Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
klarunia

Mam okropny charakter

Rekomendowane odpowiedzi

Witam Was!

 

Bardzo liczę i proszę o Waszą pomoc...

 

Chodzi mi o mój charakter. A może raczej sposób bycia. Dokładniej: wszystko strasznie biorę do siebie i traktuję bardzo emocjonalnie, i myślę, że to odpycha innych ludzi ode mnie i utrudnia związki ze mną. Ktoś np coś powie, a ja dostrzegę w tym złą intencję i od razu się najeżam, zaczynam się bronić, albo odpowiadać agresją, po czym okazuje się, że ta druga osoba wcale nie przywiązywała wagi do tego, co powiedziała. Albo ktoś np powie: "informatyka (czy cośtam innego) jest nudna", a ja niemal zawsze się denerwuję, jeżeli akurat lubię informatykę, bo zamiast tego zdania słyszę: "informatyka jest nudna, a jeżeli ktoś uważa inaczej, to się myli i jest głupi, bo ja teraz właśnie przed chwilą wygłosiłem prawdę absolutną" :) Jak teraz tutaj opisuję, jak to rozumiem, to brzmi to zabawnie dla mnie, ale w rzeczywistości zawsze mnie to denerwuje, nie umiem tego zinterpretować inaczej, chyba, że ktoś powie: "mnie nudzi informatyka". Wtedy traktuję to jako indywidualną opinię człowieka. Jak ludzie widzą, że mnie takie wypowiedzi denerwują, to są zaskoczeni i tłumaczą mi, że mieli na myśli swoją własną opinię, a nie prawdę absolutną, i że nie chce im się za każdym razem dodawać tego "moim zdaniem", ale ja i tak za każdym razem się denerwuję. I ogólnie rzecz biorąc reaguję emocjonalnie na to i tym podobne rzeczy, które ludzie nazywają pierdołami. Innym przykładem jest to, kiedy ktoś ze mnie zażartuje, ale tak odrobinę, tak przyjaźnie, bardziej po to, żeby sobie ze mną sympatycznie pogadać, a nie, żeby mnie poniżyć. Czuję się wtedy tak jakby "zagrożona" i niemal zawsze traktuję to jako poniżenie i złośliwość. Albo na studiach przy tablicy popełnię jakiś głupi błąd, albo czegoś nie wiem i czuję się potępiona z tego powodu na wieki, choć jak inni popełniają przy mnie takie błędy, to mnie to wcale nie obchodzi.

 

Na grupie terapeutycznej podczas jednego ćwiczenia kilka osób mi powiedziało, że na początku bało się do mnie cokolwiek powiedzieć, żeby mnie nie urazić. Nawet w Internecie kilka osób mi powiedziało, że za bardzo wszystko biorę do siebie. Mama mi zwraca na to uwagę, moi znajomi. Mi samej też to przeszkadza, ale nie wiem, skąd to się bierze i jak to zmienić. Nie mam pojęcia... Czuję się przez to w oczach ludzi "tą gorszą", tą z "okropnym charakterem", wstydzę się siebie i swoich nieadekwatnych do sytuacji reakcji, bo inni je widzą.

 

Też tak macie? Za każdy pomysł jak to zmienić będę bardzo wdzięczna. Pozdrawiam!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Hej. To są schematy z którymi trzeba walczyc by je zmienic. Chyba masz problem z kontrolą i wyrażaniem swoich emocji... A widzę, że na pewno brak Ci dystans do siebie i otoczenia. Ale jak dostrzegasz pewne rzeczy nie to nie jest źle. Jak terapia wpływa na Ciebie?

 

I co jest ogólnie dla Ciebie najważniejsze w kontakcie z innymi?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Hej. To są schematy z którymi trzeba walczyc by je zmienic. Chyba masz problem z kontrolą i wyrażaniem swoich emocji... A widzę, że na pewno brak Ci dystans do siebie i otoczenia. Ale jak dostrzegasz pewne rzeczy nie to nie jest źle. Jak terapia wpływa na Ciebie?

