z nienawiści do siebie, ale co tu poradzić, akurat w tym przypadku mam powody do nienawiści.

 

-- 10 kwi 2014, 22:16 --

 

a i jeszcze, jakby to miało komuś pomóc:

rozmawiałam o moim funkcjonowaniu w relacjach z t. i z psychiatrą też.

od t. usłyszałam, że przerwa w kontakcie (np. z nią) jest dla mnie jak śmierć (było już o tym na wcześniejszych sesjach) i na tej samej zasadzie postrzegam swoją zdolność do kochania, troszczenia się, połączenia z innymi ludźmi: gdy przestaję to wszystko czuć, przestaję też wierzyć, że w ogóle jestem do tego zdolna. negatywne emocje uśmiercają uczucia budujące relację, bo nie ma między nimi żadnego połączenia.

natomiast psychiatra zaczęła mi tłumaczyć, że to jest klasyczny mechanizm w bpd. kiedy moja miłość przybliża się do stabilizacji, pewności, zaufania, to wpadam w panikę z lęku przed bliskością i dlatego nagle moich uczuć nie ma - muszę się natychmiast wycofać z zagrażającej sytuacji. więc to, że nagle przestawałam kochać, nie znaczyło, że nie kochałam w ogóle.

 

kurde, niby oczywiste, ale dopiero jak mi to wyłożono czarno na białym, to jakoś się przekonałam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

moja psychiatra próbuje mnie pocieszać mówiąc, że ostatnio zrobiłam bardzo dużo, czyli:

- wyszłam ze szpitala (no faktycznie, kur.wa, osiągnięcie. chociaż mając na uwadze fakt, że większość roku 2013 byłam zamknięta... :hide: )

- nie okaleczyłam się ani razu w ciągu dwóch miesięcy (sic!)

- wróciłam na studia (po TRZECH latach przerwy i robię JEDEN przedmiot i nawet z tym jednym się męczę jak cholera)

- chodzę na ciężką terapię (za którą słono płaci mamusia i tatuś, z którymi to również mieszkam mimo że mam 23 lata i mimo że relacja między nami jest trudna)

 

To bardzo dużo!!! naprawdę.

 

U mnie trochę odwrotnie, ja będąc w Twoim wieku już zaczynałam rozwijać się w pracy, a przynajmniej się jej nie bałam. Aż osiągnęłam wysokie stanowisko i ....2 lata temu spadłam i tak spadam do tej pory coraz niżej.

 

aż się skręcam ze wstydu, gdy czytam o Waszych osiągnięciach jeśli chodzi o funkcjonowanie społeczne: poza domem rodzinnym, pracujące, uczące się, z pasjami, niektóre w związkach małżeńskich i nawet z dziećmi... co jest ze mną nie tak?

 

Nie Ty jedna zostałaś. Szkoda tylko, że w tak młodym wieku cierpisz.... jak miałam 22 l -Wtedy akurat rozkwitałam tylko późniejsze doświadczenia i osoby mnie zniszczyły. Za co jestem wściekła dlatego dziś już nie chcę marnować lat - bo nie wiem ile mi ich zostało. Chce zapomnieć, chce coś przeżyć miłego! tylko na razie mi nie wychodzi bo paraliżuje mnie coś od środka.

 

jaki tam znowu border? po prostu zjebany, bezużyteczny pasożyt. niewdzięczny, wkurwiony, nieufny do granic paranoi, mistrz unikania, ukrywania, chowania się. ryczący po kątach z nienawiści do siebie, ale co tu poradzić, akurat w tym przypadku mam powody do nienawiści.

Strasznie krytyczna jesteś. Ja nie lubie swoich objawów i zachowań, ale nigdy nie myślałam o sobie w formie takiej nienawiści. Owszem, jestem zła na siebie- ale rozumiem to a z niektórymi "wadami" już się nawet pogodziłam. Taka jestem. Tylko te bardziej destrukcyjne chce wygonić.

 

Trzymam za Ciebie kciuki abyś sobie radziła "na wolności".

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

U mnie trochę odwrotnie, ja będąc w Twoim wieku już zaczynałam rozwijać się w pracy, a przynajmniej się jej nie bałam. Aż osiągnęłam wysokie stanowisko i ....2 lata temu spadłam i tak spadam do tej pory coraz niżej.
z tego, co pisałaś w różnych poprzednich postach zrozumiałam, że w momencie sukcesu musiałaś wszystko zniszczyć, nie mylę się? bo chyba to rozumiem. sama wybrałam trudne studia, na których w procesie rekrutacji obowiązuje dwuetapowy test wstępny oprócz konkursu świadectw, a progi są wysokie; i ja to wszystko przeszłam, dostałam się na wysokim miejscu... a potem zaczęłam spadać.

