Skocz do zawartości
Nerwica.com

Zaczynam się godzić.


HerShadow

Rekomendowane odpowiedzi

Coraz częściej nie tyle pojawia mi się myśl, co jakoś tak wewnętrznie czuję, że po prostu już mi się nie chce. 

W życiu nie jestem z tych osób, co narzekają, użalają się nad swoim losem. Raczej odkąd pamiętam próbuję iść pod ten prąd.

Od wieku nastoletniego czułam że jestem sama. Nie do końca widziałam skalę problemu. Może to i dobrze, ale czułam to. 

Po wyjściu na dobre z toksycznego domu już całkiem skupiłam się na rozwoju, bo brak matury daje mi poczucie, że mimo zawalczenia o wykształcenie średnie, mam co nadrabiać. 

Nie wiem czy to, co zrobiłam, to dużo czy mało. Wiem, że mam dosyć. :(

Zaczynam chyba dopuszczać do siebie fakt, że zrobiono mi większą krzywdę, niż chciałam dostrzec. 

 

Tak najbardziej to czuję w pracy. Nie daję nawet rady bez wpadek przychodzić cały miesiąc. Albo zaśpię mocno, albo mam takie somaty, że w ogóle nie daję rady przyjść. Wygląda to kiepsko, więc postanowiłam zagrać w otwarte karty. Zdradziłam przełożonemu dlaczego. Czy czuję, że mogę liczyć na jakieś wybitne wsparcie? Nie. Dostałam raczej delikatną sugestię, żeby szukać czegoś innego podczas innej rozmowy. Wydawałoby się pozytywną. Ale nie jest taka, bo czuję to w zespole. 

Kiedyś, kiedy naprawdę się dokręcałam nie było takich sytuacji. 

 

W każdym razie dotarłam do momentu, w którym chyba nie liczę na to, że zawodowo coś osiągnę, że będę chociaż samowystarczalna. Już chyba nie będę.

Nie umiem w relacje. No nie umiem. I całe lata się staram, ale nie umiem. Każda próba nawiązania jakiejś relacji, to męka. Nawet jeżeli druga osoba jest ok. 

 

Myślę też, że może ja się nie daje lubić. Nie wiem... Na początku w pracy się angażowałam w takie okazje jak urodziny, jeżeli obchodziła osoba, z którą mam bliższy kontakt. Teraz przestałam, bo w dniu moich zrobiło mi się przykro. Nieważne. Nie rozumiem o co ludziom chodzi. Jestem do dyspozycji, gdy ktoś nowy potrzebuje pomocy. Nie wikłam się w żadne dziwne historie. Wydaje mi się, że mam poczucie humoru, nie narzucam się, bo jestem jednak introwertyczką. Nie wiem... Jest coś we mnie, co powoduje, że ludzie jakoś mnie nie lubią. Tak mi się wydaje. Może ludzie czują coś nieprawdziwego we mnie?  Jak mają nie czuć, skoro najchętniej w ogóle bym z nimi nie przebywała? ech. Być może po prostu wydaję się nieszczera, czego bym nie zrobiła? 

 

Ja za to czuję i zawsze czułam lęk przed ludźmi i wiem, że on mi odebrał i odbiera wiele. Skoro tyle lat poświęciłam na terapię i tyle lat nad tym pracuję i ciągle ani nie zmalał, to chyba tak już musi być. Niezależnie od tego, czy mowa o grupie ludzi czy jednej osobie. Nawet od jednej czuję się słabsza. 

Muszę tylko znaleźć miejsce w życiu, w którym nie będzie mi on tak bardzo doskwierał. Nie mam siły. Już mi sie nie chce. Wiem, że to oznacza brak rozwoju, ale nie mam na niego siły. Z terapii także zrezygnowałam. Nie bawi mnie płacenie grubej kasy za pogadanki o byle czym nawet, jak sygnalizuję gdzie mi trudno. 

 

Jeszcze jutro. Nie mam ochoty nigdzie iść i oglądać tych wszystkich nieprzychylnych mi ludzi. Ble 🤮

 

 

 

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wiesz, ja mysle, ze po prostu dojrzalas do tego aby zobaczyc rzeczy takimi, jakie one sa i wywoluje to w Tobie frustracje, bo to logiczne i zrozumiale (tylko tchorze uciekajacy w system zaprzeczen beda twierdzic, ze to z Toba jest cos nie tak). Dorastalismy w epoce jukenduityzmu, promocji urzadzania sobie zycia wg poradnikow i gadek pseudoekspertow (ktorzy, jak czasem wycieknie, medrkuja robiac z tego biznes, a sami maja megasyf w swoim zyciu) z kanap w sniadaniowkach, czyniono to tak mocno i intensywnie po to, aby nikt w nieustajacym wyscigu szczurow nie mial odwagi przystanac i wrzasnac, ze krol jest nagi. Czysta socjotechnika. Teraz, zwlaszcza w ostatnich czterech latach, gdy sprawy niebezpiecznie przyspieszaja, co bardziej swiadomi widza, ze zyja w jakiejs bance, ze ich oszukano... Ze ciezka praca czesto nie przeklada sie na godziwy profit, a hipoteczna miniratka to nie trampolina do zycia z Instagrama tylko smycz. Historia stara jak swiat - wiele musialo sie zmienic, by wszystko zostalo po staremu.

 

Ja tez zaczalem to wszystko deszyfrowac od pewnego momentu w swoim zyciu - cena jaka placisz za swiadomosc tego wszystkiego jest Zagubienie i Pustka, czesto takze Osamotnienie, bo ludzie to oportunistyczni tchorze, zarowno przed innymi, jak i samymi soba. "Jestem pusty jak bazylika w nocy" - jak pisal Rozewicz. Pustka, ktorej nie zasypia zadne prochy, terapia ani pieniadze i wycieczki..