 

I co jest ogólnie dla Ciebie najważniejsze w kontakcie z innymi?

 

Hej! Jakie schematy masz na myśli? "Brak dystansu do siebie" to najlepsze określenie tego, o co mi chodzi. Ale jak to zmienić? Skąd to się bierze?

 

Jestem po terapii grupowej i teraz mam indywidualną. Dzięki temu zupełnie zamknęłam przeszłość, wszystko się poukładało i nie czuję nic już za bardzo w związku z tym.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

klarunia, schematy myślenia. Jak np. reagowania od razu agresją albo poczucie bycia atakowaną. Może lepiej jak pewne zachowania bardziej przeanalizujesz zaminim zareagujesz.

 

Brak dystansu bierze się często z niskiej/zawyżonej samooceny. Pomoże raczej mniej emeocjalny stosunek do siebie i własnych wad. Umiec się śmiac również z samej siebie. Wiem, ze to nie jest łatwe, ale można w tym kierunku isc...

 

Jakie zagadnienia ogólnie omawiałaś na terapii?

Tej kewstii o której piszesz w tym temacie chyba nie było?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Brak dystansu bierze się często z niskiej/zawyżonej samooceny

 

W jaki sposób? Czemu niska/zawyżona samoocena powoduje brak dystansu do siebie?

 

Jakie zagadnienia ogólnie omawiałaś na terapii?

 

Przeszłość, mój stosunek do innych ludzi i moje odczucia co do innych. O tym też trochę rozmawiałam, ale akurat to mi jakoś nie pomogło, bo nie dotarłam do przyczyny.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Bo wiele rzeczy bierzesz do siebie, reagujesz emocjonalnie zamiast skupic się na samym przekazie. Trochę zaburzone postrzeganie przekazu, który nie ma zamiary Cię zranic raczej, a dac do myślenia...

 

A konkretniej o czym mówiłaś?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Bo wiele rzeczy bierzesz do siebie, reagujesz emocjonalnie zamiast skupic się na samym przekazie. Trochę zaburzone postrzeganie przekazu, który nie ma zamiary Cię zranic raczej, a dac do myślenia...

 

A konkretniej o czym mówiłaś?

 

No tak, biorę do siebie, ale w jaki sposób to się łączy z niską samooceną? Podam przykład: rozumiem, że chociażby skuteczność szukania pracy może się wiązać z samooceną, bo np jak ktoś ma niską, to może nie korzystać z okazji, nie próbować, bo uważa, że na to nie zasługuje. A tutaj? Tutaj nie wiem, jak to wpływa. Dlaczego np jak ktoś mówi: "fizyka jest nudna" to ja się denerwuję? To też ma związek z niską samooceną? Jaki? Bardzo chciałabym to wiedzieć.

 

Mówiłam mniej więcej to, co tu napisałam, tylko podawałam więcej przykładów. To znaczy, w sumie nigdy nie użyłam zwrotu: "brak dystansu do siebie", bo dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że to dobre określenie. Po prostu opisywałam, kiedy się denerwuję, albo przejmuję. Ojej, własciwie teraz, jak przypominam sobie te rozmowy,to też coś mi terapeutka mówiła o samoocenie, ale też nie rozumiałam o co jej dokładnie chodziło.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Ale ja mówię ogólniej, a nie tylko zawężam pole do tego przykładu. Tu widzę bardziej emocjonalne podejscie...

 

A co mówiła?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Ale ja mówię ogólniej, a nie tylko zawężam pole do tego przykładu. Tu widzę bardziej emocjonalne podejscie...

 

A co mówiła?