 

Za co jestem wściekła dlatego dziś już nie chcę marnować lat - bo nie wiem ile mi ich zostało. Chce zapomnieć, chce coś przeżyć miłego! tylko na razie mi nie wychodzi bo paraliżuje mnie coś od środka.
ja też. między innymi dlatego jestem w terapii, ale czuję się tak, jakby to był jakiś ostatni podryg, próba wyłonienia się z czarnego bagna chociaż na tyle, by zaczerpnąć odrobinę powietrza. t. mówi, że pozwalam jej tylko martwić się o mnie, ale nie dopuszczam jej do siebie, bo wtedy musiałabym pozwolić jej pełnić swoją rolę (terapeutki to znaczy), usłyszeć jej spostrzeżenia i poczuć jej odrębność.

btw, masz jakieś pomysły, jak się do tego zabrać? pisałaś, że starasz się coś robić. masz jakieś pasje? jak spędzasz czas?

 

Strasznie krytyczna jesteś. Ja nie lubie swoich objawów i zachowań, ale nigdy nie myślałam o sobie w formie takiej nienawiści. Owszem, jestem zła na siebie- ale rozumiem to a z niektórymi "wadami" już się nawet pogodziłam. Taka jestem. Tylko te bardziej destrukcyjne chce wygonić.
zazdroszczę...

 

Trzymam za Ciebie kciuki abyś sobie radziła "na wolności".
dziękuję :**** ja za Ciebie też, mam nadzieję, że wrócisz do poprzedniej formy, i to nie tylko jeśli chodzi o karierę zawodową.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

U mnie trochę odwrotnie, ja będąc w Twoim wieku już zaczynałam rozwijać się w pracy, a przynajmniej się jej nie bałam. Aż osiągnęłam wysokie stanowisko i ....2 lata temu spadłam i tak spadam do tej pory coraz niżej.
z tego, co pisałaś w różnych poprzednich postach zrozumiałam, że w momencie sukcesu musiałaś wszystko zniszczyć, nie mylę się? bo chyba to rozumiem. sama wybrałam trudne studia, na których w procesie rekrutacji obowiązuje dwuetapowy test wstępny oprócz konkursu świadectw, a progi są wysokie; i ja to wszystko przeszłam, dostałam się na wysokim miejscu... a potem zaczęłam spadać.

 

 

Nie musiałam, ale straciłam bo nie dawałam sobie psychicznie ze sobą rady a co idzie za tym by znajdować się na swoim stanowisku. Zrezygnowałam bo byłam słaba.

dziękuję :**** ja za Ciebie też, mam nadzieję, że wrócisz do poprzedniej formy, i to nie tylko jeśli chodzi o karierę zawodową.

 

dzięki. Pewnie już nie odzyskam tej przebojowości, chęci do działania i pewności siebie przez to co się zadziało w mym życiu, ale chcę teraz przynajmniej mieć stałą pracę i co dla mnie ważne - spokojną.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ale chcę teraz przynajmniej mieć stałą pracę i co dla mnie ważne - spokojną.

Też poproszę.

Szukanie pracy z nieukończoną póki co szkołą średnią i jedynymi umiejętnościami w zakresie pisania i wykonywania tłumaczeń- nie polecam.

 

Soł, soł. Oblałam klasę maturalną z matmy, od tygodnia siedzę w domu. Przede mną piętnaście miesięcy totalnej degradacji codzienności. Może nienawidziłam obowiązku szkolnego, ale to leżenie i niewiedza, co ze sobą począć przez następną dobę, tydzień, miesiąc też nie są fajne. Czeka mnie pięć miesięcy spięcia, czy przypadkiem nie będę musiała powtarzać roku.

 

Aktualnie leżę i głodzę się od trzydziestu godzin. Mam potrzebę zrobienia czegoś przeciwko sobie. Nie rozmawiam także z ludźmi, nie wychodzę z domu. Jestem absolutnie rozczarowana sobą i swoim ciałem. Mojemu umysłowi przypomniało się ponadto o miłościach. Do miasta przyjechała dziewczyna faceta, w którym jestem zakochana i gdyby mogli wsadzać za zbrodnicze myśli, siedziałabym już w kiciu i robiła sobie dziarę drutem do swetrów babci. Wkurwia mnie to. Naprawdę rzadko się zakochuję, zawsze muszę usłyszeć "nie". "Nie" jest ze mną prawie na każdej powierzchni życia. Jestem za to mistrzem kochania w jako takiej ciszy, nie narzucając się z tym. Najlepszym przykładem są wszystkie noce i dnie, jakie spędziłam, śpiąc (po prostu śpiąc...) z mężczyznami, do których uczucia pełzały po mojej głowie przez bite trzy lata, i nie móc nawet ich dotknąć, chociaż pragniesz przyssać się doń i złączyć w jedno... Do tego sny i zapachy. Zwariuję.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Czuje się strasznie samotna. W sumie to nikogo nie obchodzę. Znowu zaczęłam się izolować od ludzi. Siedzę od czwartku w pokoju, znów zasłoniłam okna i tylko się objadam (do momentu, aż złapię "fazę", czuję jakby wszystko wirowało, jakbym się unosiła, a problemy na chwilę znikają, tak jakoś działają na mnie słodycze) wymiotuję, płaczę. Miałam iść dzisiaj na terapię, ale odwołałam, bo i po co, nic to nie daje, a terapeuta zapewne ma mnie i tak w dupie. Wszystko się posypało w czwartek, miałam urodziny i w sumie nikt o nich nie pamiętał, nawet rodzice. W tamtym roku przynajmniej mogłam się upić i zapomnieć, że jest ten dzień, ale teraz biorę leki, więc alko odpada, eh.