 

Ale to Twoj wybor: albo ucieczka w dalsze zaprzeczenia i systemy iluzji (moze jak nie ten terapeuta to inny - choc to wszystko, co od nich dostajesz to "slowa, slowa, slowa" jak u Hamleta - jednym pomoga, innym - jak Ty czy ja - niekoniecznie, tak samo z farmakoterapia - jak moze nie ten lek to inny, a po latach budzisz sie z uczuciem, ze dalej stoisz pod wieloma wzgledami w miejscu) albo przyjecie rzeczy takimi, jakie one sa i proba ulozenia sie z tym, choc nikt Ci nie zagwarantuje, ze cokolwiek, kiedykolwiek sie ulozy. Nikt. Nigdy. Ani wiara, ani nauka. Czasem sie smieje, ze trzeba nie bylo w XIX wieku zabijac Boga, to nawet "co laska" wyszloby taniej niz posiadowki na kozetkach w rozmaitych nurtach. Nie utozsamiaj jednak tego, co napisalem, z totalna rezygnacja i popadaniem w czarnowidztwo. Moze za jakis czas, gdy ochloniesz, zdecydujesz, ze jednak warto podjac jeszcze jedna probe. "Musisz zyciu sama nadac sens". Wiem, latwo powiedziec... 

 

Najgorsze, w co mozesz teraz brnac, to obwinianie siebie. Piszesz, ze nie masz matury, a piszesz i stosujesz interpunkcje lepiej niz niejeden/niejedna po fabryce magistrow. O to, co w pracy, tez sie nie obwiniaj - to, o czym napisalas (chore, plytkie i nastawione na eksploatacje drugiego relacje) to powszedniosc chyba juz w kazdej pracy, nie jestes zadnym wyjatkiem, a juz na pewno sprawca tego co sie dzieje.

 

Jesli bedzie to dla Ciebie jakims pocieszeniem (wiem, marnym, jesli juz) to ostatnie lata to, przynajmniej patrzac po moim otoczeniu, drastyczny wzrost osob zajadajacych Pustke prochami, i to osob, teoretycznie zdawaloby sie zdrowych. Kiedys tez myslalem, ze wzrost liczby leczacych sie to poprawa w niedomagajacej wczesniej diagnostyce, ale skala tego stala sie juz taka, ze mozna z cala pewnocia mozna stwierdzic, ze to nieprawda (choc biznes psychiatryczny dalej bedzie twierdzil co innego, bo to... biznes; taka samo z systemem, ktory nami rzadzi - on tez bedzie twierdzil, ze wszystko jest w porzadku, by utrzymac status quo).

 

To nie z psychika ludzi stalo sie nagle cos zlego, to ten swiat juz tak stanal na glowie. Chyba nie odkryje prochu, jesli napisze, ze postep technologiczny cos nie za bardzo nam na zdrowko wychodzi i skutkuje regresem a wrecz dziczeniem w innych obszarach ludzkiej egzystencji. Moze Kaczynski (ale nie ten! 🙂 ) mial pod kilkoma wzgledami racje? Ogolnie im dluzej wpatruje sie w hipertechnokorpobicz, jaki poniekad sami na siebie ukrecilismy, to pusty smiech mnie ogarnia, choc to smiech przez lzy.. Nasz swiat pozera swoj ogon.

 

Przyslowie (powiedzmy, ze prastare, chinskie) mowi, ze jesli nie wiesz, w ktora strone plynac, zamiast tracic sily poloz sie na wodzie i pozwol by poniosl Cie prad. Zobaczymy, gdzie dotrzesz. To, ze jestesmy wylacznymi panami swojego losu, to najwieksze klamstwo pseudocoacherki.

 

Z czasem moze jednak cos sie zmieni na lepsze. Czy z twoim udzialem czy bez. Idzie wiosna, za tydzien Swieta. Skup sie moze na tym, staraj sie zlapac troche oddechu. Bo zycie to nie telewizja sniadaniowa tefauen niestety, tylko, mowiac dalej starym, dobrym Rozewiczem, bardzo czesto "walka o oddech". Pamietaj o wielkiej moim zdaniem madrosci z "Wszyscy jestesmy Chrystusami" Koterskiego - nie mysl o wygranym meczu, nie mysl nawet o wygranym secie, skup sie na pojedynczych odbiciach pilki. A na razie, jak napisalem, daj sobie troche czasu... Pozdro. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

W dniu 24.03.2024 o 11:35, one-half napisał(a):

Wiesz, ja mysle, ze po prostu dojrzalas do tego aby zobaczyc rzeczy takimi, jakie one sa i wywoluje to w Tobie frustracje, bo to logiczne i zrozumiale (tylko tchorze uciekajacy w system zaprzeczen beda twierdzic, ze to z Toba jest cos nie tak). Dorastalismy w epoce jukenduityzmu, promocji urzadzania sobie zycia wg poradnikow i gadek pseudoekspertow (ktorzy, jak czasem wycieknie, medrkuja robiac z tego biznes, a sami maja megasyf w swoim zyciu) z kanap w sniadaniowkach, czyniono to tak mocno i intensywnie po to, aby nikt w nieustajacym wyscigu szczurow nie mial odwagi przystanac i wrzasnac, ze krol jest nagi. Czysta socjotechnika. Teraz, zwlaszcza w ostatnich czterech latach, gdy sprawy niebezpiecznie przyspieszaja, co bardziej swiadomi widza, ze zyja w jakiejs bance, ze ich oszukano... Ze ciezka praca czesto nie przeklada sie na godziwy profit, a hipoteczna miniratka to nie trampolina do zycia z Instagrama tylko smycz. Historia stara jak swiat - wiele musialo sie zmienic, by wszystko zostalo po staremu.

 

Witaj, 

 

miło jest poczuć się zrozumianym, choć jednocześnie Ci współczuję. 

 

Czuję się oszukana, to fakt. Ale nie przez TV i śniadaniówki. Nie przepadałam nigdy za tego typu formatami i podobnymi. 

Ale tak, przez większość życia faktycznie wierzyłam, że tylko ja nie domagam. I byłam przekonana, że każdy dowozi od początku do końca, a tak nie jest. Każdy z nas kreuje się na zewnątrz, bo w środku czuje, że jak pokaże, że coś mu nie idzie, inni będą mieć go za nieudacznika. I zawsze tak było. Tylko technologia nie była aż na takim poziomie i wychodziło nam to z przysłowiowej lodówki. Przed sobą nawzajem zawsze się kreujemy. Czasy się mogą zmienić, ale ludzie w niektórych kwestiach pozostają tacy sami. 

