Cześć moi drodzy !

Jesteś nowy na forum ? Masz okazję przywitać się z innymi forumowiczami.

Cześć moi drodzy !

Avatar użytkownika
przez natrętek 31 paź 2009, 15:16
Od kilku lat przegladam to forum, ale jakoś nigdy nie miałem motywacji by się na nim zalogować i jakoś bardziej czynnie uczestniczyć na nim - aż w końcu się przełamałem i postanowiłem się ujawnić i podzielić się z Wami swoją historią, a trwa ona już troszeczkę bo mam 29 lat. Być może moja obecna sytuacja życiowa w pewnym sensie wymusiła to, że w końcu zdecydowałem się do Was dołączyć, podzielić się z Wami swoimi doświadczeniami i w pewnym sensie zyskać w Was swego rodzaju grupę wsparcia, bo tyle przeczytałem postów i nie natknąłem się aby takowe działały w realu w Krakowie.Więcej o historii swojego życia i moich zmaganiach z NN, lękiem i depresją napiszę wkrótce. Mam nadzieję, że poznam osoby którym będę mógł w jakiś sposób pomóc oraz podjąć jakieś kroki odnośnie stworzenia takiej grupy wsparcia.

Raz jeszcze witam Was serdecznie i pozdrawiam !!!
Gdy nie ma możliwości się zmienić, trzeba nauczyć się żyć ze swoją osobowością.
4w5/ISFJ
Avatar użytkownika
Offline
Posty
708
Dołączył(a)
31 paź 2009, 14:46
Lokalizacja
Kraków

Re: Cześć moi drodzy !

Avatar użytkownika
przez magia123 31 paź 2009, 19:30
I ja Cię witam serdecznie :)
Także jestem zupełnie nowa na tym forum.
Cieszę się , że odważyłeś się napisać - to już jakiś krok.
A powiedz mi czy się gdzieś leczysz/łeś ?
Korzystałeś z jakiejś oferty pomocy?
Pozdrawiam.
PS i otwórz się :oops:
Jesteś Michałem Aniołem własnego życia.
Dawid , którego rzeźbisz to Ty sam.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
45
Dołączył(a)
31 paź 2009, 14:04

Re: Cześć moi drodzy !

