Mam okropny charakter

Inne zaburzenia.

Mam okropny charakter

Avatar użytkownika
przez mark123 13 sty 2013, 16:29
Mam podobnie przede wszystkim przy pierwszym wrażeniu, ale staram się to kontrolować. Łatwo postrzegam negatywne rzeczy i biorę je do siebie, zaś pozytywne chyba odpycham, ignoruję, czuję że ktoś mówi nieprawdę i niegodny ich. Łatwo czuję się urażony, albo wkurzony (w zależności od tego, co mi ktoś powie i z jakiego powodu). (Mam tak od dziecka, z tą różnicą, że w dzieciństwie łatwo czułem się przede wszystkim urażony). Np. często gdy ktoś powie, że coś źle zrobiłem, albo skrytykuje, albo zezłości się na mnie, to czuję się zagrożony, odczuwam dużą porażkę, smutek, że jestem do niczego i że ten ktoś w sumie ma rację. Dużo rzeczy też odbieram jako wywyższanie się, uważanie swojego zdania za prawdę ogólną, przez co się wkurzam, ale staram się całkowicie stłumić okazywanie złości w sobie, bo jest ona zazwyczaj bardzo duża. Nawet, gdy sobie przypomnę jakąś dawną sytuację, w której ktoś mnie wkurzył to znów biorę to do siebie i się wkurzam ponownie. Także, gdy sobie wymyślę jakąś fikcyjną sytuację, w której ktoś mnie denerwuje, to się często mocno wkurzam. Inni raczej nie widzą, kiedy jestem wkurzony. Gdy jestem na osobności, to ze złości czasem jestem czerwony na twarzy i mam drgawki. Natomiast, gdy sobie przypomnę sytuację, w której ktoś mnie skrytykował, zezłościł się na mnie lub powiedział, że coś źle zrobiłem, to już się nie czuję emocjonalnie tak, jak podczas takiej sytuacji na żywo, jedynie myślę wtedy o sobie, jako o kimś bezwartościowym. Żarty często odbieram jako naśmiewanie się i czuję się też trochę zagrożony. A gdy ktoś mojej obecności mówi szeptem coś do drugiej osoby, to mam wrażenie, że knują coś przeciw mnie, także czuję się zagrożony.
Nawet w internecie mam czasem przez to trudności z wypowiedzeniem się. Ale w końcu zazwyczaj udaje mi się po przemyśleniach w miarę normalnie się wypowiedzieć.
Czasami udaje mi się przekonać samego siebie, że źle coś odebrałem, a jeśli nie, to staram się, aby nie było tego po mnie widać.
Pociąg do bycia ofiarą toksycznego mężczyzny leży w naturze każdej kobiety, tyle że u niektórych kobiet ta natura jest mocno aktywna, a niektórych słabiej i te się jej przeciwstawiają.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
10124
Dołączył(a)
11 lis 2012, 16:33
Lokalizacja
droga do otchłani zła

Mam okropny charakter

przez klarunia 13 sty 2013, 18:33
black swan napisał(a):Chyba też tak robię, bo odbieram wszystko zbyt dotkliwie, jestem zbyt wrażliwa na krytykę, krytyka potrafi mnie załamać. Rodzina mi mówi, że nie znam się na żartach. A dla mnie to nie są żarty, tylko poniżanie i obrażanie bardzo często. Wiec już ze mną nie żartują. Czyjeś słowa potrafią mnie bardzo dotknąć. W sumie nie tylko słowa, ale też reakcje, czyny, nie takie spojrzenie, jakiś drobny gest lub jego brak. Wszystko biorę tak do siebie, odbieram poważnie, zaraz doszukuję się drugiego dna, negatywnych wniosków. Prawdopodobnie bardzo słabo w siebie wierzę...