Mi to bycie na 100% wkręcono w domu. Jeżeli zawsze jesteś gorszy od innych, bo jakbyś się nie starał jest źle, też uwierzysz, że inni dowożą na 100%, a Twoje 80% nic nie znaczy. Będziesz próbował z całych sił równać, aby dorównać. Nawet kosztem siebie. 

I ja to właśnie dostrzegłam, że próbowałam równać do czegoś, czego nawet nie czuję. Zaniedbując siebie fizycznie i emocjonalnie. A teraz moje ciało i głowa, mówi - sp....aj nie mam już siły!

Nawet nie znam swoich mocnych stron za bardzo. 

Nie chcę się nad sobą użalać, choć może powinnam zatrzymać się w końcu, spojrzeć na siebie i powiedzieć sobie, że spotkało mnie sporo okropnych rzeczy, na które nie zasłużyłam. 

 

W dniu 24.03.2024 o 11:35, one-half napisał(a):

Ja tez zaczalem to wszystko deszyfrowac od pewnego momentu w swoim zyciu - cena jaka placisz za swiadomosc tego wszystkiego jest Zagubienie i Pustka, czesto takze Osamotnienie, bo ludzie to oportunistyczni tchorze, zarowno przed innymi, jak i samymi soba. "Jestem pusty jak bazylika w nocy" - jak pisal Rozewicz. Pustka, ktorej nie zasypia zadne prochy, terapia ani pieniadze i wycieczki..

 

Ale to Twoj wybor: albo ucieczka w dalsze zaprzeczenia i systemy iluzji (moze jak nie ten terapeuta to inny - choc to wszystko, co od nich dostajesz to "slowa, slowa, slowa" jak u Hamleta - jednym pomoga, innym - jak Ty czy ja - niekoniecznie, tak samo z farmakoterapia - jak moze nie ten lek to inny, a po latach budzisz sie z uczuciem, ze dalej stoisz pod wieloma wzgledami w miejscu) albo przyjecie rzeczy takimi, jakie one sa i proba ulozenia sie z tym, choc nikt Ci nie zagwarantuje, ze cokolwiek, kiedykolwiek sie ulozy. Nikt. Nigdy. Ani wiara, ani nauka. 

 

 

Wierzyłam kiedyś,  że terapia pomoże mi chociaż trochę przestać się bać.

Tymczasem, jak piszesz, najczęściej kończy się na gadaniu, a przecież wiemy, że w przypadku podejścia poznawczo - behawioralnego są możliwe zmiany.

Ale nie będzie żadnych zmian, kiedy to ja naprowadzam terapeutę na problem, a on to ignoruje.

Wiem, że to pacjent musi czuć gotowość do wejścia w jakiś obszar, ale też prawda jest taka, że nigdy nie będzie na 100% gotowy na wejście w coś, co go przeraża. Ja na pewnym etapie potrzebowałam trochę "pociągnięcia" mnie gdzieś, a czując, że będę miałam tam wsparcie, poszłabym.

Ale absurdalne jest, kiedy Ty mówisz w jakiś sposób do terapeuty "chodź tam ze mną" a on to ignoruje.

Dwukrotnie się z tym zmierzyłam. Wiem, gdzie jest źródło moich lęków.

Wielu rzeczy pewnie nie widzę jeszcze, ale wiem gdzie trzeba wejść, żeby to do mnie nie wracało. Ale niestety póki co nie mam już na to siły. 

I tak, to prawda, bywały momenty, gdzie pomyślałam, że największe zmiany przyniosło mi doświadczenie i upływ czasu, a nie to beblanie o niczym na terapii. 

 

Jednak jeszcze nie całkiem to skreśliłam. Jest jeszcze jedna, chyba ostatnia, osoba, która jeśli się da, to może pomóc. Ale obecnie nie mam zasobów na kolejna terapię. 

 

Leki - kolejny dobry temat. Mam wrażenie, że przez pierwszy okres brania jest poprawa, a po kilku miesiącach lub tygodniach wszystko wraca. Już bardziej normalne jest dla mnie życie z tym kamieniem na placach, niż bez niego. Nie czułabym sie chyba naturalnie bez niego. Syndrom Sztokholmski (?)

W dniu 24.03.2024 o 11:35, one-half napisał(a):

To nie z psychika ludzi stalo sie nagle cos zlego, to ten swiat juz tak stanal na glowie. Chyba nie odkryje prochu, jesli napisze, ze postep technologiczny cos nie za bardzo nam na zdrowko wychodzi i skutkuje regresem a wrecz dziczeniem w innych obszarach ludzkiej egzystencji. Moze Kaczynski (ale nie ten! 🙂 ) mial pod kilkoma wzgledami racje? Ogolnie im dluzej wpatruje sie w hipertechnokorpobicz, jaki poniekad sami na siebie ukrecilismy, to pusty smiech mnie ogarnia, choc to smiech przez lzy.. Nasz swiat pozera swoj ogon.

 

 

 

To chyba tak ze wszytskim jest, że możemy każdy postęp wykorzystać lepiej lub gorzej. Technologia ułatwia nam życie na wielu poziomach, ale ilość informacji i możliwość dzielenia się z nimi przez w zasadzie każdego, jak wiemy bywa szkodliwe. I czasami aż się włos na głowie jeży, jak się usłyszy czyjeś przekonania. Czasem sobie myślę - serio? W obecnych czasach? A potem sobie uświadamiam, że no oczywiście, że tak. 

 Nie technologia jest problemem, tylko ludzie. Krzysztof Piasecki w pewnym wywiadzie dla onetu powiedział, że jego zdaniem takich naprawdę inteligentnych ludzi jest jakieś 10%. Ja osobiście uważam, że nawet to jest optymistyczna prognoza. Po latach pracy z ludźmi widziałam juz tyle, ze chyba nie ma złudzeń. To dobija. Człowiek czuje się samotnie :( Nie twierdzę, że jestem w tych 10%, bo w końcu jeszcze jest coś pomiędzy. Chodzi mi o to, że czasami odklejka jest taka, że aż się wierzyć nie chce.