Avatar użytkownika
przez natrętek 04 lis 2009, 16:00
W końcu zmobilizowałem się i tak jak obiecałem, chciałbym opisać Wam historię walki ze swoim zaburzeniem lękowym i związaną z nim depresją. Od razu chcę zaznaczyć, że walka ta trwa do dzisiaj, jeszcze się nie poddałem, choć obecne okoliczności sprzyjają przygnębieniu najdelikatniej ujmując pojecie depresji. No ale od początku, jak już wiecie mam 29 lat, urodziłem się w Krakowie od zawsze związany z dzielnicą Podgórze, tutaj spędziłem całe swe dotychczasowe życie. Pochodzę z rodziny robotniczej, matka wykształcenie podstawowe, a ojciec zawodowe. Można by powiedzieć, że „urodziłem się z nerwicą” jeśli rozpatrywać genetyczne źródło moich problemów, a mianowicie moja matka była 3 razy hospitalizowana w szpitalu im. Babińskiego w Krakowie (w tym miesiąc po moim urodzeniu) z rozpoznaniem zespołu omamowo-urojeniowego, ojciec natomiast posiada osobowość anankastyczną (dążenie do symetrii, skłonność do pedanterii itp.) Jak się można domyślacie takie środowisko mojego wczesnodziecięcego życia (nie licząc 9 lat starszego brata) było wręcz idealnym podłożem do wytworzenia się zaburzeń obsesyjno – kompulsyjnych (nerwicy natręctw). Z jednej strony matka, która przez swoją chorobę dawała mi sprzeczne informacje
i sygnały (przykład: matka mówiła kocham Cię, a za moment słyszałem, że jestem przeciwko niej) a z drugiej ojciec ze swoją osobowością anankastyczną upominał krzykiem na każdym kroku ograniczając moją dziecięcą wolność i związane z nim prawo do swobody (przykład: dostałem do zjedzenia kawałek ciasta, i ojciec krzyczał jedz nad talerzykiem bo nakruszysz na podłogę!!!) Pierwszy objaw mojej nerwicy jaki pamiętam, to moczenie nocne, po prostu do 9-tego roku życia najprościej mówiąc sikałem do łóżka podczas snu. Już wtedy byłem po raz pierwszy u psychologa – zabrał mnie ojciec, po wizycie został mi przepisany pierwszy w moim życiu lek na zaburzenia nerwicowe (chyba Imipramina). Pierwsze niepokojące objawy mojej choroby zaobserwowałem mając 14 lat, byłem wtedy na letniej kolonii. Pamiętam, że zacząłem sprawdzać czy w moim portfelu jest znaczek pocztowy na kartkę, którą miałem wysłać do domu i że robiłem to kilkadziesiąt razy w kółko, pomimo iż widziałem, że ten znaczek rzeczywiście jest w moim portfelu. Już wtedy mnie bardzo zaniepokoiło to, że takie natrętne sprawdzanie nie jest normalne i że ze mną jest coś nie w porządku. Jak się okazało, to był początek koszmaru jaki miał miejsce później. Mój świat zaczął się ograniczać do szkoły i swojego pokoju, w którym mogłem w „spokoju” i ukryciu wykonywać swoje chore rytuały. Tutaj chciałbym zaznaczyć, że jeśli chodzi o szkołę, to nauka nie stanowiła dla mnie problemu, byłem dobrym i pojętnym uczniem – niestety tylko to oceniam jako pozytyw mojego życia z tamtych czasów. Miałem znikomy kontakt z kolegami, nie lubiłem spotkań z grupą ludzi, a jedynie mieć jednego kolegę i z nim spędzać czas. W domu natomiast miałem taką oazę w której mogłem się oddawać swoim obsesjom i natrętnym czynnością. Nie będę się rozpisywał na temat tego zaburzenia, gdyż każdy z nas inaczej go przeżywa i natręctwa zarówno myślowe jak i czynnościowe dotyczą różnych rzeczy. Napiszę tylko pokrótce z jakimi ja się borykałem, a mianowicie początkowo były „standardowe” czyli sprawdzanie, czy gaz jest wyłączony, czy zamknąłem drzwi do domu, czy zgasiłem światło w jakimś pomieszczeniu. Dużo kompulsji dotyczyło także wielokrotnego dotykania jakiś przedmiotów, jak również moją uwagę skupiały różnego rodzaju pyłki, okruszki i inne nieczystości leżące na meblach lub też podłodze. Natomiast jeśli chodzi o obsesyjne myśli, to były to zdania powtarzane w kółko, zarówno w myślach jak i na głos nie dotyczące jakiejś konkretnej tematyki, po prostu były to przypadkowe zdania, które usłyszałem kilka dni wcześniej, albo przypominałem sobie konkretne wydarzenia z życia i wybierałem sobie jakieś zdanie które