Jej! Dokładnie! :) Jakbym czytała siebie. Już w przedszkolu mi rodzina mówiła: "Nie znasz się na żartach, nie umiesz się śmiać z siebie.". To prawda, nie umiem. I zazwyczaj nie lubię. Tylko przy niektórych osobach i z niektórych żartów na swój temat się śmieję. I ludzie nigdy prawie ze mnie nie żartują, bo wyczuwają to.

-- 13 sty 2013, 18:44 --

mark123, Twój post też jest, jakbym czytała siebie :)


Też łatwo czuję się wkurzona i urażona. A może raczej wkurzona, bo urażona.

Dużo rzeczy też odbieram jako wywyższanie się, uważanie swojego zdania za prawdę ogólną


Tak właśnie! :) Ja też! Szczególnie z tą prawdą ogólną to jest dziwne, bo np mój chłopak, jak go pytam, czy jego denerwuje, jak ktoś mu autentycznie próbuje wcisnąć swoją rację, to mówi, że nie. Nie denerwuje go to, choć jest świadomy, że ktoś uważa się za wyrocznię. W jego umyśle ten ktoś i tak wypowiada tylko swoje zdanie, bo tak naprawdę nic innego nie może powiedzieć.

Nawet, gdy sobie przypomnę jakąś dawną sytuację, w której ktoś mnie wkurzył to znów biorę to do siebie i się wkurzam ponownie


Ja też. Nawet, jak powiedziałam temu komuś, co o tym myślę, nawet, jeśli się zemściłam. Nie umiem też machnąć ręką na nic. Ktoś na przykład nie dał znać o czymś ważnym, choć obiecał... Przeciętny człowiek by przestał ewentualnie lubić tego kogoś i poszedł sobie, właśnie machnąłby ręką na to. A ja nie. Ja się wkurzam i bardzo długo potem jestem zła, kiedy sobie to przypomnę.

PS. Dało mi do myślenia to z tą samooceną. Myślałam, że nie jest z tym u mnie tak źle. A tak naprawdę to doceniałam tylko bardzo swoje zalety, ale nie akceptowałam wad. Wczoraj wypisałam w pamiętniku wszystkie rzeczy, których do tej pory w sobie nie akceptowałam. Zajęło mi to 4 strony A4...
Offline
Posty
353
Dołączył(a)
15 cze 2012, 17:53

Mam okropny charakter

Avatar użytkownika
przez bittersweet 13 sty 2013, 19:38
I ogólnie rzecz biorąc reaguję emocjonalnie na to i tym podobne rzeczy, które ludzie nazywają pierdołami. Innym przykładem jest to, kiedy ktoś ze mnie zażartuje, ale tak odrobinę, tak przyjaźnie, bardziej po to, żeby sobie ze mną sympatycznie pogadać, a nie, żeby mnie poniżyć. Czuję się wtedy tak jakby "zagrożona" i niemal zawsze traktuję to jako poniżenie i złośliwość. Albo na studiach przy tablicy popełnię jakiś głupi błąd, albo czegoś nie wiem i czuję się potępiona z tego powodu na wieki, choć jak inni popełniają przy mnie takie błędy, to mnie to wcale nie obchodzi.
To dla mnie typowe zachowanie dla obniżonej samooceny. Czy byłaś kiedyś krytykowana, upominana, wyśmiewana ? A może nikt Cię nigdy nie chwalił ?
Jeśli ktoś jest pewny siebie i swojej wartości, nie przejmuje się zdaniem innych ludzi, nawet jeśli jest negatywne lub niezgodne z jego przekonaniami. Nie odbiera tego jako zagrożenie czy atak. Nikt nie może zachwiać tego, co on sam sądzi o sobie, pozytywnego odbioru swojej własnej osoby. Dlatego nie ruszają go opinie innych.
kto walczy, czasami przegrywa - kto sie poddaje, przegrywa zawsze
Avatar użytkownika
Offline
Posty
5143
Dołączył(a)
21 lut 2012, 21:03