  

W dniu 24.03.2024 o 11:35, one-half napisał(a):

Wiesz, ja mysle, ze po prostu dojrzalas do tego aby zobaczyc rzeczy takimi, jakie one sa i wywoluje to w Tobie frustracje, bo to logiczne i zrozumiale (tylko tchorze uciekajacy w system zaprzeczen beda twierdzic, ze to z Toba jest cos nie tak). Dorastalismy w epoce jukenduityzmu, promocji urzadzania sobie zycia wg poradnikow i gadek pseudoekspertow (ktorzy, jak czasem wycieknie, medrkuja robiac z tego biznes, a sami maja megasyf w swoim zyciu) z kanap w sniadaniowkach, czyniono to tak mocno i intensywnie po to, aby nikt w nieustajacym wyscigu szczurow nie mial odwagi przystanac i wrzasnac, ze krol jest nagi. Czysta socjotechnika. Teraz, zwlaszcza w ostatnich czterech latach, gdy sprawy niebezpiecznie przyspieszaja, co bardziej swiadomi widza, ze zyja w jakiejs bance, ze ich oszukano... Ze ciezka praca czesto nie przeklada sie na godziwy profit, a hipoteczna miniratka to nie trampolina do zycia z Instagrama tylko smycz. Historia stara jak swiat - wiele musialo sie zmienic, by wszystko zostalo po staremu.

 

Witaj, 

 

miło jest poczuć się zrozumianym, choć jednocześnie Ci współczuję. 

 

Czuję się oszukana, to fakt. Ale nie przez TV i śniadaniówki. Nie przepadałam nigdy za tego typu formatami i podobnymi. 

Ale tak, przez większość życia faktycznie wierzyłam, że tylko ja nie domagam. I byłam przekonana, że każdy dowozi od początku do końca, a tak nie jest. Każdy z nas kreuje się na zewnątrz, bo w środku czuje, że jak pokaże, że coś mu nie idzie, inni będą mieć go za nieudacznika. I zawsze tak było. Tylko technologia nie była aż na takim poziomie i wychodziło nam to z przysłowiowej lodówki. Przed sobą nawzajem zawsze się kreujemy. Czasy się mogą zmienić, ale ludzie w niektórych kwestiach pozostają tacy sami. 

Mi to bycie na 100% wkręcono w domu. Jeżeli zawsze jesteś gorszy od innych, bo jakbyś się nie starał jest źle, też uwierzysz, że inni dowożą na 100%, a Twoje 80% nic nie znaczy. Będziesz próbował z całych sił równać, aby dorównać. Nawet kosztem siebie. 

I ja to właśnie dostrzegłam, że próbowałam równać do czegoś, czego nawet nie czuję. Zaniedbując siebie fizycznie i emocjonalnie. A teraz moje ciało i głowa, mówi - sp....aj nie mam już siły!

Nawet nie znam swoich mocnych stron za bardzo. 

Nie chcę się nad sobą użalać, choć może powinnam zatrzymać się w końcu, spojrzeć na siebie i powiedzieć sobie, że spotkało mnie sporo okropnych rzeczy, na które nie zasłużyłam. 

 

W dniu 24.03.2024 o 11:35, one-half napisał(a):

Ja tez zaczalem to wszystko deszyfrowac od pewnego momentu w swoim zyciu - cena jaka placisz za swiadomosc tego wszystkiego jest Zagubienie i Pustka, czesto takze Osamotnienie, bo ludzie to oportunistyczni tchorze, zarowno przed innymi, jak i samymi soba. "Jestem pusty jak bazylika w nocy" - jak pisal Rozewicz. Pustka, ktorej nie zasypia zadne prochy, terapia ani pieniadze i wycieczki..

 

Ale to Twoj wybor: albo ucieczka w dalsze zaprzeczenia i systemy iluzji (moze jak nie ten terapeuta to inny - choc to wszystko, co od nich dostajesz to "slowa, slowa, slowa" jak u Hamleta - jednym pomoga, innym - jak Ty czy ja - niekoniecznie, tak samo z farmakoterapia - jak moze nie ten lek to inny, a po latach budzisz sie z uczuciem, ze dalej stoisz pod wieloma wzgledami w miejscu) albo przyjecie rzeczy takimi, jakie one sa i proba ulozenia sie z tym, choc nikt Ci nie zagwarantuje, ze cokolwiek, kiedykolwiek sie ulozy. Nikt. Nigdy. Ani wiara, ani nauka. 

 

 

Wierzyłam kiedyś,  że terapia pomoże mi chociaż trochę przestać się bać.

Tymczasem, jak piszesz, najczęściej kończy się na gadaniu, a przecież wiemy, że w przypadku podejścia poznawczo - behawioralnego są możliwe zmiany.

Ale nie będzie żadnych zmian, kiedy to ja naprowadzam terapeutę na problem, a on to ignoruje.

Wiem, że to pacjent musi czuć gotowość do wejścia w jakiś obszar, ale też prawda jest taka, że nigdy nie będzie na 100% gotowy na wejście w coś, co go przeraża. Ja na pewnym etapie potrzebowałam trochę "pociągnięcia" mnie gdzieś, a czując, że będę miałam tam wsparcie, poszłabym.

Ale absurdalne jest, kiedy Ty mówisz w jakiś sposób do terapeuty "chodź tam ze mną" a on to ignoruje.

Dwukrotnie się z tym zmierzyłam. Wiem, gdzie jest źródło moich lęków.

Wielu rzeczy pewnie nie widzę jeszcze, ale wiem gdzie trzeba wejść, żeby to do mnie nie wracało. Ale niestety póki co nie mam już na to siły. 

I tak, to prawda, bywały momenty, gdzie pomyślałam, że największe zmiany przyniosło mi doświadczenie i upływ czasu, a nie to beblanie o niczym na terapii. 

 

Jednak jeszcze nie całkiem to skreśliłam. Jest jeszcze jedna, chyba ostatnia, osoba, która jeśli się da, to może pomóc. Ale obecnie nie mam zasobów na kolejna terapię. 

 

Leki - kolejny dobry temat. Mam wrażenie, że przez pierwszy okres brania jest poprawa, a po kilku miesiącach lub tygodniach wszystko wraca. Już bardziej normalne jest dla mnie życie z tym kamieniem na placach, niż bez niego. Nie czułabym sie chyba naturalnie bez niego. Syndrom Sztokholmski (?)

