Jak to się zaczeło???

Czysty optymizm, czytając to forum nie poznasz kolejnych objawów nerwicy czy depresji, wręcz przeciwnie. Przeczytasz jak ludzie walczą z zaburzeniami!

Jak to się zaczeło???

przez Anieta 17 cze 2009, 13:21
Witam:) Nie chce obrazic nikogo tym co napisze..Jestem tu pare dni, czytałam posty a także rozmyslałam nad tym jak cierpicie..Zauważyłam tu brak wiary w siebie i swoje możliwości, brak asertywności, brak poczucia bezpieczenstwa, duzo cierpienia jak i chowanie się we własnym świecie nie dopuszczając tam innych..duzo bym wyliczyła..
*Zastanawiam się czy pamietacie może od kiedy tak cierpicie, co spowodowało to iż nie potraficie dojśc do siebie?
*czy usmiechacie się na wspomnienia pieknych chwil.i czy macie takowe jeszcze.:) ?
*czy staraliście sie zmienić wasze zycie dotychczasowe..?
*co myślicie o sobie w danej chwili..chodzi mi o to czy widzicie swoje piękno.?
* Jak walczycie z tym by było dobrze?

Ja widze iz jesteście wrażliwymi ludzmi, dobrymi i uzupełniacie się nawzajem:)i często czytam tu o nerwach..nie widze tego..widze - jak wyżej wymieniłam..I dobrym posunięciem jest ze piszecie o tym:)

Nie odbierajcie tego jako atak..bo nie należe do takich ludzi..

Pozdrawiam i zycze miłego popołudnia;)
Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas gdy nasze skrzydła zapomniały jak latać..:).
Offline
Posty
41
Dołączył(a)
14 cze 2009, 22:54

Re: Jak to się zaczeło???

Avatar użytkownika
przez hanca84 17 cze 2009, 14:54
Wiesz, chyba nie ma jednoznacznych odpowiedzi na Twoje pytania. Tak naprawdę przyczyn moze być wiele i pewnie jest wiele.
Myślę, że w sporej części za problemy z psychiką odpowiada nasze dzieciństwo. I nie chodzi tutaj zawsze o problemy takie jak alkoholizm czy przemoc. W wielu normalnych, zdawałoby się pełnych i "zdrowych" rodzinach są trudne problemy. Wielu rodziców nie rozmawia ze swoimi dziecmi, nie dostrzega ich problemów. Często rodzice działają w dobrej wierze, chcą naszego dobra, wydaje im się, że wiedzą lepiej, stawiają wysokie wymagania, a nie potrafia chwalic, nie potrafią przepraszać itp. Moglabym tutaj mnożyć przykłady podejścia do pewnych kwestii różnych rodziców - jedni podchodzą moim zdaniem zdrowo, inni już mniej rozsądnie.

Kolejnym powodem jest wg mnie polska służba zdrowia i opieka nad młodym człowiekiem ze strony szkoły. Nie dostrzega się problemów, o uczniach zamkniętych w sobie mówi się: nieśmiały, spokojny, cichy itp. A tak naprawdę takie osoby mogą przeżywać jakieś głębsze problemy i przydałaby im się konsultacja psychologiczna. Tutaj nawalaja i nauczyciele i rodzice, którzy nie dopuszczaja myśli, że ich dziecko moze potrzebować pomocy psychologa, mówią: "jest normalny, tylko wrażliwy". A na tym etapie - szkoły podstawowej czy średniej - powinno się próbować przełamać nieśmiałość, próbować taką jednostkę bardziej otworzyc na świat itp.

Brak zrozumienia ze strony bliskich, strach przed wszelkim leczeniem psychiatrycznym - wielu młodych ludzi nie ma wsparcia w rodzicach, gdy juz rozpocznie leczenie.

Służba zdrowia działa na kiepskim poziomie, na psychoterapie trzeba czekać długo, w zasadzie nikt nie monitoruje chorych młodych osób, lekrze się tym nie interesują, dlatego ludzie często przerywają terapię i potem wracają po jakimś czasie kiedy objawy wracają.