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Mam okropny charakter

Avatar użytkownika
przez Siding Spring 13 sty 2013, 20:13
wlasnie mnie to zastanawia to o czym pisze klarunia czy mark123. Ja np kompletnie nie analizuje czyjes intencjii. W ogole nie przychodzi mi namysl ze dana osoba ma jakies dwuznaczne intencje. Rozmawiajac z kims po prostu skupiam sie na rozmowie a potem szybko o tym zapominam. Wlasciwie nawet jak ktos wyraznie daje mi do zrozumienia albo wypomina mi jakies wady to przyjmuje to ze spokojem a powiem nawet wiecej mam to w dupie albo szybko zapominam myslac o czyms innym. Wlasciwie to trudno wyprowadzic mnie z rownowagi ...ale jakos specjalnie zartowac tez nie lubie no chyba ze kogos znam albo z rodzina. O czym to swiadczy? Moze w sumie jestem troche zbyt ufny wobec innych ? Albo juz taki niewzruszony niczym czlek jestem.. :D . A jezeli ktos mnie upomina to nie jest mi z tego powodu glupio tylko np potrafi mnie to rozbawic..
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3305
Dołączył(a)
20 mar 2012, 12:56

Mam okropny charakter

Avatar użytkownika
przez black swan 13 sty 2013, 21:42
A gdy ktoś mojej obecności mówi szeptem coś do drugiej osoby, to mam wrażenie, że knują coś przeciw mnie, także czuję się zagrożony.

Mam dokładnie tak samo. Zaraz myślę, że ludzie mnie obmawiają, wyśmiewają po cichu.

To że mam niską samoocenę już zrozumiałam. Pewnie wzięła się ona z tego, że w okresie dorastania rodzice mnie tylko krytykowali, krzyczeli, nie chwalili za nic, czułam się niekochana i nieakceptowana. Dzisiaj szukałam w necie o DDD i niestety jestem 100% dzieckiem z rodziny dysfunkcyjnej. Chyba będę musiała zapisać się na jakąś terapię i sama wspomagać się jakimiś metodami podnoszenia samooceny z netu. Poszukam jakiejś książki o DDD. Jakoś się muszę wyleczyć, bo nie da się tak żyć dłużej, wiecznie mam problemy ze sobą, kompleksy na punkcie swojej osobowości, zaniżona samoocena, wiele innych problemów uniemożliwiających normalne funkcjonowanie na dłuższą metę...
No risk - no fun, no pain - no gain.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1493
Dołączył(a)
25 gru 2012, 23:05
Lokalizacja
północ

Mam okropny charakter

przez klarunia 13 sty 2013, 21:54
bittersweet napisał(a):To dla mnie typowe zachowanie dla obniżonej samooceny. Czy byłaś kiedyś krytykowana, upominana, wyśmiewana ? A może nikt Cię nigdy nie chwalił ?


Hmm. U mnie to trochę było skomplikowane z tym chwaleniem i krytykowaniem. Jako dziecko byłam uważana przez wszystkich i przez samą siebie za "doskonałą". Miałam wszystko. Byłam śliczna, inteligentna, bardzo sprawna fizycznie itp... wszystko łapałam w lot nie musząc się uczyć. Do tego miałam talent artystyczny. Pamiętam, że jak pierwszy raz w życiu wzięłam do ręki długopis to od razu rysowałam płynnie, jak dorosły, nie bazgrałam. No i generalnie byłam taka naj, naj i naj i tak na mnie ludzie patrzyli. Wydawało mi się, że wystarczy się tylko trochę w czymś postarać, a to po prostu samo wyjdzie. Czułam się "lepsza" od innych, bo wydawało mi się, że te wszystkie rzeczy wychodzą im gorzej, niż mi, bo się nie przykładają... Rodzice zawsze porównywali mnie do brata na moją "korzyść" :/ A mój brat był chory, gdyby nie brał hormonu wzrostu, to by był karzełkiem. Poza tym jest niewidomy na jedno oko. To wszystko było dziwne, bo jednocześnie w domu nikt się mną nie interesował. Czułam się przez to nieważna i zastanawiałam się, co jeszcze mam zrobić, żeby mnie lubili. Z czasem działo się coraz gorzej, nagle rodzina przestała we mnie widzieć doskonałą córeczkę i zaczęła wytykać wady. Do dziś moja mama tak ze mną potrafi rozmawiać, takimi słowami i tonem, jakby mi chciała powiedzieć, że jestem godna potępienia na wieki. Teraz wiem, że ona taka po prostu jest, ale jak byłam młodsza, nie wiedziałam i zastanawiałam się, czym mogę ją "zachwycić", żeby mnie tak nie traktowała i wreszcie zwróciła na mnie uwagę. Z tatą podobnie, choć od niego było więcej olewania, a mniej krytyki.