powtarzałem w kółko tak długo, aż tego zdania nie wypowiedziałem „idealnie” – ja nazywam to zaliczeniem natręctwa. Po prostu zdanie musiało być wypowiedziane poprawnie fonetycznie, nie mogło mnie nic zakłuć lub zaswędzieć np.: w kolanie, nie mógł do mnie z zewnątrz dotrzeć żaden dźwięk itp. (czyli idealne, perfekcyjne warunki zaliczenia natręctwa), jeśli choć jeden z tych warunków (w moim mniemaniu) nie był spełniony to całe zdanie musiałem powtórzyć od nowa, jak się więc domyślacie „zaliczenie” natręctwa graniczyło z cudem. Nie wiedziałem wtedy dlaczego tak robię, co jest przyczyną tego, że powtarzam te czynności i zdania (byłem nastolatkiem) – wiedziałem jedynie, że na pewno to co robię nie jest normalne, ale nie miałem nikogo zaufanego by mu powiedzieć o swoim problemie (rodzice zdawali się nie dostrzegać problemu, nie dopytywali się, dlaczego zamiast po szkole iść z kolegami pograć w piłkę jak siedzę sam w pokoju zwalając winę na moją osobowość), brat w tamtym czasie przeprowadził się do żony a jedynemu koledze jakiego wtedy miałem nie byłem w stanie opowiedzieć o tych rzeczach – bo po prostu wstydziłem się swojego dziwactwa i obawiałem się, że spotkam się z w najlepszym wypadku ze zbagatelizowaniem problemu a w najgorszym z wyśmianiem i odrzuceniem. Zacząłem jeszcze bardziej unikać ludzi, zacząłem mieć stany, kiedy nie mogłem się skupić, skoncentrować, myśleć , wtedy było właśnie najgorzej, myślałem, że ta niemożność myślenia mi już nie przejdzie nigdy i że nie będę w stanie normalnie funkcjonować, w związku z czym zaczęły mnie nachodzić ponure i depresyjne myśli. Wtedy jeszcze nie wiedziałem z czym mam do czynienia, po prostu nie umiałem nazwać tego stanu, wiedziałem tylko, że jest straszny!!! Nic dziwnego, że w stanie kiedy nie mogłem prawidłowo myśleć i ten stan się utrzymywał dłuższy czas nachodziły mnie bardzo ponure myśli, poczucie beznadziei i jakichkolwiek szans, że moja sytuacja się zmieni – no bo jak można normalnie funkcjonować nie mogąc myśleć!?! Czułem się bezradny, coraz bardziej przygnębiony, zaczęły pojawiać się myśli samobójcze. I tak wytrzymałem do 18 roku życia, wtedy to zacząłem 4 klasę technikum i wtedy mój zły stan osiągnął apogeum. Przez 3 lata miałem 100 % frekwencję obecności w szkole, natomiast z początkiem 4 klasy coś we mnie pękło, zacząłem się czuć obco w towarzystwie kolegów z klasy, miałem wrażenie, że nic do mnie nie dociera ze świata zewnętrznego, znajomy stan braku koncentracji i niemożności myślenia, takie wyobcowanie a z fizycznych objawów to duża potliwość na twarzy(głównie czoło), trzęsienie dłoni i uczucie „guli” w gardle – to mnie ostatecznie dobiło. Nie byłem w stanie się uczyć i po ok. tygodniu od rozpoczęcia roku szkolnego postanowiłem, że nie pójdę do szkoły. W między czasie byłem u lekarza ogólnego, mówiąc mu o swoim stanie psychicznym, zrobiono mi serię badań ogólnych, które wykazały że wszystko jest w porządku jeśli chodzi o zmiany organiczne. Po tych badaniach lekarz robiąc ze mną wywiad i dowiadując się, że mam myśli samobójcze zdecydował się skierować mnie do szpitala Babińskiego w Krakowie nie kierując mnie nawet uprzednio do specjalisty psychiatry. I można powiedzieć od szpitala zaczęła się moja walka o normalne życie. W szpitali byłem chyba ponad 2 tygodnie, zostałem wypisany z rozpoznaniem: depresja młodzieńcza i skierowany na dalsze leczenie ambulatoryjne. Dzięki mobilizacji, udało mi się kontynuować naukę w szkole jednocześnie chodząc na psychoterapię do kliniki psychiatrii dla dzieci i młodzieży na Kopernika. Jeśli chodzi o farmakologiczne leczenie, to w tamtym czasie przyjmowałem Anafranil. I tak będąc pod opieką tej kliniki skończyłem technikum, zdałem maturę i dostałem się na studia dzienne na Politechnice. Nie mogąc kontynuować leczenia w tamtej klinice, ze względu na wiek zostałem skierowany do poradni zdrowia psychicznego dla studentów na ul. Tokarskiego. Wtedy (teraz tak