 

No rozumiem :) Ale potrzebuję jakiegoś przykładu, bo... nie rozumiem :D

 

Mówiła, ze miłość do siebie, absolutne przekonanie, że jestem wartościową osobą, bo po prostu jestem, nieoparte na osiągnięciach, pieniądzach, opinii innych itd. tworzy taką tarczę obronną wokół Ciebie, która sprawia, że nie przejmujesz się nawet tym, kiedy ktoś chce wcisnąć Ci prawdę absolutną i twierdzi, że tylko on ma rację. Ale ja zupełnie nie widzę związku.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

klarunia, więc jednak nie rozumiesz? :smile: Przykład do czego?

 

Dlaczego? Zbyt ogólne?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No, chciałabym taki przykład mniej więcej, jaki Ci podałam z pracą. Wiesz... ktoś źle o sobie myśli i to powoduje taki mega emocjonalny stosunek do każdej cudzej wypowiedzi? Ale dlaczego? Może jesteś w stanie dać przykład jakiegoś... nie wiem... toku myślenia takiej osoby, który doprowadza do emocjonalnego traktowania wszystkiego?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Myślę, że to po prostu zaburza percepcję i zdroworozsądkowe podejscie do tego czym warto sie przejmowac...

Czy warto w jakimś komentarzu doszukiwac się czego, co może nas obrazic lub wykazac wyższosc tej drugiej osoby?

Chyba jest problem z określeniem i ujsciem swoich emocji, co mogłoby odciążyc inne strefy.

 

Ogólnie żeby to wszystko wyjaśnic trzeba by dłużej porozmawiac...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cóż, ja nawet trochę źle napisałam, że "się denerwuję"... ja się nie denerwuję, ja wpadam w furię. Jak ostatnio np prowadzący mi nie chciał dać plusa za zadanie, to ja od razu do niego gniewnym tonem: "DLACZEGO!?". A on: "Bo nie umie Pani czytać tablic.". Jeszcze trochę się z nim kłóciłam. Inna sprawa, że on generalnie jest złośliwy i jest to opinia całej grupy... Ale ludzie to olewają. Nikt poza mną nie kłócił się o plusa, tylko jak słyszeli, że nie dostaną, to po prostu siadali do ławki. A ja w tym: "Nie umie Pani czytać tablic" słyszałam: "Jest Pani głupia"...

 

Nie sądzę, żebym miała problem z określeniem i kontrolowaniem moich emocji. One po prostu są za silne, nieadekwatne do sytuacji. Myślę, że każdy, jakby wpadł w furię, to byłoby to po nim trochę widać. Ja nie rzuciłam w tego prowadzącego krzesłem, co pewnie bym zrobiła, jakbym się nie kontrolowała. Ton też starałam się kontrolować, ale to po prostu i tak było widać... Zaczynam chyba dostrzegać związek tego zjawiska z samooceną. Chyba każdemu wypowiedzianemu do mnie zdaniu automatycznie i nieświadomie przypisuję drugie dno. Mogłam nie pomyśleć, że jestem głupia, bo nie umiem czytać tablic. Mogłam nie pomyśleć, że ktoś mnie uważa za kogoś beznadziejnego, bo zarzuca mi błąd. Mogłam nie zakładać, że reszta ma mi za złe, że zabrałam zadanie komuś innemu, kto mógł je zrobić dobrze. Mogłam nie uważać, że muszę być nieomylna... Jakbym po prostu usłyszała: "Nie umie Pani czytać tablic." i nic więcej, to bym nie wpadła w furię. W ogóle bym się źle nie poczuła... Wzruszyłabym ramionami i usiadła w ławce.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Chyba każdemu wypowiedzianemu do mnie zdaniu automatycznie i nieświadomie przypisuję drugie dno.

