Skocz do zawartości
Nerwica.com

Brak energii, strach, nieufnosc w kontaktach, schrzaniony um


Maliboo

Rekomendowane odpowiedzi

Witam

Jakis 7 lat temu bylem dosyc energiczny, gadalem o byle czym.. z klasa moja moglem gadac o wszystim, caly czas praktycznie mialem dobry humor, patrzylem w oczy, mialem dosc duzy luz ogolnie.. Mialem nawet lekkie adhd chilami rozpierala mnie energia i tak mnie wspominaja koledzy

Az przydarzylo sie tak, ze pewien chlopak patrzyl sie na mnie spod byka, czasami na korytarzu pociagnal z bara, albo obrazal mojego kolege.. Bylo tak, ze chcialem sie zmusic by zareagowac kiedy juz bede widzial ze nie ma innego wyjscia, ale potrzebowalem do tego takiej jasnej sytuacji.. wystarczajacych powodw, zeby sie przelamac. Potrzebowalem wsytarczajaco silnego pretnekstu, ale cholernie sie balem. Zimny pot mnie oblewal i nogi podemna miekly, wystrzegalem sie tez dwoch innych. Czulem straszny irracjonalny strach i cala moja sila jakby odplywala, taki strach jakby mi smierc grozila...nawet

I w koncu sie nie zdarzylo, bo byly to tylko zaczepki ze tak powiem na odleglosc, a ja unikalem.. staralem sie nie rzucac w oczy..

Ale chodzac po szkole caly czas o tym myslalem, ze musze sie przemoc, ze kiedy sytuacja nadejdzie to musze.. Ale wprawialo mnie to w strasznie zly stan- zupelnie inny niz ten w ktorym bylem wczesniej. To bylo zupelnie tak jakbys sie znalazl w innym swiecie i czulem ze to sie nie skonczy jak sie nie przemoge.. balem sie coby ojciec pomyslal, ze nie potrafie sie przemoc.. albo balem sie ze skoncze jak ostatnia fajtlapa i nic mu nie zrobie+ to ze wszczal bym bojke..hm bez wystarczajaco duzych powodow, a nie lubie niepotrzebnie takich sytuacji.. Stad czekalem na "moment"

Az tak w jakims drugim tygodniu szedlem korytarzem w tym stanie (cale dnie myslalem tylko o tym)i nagle cos we mnie peklo, mysli zostaly jakby zepchniete, przestaly sie koltunic, ale za to stan w ktorym bylem tez oslabl jednak - on byl dalej, utrzymywal sie o polowe slabszy.. ale utrzymywal sie gdzies tam, potem o tym jakby zapomnialem i znow postaralem sie powrocic do dobrego nastroju ogolnie i werwy do zycia.. kiedy znow po jakims czasie, szedlem korytarzem az w pewnym momencie, bez przyczyny nagle zowazylem ze chce sie wycofywac z kontaktow bo czuje sie slaby, wypruty z energii.. Zaowazylem ze wokolo mnie jakby atmosfera sie zmienila, czulem sie zewszad zagrozony.. Od tearz poczulem jakby wsyzscy wokol byli wredni, jakbym dostrzegal w nich cos wrednego.. w moich przujaciolach tez(tearz tez to mam, tzn mam wrazenie jakby kazdy potencjalnie mogl byc dla mnie wredny, wydaje mi sie jakbym widzial ludzi na wylot.. i z kazdy ma jakas wredoe ktore moze uaktywnic, jesli tylko jakos sie do niego zachowam i on nie zrozumie i bedzie na mnie parzyle wrednie albo postrzegal w ten sposob)Dostrzegam to teraz jakby w kazdym i przez to ludzie zaczeli mi sie wydawac mali, ze musze wykonywac codo nich okeslone zachowania, a tak to mnie nie zrozumieja, albo ajkbym by l soba to wiekszosci dzdiewczyn np. ludzi tez, sie to nie spodoba i musze myslac, "jak trafic do ich gustow"