Boję się tych świąt, trochę wolnego, dużo jedzenia i chyba nie wyjdę przez te dwa tygodnie z tego bagna. Nie mogę znieść tej samotności, pustki. Myślałam, że jak płacę za terapię to dostane chociaż trochę, nawet tej udawanej empatii, zrozumienia, ale się przeliczyłam, chyba zakończę tą szopkę - terapię. Do środy wszystko szło świetnie, jadłam racjonalnie, biegałam, więc trochę schudłam, zaczęłam podobać się sobie, a teraz znów mam dwa razy większą twarz i całe ciało od tego objadania, widzę to w lustrze, cała praca poszła na marne, jak zwykle. Jak wyjść z tego bagna? Od jutra zamierzam robić głodówkę i ostro ćwiczyć, ale nie wiem czy to jest dobre wyjście...:(

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jednodniowa głodówka nie jest zła, w sensie noc-dzień-noc. Tylko pamiętaj, żeby wychodzić z niego tyle czasu, ile trwała. Wychodzenie zaś polega na przyjmowaniu głównie pokarmów płynnych, np gotowanych warzyw. Ja tak czasem robię, czuję się wtedy bardziej oczyszczona, lekka, głód zaś powoduje, że mam ochotę jeść bardziej wartościowe rzeczy niż słodycze. Ciężko jest zatrzymać tę machinę objadania i utrzymywania się w kupie, jesteśmy cholernie podatni na swoje emocje, nastroje. Wiem to dobrze, dwa lata temu udało mi się schudnąć 12 kg, a potem już nic, choć do mojego wymarzonego 55 wciąż daleko.

 

Łączę się w bólu. Też się izoluję, warczę na wszystkich, wyłączam telefon, nie odpisuję. A kiedy wracam "do świata żywych" okazuje się, że ta przerwa to było za mało. Jestem w ciężkiej sytuacji, materialnej i znowu czuję się gorsza od wszystkich na każdym kroku, przy każdej pierdole. Zdarzyło mi się konkretnie opierdolić znajomą za to, że najpierw w najgorszym momencie ostatniego czasu mnie dobiła, po czym wydzwaniała z chęcią pocieszenia i pomocy, a ostatecznie skończyło się tak, że wjeżdżała na mnie i zarzucała wyżywanie się. Toteż napisałam jej nieco raniące słowa, trochę do tego stopnia, że - pomimo faktu, iż tamta ma na koncie o wiele dziwniejsze rzeczy - po pokazaniu tego innym oburzyli się, jaką jestem popierdoloną kretynką. Tak zwany przyjaciel powiedział mi w twarz, że razem z nimi obrabiał mi dupę, zwyzywał, spiął sięza fakt, że nie mogę znieść jego dziewczyny i powiedziałam o niej coś ironicznego, po czym skwitował to krótkim "No sama przyznajesz, że masz coś z głową". Może się pruję, może się wyżywam, ale w momencie gdy jedna z osób zrobiła akcję tak popierdoloną, że nie przebiłabym tego, potrafiłam nie rzucać mięsem, jeno przyznać, że rozumiem jej motywy, choć nie toleruję. Co mnie boli? Ludzie mają w dupie to, co czuję i kim jestem. Ów przyjaciel jest typem osoby, która przy mojej porażce powie mi, że jestem śmieszna i zajmuję się pierdołami, po czym gdy zdarzy się to jemu, krzyczy pod niebiosa i dramatyzuje nad sobą całymi dniami. Pieprzy mi po pijaku, jaka jestem nie do zrozumienia, wali tekstami w stylu tego, co zacytowałam, a prawda jest taka, że gówno wie, bo o gówno pyta. Czy takie trudne jest nie rzucać się na kogoś, gdy zrobi coś nie tak, tylko zapytać, jak się, do chuja, czuje i co z nim? Boli mnie, kiedy osoba, którą znam dwa lata, zarzuca mi "manie coś z głową", bo to brzmi jak choroba psychiczna, której nie posiadam. Ale nie będzie trudzić się pytaniem, co ze mną, podczas gdy ja - i nie nie mówię, że jestem idealna, ale mimo to- analizuję wszystko, o czym mi mówi i daję sugestie. On tymczasem pamięta tylko te momenty, w których coś zrobiłam źle. Jak większość ludzi.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Gość
Ten temat został zamknięty. Brak możliwości dodania odpowiedzi.
×