postępująca rezygnacja

Inne zaburzenia.

postępująca rezygnacja

przez ch.zbolaly 29 lip 2010, 01:07
Jest to pierwszy mój post. Przepraszam za brak przywitania i witam się naprędce pokrótce. Prawdopodobnie z tegoż też powodu mój post zostanie zesłany na oślą łączkę. Nie mam urazu. Ale odczuwam silną potrzebę wyrzucenia tego z siebie choćby gdziekolwiek, gdzie choć ktoś przez chwilę to przeczyta.

Przy okazji zupełnie sobie zdaję sprawę ze śmieszności tego co napiszę ale sam się jakoś zapędziłem w taki dołek iż mimo że doskonale wiem co bym sobie powiedział, że trzeba ruszyć d... to pragnę posłuchać jakiejś rady bo ... no właśnie mam jakiś żenujący problem z osobowością.

A co mnie skłania do napisania? Siedzę sobie w domu i dosłownie dopada mnie marazm, ciągła rezygnacja. Dlaczego nie rozmawiam o tym z nikim? Wręcz przeraźliwy wstyd przyznać się komukolwiek że powoli sobie nie radzę z tzw. ogarnięciem siebie. A jak to wygląda u mnie? Niby życie w miarę udane, biedy się nie klepie, w kolejce po pomoc społeczną również ale ... paradoksalnie świadomość że może być znacznie gorzej jeszcze bardziej mnie dobija wiedząc że nawet w tak uprzywilejowanej pozycji nie jestem szczęśliwy. Po prostu nie jestem zadowolony z życia. Niby z wierzchu wszystko w porządku, praca jest, dziewczyna jest, nawet jakoś tam i mieszkanie cudem (różnym kombinatorstwem, nie ważne) jest. Tylko że to wszystko to nie do końca to. Podejrzewam że najgorsze iż jestem niewolnikiem swoich własnych ambicji. Od dziecka jak tylko pamiętam zawsze chciałem robić coś wielkiego, bardzo prędko odkryłem kosmos i zawsze chciałem być astronautą. Oczywiście do dzisiaj się z tego nie wyleczyłem gdzie doskonale wiem iż nigdy nie zostanę astronautą i nigdy nie polecę w kosmos. Niby pierdoła ale jest to deprymujące biorąc pod uwagę że jestem wręcz w 100% przekonany iż nawet choćby nie zbliżę się do tego zostając pilotem samolotu tak by pracować przez życie czerpiąc przyjemność z tego. Tak, jak piszę zdaję sobie sprawę ze śmieszności tychże słów. Ale przebywanie w pracy, która nie jest najgorsza gdyż wielu stresów tam nie ma, ale przy kompletnie odtwórczej robocie, kompletnie nie związanej z marzeniami kompletnie mnie dobija.
Ale są też i inne aspekty. Jestem ze swoją partnerką. Generalnie jestem zadowolony, potrafi być wspaniałą osobą choć czasem wychodzi z niej samolubność której naprawdę nie lubię. Tylko. Od dawien dawna marzyłem o jednej dziewczynie (inna osoba), już dawno myślałem że się wyleczyłem z tego ale potrafi mi się ona nawet teraz przyśnić w nocy. Widząc niedawno jej zdjęcia na portalach społecznościowych nadal nie zmieniłem zdania co do ideału, przynajmniej fizycznego wyglądu. Niestety moja luba nie jest takim ideałem. Ale doskonale zdaję sobie sprawę z tego iż i ja nie jestem. No właśnie. To też jest kolejnym kamyczkiem do koszyka. Jeszcze oprócz tego związek zawsze myślałem jako spontaniczne czasem zachowania itd. widać wyobraźnia płata figle bo życie codzienne nie do końca jest takie. A co gorsze to doskonale widzę że im bardziej chcę i staram (być może nieudolnie) przejawiać zainteresowanie moją lubą to ona staje się coraz mniej przyjemna z czasem. Tzn. jak jestem umiarkowanie chłodny jest dobrze, jak jestem zbyt podekscytowany, uściski całusy to jest źle. Czuję się czasem jak w klatce. No ale dość, nie chcę narzekać na lubą (btw nie jesteśmy małżeństwem).
Nauka? Co prawda prawie ukończyłem studia ale prawie. Tzn. wszystko zaliczyłem poza pracą magisterską. I tak od 3 lat jestem zawieszony. Tak zawieszony w stanie umysłu. Generalnie pracę napisałem, dwa razy całą zupełnie od nowa pokazałem promotorowi ale temu zawsze się coś nie podobało i upierał się ciągle przy czymś co wg. mnie ale i niektórych jest kompletnie absurdalne. I to co że nielogiczne. Wiem że w pracy zawodowej czasami tak jest iż mimo że ktoś nie ma kompletnie pojęcia potrafi wydawać absurdalne decyzje. Ale jakoś nie mogę się przełamać by zrobić ją po raz trzeci na nowo wypisując bzdury tylko pod promotora. Człowiek