Chyba też tak robię, bo odbieram wszystko zbyt dotkliwie, jestem zbyt wrażliwa na krytykę, krytyka potrafi mnie załamać. Rodzina mi mówi, że nie znam się na żartach. A dla mnie to nie są żarty, tylko poniżanie i obrażanie bardzo często. Wiec już ze mną nie żartują. Czyjeś słowa potrafią mnie bardzo dotknąć. W sumie nie tylko słowa, ale też reakcje, czyny, nie takie spojrzenie, jakiś drobny gest lub jego brak. Wszystko biorę tak do siebie, odbieram poważnie, zaraz doszukuję się drugiego dna, negatywnych wniosków. Prawdopodobnie bardzo słabo w siebie wierzę...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mam podobnie przede wszystkim przy pierwszym wrażeniu, ale staram się to kontrolować. Łatwo postrzegam negatywne rzeczy i biorę je do siebie, zaś pozytywne chyba odpycham, ignoruję, czuję że ktoś mówi nieprawdę i niegodny ich. Łatwo czuję się urażony, albo wkurzony (w zależności od tego, co mi ktoś powie i z jakiego powodu). (Mam tak od dziecka, z tą różnicą, że w dzieciństwie łatwo czułem się przede wszystkim urażony). Np. często gdy ktoś powie, że coś źle zrobiłem, albo skrytykuje, albo zezłości się na mnie, to czuję się zagrożony, odczuwam dużą porażkę, smutek, że jestem do niczego i że ten ktoś w sumie ma rację. Dużo rzeczy też odbieram jako wywyższanie się, uważanie swojego zdania za prawdę ogólną, przez co się wkurzam, ale staram się całkowicie stłumić okazywanie złości w sobie, bo jest ona zazwyczaj bardzo duża. Nawet, gdy sobie przypomnę jakąś dawną sytuację, w której ktoś mnie wkurzył to znów biorę to do siebie i się wkurzam ponownie. Także, gdy sobie wymyślę jakąś fikcyjną sytuację, w której ktoś mnie denerwuje, to się często mocno wkurzam. Inni raczej nie widzą, kiedy jestem wkurzony. Gdy jestem na osobności, to ze złości czasem jestem czerwony na twarzy i mam drgawki. Natomiast, gdy sobie przypomnę sytuację, w której ktoś mnie skrytykował, zezłościł się na mnie lub powiedział, że coś źle zrobiłem, to już się nie czuję emocjonalnie tak, jak podczas takiej sytuacji na żywo, jedynie myślę wtedy o sobie, jako o kimś bezwartościowym. Żarty często odbieram jako naśmiewanie się i czuję się też trochę zagrożony. A gdy ktoś mojej obecności mówi szeptem coś do drugiej osoby, to mam wrażenie, że knują coś przeciw mnie, także czuję się zagrożony.

Nawet w internecie mam czasem przez to trudności z wypowiedzeniem się. Ale w końcu zazwyczaj udaje mi się po przemyśleniach w miarę normalnie się wypowiedzieć.

Czasami udaje mi się przekonać samego siebie, że źle coś odebrałem, a jeśli nie, to staram się, aby nie było tego po mnie widać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Chyba też tak robię, bo odbieram wszystko zbyt dotkliwie, jestem zbyt wrażliwa na krytykę, krytyka potrafi mnie załamać. Rodzina mi mówi, że nie znam się na żartach. A dla mnie to nie są żarty, tylko poniżanie i obrażanie bardzo często. Wiec już ze mną nie żartują. Czyjeś słowa potrafią mnie bardzo dotknąć. W sumie nie tylko słowa, ale też reakcje, czyny, nie takie spojrzenie, jakiś drobny gest lub jego brak. Wszystko biorę tak do siebie, odbieram poważnie, zaraz doszukuję się drugiego dna, negatywnych wniosków. Prawdopodobnie bardzo słabo w siebie wierzę...

 

 

Jej! Dokładnie! :) Jakbym czytała siebie. Już w przedszkolu mi rodzina mówiła: "Nie znasz się na żartach, nie umiesz się śmiać z siebie.". To prawda, nie umiem. I zazwyczaj nie lubię. Tylko przy niektórych osobach i z niektórych żartów na swój temat się śmieję. I ludzie nigdy prawie ze mnie nie żartują, bo wyczuwają to.