-- 13 sty 2013, 22:19 --

Niesamowite jest też, jak wysoko oni stawiają poprzeczkę. Mam kilkadziesiąt nagród z konkursów plastycznych, nie raz z międzynarodowych, gdzie moja praca była wybierana spośród kilku tysięcy. Byłam w jednym z najlepszych lo w Polsce, a teraz jestem na prestiżowych studiach. Nie piję, nie palę, nie przeklinam, nie robię sobie tatuaży itp... Ale im to nie wystarczy. Uważają, że trafiła im się taka o, kiepska córka... Nie piszę tego, żeby się pochwalić, tylko chcę pokazać skalę problemu. Niektórym wydaje się, jak mi kiedyś, że jakby byli lepsi, zdolniejsi, to rodzice wreszcie by ich pokochali i docenili. A to tak nie działa. Miłość jest "prosta": jest, albo jej nie ma. Kochający człowiek kocha dziecko chore i zdrowe i zdolne i przeciętne. Po prostu takie, jakie jest.
Offline
Posty
353
Dołączył(a)
15 cze 2012, 17:53

Mam okropny charakter

Avatar użytkownika
przez black swan 13 sty 2013, 22:23
klarunia, widzę ze dzieciństwo mamy podobne... W najmłodszych lataj, tj. do około 10 roku życia też byłam naj, zdolna, utalentowana, w klasach 1-3 wychwalana przez rodziców, myślałam wtedy że zawsze powinnam wygrywać, bo przecież jestem najlepsza. I młodszy brat, dużo mniej zdolny, moje przeciwieństwo... Też byłam do niego porównywana na moją korzyść. Tylko że jego kochali zawsze za samo to, że on był, a mnie zawsze za coś, za czerwony pasek, za piątki, za ładne rysunki, itp. Czułam że jego kochają bardziej. Potem jak zaczęły się wyższe klasy, od 4 w górę rodzice przestali mnie chwalić całkowicie, już wtedy była sama krytyka, krzyczenie, czepiania się, ja się buntowałam, nie chciałam robić tego co mi rozkazywali, a oni jeszcze bardziej na mnie wrzeszczeli, obwiniali, krytykowali. Zamykałam się w pokoju i tak siedziałam tygodniami, wychodziłam do szkoły i jeść po tym jak wszyscy już zjedli i nikogo nie było w kuchni. A moi rodzice mieli mnie wtedy kompletnie w d, jak sobie o mnie przypomnieli to tylko żeby nawrzeszczeć i krytykować. A brat jak był młodszy był takim rodzinnym kochanym syneczkiem. Potem jak był starszy, to jego też wyzywali, ojciec mnie wyzywał od szmat, bo nie podobało mu się że ubieram się jak chłopczyca, a jego od debili, bo nigdy nie był zbyt rozgarnięty.