dodatkowo moj zapal znikl i nie wiedzialem od tad o czym gadac z przyjaciolmi zaczalem sie wycofywac, bo zaczalem bac sie tez patrzec im w oczy.. Zaczelo mi sie wydawac ze znam ich teraz o wiele lepiej, wczesniej po prsotu cieszylem sie ich towarzystwem i kazdy wydawal mi sie na swoj sposob niepowtarzalny, a od teraz zaczaelm postrzegac jakby ich charaktery i co najgorsze, zaczalem sie z tym zle czuc, bo wydawali mi sie teraz tacy mali.. balem sie im patrzec w oczy, bo zobaczyliby to.. Oni mieli mase energii i wogole w innym stanie i jakby wiedzialem ze teraz za nimi nie nadazam.. Czulem chec wycofania, najlepiej zeby pojsc spac czy cos.. gdzies indziej, bo nie potrafilem teraz jakby sie do nich zaadaptowac tak jak wczesniej. Nie bylem juz teraz taki beztroski i pelen energii.. Od tamtego czasu tez wszytsko zaczelo do mnie jakby wolniej docierac, to co oni do mnie mowili, nie wszytsko do mnie docieralo.. albo doicieralo z opoznieniem, musialem sie bardzo skupic.. Z nauka tez wczesniej mialem 3 albo 4 z matematyki, a od tamtego czasu balem sie czy zalicze wogole rok, myslalem byleby jakos dotrwac. Moj umysl teraz byl jakby spowolniony, informacje jakos wolniej zaczalem przerabiac. Wszytsko takie bardziej oddalone zaczelo byc, jak mialem pomyslec co my wogole przerabiamy z tej matematyki, co zadane, albo jeszcze co z innych.. to tez nie wyrabialem, wczesniej nie bylo takich problemow...

I doslownie, myslalem ze to minie.. ale mam to do dzis..

Nie czuje sie juz tak zagroznony na ulicy, jak jest jakas sytuacja gdzie musialbym sie bic.. to tez czekam na jakis "sygnal", ale planuje pojsc na jakies sztuki samoobrony czy cos w ten desen.. tu juz nie jest tak tragicznie

Gorzej, ze nie mam energii, chce mi sie spac.. Nie wiem czesto o czym gadac, a oczyms bym chcial, ciagle sie boje ze powiem cos nie tak.. albo ze nie pamietam czego i powiem cos zle..

W ciagu dnia kiedy nauczyciele wplataja rozne informacje, co na kiedy klasowka itd. Co robimy.. ja najczesniej wogole nie moge sie skupic a ze zazwyczaj robimy jakies zadanie, a moja uwaga jest bardzooo selektywan, nie potrafie doslyszec o co mu chodzi, nie zapamietuje tych informacji, albo nie w calosci. Mam trudnosci w rozmowie (sa takie okresy, dni kiedy to sie jakby nasila, a potem mija i zapominam o tym), slysze innych jakby z opoznieniem przerabiajac to co do mnie powiedzieli.. slysze jakby belkot a pozniej to sobie tlumacze- co on do mnie powiedzial? Albo powie, a ja potrzebuje czasu zeby sobie przetrawic, mam taka jakby pustke i musze sobie jeszcze raz odtworzyc w mysli co on powiedzial...

Boje sie tez patrzec ludziom w oczy, niektorym o wiele mniej, ale podczas rozmowy, albo z ojcem, albo z innymi musze sie niesamowicie zmuszac, zeby nie odwracac wzroku. Jak na ulicy patrzy na mnie jakas dziewczyna, to tez odwracam wzrok.. albo musze sie baaardzo starac zeby tego nie robic.. czesto mam tak, ze mam wiecej pomyslow na gadane, dopiero kiedy wypije kawe, czesto tez dopiero wtedy doswiadczam jak to jest normalnie sluchac czegos na lekcji, ogolnie mam tez lepsze rozgraniecie umyslowe, acz z tymi opoznionymi zdaniami co do mnie dochodza to i po kawie mi sie zdarza.....

Tak normalnie mam ogolnie slaba pamiec, mam wrazenie ze nie moge czegos obrabiac w umysle jakby calosciowo, rone rzeczy mi jakby wypadaja w trakcie "mielenia", po kawie jest lepiej.

Wydaje misie z tym ze jestem powolny i ze nie mam pamieci, to moze byc zwiazene z tym ze jak bylem maly to sobie wmawialem ze moja psychika sie sypie i ze chce zapomniec pewne zdarzenia, ze nie moge sobie z nimi poradzic.. i balem sie, rozpaczalem ze moja psychika sie sypie i pamiec tez.. Tak sobie wmawialem i moze rzeczywiscie wmowilem..