 

-- 13 sty 2013, 18:44 --

 

mark123, Twój post też jest, jakbym czytała siebie :)

 

 

Też łatwo czuję się wkurzona i urażona. A może raczej wkurzona, bo urażona.

 

Dużo rzeczy też odbieram jako wywyższanie się, uważanie swojego zdania za prawdę ogólną

 

Tak właśnie! :) Ja też! Szczególnie z tą prawdą ogólną to jest dziwne, bo np mój chłopak, jak go pytam, czy jego denerwuje, jak ktoś mu autentycznie próbuje wcisnąć swoją rację, to mówi, że nie. Nie denerwuje go to, choć jest świadomy, że ktoś uważa się za wyrocznię. W jego umyśle ten ktoś i tak wypowiada tylko swoje zdanie, bo tak naprawdę nic innego nie może powiedzieć.

 

Nawet, gdy sobie przypomnę jakąś dawną sytuację, w której ktoś mnie wkurzył to znów biorę to do siebie i się wkurzam ponownie

 

Ja też. Nawet, jak powiedziałam temu komuś, co o tym myślę, nawet, jeśli się zemściłam. Nie umiem też machnąć ręką na nic. Ktoś na przykład nie dał znać o czymś ważnym, choć obiecał... Przeciętny człowiek by przestał ewentualnie lubić tego kogoś i poszedł sobie, właśnie machnąłby ręką na to. A ja nie. Ja się wkurzam i bardzo długo potem jestem zła, kiedy sobie to przypomnę.

 

PS. Dało mi do myślenia to z tą samooceną. Myślałam, że nie jest z tym u mnie tak źle. A tak naprawdę to doceniałam tylko bardzo swoje zalety, ale nie akceptowałam wad. Wczoraj wypisałam w pamiętniku wszystkie rzeczy, których do tej pory w sobie nie akceptowałam. Zajęło mi to 4 strony A4...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
I ogólnie rzecz biorąc reaguję emocjonalnie na to i tym podobne rzeczy, które ludzie nazywają pierdołami. Innym przykładem jest to, kiedy ktoś ze mnie zażartuje, ale tak odrobinę, tak przyjaźnie, bardziej po to, żeby sobie ze mną sympatycznie pogadać, a nie, żeby mnie poniżyć. Czuję się wtedy tak jakby "zagrożona" i niemal zawsze traktuję to jako poniżenie i złośliwość. Albo na studiach przy tablicy popełnię jakiś głupi błąd, albo czegoś nie wiem i czuję się potępiona z tego powodu na wieki, choć jak inni popełniają przy mnie takie błędy, to mnie to wcale nie obchodzi.
To dla mnie typowe zachowanie dla obniżonej samooceny. Czy byłaś kiedyś krytykowana, upominana, wyśmiewana ? A może nikt Cię nigdy nie chwalił ?

Jeśli ktoś jest pewny siebie i swojej wartości, nie przejmuje się zdaniem innych ludzi, nawet jeśli jest negatywne lub niezgodne z jego przekonaniami. Nie odbiera tego jako zagrożenie czy atak. Nikt nie może zachwiać tego, co on sam sądzi o sobie, pozytywnego odbioru swojej własnej osoby. Dlatego nie ruszają go opinie innych.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

wlasnie mnie to zastanawia to o czym pisze klarunia czy mark123. Ja np kompletnie nie analizuje czyjes intencjii. W ogole nie przychodzi mi namysl ze dana osoba ma jakies dwuznaczne intencje. Rozmawiajac z kims po prostu skupiam sie na rozmowie a potem szybko o tym zapominam. Wlasciwie nawet jak ktos wyraznie daje mi do zrozumienia albo wypomina mi jakies wady to przyjmuje to ze spokojem a powiem nawet wiecej mam to w dupie albo szybko zapominam myslac o czyms innym. Wlasciwie to trudno wyprowadzic mnie z rownowagi ...ale jakos specjalnie zartowac tez nie lubie no chyba ze kogos znam albo z rodzina. O czym to swiadczy? Moze w sumie jestem troche zbyt ufny wobec innych ? Albo juz taki niewzruszony niczym czlek jestem.. :D . A jezeli ktos mnie upomina to nie jest mi z tego powodu glupio tylko np potrafi mnie to rozbawic..