myślę) popełniłem błąd, gdyż uznałem że ponad 7 miesięczna terapia na Kopernika na niewiele się zdała i że mi niewiele pomogła. Straciłem wiarę w psychoterapię i nadzieję w wyzdrowienie upatrzyłem jedynie w farmakoterapii. Uważam, że wielki błąd popełnił lekarz psychiatra z tej poradni na ul. Tokarskiego dostając z kliniki na Kopernika rozpoznanie moich zaburzeń, a mianowicie: zaburzenia obsesyjno - kompulsyjne znacznie utrudniające zdolności adaptacyjne i widząc moje podejście do problemu, że chce go rozwiązać łykając tabletki. Nie uświadomił mi, że tego typu zaburzenia leczy się głównie poprzez psychoterapię a leki mają funkcję jedynie pomocniczą. Skierował mnie co prawda do psychologa, ale to nie był psychoterapeuta i stwierdziłem, że takie rozmowy mi nie pomogą i po 3 spotkaniach zrezygnowałem upatrując jedynego ratunku w tabletkach. I tak przeszedłem przez okres studiów (nieraz było bardzo ciężko, wpadałem w stany depresji, przez te 5 lat studiów miałem 3 epizody depresyjne, które wyglądały tak, że po prostu przez ponad miesiąc leżałem w łóżku w swoim pokoju bombardując się negatywnymi myślami włącznie z tymi żeby odebrać sobie życie) – oczywiście nie brałem cały czas tabletek, tylko jak było ze mną gorzej. Chcąc ulżyć sobie w swoich dolegliwościach często tabletki zastępowałem dużą ilością alkoholu, nieraz piłem alkohol biorąc tabletki. Przez swoje postępowanie rozpadały się moje związki z dziewczynami, po prostu przestawałem kontrolować picie, nie liczyło się dla mnie otoczenie oraz najbliższa osoba oraz to co do mnie czuje, alkohol miał dla mnie priorytet, wtedy nie liczyło się nic tylko żeby wypić jak najwięcej, picie i stan nietrzeźwości stały się dla mnie jedyną odskocznią od moich problemów z zaburzeniami lękowymi. Wiedziałem, że moje życie zaczyna mi się wymykać spod kontroli. Po skończeniu studiów (broniłem się rok po skończeniu ze względu na moje problemy i pracę którą podjąłem pod koniec 5 roku studiów, nie miałem czasu napisać pracy mgr) podjąłem staż w firmie budowlanej, na którym wytrzymałem zaledwie 1,5 miesiąca i po prostu już nie wróciłem do niej, gdyż lęk znów się nasilił. Wtedy też miałem ostatni epizod depresyjny (rok 2006) kiedy się poddałem chorobie i niecałe 2 miesiące leżałem w łóżku w fatalnym stanie. Zaznaczam, że cały czas mieszkałem z rodzicami – i na podstawowym poziomie miałem zapewnione utrzymanie. Zacząłem wtedy przyjmować nowy zestaw leków (Fluoksetyna, Miansemerck oraz Sulpiryd) i znowu tabletki przywróciły mnie do stanu „używalności” i po raz kolejny się podniosłem, dlatego uważam, że pierwszy epizod depresyjny jest najgorszy gdyż nie ma się absolutnie nadziei, że ten stan minie choć i tak podczas kolejnych epizodów ta świadomość że to piekło minie jest skutecznie przysłonięta przez ogromny ładunek negatywnych myśli jaki towarzyszy stanowi depresji. Od 2007 roku udało mi się podjąć pracę w zawodzie, wtedy bardzo się ucieszyłem i pomyślałem, że w końcu wyjdę na prostą, będę mógł zdobywać staż w swojej branży, moje życie nabierze sensu i będę mógł spokojnie patrzeć w przyszłość. Niestety ta praca to znowu był pozór normalności. Można powiedzieć, że w tej firmie pracowałem najdłużej bo aż 20 miesięcy. Nachodził mnie w tym czasie co prawda dobrze znajomy mi mówiąc w dużym uproszczeniu stan lęku, lecz dawałem radę go opanować – myślę, że głównym czynnikiem powodującym to, że w tej pracy tak zdołałem przetrwać był fakt, że przez pierwszy rok