 

Po alkocholu, nie kalkuluje tak ludzi, potrafie czuc sie przy nich luzno, darzyc ich szczera sympatia, kiedy takj to sie wszytskiego boje. Mam wrazenie czasami ze mysli sa jasniejsze, a czasami ze jest jeszcze gorzej, ze chce mi sie spac i czuje sie zdolowany..(nie spac w sensie ze jak wypije duzo, ale tak ogolnie) lepiej mi patrzc w oczy, chociaz to tez nie to.. fdalej mam w sumie wiele ograniczen, ale czuje przynajmniej ze atmofera nie jest tak zla przynajmniej pod wzgledem tego zeby zagadac o czymkolwiek, albo ze ktos sie moze na mnie patrzec i sprowokuje jakis dresow do bojki..(mieszkam w miescie gdzie jest ich calkiem sporo :P)

I teraz sie zastanwiam czy moje problemy mozna uleczyc za pomoca terapii behawioralno-poznwczej, czy moze psychodeynamicznej czy innej.. moze hipnoza? zeby pozbyc sie tych traum albo dokopac, uleczyc?

Bo mi sie wydaje ze sporo z tego rozumiem, nie mam wyrzutow, rozmwaialem o tym z jedno psycholog, raz u niej bylem.. to wyjasnila w czym rzecz i tyle.. to wcale nie sprawilo ze moje leki sie zwiekyly..

Kiedy mam cos powiedziec, to strach sie pojawia, na ogole tez strach jest..

Na co mam sie skierowac? A moze cos innego niz to co podalem? Co do niedoslyszeia, to bylem na badaniach sluchu i podobno mam dobry, powiedzial ze to lezy bardziej gdzies w mozgu jesli juz.. albo to ze sie denerwuje. Learkce kiedy mowilem zeby mi dala jakies skierowania odnosnie mozgu, to powiediala, ze nie ma sensu, ze to raczej w psychice..

Nie wiem gdzie sie zgolsic.. na codzien proboje, od jakies czasu zmuszac, sie by mowic to co sie boje, i patrzec w oczy.. ale boje sie ze za kazdym razem bede musial ciagle pokonywac ten strach a nie moge tak po prsotu, bez leku..+ tye moje niedoslyszenia, wiec ogolne niezorientowanie czesto w sytuacji szolnej albo jak ktos cos do mnie mowi czasami (bo nie zawssze)

Boje sie tez, ze na zywpo gdybym mial powiedziec to co tutaj napisalem, to duza czesc bym pominal, ze nie mam ogolnie takiego jasnego umyslu, pamieci "dobego przerabiania" patrzenia na jakas duza sprawe w jednym czasie..

Ludzie czesto zniechecaja sie do mnie, kiedy w moim wzroku widac czasem jakby taki strach, niechec kiedy na nich patrze. Jestem tez czesto zle odbierany, takze przez moja rezerwe, to ze jakby malo mowie, ze nie wszytsko do mnie dociera. To tez jest dla mnie najgorsze, ten belkot ktory czasem do mnie dochodzi ze spowolnieniem i ktory musze sobie tlumaczyc... albo mi jakby wypada z pamieci i musze sobie przetwarzac+ duze zdenerwowanie, ze rozmowca czeka na odpowiedz a ja nie dokonca wiem co on powiedzial. A nie moge co chwila sie dop[ytaywac.. czasme jet tez ze zapytam trzy razy i k*rwa nie wiem co on powiedzial. I mowie "acha no" albo sie usmiecham a ludzie pewno mysla ze ich nie slucham albo jestem przyglupi. Wiec tak czy tak zle mnie postrzegaja i sie do mnie zniechecaja :/ +ten wzrok i ze czesto boje sie powiedziec pewnych rzeczy

 

A powtarzam kiedys tak nie bylo, czasami nawet inni sie smieli ze taki bezposredni jestem. Ze ja to szczery do bolu i prosto z mostu. Ogolnie smielszy bylem isei tak nie balem, rozmwailem normalnie, zartowalem o byle czym. Ciagle cos gadalem. A potem z momentu na moment

Inna osoba. Wydaje mi sie ze kiedy spowolnilem zaczelm dostrzegac wiecej rzeczy, natury swiata, zjawisk. Ogolnie wiecej zaqczelm dostrzegac.. ale towarzysko i mntalnie na codzien katastrofa, te leki, patrzenie w oczy. I to poczucie zagrozenia, ze ludzie mnie nie zaakceptuja, te niedoslyszenie, spowolnienie..

