witam. 5 lat od zdiagnozowania :)

Jesteś nowy na forum ? Masz okazję przywitać się z innymi forumowiczami.

witam. 5 lat od zdiagnozowania :)

przez izuroxx 08 sty 2010, 17:42
witam wszystkich :)

to co pamiętam zaczęło się chyba pod koniec podstawówki. byłam najlepszym uczniem w klasie. wszyscy roztaczali przede mną świetlaną przyszłość. już zaczynało się coś we mnie psuć - ale nie było jeszcze namacalne. w szkole średniej zwaliło się na mnie jak kontener gruzu. zaczęły się mocne lęki. myśli nie dające normalnie żyć. nauka była koszmarem, chodzenie do szkoły upokorzeniem, oglądanie sie w lustrze to był istny horror; znajomi, rodzina - byli, ale i tak najchętniej unikałam ich, bo przecież "tylko się przed nimi ośmieszę". myśli z serii "- ostatnio nie mogę się się niczego nauczyć - co będzie? będę zerem, wyląduję na śmietniku" były coraz mocniejsze, wraz z coraz gorszymi stopniami, co w końcu doprowadzilo do unikania szkoły. rzadko w miejscach publicznych, bo przecież jak wyjdziesz na ulicę, to zaraz ci ktoś uświadomi jaka jesteś beznadziejna. mama wracała późno, ale był dziadek w domu. a że wolalam zostać w domu - trzeba się w takim razie schować! - za sofą, z butelką wody i książką przez 6-8 godzin, a potem przemknąć do drzwi udając przed dziadkiem, ze się wraca. i tak np. przez tydzień. albo chorować "- trzeba chorować, żeby zostać w domu". to nie było trudne, bo i tak codziennie czułam się fatalnie.
było dużo różnych rzeczy o których warto byłoby tu napisać, ale trzeba się streszczać :)
skończyłam liceum, w przypadku niektórych przedmiotów - ledwo. był to koszmarny okres, koszmarna szkoła, koszmarna wychowawczyni, dla której byłam dosłownie wrzodem na pupie. nawet nie ukrywała, jakim zerem jestem dla niej, nawet przy mojej mamie.
mama była zapracowana, a ja udawałam przez większość czasu, że nic mi nie jest<oczywiście miałam co chwila kłótnie o moje lenistwo szkolne>.
w końcu objawy zaczęły być widoczne aż do bólu <np. coraz częstsze nieobecności, oszukiwanie dziadka, że wychodzę do szkoły a okazuje sie, że nie chodze do niej dwa tygodnie; że potem podrabiam zwolnienia, żeby tylko mama sie nie dowiedziała, ile mnie nie bylo w szkole; coraz mocniejsze histerie przed klasówkami, przed pewnymi przedmiotami, histerie związane z moim wyglądam, byciem zerem; problemy ze zdrowiem, ciągłe zmęcznie i wiele wiele przykrych rzeczy o podobnej naturze ;p>. był pomysł zmiany szkoły, ale stwierdziłam, że zaraz mam maturę, a w nowej szkole będzie mi jeszcze gorzej. parę razy bylam u psychologa. ale skrzętnie ukrywałam na rozmowach jaka jestem naprawdę, albo przestawałam chodzić na spotkania, bo "nie pasuje mi ten lekarz".
była matura, zdałam za pierwszym razem. z ustnej matematyki ledwo (pisemna poszła dobrze). angielski super, polski bardzo dobrze <ustny o wiele gorzej, ale poszedł>. wychowawczyni nie kryła zdumienia jakie miałam "głupiego szczęście".
studia- na egzamin na ukochaną filologię angielską nie poszłam, choć byłam zarejestrowana jako kandydat. przesiedziałam go na ławce, bo przecież "i tak go nie zdam, po co się ośmieszać". <przyznałam się do tego dopiero jakieś dwa lata później>. na egaminie na kolegium jezyka angielskiego pojawiłam się, ale w połowie stwierdziłam, że to bez sensu.
poszłam wiec do studium na handel zagraniczny. zeby przeczekac rok do egzaminów ponownie na anglistykę.s
oczywiście tam też był problem, że po co mam tam chodzić, jak i tak nie mogę sie niczego nauczyć i tylko się ośmieszam - przed nauczycielami - wiedzą, a raczej jej brakiem, a przed kolegami, koleżankami - moją żenującą - fizycznie i psychicznie - osobą.
jak i w liceum kontakty z ludzmi zaczynały sie ok, po czym stwierdzałam, że jestem od nich gorsza i nie mam co przychodzic na spotkania.
wytrzymalam 1,5 roku w tym studium, bo chciałam je skończyć, ale oczywiście w połowie ostatniego roku stwierdziłam, że po co mi to jak i tak jestem zerem.
w międzyczasie mama zaciągneła mnie do innego miasta na egzamin na tamtejszy uniwerek - na filologię angielską, wieczorowo lub zaocznie.
zdałam. więc tym bardziej moglam bez kończenia studium isć na anglistykę. oczywiście chodzilo o to, że po co mam konczyć to studium - głupia jestem. a dlaczego poszłam na anglistykę w tym samym momencie?? hehe who knows :) mysle, ze głównie dlatego ze miałam nadzieje, że zacznę na nowo, z czystą kartą i postanowieniem, że będzie inaczej niż do tej pory.
zaczęlam pracować, studiowałam anglistykę. wiele osób, wykładowców oraz znajomych mówiło mi, że jestem świetna. i jako czlowiek i jako student.
no i co? ja ciągle widziałam się jako zero.
z roku na rok było ze mną gorzej, zaczęłam odchudzanie - z 62 kg na 46 kg:)
na ostatnim roku się poddalam, bo trzeba już powoli pisać pracę, a ja przeciez w życiu tego nie napiszę. w końcu jestem zerem.
potem poszłam sobie do prywatnej szkoły na wnętrzarstwo <tak soamo to uwielbiam jak angielski :P> ale przygoda skonczyła się tak samo jak poprzednie - w połowie ostatniego roku. gdzieś przed tą prywatną szkołą wylądowałam u psychiatry - dostałam leki - effectin i regularne spotkania z psychologiem. miała być psychoterapia, specjalnie ustawiona, ale oczywiście zrezygnowałam.
w międzyczasie zmieniłam pracę na związaną z wnętrzarstwem - była świetnie płatna i wyglądała na bardzo kreatywną.
a że była bardzo absorbująca to miałam wymówkę zrezygnowania ze szkoły.
trzy miesiące temu, po dwóch latach zrezygnowałam z pracy, która naprawdę była koszmarem psychicznym. co chwila ktoś odchodził, rotacja była duża. tam trzeba mieć jaja ze stali :) <w poprzedniej wytrzymałam coś ok.4 lat, a odeszlam z powodu lepszej....oferty-własnie tej, z której przed chwilą zrezygnowałam...>
i co? i sobie zyje. już dwa lata poza domem - mieszkam z chłopakiem (którego znam od 6 lat). obecnie bez pracy, taki mały darmozjadzik :)