pracowałem w pomieszczeniu z jedną osobą (dobry kolega ze studiów), potem zmieniliśmy pokój i doszła jeszcze jedna. Jednak gdy tylko w naszym pokoju pojawiało się więcej osób niemal natychmiast narastał we mnie lęk, który ustępował powoli z chwilą gdy te osoby opuszczały nasz pokój i znowu byłem z tylko z tym dobrym kolegą. Niestety, na tamtą chwilę nie miałem świadomości, które mam obecnie – prowadziłem dość nieodpowiedzialne życie, sobotnie noce spędzałem na imprezach którym towarzyszyła duża ilość alkoholu. Zdarzało się też, że potrafiłem wypić większą ilość alkoholu w tygodniu i na drugi dzień niedyspozycyjny przychodziłem do pracy. Mój brak zaangażowania w pracę i mój stosunek do niej został zauważony przez przełożonego i firma postanowiła się ze mną rozstać. Od tamtego czasu (już przeszło rok) nigdzie nie udało mi się dłużej pracować. W tym roku udało mi się przepracować zaledwie 2 miesiące (styczeń, luty). Już 3 razy skapitulowałem rozpoczynając nową pracę, raz w tamtym i 2 razy w bieżącym roku. W 2 pierwszych przypadkach, przyszedłem na jeden dzień do pracy po czym na drugi dzień już nie przyszedłem ze znanych Wam już powodów, a ostatnio przepracowałem kilka dni i znowu z tego samego powodu (silny lęk i związana z nim bezradność oraz niemożność adaptacji z nowymi ludźmi) uciekłem z pracy. Pod koniec ubiegłego roku, waśnie w chwili gdy straciłem tą „najdłuższą” pracę zgłosiłem się do swojej poradni i okazało się, że moja lekarka już tam nie pracuje i zostałem przepisany do nowego lekarza i dopiero właśnie on przepisał mi Rexetin który wraz z Miansemerckiem przyjmuję do dnia dzisiejszego oraz uświadomił mi bardzo ważną rzecz, pokazał mi moją kartotekę z 10 lat leczenia psychiatrycznego i powiedział: „widzi Pan ile tego jest, chce Pan zobaczyć za następne 10 lat drugie tyle dokumentacji z leczenia? Tabletki tylko działają objawowo, a przyczynę Pana zaburzeń lękowych musi Pan rozpracować na psychoterapii”. Początkowo byłem sceptyczny, lecz słowa tego lekarza dotarły do mnie dopiero po kilku miesiącach. W tym roku nastąpił pewnego rodzaju przełom, zacząłem się poważniej zastanawiać nad swoim życiem i powiedziałem sobie że muszę coś zmienić. Co ważne od początku roku jestem w związku z cudowną kobietą, której wiele zawdzięczam – czynnie angażuje się w proces mojego leczenia, wskazuje na moje błędy myślowe oraz postrzeganie świata i otaczających ludzi. Zyskałem nowe świadomości i wprowadziłem kilka zmian w swoim dotychczasowym życiu, które myślę są jednym z etapów wychodzenia z tego bagna. W tamtym roku udało mi się rzucić palenie (paliłem 8 lat), zmieniłem swój stosunek do picia alkoholu – nie jest już dla mnie celem każdego spotkania towarzyskiego, zacząłem się więcej ruszać (w lecie jazda na rowerze + rolkach a w domu ćwiczenia fizyczne) i mniej jeść dzięki czemu zrzuciłem w przeciągu pół roku 10 kg na swojej wadze. No i najważniejsze a mianowicie od maja b.r. zdecydowałem się na psychoterapię indywidualną (chodzę raz w tygodniu na 45 min. sesję). Mimo iż nie czuję jeszcze znacznej poprawy wiem jedno, że nie chcę przerwać tego procesu, który może okazać się dłuższy. W każdym razie swoją historią chce Wam pokazać moi drodzy, że na zmiany nigdy nie jest za późno, ja facet prawie 30 letni robię coś by zmienić swoje nastawienie do życia i świata. I pomimo, ze jest cholernie ciężko, to staram się nie poddawać i brnąć dalej – aż do ostatecznego zwycięstwa!!! Nie orientuję się czy może ktoś próbował zorganizować jakąś grupę wsparcia dla osób cierpiących na nerwicę w Krakowie, ewentualnie jeżeli takowej nie ma to może będziecie mi w stanie polecić jakąś terapię grupową? Osoby, którym mógłbym w jakikolwiek sposób pomóc bazując na swoim doświadczeniu proszę o kontakt na priv. Dziękuję wszystkim którzy dotrwali do tego momentu. Pomóżmy sobie nawzajem, dajmy sobie szanse!!!


Pozdrawiam Was ciepło !!! Natrętek :)
Gdy nie ma możliwości się zmienić, trzeba nauczyć się żyć ze swoją osobowością.
4w5/ISFJ
Avatar użytkownika
Offline
Posty
708
Dołączył(a)
31 paź 2009, 14:46
Lokalizacja
Kraków

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Cześć moi drodzy !

przez Ridllic 04 lis 2009, 16:22
natrętek, Witaj długo ale ciekawie , co do grupy wsparcia to raczej spotkania towarzyskie jeśli chodzi o Kraków , gratuluję i życzę powodzenia w walce ;)
Ridllic
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości

Przeskocz do