-- 13 sty 2013, 21:26 --

Tylko on teraz ma szerokie grono znajomych, łatwo nawiązuje kontakty z ludźmi, a ja jestem ja jakiś odludek, boję się ludzi. Jego kochali we właściwy sposób, a mnie nie. Zepsuli mnie psychicznie.
No risk - no fun, no pain - no gain.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1493
Dołączył(a)
25 gru 2012, 23:05
Lokalizacja
północ

Mam okropny charakter

Avatar użytkownika
przez bittersweet 13 sty 2013, 22:43
Ale im to nie wystarczy. Uważają, że trafiła im się taka o, kiepska córka...
Nigdy nie usłyszałam od starych pochwał, żadnego wsparcia, tylko wieczna krytyka, wytykanie każdego potknięcia. Moje sukcesy /czerwony pasek itd./ były starannie ignorowane. Nigdy nie byłam dość dobra, niezależnie co bym zrobiła ani jak została doceniona przez innych. Oczywiście ich postawę przeniosłam na siebie, miałam kompleks niższości. Wychodzenie z tego wszystkiego to była droga przez mękę, trwało latami zanim odbudowałam swoją samoocenę. Myśle, że gdyby oni nie ciągnęli mnie w dół takim gnębieniem, zaszłabym 10 razy dalej niż jestem teraz. Z wielu rzeczy rezygnowałam, bo nie miałam odwagi sie ich podjąć. Uważałam, że nie podołam, bo przecież jestem do niczego........
kto walczy, czasami przegrywa - kto sie poddaje, przegrywa zawsze
Avatar użytkownika
Offline
Posty
5143
Dołączył(a)
21 lut 2012, 21:03

Mam okropny charakter

przez klarunia 13 sty 2013, 22:54
Noooo, jak opisujesz, to dostrzegam ogromne podobieństwo O.o Szok. Mam dokładnie takie same odczucia. Mojego brata też wyzywali od debili, dokładnie tak samo... Tylkoże on mimo tego zawsze jakośtak był "lubiany" w rodzinie. To znaczy chcieli jego towarzystwa. I też ma teraz szerokie grono znajomych. A do mnie teraz poza mamą i tatą nikt z rodziny nawet nie zadzwoni... Babcię, dziadka, ciocię itd widzę tylko raz w roku, na świętach, choć nie jesteśmy skłóceni.

Z tym, że ja raczej nie doświadczałam krzyku skierowanego do mnie. Kłócili się, ale rzadko ze mną. Ja raczej doświadczałam i dalej doświadczam takiej totalnej obojętności. Jakbym była nikim. Mój brat jakoś potrafi się do nich dopasować, jakoś z nimi rozmawiać, sprawić, że się do niego odzywają i chcą jego towarzystwa. Ja nie. Ale nie czuję, że jestem w gorszym położeniu. Myślę, że oboje byliśmy źle traktowani, choć ponosimy różne konsekwencje.

Mam jednak wątpliwości, czy Twój brat był kochany we "właściwy sposób". Skoro był wyzywany od debili... Poza tym myślę, że jest tak, jak napisałam wyżej. Kochający człowiek kocha nie tylko takie, czy takie dziecko, ale potrafi kochać też inne. Jeżeli Twoi rodzice nie kochali Ciebie, to moim zdaniem wcale nie umieją kochać.

-- 13 sty 2013, 23:05 --

ojciec mnie wyzywał od szmat, bo nie podobało mu się że ubieram się jak chłopczyca


Taaak, to bardzo logiczne z jego strony... :P
Offline
Posty
353
Dołączył(a)
15 cze 2012, 17:53

Mam okropny charakter

Avatar użytkownika
przez black swan 13 sty 2013, 23:06
Myślę, że w jakiś tam sposób kochali i kochają, mnie i brata. Tylko po prostu nie potrafili nigdy tego we właściwy sposób okazywać. Może myśleli, że wyzwiskami, krzyczeniem, itp coś zmienią, że przestanę się im buntować, a brat będzie używał więcej mózgu. Ich rodzice, czyli moi dziadkowie też ich źle wychowywali, krzyczenie, wyzwiska, co chwile lanie, faworyzowanie dzieci. Po prostu moi rodzice przenieśli złe wzorce z własnych domów na mnie i mojego brata. Jemu w dzieciństwie okazywali miłość bezwarunkową, a mi warunkową - taka jest różnica. Jego kochali za nic, mnie za osiągi. Jak byliśmy starsi, to traktowali już nas podobnie, ale jednak to dzieciństwo liczy się najbardziej.