Przeżyłam to wszystko o czym piszę na własnej skórze, miałam 17-18 lat, gdy pierwszy raz leczyłam sie u psychiatry, rodzice nie wiedzieli, nikt ich nie informował, nikt mi nie zaproponował psychoterapii czy chociażby konsultacji z pedagogiem szkolnym (u którego nigdy nie byłam). Przerwałam terapię na własną rękę, a potem było jeszcze gorzej. Od zawsze byłam właśnie taką wrażliwą jednostką, ale nauczyciele widzieli to jako pozytyw, mówili: "dojrzała, odpowiedzialna, skromna, skryta". Uczyłam się super, nie wagarowałam, więc nauczyciele stawiali mnie za wzór. W rodzinie też wszystko ok, poza tym, że mój ojciec upajał sie swoją pracą z młodzieżą (nauczyciel), a dla mnie nie miał czasu, poza tym ma też trudny charakter, jest cholerykiem, ale nigdy mnie nie uderzył, ani nie przesadzał z alkoholem, co roku miałam fajne wakacje itp.

A jednak stało się. Mam depresję. Pamiętam dokładnie kiedy sie zaczęło. Jak u wielu z nas od objawów somatycznych, niskiego ciśnienia, które przy intensywnym wzroście dawało objawy "słabości i mdlenia". Potem spirala sie sama nakręcała, bałam się być sama, ciągły stres i lęk w szkole czy nie będzie mi słabo i kto mi pomoże. Lekarze załamywali ręce, wyniki były ok, w końcu trafiłam do psychiatry i się zaczęło.

Czy pamiętam chwile szczęścia? Ciężko mi odpwoiedzieć. Owszem, bywaja momenty, w których czuje się dobrze i bezpiecznie, ostatnio bardzo rzadko. Może gdy oglądam piękny zachód słońca, albo gdy rodzice zabierają mnie na jakąś wycieczkę i jem lody nad wodą - czuję przez chwilę smak dzieciństwa.

Jak każdy mam marzenia, w zasadzie proste, takie jak większosć ludzie, ale im bardziej choruję tym mniejsze są szanse na ich spełnienie. Przy depresji mam dużą niechęć do wychodzenia z domu, do poznawania nowych osób, a chciałabym pozanć kogos kto będzie mi bliski... Ciężko poznać kogoś kto się nie przerazi mojej choroby, bo jak się ma depresję po raz 4 i w perspektywie 5 lat leczenia, to naprawdę ciężko się nie przerazić.

Tak więc niespełniające sie marzenia są kolejna kwestią, która dołuje.
Oczywiście, starałam sie z tym wszystkim walczyć, uprawiałam sporty, spotykałam sie ze znajomymi, przez jakiś czas czułam sie dobrze. Ale jednak los nie jest dla mnie łaskawy i zsyła kolejne niepowodzenia, po których się załamuję. Co robię źle? Staram sie być dobrym człowiekiem, działam w wolontariacie w hospicjum, staram się pomagać przyjaciołom, wspierać rodziców, byc dobrym pracownikiem. Wierzę w siebie, dostrzegam swe piękno, mam żal, ze nikt poza mną tego nie dostrzega, wydaje mi się, że byłabym dobra partnerką, wydaje mi się, ze jestem niezłą przyjaciółką. Staram sie marzyć i wizualizować sobie pozytywnie przyszłość, ale gdy otwieram oczy rzeczywistość gwałtownie ściera uśmiech z mojej twarzy.

Chodzę na psychoterapię, łykam leki. Staram się... Ale nadzieja maleje.
"Pan jest moim Pasterzem, niczego mi nie zabraknie...
Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną..."
Avatar użytkownika
Offline
Posty
222
Dołączył(a)
09 maja 2009, 13:47

Re: Jak to się zaczeło???

Avatar użytkownika
przez niespokojna 17 cze 2009, 21:11
apropo szkoly, to od tego sa psychologowie w szkole by obserwowac i reagowac gdy cos dzieje sie nie tak.
ja chodzilam do liceum gastronomicznego w stalowej woli.
wazylam 7o kilo, a po pol roku glodówy i wymiotowania gdy wazylam juz 48 podeszla do mnie pani psycholog i spytala czemu tak schudlam, powiedzialam cicho....bo sie odchudzam...a ona aha...i poszla do swojego gabinetu, wiecej mnie o to nie zapytala, nie zadzownila do rodziców...nic a byl to dla mnie prawdziwy koszmar.alkoholik nie przyzna sie ze jest alkoholikiem a anorektyczka ze jest anorektyczka...kto ich edukował na te stanowiska???
start 10 luty/ 1x rexetin - rano / 1x depakine chrono 300 - wieczorem. Nie jest zle.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
22
Dołączył(a)
11 cze 2009, 20:14

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Jak to się zaczeło???