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
A gdy ktoś mojej obecności mówi szeptem coś do drugiej osoby, to mam wrażenie, że knują coś przeciw mnie, także czuję się zagrożony.

Mam dokładnie tak samo. Zaraz myślę, że ludzie mnie obmawiają, wyśmiewają po cichu.

 

To że mam niską samoocenę już zrozumiałam. Pewnie wzięła się ona z tego, że w okresie dorastania rodzice mnie tylko krytykowali, krzyczeli, nie chwalili za nic, czułam się niekochana i nieakceptowana. Dzisiaj szukałam w necie o DDD i niestety jestem 100% dzieckiem z rodziny dysfunkcyjnej. Chyba będę musiała zapisać się na jakąś terapię i sama wspomagać się jakimiś metodami podnoszenia samooceny z netu. Poszukam jakiejś książki o DDD. Jakoś się muszę wyleczyć, bo nie da się tak żyć dłużej, wiecznie mam problemy ze sobą, kompleksy na punkcie swojej osobowości, zaniżona samoocena, wiele innych problemów uniemożliwiających normalne funkcjonowanie na dłuższą metę...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
To dla mnie typowe zachowanie dla obniżonej samooceny. Czy byłaś kiedyś krytykowana, upominana, wyśmiewana ? A może nikt Cię nigdy nie chwalił ?

 

Hmm. U mnie to trochę było skomplikowane z tym chwaleniem i krytykowaniem. Jako dziecko byłam uważana przez wszystkich i przez samą siebie za "doskonałą". Miałam wszystko. Byłam śliczna, inteligentna, bardzo sprawna fizycznie itp... wszystko łapałam w lot nie musząc się uczyć. Do tego miałam talent artystyczny. Pamiętam, że jak pierwszy raz w życiu wzięłam do ręki długopis to od razu rysowałam płynnie, jak dorosły, nie bazgrałam. No i generalnie byłam taka naj, naj i naj i tak na mnie ludzie patrzyli. Wydawało mi się, że wystarczy się tylko trochę w czymś postarać, a to po prostu samo wyjdzie. Czułam się "lepsza" od innych, bo wydawało mi się, że te wszystkie rzeczy wychodzą im gorzej, niż mi, bo się nie przykładają... Rodzice zawsze porównywali mnie do brata na moją "korzyść" :/ A mój brat był chory, gdyby nie brał hormonu wzrostu, to by był karzełkiem. Poza tym jest niewidomy na jedno oko. To wszystko było dziwne, bo jednocześnie w domu nikt się mną nie interesował. Czułam się przez to nieważna i zastanawiałam się, co jeszcze mam zrobić, żeby mnie lubili. Z czasem działo się coraz gorzej, nagle rodzina przestała we mnie widzieć doskonałą córeczkę i zaczęła wytykać wady. Do dziś moja mama tak ze mną potrafi rozmawiać, takimi słowami i tonem, jakby mi chciała powiedzieć, że jestem godna potępienia na wieki. Teraz wiem, że ona taka po prostu jest, ale jak byłam młodsza, nie wiedziałam i zastanawiałam się, czym mogę ją "zachwycić", żeby mnie tak nie traktowała i wreszcie zwróciła na mnie uwagę. Z tatą podobnie, choć od niego było więcej olewania, a mniej krytyki.