-- 13 sty 2013, 22:09 --

Taaak, to bardzo logiczne z jego strony...

Ojciec zawsze był porywczy, w gorącej wodzie kąpany, impulsywny, nerwowy, złośliwy. Teraz się zmienił dość sporo i sam widzi jaki był. Jako dziecko oczywiście nie rozumiałam, że "tata nie miał nic złego na myśli, tylko mu się wyrwało" (tak go mama tłumaczyła). On po prostu też był skrzywiony przez swoich rodziców.
No risk - no fun, no pain - no gain.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1493
Dołączył(a)
25 gru 2012, 23:05
Lokalizacja
północ

Mam okropny charakter

przez klarunia 13 sty 2013, 23:25
Tylko po prostu nie potrafili nigdy tego we właściwy sposób okazywać


No, to teraz widzę, że ja myślę kartofle, a Ty ziemniaki :) Mówimy chyba o tym samym, tylko inaczej to nazywamy.

Jej, to jest też ciekawe, bo teraz, jak sama czytam, co napisałam, z całą jasnością widzę, czemu moje życie wygląda tak, jak wygląda. Czemu mam taką wizję świata i siebie. Czemu takie związki z ludźmi. Teraz to dla mnie wszystko takie zrozumiałe. Często na terapii też miałam momenty tej jasności. Szkoda, że nie mam jej na codzień, bo mając ją uświadamiam sobie, że wszystkie moje wyrzuty do samej siebie są bez sensu.

-- 13 sty 2013, 23:36 --

I ja się dziwiłam, że ja reaguję emocjonalnie, jak czuję od kogoś cień antypatii... O.o
Offline
Posty
353
Dołączył(a)
15 cze 2012, 17:53

Mam okropny charakter

Avatar użytkownika
przez mark123 14 sty 2013, 01:35
To że mam niską samoocenę już zrozumiałam. Pewnie wzięła się ona z tego, że w okresie dorastania rodzice mnie tylko krytykowali, krzyczeli, nie chwalili za nic, czułam się niekochana i nieakceptowana.

Moja chyba też wzięła się właśnie przez rodzinę przez pewne sytuacje, bo biorąc pod uwagę przyczyny psychiczne, to nie widzę innej możliwości. Nie czułem się ani kochany ani niekochany, to uczucie jest dla mnie jakby obce, nie wiem, jak to jest być kochanym, ani jak to jest być niekochanym. W mniej więcej drugiej połowie dzieciństwa pamiętam, że matka mnie czasem chwaliła, babcia też mnie chwaliła, ale czułem się mało godny tych pochwał i nie podwyższały one mojej samooceny. To, że ojciec, matka i jedna babcia mieli różniące się od siebie poglądy wychowawcze pewnie też mi namieszało i jeszcze coś mógł także "dosypać" brat mojej matki.

Ojciec zawsze był porywczy, w gorącej wodzie kąpany, impulsywny, nerwowy, złośliwy. Teraz się zmienił dość sporo i sam widzi jaki był. Jako dziecko oczywiście nie rozumiałam, że "tata nie miał nic złego na myśli, tylko mu się wyrwało" (tak go mama tłumaczyła). On po prostu też był skrzywiony przez swoich rodziców.

Moi rodzice też są dość nerwowi, matka wkurza się mniej, ale dłużej, a ojciec bardziej (ale i tak mniej, niż w mniej więcej pierwszej połowie mojego dzieciństwa), ale krócej, ale głównie w przypadku braku ustępstw, a ja zazwyczaj ustępliwy jestem, a wtedy są mało nerwowi. Oboje także wychowywali się w dysfunkcyjnych rodzinach, przy czym matka w lekko dysfunkcyjnej, a ojciec w patologicznej.