W dniu 24.03.2024 o 11:35, one-half napisał(a):

To nie z psychika ludzi stalo sie nagle cos zlego, to ten swiat juz tak stanal na glowie. Chyba nie odkryje prochu, jesli napisze, ze postep technologiczny cos nie za bardzo nam na zdrowko wychodzi i skutkuje regresem a wrecz dziczeniem w innych obszarach ludzkiej egzystencji. Moze Kaczynski (ale nie ten! 🙂 ) mial pod kilkoma wzgledami racje? Ogolnie im dluzej wpatruje sie w hipertechnokorpobicz, jaki poniekad sami na siebie ukrecilismy, to pusty smiech mnie ogarnia, choc to smiech przez lzy.. Nasz swiat pozera swoj ogon.

 

 

 

To chyba tak ze wszytskim jest, że możemy każdy postęp wykorzystać lepiej lub gorzej. Technologia ułatwia nam życie na wielu poziomach, ale ilość informacji i możliwość dzielenia się z nimi przez w zasadzie każdego, jak wiemy bywa szkodliwe. I czasami aż się włos na głowie jeży, jak się usłyszy czyjeś przekonania. Czasem sobie myślę - serio? W obecnych czasach? A potem sobie uświadamiam, że no oczywiście, że tak. 

 Nie technologia jest problemem, tylko ludzie. Krzysztof Piasecki w pewnym wywiadzie dla onetu powiedział, że jego zdaniem takich naprawdę inteligentnych ludzi jest jakieś 10%. Ja osobiście uważam, że nawet to jest optymistyczna prognoza. Po latach pracy z ludźmi widziałam juz tyle, ze chyba nie ma złudzeń. To dobija. Człowiek czuje się samotnie :( Nie twierdzę, że jestem w tych 10%, bo w końcu jeszcze jest coś pomiędzy. Chodzi mi o to, że czasami odklejka jest taka, że aż się wierzyć nie chce. 

 

W dniu 24.03.2024 o 11:35, one-half napisał(a):

Przyslowie (powiedzmy, ze prastare, chinskie) mowi, ze jesli nie wiesz, w ktora strone plynac, zamiast tracic sily poloz sie na wodzie i pozwol by poniosl Cie prad. Zobaczymy, gdzie dotrzesz. To, ze jestesmy wylacznymi panami swojego losu, to najwieksze klamstwo pseudocoacherki.

 

I tak mi chyba wyjdzie. Chociażby z braku sił i rezygnacji. 

 

W dniu 24.03.2024 o 11:35, one-half napisał(a):

Z czasem moze jednak cos sie zmieni na lepsze. Czy z twoim udzialem czy bez. Idzie wiosna, za tydzien Swieta. Skup sie moze na tym, staraj sie zlapac troche oddechu. Bo zycie to nie telewizja sniadaniowa tefauen niestety, tylko, mowiac dalej starym, dobrym Rozewiczem, bardzo czesto "walka o oddech". Pamietaj o wielkiej moim zdaniem madrosci z "Wszyscy jestesmy Chrystusami" Koterskiego - nie mysl o wygranym meczu, nie mysl nawet o wygranym secie, skup sie na pojedynczych odbiciach pilki. A na razie, jak napisalem, daj sobie troche czasu... Pozdro. 

 

Odpocząć w święta - piękne marzenie ;) 

Chyba zbuntuję się na najbliższe Boże Narodzenie i tym razem gdzieś wyjedziemy. 

 

Wszystkiego dobrego po świętach! 

Dziękuję za Twój wpis. Czuję zrozumienie i jakiegoś rodzaju porozumienie.  🧘🏻‍♀️

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

W dniu 3.04.2024 o 18:11, HerShadow napisał(a):

A potem sobie uświadamiam, że no oczywiście, że tak. 

 Nie technologia jest problemem, tylko ludzie.

Pozwolę sobie skomentować . Sporo w ostatnim czasie słuchałem o różnym podejściu do życia , wschodnim , zachodnim , jesteś panem swojego losu , masz niewielki wpływ na swoje życie . Moje zdanie jest takie , że nie ludzie są problemem a ich wymagania . Ciągłe porównywanie do tego jak ja chcę żeby było a jak jest naprawdę i frustracja pojawiająca się gdy nie jest tak jakbyśmy chcieli . Tak dobrze a tak źle , tak powinno być a tak nie , ten ładny a ten brzydki , ten zaradny a ten nie , rób tak a tak nie rób , ciągłe zużywanie energii na program pt niespełnione oczekiwania i mielenie przeszłości  . A gdzie w tym wszystkim jest akceptacja, zrozumienie , jedna z Pań tak ciekawie powiedziała , że żaba jest taka jaka ma być żaba , każdy z nas jest taki jaki ma być , nie zły , dobry , krzywy , prosty ale taki jaki ma być , taki jaki wylosował zestaw doświadczeń życiowych i co go ukształtowało , tak jak słoń za cholerę ptakiem nie będzie chociaż by schudł i zdechł z głodu to i każdy z nas nie zmieni się za bardzo i za szybko , zmiany to były w dzieciństwie , teraz to już tylko lekki i powolny retusz pozostał .  Jak sięgniesz wyżej to zauważysz , że nie jedyny sens jaki jest to jest życie , możesz żyć , odczuwać , doświadczać , każdy po swojemu . Jak sięgniesz niżej to zauważysz , że masz niewielki wpływ na swoje decyzje , zawsze są one wynikiem setek bodźców które do ciebie docierają w danej chwili a w następnej już są inne i decyzje będą inne , jedyna pewna i stała jest tylko zmiana . Także zamiast oceniać i wymagać od innych i od siebie to może warto zaakceptować świat i ludzi takich jacy są , z tym co nam się podoba i z tym co się nie podoba , z tym na co wpływu nie mamy i z tym co wydaje się nam , że wpływ mamy na to . Mi osobiście z wiekiem zrobiło się bliżej to podejścia „mniej wymagań i oceniania a więcej akceptacji i zrozumienia . 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ale mi Cię szkoda, rozumiem Cię doskonale. Chociaż Cię nie znam, kiedy to czytam jestem z Tobą duchowo, więc teoretycznie nie jesteś sama choć pewnie nie ma to większego znaczenia. Szacunek dla Ciebie za postawę, ja już też powoli tracę cierpliwość i chce się poddać, nie wiem ile mi jeszcze starczy sił. Budzę się i myślę, przeżyć jeszcze tylko jakoś dziś w pracy, unikać i udawać, może jutro będzie dobrze. Niestety mimo brania leków nie jest. Żyję tylko dla rodziców, nie mogę ich zawieść. A Ty na dodatek jeszcze w domu nie miałaś łatwo. Piszę to i płaczę nad sobą i Tobą, w pracy, naprawdę... ale jestem słaby.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