+Jeszcze tamtego czasu na korytarzu kiedy to sie stalo, odczulem bardzo wyraznie, ze poczulem sie tez slaby fizycznie. Wczesniej czulem sie silny, pewny jakby co. Czulem sie dobrze..A od momentu tej zmiany, poczulem jakbym byl ogolnie slaby, i wewnetrzenie i fizycznie..

 

A moze to przez dorastanie? 19 lat mam... ale 7 lat by sie utrzymywalo.. i takie skutki? +jeszcze taka zmiana z dnia na dzien?

Zaowazalem ze w momencie zagrozniea wtedy kiedy jeszcze bylo dobrze, czulem sie slabszy, albo kiedy bylo cos gdzie sie wstydzilem.. ale nie na taka skale.. i nie utrzymywalo sie caly czas tylko ew. przytlumione...

 

Dlugo tez zbieralem siedo napisania tego, balem sie ze nie napisze wszytskiego co mnie dreczy, ze nie przypomnne sopbie wszytskiego, nieogarne.. Wydaje mi sie wlasnie jabym mial mniejsza zdolnosc do widzenia w umysle jakby tak calosciowo jakies sprawy o ktorej mysle, ale za to fragmentarycznie stad sie boje, lece z jakas spraw raczej na istynkt liczac ze bede sobie przypominal na biezaco.. ale pamietam ze kiedys bylo inaczej..

 

 

Ze szkola tez sobie nie radze, kompletnie ja olalem. Nieogarniam tego, + te moje zmartwienia, niedoslyszenie, to niezorientowanie co sie dzieje, co wokol mnie mowia w szkole. Czesto o jakims sprawdzianie czy przelozeniu czego gadaja caly dzien, a ja albo niedoslysze, albo slysze ich jakby ale nie mam w sobie dosc sil albo ochoty zeby sluchac caly czas.. Mam wielki wysilek w tym, zeby zrozumiec oc sie mowi wokol mnie, wiec nie robie tego caly czas. Czesto mysle sobie cos sam do siebie, a to wokol wtedy sie przerywa.. Nie potrafie od tak sluchac wszytskiego wokolo i kojarzyc, musze sie bardzo skoncentrowac i tylko na tym i "przerabnioac to sobie w umysle" wylawiac calosc.. Nie dzieje sie to automatycznie, ze slysze i zapada.. nie zawsze

+jeszcze czuje sie samotny, mimo ze jakos sie zmuszam i gadam.. ale to nie jest taka prawdziwa blisosc, to jest walka, wlaka o uwage, zebym zorozumial, zebym pokonal swoj lek i spojrzal w oczy.. ciagla walka ze soba w sroku czy dobrze cos powiem, czy moze inni to zignoruja, "niedoslysza" - bo tak to sie darzalo wielokrotnie wczesniej.. jakis rok albo jeszcze 2 temu. Moje liceum, to wtedy byl dopiero horror... Wtedy to niedolsysenie bylo gorsze ogolnie, czulem jakbym byl oddalony, jakby to co do mnie ociera bylo jakby w wielkiej sali, jakby dudnilo gdzies z oddali, jakies jaskini czy cos :/.. +ta soaplosc, niechec i czesto mnie olewano. Najlepsze jest to, ze na samym poczatku szkoly, pamietam ze mowilem wolno ale wszyscy sie na mnie patrzyli z uwaga, bylem im wdzieczny ze mimo iz mowie powoli oni sluchali, ale jakby sie balem troche takiej uwagi wszytskich. Pamietam wtedy wiec ze jakby z niechecia do tego poaptrzylem na kogos, widac chyba bylo we mnie ze ta moja przemowa, to ze wszyscy sluchaja mi nie pasuje, ze wolalbym sie wycofac.. I od tamtego moemntu chyba mniej przestali mnie sluchac. Mam wrazenie ze wtedy akurat samm, moje obawy we mnie zakomunikowali innym ze nie chce zbytniej uwagi..