po effectinie było mi dużo lepiej. zrobiłam dzięki niemu parę rzeczy, na które wczesniej nie bylo mnie kompletnie stać psychicznie.

tęsknię za pracą, myślalam, że pomimo dużej presji - dam radę.
podbudowalam trochę swoją samoocenę, ale teraz cholernie się boję. bo gdzie znajdę pracę bez papierka? nikogo nie obchodzi, że skończyłam "prawie" parę kierunków. to się nie liczy :) a bez pracy - pomimo tego, że jest ze mną od dawna i był przy mnie w ciężkich chwilach - czy mój facet nie powie "dość"? a wtedy wrócę do mamy? taka stara baba jak ja ;p?i to bez roboty? i wykształcenia<papierka>?
impasik.
studia? nowa praca? - i znowu nie dojdę do końca?? :D:D o komedio. ale jest pocieszenie i nadzieja - fakt, że w takiej sytuacji parę lat temu - mogłabym zrobić coś głupiego. a dziś, mimo wszystko, mimo dni gorszych i lepszych, bycia "formalnie zerem" ;> <bez wyształcenia-papierka>, i braku pracy jakoś sobię żyję.
slodko gorzko ;p

przepraszam za długość tego tekstu :D:D:D

trzymajcie sie ciepło i mocno

izu
Offline
Posty
3
Dołączył(a)
08 sty 2010, 16:03

Re: witam. 5 lat od zdiagnozowania :)