Ale i tak wielu rzeczy nie potrafię w ogóle zrozumieć w swoim dzieciństwie, co się tak dokładnie stało.
Pociąg do bycia ofiarą toksycznego mężczyzny leży w naturze każdej kobiety, tyle że u niektórych kobiet ta natura jest mocno aktywna, a niektórych słabiej i te się jej przeciwstawiają.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
10124
Dołączył(a)
11 lis 2012, 16:33
Lokalizacja
droga do otchłani zła

Mam okropny charakter

Avatar użytkownika
przez black swan 14 sty 2013, 11:26
klarunia, dobrze jest mieć tą świadomość. Ja sobie niedawno też uświadomiłam, że to właśnie dzieciństwo i ten brak właściwego okazywania mi miłości mnie skrzywił a nie co innego, nie żadne wady mózgu czy skrajne choroby psychiczne, czego zawsze się bałam. Tylko znowu zaczynam się obawiać, że żadne leki mi na to nie pomogą, a jedynie psychoterapia... A branie leków byłoby takie proste. Niestety pewnie nie tędy droga.

Ale i tak wielu rzeczy nie potrafię w ogóle zrozumieć w swoim dzieciństwie, co się tak dokładnie stało.

Może wyparłeś niektóre zdarzenia i właściwie o nich nie pamiętasz? Ja sobie robiłam taki schemat swojego życia od samego początku, nastawienia do mnie rodziców, tego jak się z tym czułam i dopiero widziałam co się po drodze działo i mogło mieć wpływ na ukształtowanie mojej osobowości. O niektóre rzeczy się ich pytałam, bo byłam za mała żeby pamiętać. Może Tobie taki schemat też by pomógł...
No risk - no fun, no pain - no gain.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1493
Dołączył(a)
25 gru 2012, 23:05
Lokalizacja
północ

Mam okropny charakter

przez klarunia 14 sty 2013, 12:38
Tylko znowu zaczynam się obawiać, że żadne leki mi na to nie pomogą, a jedynie psychoterapia...


Przeszłam przez dwie psychoterapie. Najpierw przez grupową, a potem przez indywidualną. Bardzo mi one pomogły, jeżeli chodzi o uczucia. Samo życie też pomogło mi wyrzucić z siebie uczucia. Jakaś piosenka, film, które mnie wzruszyły i nagle zaczynałam płakać. Jak te uczucia z siebie wyrzuciłam, to czuję się taka lekka, nie mam już tego ciężaru. I jestem o wiele szczęśliwsza. Ale mi się wydaje, że potrzeba jeszcze czegoś więcej, niż pozbycie się uczuć. Mam na myśli tą samoocenę, akceptację siebie. To jest chyba najtrudniejsze, przynajmniej dla mnie. I nikt za mnie tego nie zrobi.

Ale wiesz... wcale nie byłabym pewna, że leki nie mogą pomóc. Ja brałam Arketis przez jakieś trzy miesiące i czułam sporą różnicę. Zniknęły moje czarne myśli. Jedynym minusem był totalny zanik libido po tych lekach :P

A z tym bratem... jak się temu znowu przyglądam, to jednak myślę, że czuję jakąś zazdrość. Może i wiem, że on teraz ponosi konsekwencje, których ja nie ponoszę, ale przynajmniej wychodzą mu łatwo te kontakty z ludźmi, potrafi z nimi rozmawiać; i ze starszymi i z rówieśnikami. Potrafi czuć się lubiany i nie przejmuje się tak opinią innych. A ja? Ta obojętność, którą kiedyś przeżywałam tak jakby się we mnie zapisała. I teraz też tak się czuję, choć już nawet nie mieszkam w domu. Często mi się wydaje, że jestem nielubiana i że nie umiem przyciągać do siebie ludzi, żeby ze mną zostali i chcieli mojego towarzystwa, tak, jak w rodzinie nie chcą.
Offline
Posty
353
Dołączył(a)
15 cze 2012, 17:53

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 14 gości

Przeskocz do