Moze cos we mnie sprawialo, ze balem sie i komunikowalem im to nieswiadomie, wysylalem jakies sygnaly.. a oni po prsotu odpowiedzieli..

 

teraz jest z tym juz troche lepiej, trzeba miec odpowiedni ton, sygnalizowac uwage, zaangazowanie, pewnosc... ale nie zwze jest z tym u mnie latwo.. potrzba kawy raczej :/ bo inaczej to sztucznie narzucam sobie ten "zaangazowany ton", intonacje itd. zeby mowic w miare szybko i sie nie zrowlekac..

To jesttez wlasnie zle, ze jak cos mowie, to nie mowie od tak, ale musze swiadomie sam sobie wpajac przedtem jak mam to powiedziec, zeby inni mnie wysluchali. Ale moze to niejako wlasnie porzez ten brak energii, niedosyszenie i czasem nie wiem co odpowiedziec.. wiec unikam wzrouku wtedy i tylko przytakne.

 

 

W dziecinstwie tez, mialem okres ze przychodzilem do domu i mialem mahoche ktora byla mloda i niedojrzala, miala ewidentnie jakies problemy. Nie ufalem jej do konca, czesto mnie ranila kiedy sie otwieralem. Ojsciec czesto wracal z pracy i byl zly, ukal byle pretekstu, ciagle wrzaski i przeklenstwa o wszytsko i naw szelki sposob, a ja balem sie bo moja mam odeszla i byl jedynym naprawde bliskim (rodzina), a ciagle cos robilem zle, ciagle bylem osakrzany wyzywany, wpadal we wscieklosc i czasem tracil kontrole- nie bil mnie starsznie, ale przerazal mnie jego oblakanczosc, ta wscieklosc, to ze przezywal, raz byl mily a za chwile bylo strasznie. Byl mily, otwiralem sie a potem uderzyl..(wykorzystujac to co powiedzialem), mialem milczec itp. No byl to bardzo zly okres, i byl pare dni normalny a potem znow zle dni i chcialem o tym zapomniec, bylo to dla mnie chore te gealtowne zmiany, jeszcze.. Potem szedlem do szkoly i zapominalem, ludzie tam byli mili itd. Moze poem te rzeczy sie skumulowaly w tamtym punkcie o ktorym mowilem? gdzie z momentu na moment energia znikla?

 

Ale w takim razie jak poradzic sobie z tymi traumami, wmowieniem sobie.. a moze jest to cos wiecej jak juz wczesniej wspominalem???

 

wiem, ze nie jest to napisane skladnie, pokolei i zrozumiale... ale za ch**re nie umiem tego jako tako posegregowac.. :/ Mam nadzieje ze przebreniecie przez to i ktos mi pomoze :/

 

Z gory dziekuje za pomoc aizeli sie pojawi ;), jakie leczenie bedzie dla mnie najodpowiedniejsze?

Pozdrawiam....Kuba

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witaj!Maliboo :smile:

Jedna rozmowa z psychologiem nic nie pomoże,na to trzeba czasu...Myślę,że zawsze byłeś taki energiczny ponieważ dorastałeś a ten incydent w szkole na korytarzu był dla Ciebie sprawdzianem czy dojrzałeś do pewnego etapu.Kiedyś przecież trzeba dorosnąc!nikt nie mówił przeciez ,ze dorosłosc to taki piękny stan.To proste,ze lepiej czułes się wsród rówieśników jako dziecko z życiem bardziej beztroskim gdy zabawa jest przyjemnością...;)19 lat na tym świecie już do czegoś zmusza...;p

Pewne wyrzeczenia,zmiany nastroju częste depresje lub jakieś uzależnienia.Każdy może udawać silnego pod 'grubą pancerną skórą' tylko właśnie po co? Wierzę,ze boli Ciebie to ,że tak się zmieniłes lecz tu lezy Twój problem gdzieś daleko i głęboko.Najprawdopodobniej jest to skutek wydarzeń traumatycznych z przeszłości....

 

Zapewne Twój problem polega na tym,że boisz sie zranienia...skoro Twoja macocha sprawiała Ci juz ból ,ból duszy ,niezrozumienia teraz dopiero to odczuwasz bo zrozumiałeś pewne rzeczy.Obudziła sie w tobie empatia,która była spowodowana brakiem bliskosci ,miłosci od Twojej matki która odeszła...