Avatar użytkownika
przez agusiaww 08 sty 2010, 19:26
izuroxx, wydaje mi sie ze przez to ze wywierano na Ciebie dosyc duza presje, Ty takze zwiekszylas oczekiwania wg sibie, i wysoko postawilas poprzeczke. To wszystko sprawilo ze sie nabawilas lękow, czulas lęki przed ocena, moze popadlas takze w fobie spoleczna. ALe jak o tym piszesz swiadczy ze chyba jestes w stosunkowo dobrej formie, zartujesz podchodzisz troche do tego z dystansem. :) Moze zacznij studiowac filolologie angielska zaocznie? Powinni Ci czesc przed miotow zaliczyc jesli mialas je zdane. Probuj, masz DOPIERO 26 lat, cale zycie przed Toba staruszka nie jestes i dlugo nie bedziesz :mrgreen: Do roboty !!! :P
Warto żyć, warto marzyć, bo to co osiągalne możliwe jest do zdobycia.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
6254
Dołączył(a)
05 mar 2009, 09:22

Re: witam. 5 lat od zdiagnozowania :)

przez ewaryst7 08 sty 2010, 19:56
Nie jestes zerem.Nie jestes.Absolutnie w to nie wierzę.To TWOJE własne wyobrażenie.Lecz depreche.i bierz byka za rogi.Trzymam za Ciebie kciuki.
Offline
Posty
2102
Dołączył(a)
29 maja 2008, 08:11
Lokalizacja
Braniewo-City

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: witam. 5 lat od zdiagnozowania :)

przez Gringo 08 sty 2010, 20:38
Wyczuwam duzo czarnego humoru w twoim komentarzu... czyli, chyba dajesz sobie rade.
Poza tym interesujaca historia.
Gringo
Offline

Re: witam. 5 lat od zdiagnozowania :)

przez izuroxx 22 sty 2010, 02:28
dzięki kochani,

tak, daję radę. dzięki za wsparcie!!. ciągle próbuję, jest naprawdę coraz lepiej, dziś za pierwszym podejściem zdałam na odlewniczej warszawa, egzamin na prawko. było pięknie. nigdy na żadnym egzaminie nie byłam tak wyluzowana, jak dziś. w ogóle nigdy nie byłam tak wyluzowana :). coś pomaga, na pewno leki, ale przede wszystkim moja wspaniała "połówka" - kondzio.
i wreszcie udało mi sie zrobić coś "do końca". :)
czasami potrzeba dużo czasu, żeby dojść do siebie, i wtedy nagle się okazuje, że masz więcej spokoju i opanowania niż teoretycznie "zdrowi". :) :) czym trochę się zdziwiłam, ale tak pozytywnie, że czuje się, jakby nowe życie mi podarowali.
więc ewidentnie - może nie da się wyzdrowieć całkiem, bo co jakiś czas będzie nas dopadać jakieś gó..no, ale to na chwilę i trzeba pamiętać i wierzyć, ciągle wierzyć, jak głupi ;p że zaraz będzie lepiej.

dzieki wszystkim!

izu
piszcie jakby cosik, czy pożalić, czy zapytać, czy pogadać - izu.i.cnr@gmail.com
Offline
Posty
3
Dołączył(a)
08 sty 2010, 16:03

Re: witam. 5 lat od zdiagnozowania :)

przez polakita 22 sty 2010, 10:46
izuroxx napisał(a):dziś za pierwszym podejściem zdałam na odlewniczej warszawa, egzamin na prawko.

Gratulacje, ja tez byłam takim szczęśliwcem za pierwszym razem, do dziś uważam że to był cud :mrgreen:
A odnośnie studiów, nie możesz do nich wrócić i napisać pracy? Ja się męczyłam z licencjatem 2 lata, chyba tylko dzięki wsparciu kilku osób w końcu to doprowadziłam do końca...
polakita
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości

Przeskocz do