 

-- 13 sty 2013, 22:19 --

 

Niesamowite jest też, jak wysoko oni stawiają poprzeczkę. Mam kilkadziesiąt nagród z konkursów plastycznych, nie raz z międzynarodowych, gdzie moja praca była wybierana spośród kilku tysięcy. Byłam w jednym z najlepszych lo w Polsce, a teraz jestem na prestiżowych studiach. Nie piję, nie palę, nie przeklinam, nie robię sobie tatuaży itp... Ale im to nie wystarczy. Uważają, że trafiła im się taka o, kiepska córka... Nie piszę tego, żeby się pochwalić, tylko chcę pokazać skalę problemu. Niektórym wydaje się, jak mi kiedyś, że jakby byli lepsi, zdolniejsi, to rodzice wreszcie by ich pokochali i docenili. A to tak nie działa. Miłość jest "prosta": jest, albo jej nie ma. Kochający człowiek kocha dziecko chore i zdrowe i zdolne i przeciętne. Po prostu takie, jakie jest.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

klarunia, widzę ze dzieciństwo mamy podobne... W najmłodszych lataj, tj. do około 10 roku życia też byłam naj, zdolna, utalentowana, w klasach 1-3 wychwalana przez rodziców, myślałam wtedy że zawsze powinnam wygrywać, bo przecież jestem najlepsza. I młodszy brat, dużo mniej zdolny, moje przeciwieństwo... Też byłam do niego porównywana na moją korzyść. Tylko że jego kochali zawsze za samo to, że on był, a mnie zawsze za coś, za czerwony pasek, za piątki, za ładne rysunki, itp. Czułam że jego kochają bardziej. Potem jak zaczęły się wyższe klasy, od 4 w górę rodzice przestali mnie chwalić całkowicie, już wtedy była sama krytyka, krzyczenie, czepiania się, ja się buntowałam, nie chciałam robić tego co mi rozkazywali, a oni jeszcze bardziej na mnie wrzeszczeli, obwiniali, krytykowali. Zamykałam się w pokoju i tak siedziałam tygodniami, wychodziłam do szkoły i jeść po tym jak wszyscy już zjedli i nikogo nie było w kuchni. A moi rodzice mieli mnie wtedy kompletnie w d, jak sobie o mnie przypomnieli to tylko żeby nawrzeszczeć i krytykować. A brat jak był młodszy był takim rodzinnym kochanym syneczkiem. Potem jak był starszy, to jego też wyzywali, ojciec mnie wyzywał od szmat, bo nie podobało mu się że ubieram się jak chłopczyca, a jego od debili, bo nigdy nie był zbyt rozgarnięty.

 

-- 13 sty 2013, 21:26 --

 

Tylko on teraz ma szerokie grono znajomych, łatwo nawiązuje kontakty z ludźmi, a ja jestem ja jakiś odludek, boję się ludzi. Jego kochali we właściwy sposób, a mnie nie. Zepsuli mnie psychicznie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Ale im to nie wystarczy. Uważają, że trafiła im się taka o, kiepska córka...
Nigdy nie usłyszałam od starych pochwał, żadnego wsparcia, tylko wieczna krytyka, wytykanie każdego potknięcia. Moje sukcesy /czerwony pasek itd./ były starannie ignorowane. Nigdy nie byłam dość dobra, niezależnie co bym zrobiła ani jak została doceniona przez innych. Oczywiście ich postawę przeniosłam na siebie, miałam kompleks niższości. Wychodzenie z tego wszystkiego to była droga przez mękę, trwało latami zanim odbudowałam swoją samoocenę. Myśle, że gdyby oni nie ciągnęli mnie w dół takim gnębieniem, zaszłabym 10 razy dalej niż jestem teraz. Z wielu rzeczy rezygnowałam, bo nie miałam odwagi sie ich podjąć. Uważałam, że nie podołam, bo przecież jestem do niczego........