się stara, ukazuje swoją pracę niby człowiekowi z jakimś tam horyzontem i mimo że wcześniej było ok nagle coś jest zupełnie nieciekawe. Nie można było wcześniej choćby z szacunku do drugiej osoby? Z drugiej strony zmiana promotora również teraz średnio mi się uśmiecha ale to być może wycofanie się. Generalnie to właśnie chyba to najbardziej mnie dobiło gdyż ludzie się wiecznie pytali czy już się obroniłem a ja ciągle tłumaczyłem że nie, że w ogóle. Z niektórymi po prostu zerwałem kontakt z tego powodu bo mimo że wcale natrętni nie byli to bałem się tego zwykłego pytania przy kolejnym spotkaniu. Bałem się że w ich oczach wyjdę na nie wiadomo kogo. Człowieka bez ambicji etc. I tak zażegnałem ileś tam luźnych znajomości, z czystej głupoty.
Myślę że też jestem pośrednim, nieświadomym (ale kompletnie bez jakiejkolwiek urazy) niewolnikiem ambicji innych. To ja jako ten młodszy jednak wykazywałem większe zdolności od innych, szybko się uczyłem, szybko łapałem to co trzeba, potrafiłem wdawać się z dyskusje ze starszymi kiedy inni zajmowali się głupotami. Nie chwalę się tu. Różnicy nie było wielkiej ale subtelna, zauważalna. I tak ojciec wychowywał zawsze ciągle powtarzając że mamy być lepsi od niego. I tak czuję właśnie tę niebezpośrednią presję rodziny na efekty mojego życia. A ja? Nic nie osiągnąłem. Nawet studiów nie skończyłem. To już nawet różne bawidamki sobie poukładały życie a ja wiecznie ciągle zawieszony. Wiem że żyjąc tak jak żyję muszę pracować do śmierci albo sobie strzelić w łeb. Wiem że nie do końca się spełniam w związku. Wiem że nie spełniam nadziei innych pokładanych we mnie. Wiem doskonale że sam nie robię tego co bym chciał. I nie widzę jakiś cudownego remedium by cokolwiek miało się zmienić. Bo dlaczego nie bronię pracy mgr? Bo kompletnie nie wierzę by to miało cokolwiek zmienić. Straciłem wiarę w sens. Nie znam nikogo co skończył to samo co ja i jakoś porządnie sobie ułożył życie. Dla papieru? Dlaczego muszę żyć dla papieru. Papierem to mogę sobie wytrzeć d... I jeszcze sobie założyłem na siebie głupie ograniczenie półświadomie że w zasadzie nic nie ruszę do przodu bo skończenie mgr jest najważniejsze choć jednocześnie boję się cokolwiek zrobić w tym kierunku, znowu będzie źle. A najgorsze jest to że widzę i po ojcu i po dziadku że mieli znacznie gorszy start a sobie poradzili znacznie lepiej w życiu. Są daleko przede mną, nawet w podobnym wieku relatywnie do swoich czasów porównując poziom startowy już osiągnęli więcej niż ja dzisiaj. A i jeszcze oprócz dostaję sygnały iż jak wreszcie ukończę to czekają mnie bonusy. Czuję się jak oferma. Często mam wrażenie że cokolwiek bym nie zrobił zawsze będzie źle. I to nie tyle na polu zawodowym (tu nie ma problemów) tylko na polu emocjonalnym, międzyludzkim.
Pamiętam doskonale że już w wieku 6 lat (sic!) pierwszy raz przyszło mi na myśl iż lepiej byłoby gdyby mnie w ogóle na świecie nie było. I tego uczucia się nie pozbyłem w zasadzie do dziś. Tzn. często przytrafiają się mi takie myśli. Innymi słowy potencjalna depresja, jakaś urojona, wirtualna chęć samobójcza przebywa ze mną już od 6 roku życia. A przecież nic nie mogę powiedzieć strasznego nt. dzieciństwa bo ludzie mieli znacznie gorzej, bici co po chwilę czy nie mieli co do garnka włożyć. A i to uważałbym za słabość bo jeśli człowiek jest świadomy to powinien sobie radzić w życiu. Nie można wszystkiego zwalać na zakamuflowane problemy z czasów dorastania. Przecież to jest istna głupota. I tak uważam i nie mam czegokolwiek, komukolwiek za złe z mojej dużo młodszej wstecznej historii.
Staram się być człowiekiem miłym, przyjaznym etc. Ale deprymuje to iż codziennie widzę że to ci którzy wykorzystują innych, okłamują itd. to oni najwięcej zyskują w życiu.