Nie czułeś sie bezpiecznie lecz dopiero teraz przypominasz sobie i odczuwasz to wszystko.Musisz sam zastanowic sie cz tak naprawdę brakuje Ci matczynej miłości :?: Taka miłośc jest bardzo ważna,poniewaz dziecko moze sie wtedy prawidłowo rozwijac przez całe życie wiedziec ,że ktoś je kocha ponad swoje zycie i wszysto by zrobił dla drugiej osoby...

 

Wiem,że napewno jest Ci trudno pogodzic się z Tym,że pewien etap się kończy...etap beztroskiego życia ,pełnego radosci i ciepła.Potrzebujesz kogos kto Cie szczerze wysłucha! Musisz być bardziej otwarty wobec tego na kim Ci zależy nie możesz odsuwac sie od pewnej osoby,poniewaz raz Cie zawiadła!Spróbój dać jeszcze jedna szansę!

 

Ktos Cie musiał zranic skoro,juz nikumu nie możesz patrzec w oczy...? Przeciez oczy to tylko oczy ,one nie mówia tylko patrza...boisz sie łez??? Tego,że jest Ci cieżko,masz jakiś zal ...być moze do ojca ,przecieżz napewno kochasz ciągle swoja matke...to miłosć bezwarunkowa o której czesto zapominamy,ranimy tych których najbardziej kochamy... nie wazne czy ktos jest blisko nas czy daleko czy jest w innym lepszym swiecie! taka miłosc przetrwa wszystko :smile:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Emili, czuje sie zagrozony przed ludzmi, czuje straszny lek, czuje sie jakby troche glupi, niewiem czesto o czym gadac. Oczy jakby automatycznie odwracam, sam nie wiem czemu do konca

To nie jest tak ze, ta moja zmiana nastapila jakos stopniowo, ze dotaly do mnie jakies nowe informacje, przemyslania itd. To sie stalo nagle, z momntu na moment. Nagle wokol mnie atmosfera sie zmienila i inaczej zaczalem postrzegac, odczuwac ludzi. Poczulem sie slaby i ciagle zagrozony, senny, moje podejscie do ludzi stalo sie nieufne, zle. Jakos wlasnie wtedy zaowazylem ta sprawe z wzrokiem takze. To bylo z momentu na moment, to nie przenosnia. Bylo tak ze siedzialem pod sciana i nad niczym specjalnie nie myslalem, az nagle wszytsko sie zmienilo, moja percepcja rzeczywsitosci, odczucia do ludzi itd.

Moja mama umarla kiedy mialem 10 lat, z ojcem ostatnio proboje nawiazywac dobre kontakty i mysle ze calkiem dobrze mi idze. Chociaz boje sie cegos w jego wzroku wciaz czasami.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

W sumie to czuję się trochę podobnie jak ty. Też mam problemy z patrzeniem w oczy innych. U mnie też było coś takiego że nagle stałem się jakby innym człowiekiem, zacząłem się inaczej czuć. Wcześniej ciągle się wszystkim przejmowałem, moje kompleksy mnie dobijały i uniemożliwiały mi funkcjonowanie, byłem bardzo zestresowany. Cały czas się przejmowałem się tym co inni o mnie myślą, ciągle miałem poczucie że jestem niewłaściwy. A później coś się we mnie zmieniło. Coś we mnie pękło. I się tak jakby 'odciąłem' od swoich emocji, bo chciałem uciec od tego całego cierpienia, nie potrafiłem tak żyć. I stałem się wtedy mniej wrażliwy. Już mnie mój lęk i moja niepewność tak nie dobijały ale stałem się mocno otępiały. Już wcześniej z powodu lęku miałem problemy z koncentracją i z pamięcią ale teraz jeszcze bardziej się pogorszyło. Stałem się taki jakby obcy dla siebie, miałem poczucie że wszystko jest nierealne (derealizacja?).