 

W dniu 4.04.2024 o 23:47, Robinmario napisał(a):

Pozwolę sobie skomentować . Sporo w ostatnim czasie słuchałem o różnym podejściu do życia , wschodnim , zachodnim , jesteś panem swojego losu , masz niewielki wpływ na swoje życie . Moje zdanie jest takie , że nie ludzie są problemem a ich wymagania . Ciągłe porównywanie do tego jak ja chcę żeby było a jak jest naprawdę i frustracja pojawiająca się gdy nie jest tak jakbyśmy chcieli . Tak dobrze a tak źle , tak powinno być a tak nie , ten ładny a ten brzydki , ten zaradny a ten nie , rób tak a tak nie rób , ciągłe zużywanie energii na program pt niespełnione oczekiwania i mielenie przeszłości  . A gdzie w tym wszystkim jest akceptacja, zrozumienie

 

Ogólnie jest w tym sporo prawdy i racji, tylko takiej życiowej. Moje odniesienie było do technologii stricte. 

To prawda, że mocniej koncentrujemy się na tym, by mieć więcej i nie doceniamy tego, co już mamy. Z drugiej strony, gdybyśmy nie mieli nigdy potrzeby rozwoju i ciekawości, dalej byśmy siedzieli na drzewach. Wg mnie brakuje nam we wszystkim troche zdrowego rozsądku. Zatracamy się w tych dążeniach i koncentracji na tym, czego nie mamy. Jeśli jest to wzmacniane przez kreacje w Social Mediach i ogólnie w Mediach, to widzimy tylko te braki. Zapominamy, że to wszystko kreacja. 

U mnie problem jest trochę gdzieś indziej, bo to nie jest kwestia tylko tego, że czegoś chcę a tego nie mam, ale tego, że mi się naprawdę źle żyje z obecnym stanem rzeczy - z pracą, która mnie drenuje a z drugiej strony z lękiem, który nie pozwala mi zrobić kroku w kierunku czegoś innego. I co najgorsze pomimo wielu lat terapii. 

 

W dniu 4.04.2024 o 23:47, Robinmario napisał(a):

 

W dniu 4.04.2024 o 23:47, Robinmario napisał(a):

 A gdzie w tym wszystkim jest akceptacja, zrozumienie , jedna z Pań tak ciekawie powiedziała , że żaba jest taka jaka ma być żaba , każdy z nas jest taki jaki ma być , nie zły , dobry , krzywy , prosty ale taki jaki ma być , taki jaki wylosował zestaw doświadczeń życiowych i co go ukształtowało , tak jak słoń za cholerę ptakiem nie będzie chociaż by schudł i zdechł z głodu to i każdy z nas nie zmieni się za bardzo i za szybko , zmiany to były w dzieciństwie , teraz to już tylko lekki i powolny retusz pozostał . 

 

No nieee... są rzeczy plastyczne i nie plastyczne.  Oczywiście, że są rzeczy, które dobrze jest zaakceptować i dać sobie możliwość tego wyboru, zamiast się dociskać, ale biologicznie, nasz mózg jest bardzo plastyczny. 

W książce "Jak zostać swoim terapeutą" , autorzy bardzo ładnie opisują, że mózg nasz jest plastyczny w bardzo szerokim zakresie. Nie całkowicie, ale bardzo dużo i bardzo długo można działać. 

Z góry zaznaczam, że tytuł jest przewrotny. Jest obszar, który biologicznie pozwala nam samym pracować nad sobą, ale też ten, który z natury swojego działania wymaga drugiego człowieka czyli terapeuty. 

Tylko z tymi jest problem, bo ostatnio mi blisko do słów dr Osiatyńskiej, że wielu z nich drąży terapię latami, by wyciągać z pacjentów pieniądze i będą kluczyć wokół problemu jak im się podoba, a człowiek cierpi. 

 

W dniu 5.04.2024 o 09:26, mio85 napisał(a):

Ale mi Cię szkoda, rozumiem Cię doskonale. Chociaż Cię nie znam, kiedy to czytam jestem z Tobą duchowo, więc teoretycznie nie jesteś sama choć pewnie nie ma to większego znaczenia. Szacunek dla Ciebie za postawę, ja już też powoli tracę cierpliwość i chce się poddać, nie wiem ile mi jeszcze starczy sił. Budzę się i myślę, przeżyć jeszcze tylko jakoś dziś w pracy, unikać i udawać, może jutro będzie dobrze. Niestety mimo brania leków nie jest. Żyję tylko dla rodziców, nie mogę ich zawieść. A Ty na dodatek jeszcze w domu nie miałaś łatwo. Piszę to i płaczę nad sobą i Tobą, w pracy, naprawdę... ale jestem słaby.

 

Chociaż się nie cieszę, że ludzie tkwią w takiej emocjonalnej klatce, to zawsze raźniej jest się czuć zrozumianym. Dziękuję.

Tracę orientację powoli, czy mój brak energii to depresja czy to, że więcej w życiu ją ze mnie wyciąga niż ładuje. 

Głównie praca. Staram się o zmiany, ale to zawsze trwa. Tymczasem weekend się skończył a ja jestem ja dętka. 😮‍💨

Ile już leków przerobiłeś? Ja już 3 razy zmieniałam plus z czasem dochodziły dodatkowe. 

 

W dniu 5.04.2024 o 09:34, tarantula napisał(a):

Chciałam tylko napisać iż doskonale Cię rozumiem i czuję Twój ból, nie jesteś z nim sama ,jest nas więcej.

Gdzieś tam siedzą "ktosie" i kiwają głowami ze zrozumieniem i uczuciem.

Ściskam ośmioma pajęczymi nóżkami ;)

 

Przeuroczy awatar. 😍 Hodujesz pająki?

Dziękuję za wsparcie.  