I podkreślam nie mam jakiegokolwiek urazu do innych ludzi, każdy jest człowiekiem, każdy ma swoje skłonności, każdy popełnia błędy. Ale czuję się jak w klatce. Nic nie mogę osiągnąć, spaliłem się wewnętrznie i nie widzę szans na zmiany. Wizja dalszej wegetacji, nawet biorąc pod uwagę jakiś tam awans zawodowy po prostu przeraża mnie. Przeraża mnie wizją więzienia życiowego w nie tym życiu jakie bym chciał przeżyć. Teraz np. siedzę sam parę dni i zamiast coś zrobić, ruszyć, posprzątać siedzę w tym burdlu i nie potrafię się zmusić do czegokolwiek. No przecież to jakiś absurd. Gdybym siebie widział z zewnątrz od razu bym się kopnął w dupsko. Kiedyś potrafiłem latać, wchłaniać wiedzę jak gąbka, zgłębiać zainteresowania a teraz ... nic. Dziurawe wiadro. Mam nierzadko problemy z pamięcią. Brakuje mi czasem słów ot tak sobie. Zapominam co chcę powiedzieć, tracę wątek. Nie zdarza się to często ale kiedyś nigdy. Gdziekolwiek się nie pojawię u rodziny czuję wewnętrzną presję, czuję oczekiwanie wiszące w powietrzu. Presję przed ciągłą oceną choć ktoś z zewnątrz pewnie w ogóle by nic takiego nie zauważył. I nic nie potrafię z tym zrobić. Czasem miewam okres naprawdę świetnego humoru, tryskam energią, jest naprawdę dobrze. Ale po czasie zawsze spadam na dno. Czasem bardzo nisko. Potrafię w zasadzie przespać cały dzień. Choć nigdy, ale to nigdy nie robię tak gdy jest moja luba. Na szczęście w większości przypadków sam wtedy chcę bo jest przyjemnie ale rzadko ale jednak zdarza się że to robię z wewnętrznego musu bo trzeba się w końcu ogarnąć. No bo jak ona na mnie spojrzy.
Zawsze byłem uważany za dobrego słuchacza, potrafiłem wysłuchać problemy innych, czasem doradzić, nie nachalnie choć bardzo często były to trafne porady. Tylko jakoś mało osób mnie chciało wysłuchać. Być może że nigdy ale to nigdy nie dawałem znać że chcę coś więcej powiedzieć. A większość ludzi nie zachęci innych. Po drugie wychodzę z założenia że nie należy zawracać innym głowy swoimi problemami. Wiele ludzi ma swoje własne problemy i nie zawraca mi nimi głowy to dlaczego ja miałbym to robić i brudzić ich głowę swoimi problemami? Przecież to jest skrajny brak wychowania i szacunku. Rozumiem to doskonale bo druga osoba musi chcieć drugiej posłuchać a nie przystać tylko na to. Być może to także wynikało z tego iż często (może błędne odnoszę wrażenie) dając innym jakiś posłuch, rady nie uchodziłem za takiego który sam może mieć jakiś wewnętrzny konflikt, problem. A wtedy tym bardziej wstyd się przyznać do tego skoro się uchodzi za kogoś "twardego". Raz kiedyś się załamałem przy lubej odnośnie ambicji, braku wymarzonej pracy, porównaniu do niespełnionych nadziei itd. Zrozumiała i wysłuchała. Wielce jej dziękuję za to w sercu, za tę wyrozumiałość co doceniam w pełni. Niestety nie wspominam o tym gdyż jest to poniekąd wstydliwe gdy facet się załamuje. Tym bardziej że doskonale wiem że nigdy, przenigdy nie może mi się taka sytuacja powtórzyć. Już nigdy nie mogę sobie pozwolić na chwilę słabości gdyż oznaczałoby to że jestem ciotą. A ciota nie zasługuje na związek. I faktycznie nie mam jakiś chęci by płakać jak bóbr etc. ale jednocześnie czuję się jak w więzieniu gdyż nawet co ja mogę powiedzieć. Cokolwiek nie poruszę za temat znów jak bumerang wróci choćby mgr której nienawidzę. A skoro nie mogę obronić głupiej mgr to jak mam dokonać ważniejszych rzeczy w życiu? I tak powoli się zamykam w sobie grając inną osobę na zewnątrz by nikt nie uznał mnie za wariata czy słabeusza.

Dziękuję że mogłem się wypowiedzieć. Tylko jedną z gorszych rzeczy jest to iż mimo że zdaję sobie sprawę z tego czy z owego to kompletnie nie wiem co zrobić ani nie mam sił by cokolwiek zrobić. A pisząc te słowa czuję się jak kretyn który umartwia się na tym że nie ma 61 rzęs a 60 rzęs (taki totalnie z d... wzięty przykład) i robi z tego wielką życiową aferę.

--
Serdecznie Pozdrawiam
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
28 lip 2010, 23:36

Re: postępująca rezygnacja

przez emicórcia 29 lip 2010, 20:40
Nie znalazłeś swego lądu jeszcze, wszystko cię męczy, bo jesteś zmęczony. Irytuje mnie fakt jak mężczyźni tłuką konia na widok ideału hm reszta nie musi się już starać.
emicórcia
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google Ads [Bot] i 8 gości

Przeskocz do