Avatar użytkownika
przez Sorrow 17 cze 2009, 23:16
Nie zaczęło się.

Anieta napisał(a):*Zastanawiam się czy pamietacie może od kiedy tak cierpicie, co spowodowało to iż nie potraficie dojśc do siebie?

Od zawsze? Życie w dziwnym kraju?

Anieta napisał(a):*czy usmiechacie się na wspomnienia pieknych chwil.i czy macie takowe jeszcze.:) ?

No, zdarzają się.

Anieta napisał(a):*czy staraliście sie zmienić wasze zycie dotychczasowe..?

No, zmieniam od czasu do czasu.

Anieta napisał(a):*co myślicie o sobie w danej chwili..chodzi mi o to czy widzicie swoje piękno.?

No. Widzę.

Anieta napisał(a):* Jak walczycie z tym by było dobrze?

Tzn. chodzi o jakiś autosabotaż?
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3353
Dołączył(a)
08 cze 2006, 15:38

Re: Jak to się zaczeło???

przez Ridllic 18 cze 2009, 19:04
ano sie zaczęło kiedyś tam pięknego dnia mam tylko nadzieje że tak szybko się skończy jak zaczęło tylko mi nie piszcie ,że to sie tak nie skończy bo sie załamie i nabawie jeszcze depresji ;)
Ridllic
Offline

Re: Jak to się zaczeło???

Avatar użytkownika
przez Matilde 18 cze 2009, 22:03
Ufff. O ile od zawsze miałam naturę dosyć melancholijną to nie przeszkadzało mi to w życiu i funkcjonowaniu przez długi czas. Dopóki nie zdarzyło się za wiele rzeczy na raz. Rzeczy złych, raniących, tragicznych, takich które nie powinny się nigdy zdarzyć. I to wszystko w jedno lato. trzy, cztery, pięć miesięcy, a swiat nie ten sam, Światopogląd poszedł się je**ac że się tak wyrażę i... zbieram go chyba do tej pory od nowa po kawałeczku. Chociaż tak samo już nigdy nie będzie, to nie tracę nadziei że może być równie dobrze jeśli nie lepiej. Ale to przyszłość, a patrząc na to ile czasu mi zajęło... przyznanie się przed samą sobą że to nie minie z czasem, że samo nie przejdzie, potem zrozumienie że nikt mi nie pomoże, niby wszyscy widzą jak się zmieniłam ale nikogo to nie obchodzi, długie szarpanie się ze sobą, potem wreszcie cholera z welkim bólem pierwsza wizyta u specjalisty, kolejna, potem cała terapia... a w międzyczasie ta beznadziejna huśtawka - czuję się masakrycznoie -... wcale się nie czuję - jest lepiej - jeeest lepiej - a może jednak zdrowieję - a gdzie tam, znów dóóóół - i w koło macieju pierwsze pojawienie się potwornych lęków, potem coraz częstsze, plus wykańczające natręctwa...
jest do doopy ale czasami mam przebłyski dawnego nastroju, dawnych miłych chwil, przyjemności... przez te kilka lat też parę fajnych rzeczy się zdarzxyło, ale co z tego... w porównaniu z tym całym chorym moim myśleniem te chwile są takie krótkie ze pozostawiają tylko niedosyt
Cóż mogę robić, chodzę na terapię, czekam na poprawę, kiedy poprawa przychodzi boję się że to długo nie potrwa, że może już jutro lub dziś zacznie się od nowa... I takie jajca z tą sympatyczna chorobą. Nie życzę nikomu. Choć do wszystkiego się idzie przyzwyczaić najwidoczniej...
"Bo tak naprawdę jedyna droga do tajemnicy prowadzi przez rozpacz. Można by wręcz powiedzieć, szczęśliwi, których stać na rozpacz"
W. Myśliwski - Widnokrąg
Avatar użytkownika
Offline
Posty
175
Dołączył(a)
27 lis 2008, 00:16
Lokalizacja
CK

Re: Jak to się zaczeło???

przez Korba 19 cze 2009, 14:06
Jak się zaczęło... hmmmm zależy która część: depresja, nerwica, zaburzenia osobowości? :mrgreen:

Nieważne jak się zaczęło, bardziej mnie interesuje, jak i kiedy to się skończy......
Korba
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 6 gości

Przeskocz do