 

Edytowane przez HerShadow

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

W dniu 3.04.2024 o 18:11, HerShadow napisał(a):

 

Witaj, 

 

miło jest poczuć się zrozumianym, choć jednocześnie Ci współczuję. 

 

Czuję się oszukana, to fakt. Ale nie przez TV i śniadaniówki. Nie przepadałam nigdy za tego typu formatami i podobnymi. 

Ale tak, przez większość życia faktycznie wierzyłam, że tylko ja nie domagam. I byłam przekonana, że każdy dowozi od początku do końca, a tak nie jest. Każdy z nas kreuje się na zewnątrz, bo w środku czuje, że jak pokaże, że coś mu nie idzie, inni będą mieć go za nieudacznika. I zawsze tak było. Tylko technologia nie była aż na takim poziomie i wychodziło nam to z przysłowiowej lodówki. Przed sobą nawzajem zawsze się kreujemy. Czasy się mogą zmienić, ale ludzie w niektórych kwestiach pozostają tacy sami. 

Mi to bycie na 100% wkręcono w domu. Jeżeli zawsze jesteś gorszy od innych, bo jakbyś się nie starał jest źle, też uwierzysz, że inni dowożą na 100%, a Twoje 80% nic nie znaczy. Będziesz próbował z całych sił równać, aby dorównać. Nawet kosztem siebie. 

I ja to właśnie dostrzegłam, że próbowałam równać do czegoś, czego nawet nie czuję. Zaniedbując siebie fizycznie i emocjonalnie. A teraz moje ciało i głowa, mówi - sp....aj nie mam już siły!

Nawet nie znam swoich mocnych stron za bardzo. 

Nie chcę się nad sobą użalać, choć może powinnam zatrzymać się w końcu, spojrzeć na siebie i powiedzieć sobie, że spotkało mnie sporo okropnych rzeczy, na które nie zasłużyłam. 

 

 

Wierzyłam kiedyś,  że terapia pomoże mi chociaż trochę przestać się bać.

Tymczasem, jak piszesz, najczęściej kończy się na gadaniu, a przecież wiemy, że w przypadku podejścia poznawczo - behawioralnego są możliwe zmiany.

Ale nie będzie żadnych zmian, kiedy to ja naprowadzam terapeutę na problem, a on to ignoruje.

Wiem, że to pacjent musi czuć gotowość do wejścia w jakiś obszar, ale też prawda jest taka, że nigdy nie będzie na 100% gotowy na wejście w coś, co go przeraża. Ja na pewnym etapie potrzebowałam trochę "pociągnięcia" mnie gdzieś, a czując, że będę miałam tam wsparcie, poszłabym.

Ale absurdalne jest, kiedy Ty mówisz w jakiś sposób do terapeuty "chodź tam ze mną" a on to ignoruje.

Dwukrotnie się z tym zmierzyłam. Wiem, gdzie jest źródło moich lęków.

Wielu rzeczy pewnie nie widzę jeszcze, ale wiem gdzie trzeba wejść, żeby to do mnie nie wracało. Ale niestety póki co nie mam już na to siły. 

I tak, to prawda, bywały momenty, gdzie pomyślałam, że największe zmiany przyniosło mi doświadczenie i upływ czasu, a nie to beblanie o niczym na terapii. 

 

Jednak jeszcze nie całkiem to skreśliłam. Jest jeszcze jedna, chyba ostatnia, osoba, która jeśli się da, to może pomóc. Ale obecnie nie mam zasobów na kolejna terapię. 

 

Leki - kolejny dobry temat. Mam wrażenie, że przez pierwszy okres brania jest poprawa, a po kilku miesiącach lub tygodniach wszystko wraca. Już bardziej normalne jest dla mnie życie z tym kamieniem na placach, niż bez niego. Nie czułabym sie chyba naturalnie bez niego. Syndrom Sztokholmski (?)

 

To chyba tak ze wszytskim jest, że możemy każdy postęp wykorzystać lepiej lub gorzej. Technologia ułatwia nam życie na wielu poziomach, ale ilość informacji i możliwość dzielenia się z nimi przez w zasadzie każdego, jak wiemy bywa szkodliwe. I czasami aż się włos na głowie jeży, jak się usłyszy czyjeś przekonania. Czasem sobie myślę - serio? W obecnych czasach? A potem sobie uświadamiam, że no oczywiście, że tak. 

 Nie technologia jest problemem, tylko ludzie. Krzysztof Piasecki w pewnym wywiadzie dla onetu powiedział, że jego zdaniem takich naprawdę inteligentnych ludzi jest jakieś 10%. Ja osobiście uważam, że nawet to jest optymistyczna prognoza. Po latach pracy z ludźmi widziałam juz tyle, ze chyba nie ma złudzeń. To dobija. Człowiek czuje się samotnie :( Nie twierdzę, że jestem w tych 10%, bo w końcu jeszcze jest coś pomiędzy. Chodzi mi o to, że czasami odklejka jest taka, że aż się wierzyć nie chce.

  

 

Witaj, 

 

miło jest poczuć się zrozumianym, choć jednocześnie Ci współczuję. 

 

Czuję się oszukana, to fakt. Ale nie przez TV i śniadaniówki. Nie przepadałam nigdy za tego typu formatami i podobnymi. 

Ale tak, przez większość życia faktycznie wierzyłam, że tylko ja nie domagam. I byłam przekonana, że każdy dowozi od początku do końca, a tak nie jest. Każdy z nas kreuje się na zewnątrz, bo w środku czuje, że jak pokaże, że coś mu nie idzie, inni będą mieć go za nieudacznika. I zawsze tak było. Tylko technologia nie była aż na takim poziomie i wychodziło nam to z przysłowiowej lodówki. Przed sobą nawzajem zawsze się kreujemy. Czasy się mogą zmienić, ale ludzie w niektórych kwestiach pozostają tacy sami. 

Mi to bycie na 100% wkręcono w domu. Jeżeli zawsze jesteś gorszy od innych, bo jakbyś się nie starał jest źle, też uwierzysz, że inni dowożą na 100%, a Twoje 80% nic nie znaczy. Będziesz próbował z całych sił równać, aby dorównać. Nawet kosztem siebie. 

I ja to właśnie dostrzegłam, że próbowałam równać do czegoś, czego nawet nie czuję. Zaniedbując siebie fizycznie i emocjonalnie. A teraz moje ciało i głowa, mówi - sp....aj nie mam już siły!