Wydaje mi się że już po prostu nie byłem w stanie wytrzymać tego stresu którego doświadczałem i musiałem uciec w taki stan otępienia i odrealnienia by móc jakoś funkcjonować. Bo już nie przejmowałem się tak bardzo tym co inni mogliby o mnie pomyśleć, a jak zdarzyła się jakaś stresująca, zawstydzająca sytuacja to szybko o tym zapominałem. Stałem się takim trochę robotem bez uczuć, bez wrażliwości. To był dla mnie mechanizm obronny który pozwolił mi żyć. Ja te swoje wszystkie lęki 'usunąłem' ze swojej świadomości. Zacząłem wierzyć że już nie mam tych wszystkich problemów. Zacząłem wierzyć że jestem teraz innym człowiekiem. To chyba pasuje do mechanizmu wyparcia.

A co było u mnie przyczyną tych problemów? Chyba najbardziej brakowało mi wsparcia ze strony innych. W dzieciństwie bałem się że jak nie będę grzeczny, jak nie będę dobrze się uczył to rodzice przestaną mnie akceptować i że nie będą już mnie chcieli. Moi rodzice mają swoje problemy, które w znaczny sposób na mnie wpłynęły. Brak mi było takiej szczerej, autentycznej relacji w której mógłbym zaufać drugiej osobie i otworzyć się przed nią. Rodzice w ogóle nie rozmawiali ze mną o tym jak się czuję. W przedszkolu (4 lata) doświadczałem stresującej sytuacji i bardzo chciałem porozmawiać o tym z rodzicami, chciałem żeby oni zainteresowali się moim problemem. Ale oni to bagatelizowali, żartowali sobie z tego. A ja miałem poczucie winy że sam nie otwieram się przed nimi i że nie mówię im o tym co mnie dręczy. Doświadczałem jeszcze wielu innych sytuacji w których miałem poczucie że rodzice mnie nie rozumieją, nie liczą się z tym co czuję, z tym jaki jestem. Byłem odcięty od swoich emocji, bo nikt się nimi nigdy nie interesował i istniały one tak jakby poza mną, nie doświadczałem ich. Zachowywałem się często w sposób niezgodny z tym co czułem, jaki byłem. A rodzice w ogóle nie dostrzegali tego jak się czuję, nie dostrzegali mojego lęku, mojej niepewności, tego że ciągle się zamartwiam i że jestem smutny.

 

To 'odcięcie się' od siebie miało u mnie związek z silnym stresem, który narastał u mnie przez większość życia i kiedy był już tak duży że nie potrafiłem sobie z nim poradzić to musiałem się go 'pozbyć'. I pozbyłem się tego stresu, odcinając się od niego, co doprowadziło mnie do tego że zacząłem czuć się dziwnie, tak jakbym nie był sobą. Tak jakbym był kimś innym.

W Twoim przypadku też być może zadziałało to podobnie. Stresowałeś się sytuacją z tamtym chłopakiem i kiedy już ten stres przekroczył pewne granice których nie byłeś w stanie wytrzymać, odciąłeś się od niego. I zacząłeś czuć się otępiały itp. A może jednak było trochę inaczej ale to już sam musisz do tego dojść w terapii. Najważniejsze to chcieć siebie zrozumieć.

 

Twój tata ewidentnie przenosił swoje emocje na ciebie, kiedy wyładowywał na tobie gniew z pracy. Kiedyś jego rodzice (jego ojciec?) traktowali go prawdopodobnie tak jak on ciebie. Tzn za swój zły nastrój, za swoje złe emocje obwiniali swoje dziecko i wyładowywali się na nim. Każdy człowiek jest odpowiedzialny za swoje własne emocje i nie ma prawa obarczać nimi innych a tym bardziej swoich dzieci bo to jest przekroczenie zdrowych granic (wewnętrznych). Być może twój tata nie potrafił odnaleźć się w te sytuacji po śmierci twojej mamy i było mu bardzo ciężko i to wyładowywanie się na tobie pozwalało mu zachować pewną równowagę emocjonalną. Nie ważne z resztą dlaczego twój tata cię tak traktował, dla ciebie ważne jest że miało to na ciebie negatywny wpływ.

 

Nie wiem czy hipnoza czy inne metody skupiające się na zmianie zachowań by ci pomogły. Wydaje mi się że jednak lepiej by było żebyś zaczął dążyć do zrozumienia tego jak się czujesz. Żebyś powoli zaczął otwierać się na swoją emocjonalość. Bo wydaje mi się że właśnie w tym jest problem - w odcięciu od własnych emocji.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×