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Noooo, jak opisujesz, to dostrzegam ogromne podobieństwo O.o Szok. Mam dokładnie takie same odczucia. Mojego brata też wyzywali od debili, dokładnie tak samo... Tylkoże on mimo tego zawsze jakośtak był "lubiany" w rodzinie. To znaczy chcieli jego towarzystwa. I też ma teraz szerokie grono znajomych. A do mnie teraz poza mamą i tatą nikt z rodziny nawet nie zadzwoni... Babcię, dziadka, ciocię itd widzę tylko raz w roku, na świętach, choć nie jesteśmy skłóceni.

 

Z tym, że ja raczej nie doświadczałam krzyku skierowanego do mnie. Kłócili się, ale rzadko ze mną. Ja raczej doświadczałam i dalej doświadczam takiej totalnej obojętności. Jakbym była nikim. Mój brat jakoś potrafi się do nich dopasować, jakoś z nimi rozmawiać, sprawić, że się do niego odzywają i chcą jego towarzystwa. Ja nie. Ale nie czuję, że jestem w gorszym położeniu. Myślę, że oboje byliśmy źle traktowani, choć ponosimy różne konsekwencje.

 

Mam jednak wątpliwości, czy Twój brat był kochany we "właściwy sposób". Skoro był wyzywany od debili... Poza tym myślę, że jest tak, jak napisałam wyżej. Kochający człowiek kocha nie tylko takie, czy takie dziecko, ale potrafi kochać też inne. Jeżeli Twoi rodzice nie kochali Ciebie, to moim zdaniem wcale nie umieją kochać.

 

-- 13 sty 2013, 23:05 --

 

ojciec mnie wyzywał od szmat, bo nie podobało mu się że ubieram się jak chłopczyca

 

Taaak, to bardzo logiczne z jego strony... :P

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Myślę, że w jakiś tam sposób kochali i kochają, mnie i brata. Tylko po prostu nie potrafili nigdy tego we właściwy sposób okazywać. Może myśleli, że wyzwiskami, krzyczeniem, itp coś zmienią, że przestanę się im buntować, a brat będzie używał więcej mózgu. Ich rodzice, czyli moi dziadkowie też ich źle wychowywali, krzyczenie, wyzwiska, co chwile lanie, faworyzowanie dzieci. Po prostu moi rodzice przenieśli złe wzorce z własnych domów na mnie i mojego brata. Jemu w dzieciństwie okazywali miłość bezwarunkową, a mi warunkową - taka jest różnica. Jego kochali za nic, mnie za osiągi. Jak byliśmy starsi, to traktowali już nas podobnie, ale jednak to dzieciństwo liczy się najbardziej.

 

-- 13 sty 2013, 22:09 --

 

Taaak, to bardzo logiczne z jego strony...

Ojciec zawsze był porywczy, w gorącej wodzie kąpany, impulsywny, nerwowy, złośliwy. Teraz się zmienił dość sporo i sam widzi jaki był. Jako dziecko oczywiście nie rozumiałam, że "tata nie miał nic złego na myśli, tylko mu się wyrwało" (tak go mama tłumaczyła). On po prostu też był skrzywiony przez swoich rodziców.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Tylko po prostu nie potrafili nigdy tego we właściwy sposób okazywać

 

No, to teraz widzę, że ja myślę kartofle, a Ty ziemniaki :) Mówimy chyba o tym samym, tylko inaczej to nazywamy.

 

Jej, to jest też ciekawe, bo teraz, jak sama czytam, co napisałam, z całą jasnością widzę, czemu moje życie wygląda tak, jak wygląda. Czemu mam taką wizję świata i siebie. Czemu takie związki z ludźmi. Teraz to dla mnie wszystko takie zrozumiałe. Często na terapii też miałam momenty tej jasności. Szkoda, że nie mam jej na codzień, bo mając ją uświadamiam sobie, że wszystkie moje wyrzuty do samej siebie są bez sensu.

 

-- 13 sty 2013, 23:36 --

 

I ja się dziwiłam, że ja reaguję emocjonalnie, jak czuję od kogoś cień antypatii... O.o

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×