Nawet nie znam swoich mocnych stron za bardzo. 

Nie chcę się nad sobą użalać, choć może powinnam zatrzymać się w końcu, spojrzeć na siebie i powiedzieć sobie, że spotkało mnie sporo okropnych rzeczy, na które nie zasłużyłam. 

 

 

Wierzyłam kiedyś,  że terapia pomoże mi chociaż trochę przestać się bać.

Tymczasem, jak piszesz, najczęściej kończy się na gadaniu, a przecież wiemy, że w przypadku podejścia poznawczo - behawioralnego są możliwe zmiany.

Ale nie będzie żadnych zmian, kiedy to ja naprowadzam terapeutę na problem, a on to ignoruje.

Wiem, że to pacjent musi czuć gotowość do wejścia w jakiś obszar, ale też prawda jest taka, że nigdy nie będzie na 100% gotowy na wejście w coś, co go przeraża. Ja na pewnym etapie potrzebowałam trochę "pociągnięcia" mnie gdzieś, a czując, że będę miałam tam wsparcie, poszłabym.

Ale absurdalne jest, kiedy Ty mówisz w jakiś sposób do terapeuty "chodź tam ze mną" a on to ignoruje.

Dwukrotnie się z tym zmierzyłam. Wiem, gdzie jest źródło moich lęków.

Wielu rzeczy pewnie nie widzę jeszcze, ale wiem gdzie trzeba wejść, żeby to do mnie nie wracało. Ale niestety póki co nie mam już na to siły. 

I tak, to prawda, bywały momenty, gdzie pomyślałam, że największe zmiany przyniosło mi doświadczenie i upływ czasu, a nie to beblanie o niczym na terapii. 

 

Jednak jeszcze nie całkiem to skreśliłam. Jest jeszcze jedna, chyba ostatnia, osoba, która jeśli się da, to może pomóc. Ale obecnie nie mam zasobów na kolejna terapię. 

 

Leki - kolejny dobry temat. Mam wrażenie, że przez pierwszy okres brania jest poprawa, a po kilku miesiącach lub tygodniach wszystko wraca. Już bardziej normalne jest dla mnie życie z tym kamieniem na placach, niż bez niego. Nie czułabym sie chyba naturalnie bez niego. Syndrom Sztokholmski (?)

 

To chyba tak ze wszytskim jest, że możemy każdy postęp wykorzystać lepiej lub gorzej. Technologia ułatwia nam życie na wielu poziomach, ale ilość informacji i możliwość dzielenia się z nimi przez w zasadzie każdego, jak wiemy bywa szkodliwe. I czasami aż się włos na głowie jeży, jak się usłyszy czyjeś przekonania. Czasem sobie myślę - serio? W obecnych czasach? A potem sobie uświadamiam, że no oczywiście, że tak. 

 Nie technologia jest problemem, tylko ludzie. Krzysztof Piasecki w pewnym wywiadzie dla onetu powiedział, że jego zdaniem takich naprawdę inteligentnych ludzi jest jakieś 10%. Ja osobiście uważam, że nawet to jest optymistyczna prognoza. Po latach pracy z ludźmi widziałam juz tyle, ze chyba nie ma złudzeń. To dobija. Człowiek czuje się samotnie :( Nie twierdzę, że jestem w tych 10%, bo w końcu jeszcze jest coś pomiędzy. Chodzi mi o to, że czasami odklejka jest taka, że aż się wierzyć nie chce. 

 

 

I tak mi chyba wyjdzie. Chociażby z braku sił i rezygnacji. 

 

 

Odpocząć w święta - piękne marzenie ;) 

Chyba zbuntuję się na najbliższe Boże Narodzenie i tym razem gdzieś wyjedzie

 

Współczucie? Hmmm... Cóż, na pierwszy rzut oka moja opowieść może wydawać się smutna. Ale czy w gruncie rzeczy tak jest? Zastrzegam, że na to pytanie każdy musi sam sobie w duchu odpowiedzieć i zmierzyć je swoją miara.

 

Ucieknę się do takiego eksperymentu myslowego. Wyobraź sobie,że mogę mieć życie takie jak z prospektu tefauen (sniadaniowki, o których pisałem, były tylko figura retoryczna - generalnie chodziło raczej o to, że kłamią z grubsza wszyscy, zarówno religijni jak i wierzący w oparty na nauce porządek rzeczy, kłamią lub niedopowiadaja prawdy zarówno pracodawcy, jak i pracownicy, rodzice, jak i dzieci, psycholodzy i psycholożki, partnerki i partnerzy - byli, obecni i przyszli, w końcu "kłamie polski ksiądz i kłamie Lech Wałęsa", cytując pewna punkowa kapele) - wystarczy, że uwierzę na powrót w świętego Mikołaja zostawiajacego zima pod świerkiem prezenty z dobroci serca.

 

Załóżmy, że z pomocą nieocenionego Elona Piżmo i jego Neuralinku jestem w stanie FAKTYCZNIE wygumkowac wiedzę o niestnieniu Mikołaja i z powrotem w niego uwierzyć. Czy zdecydowałbym się na to? Nie (aczkolwiek rozumiem tych, którzy by się zgodzili). Dlaczego? Bo nawet użyteczność kłamstwa nie nada kłamstwu sensu i nie uświęci go. Wole widzieć rzeczy takimi jakie one są niż hołdować kłamstwu, mimo że będzie ono skutecznie regulować (znając historię, do czasu) życie moje i całych spoleczenstw, bo to nie zmienia faktu, że jednak wierzysz w klamstwo. 

 

Dla mnie nie jest smutne to, że widzę świat takim, jakim on jest. Bo on nie jest w jasnych, pastelowych barwach. Inaczej: on taki bywa. Ale bywa też odrażający i odpychający i to jest - uwaga - NORMALNE. Normalne w sensie,że tak się zdarzało, zdarza i będzie zdarzać i nic na to nie poradzisz. Choć zabrzmi to obrazoburczo, to co się dzieje teraz na wschodzie, jest, biorąc pod uwagę powtarzalność i cyklicznosc samotoku historii, normalne. Może nam się to nie podobać, ale tak jest. Bardziej smutne jest dla mnie położenie tych, którzy uwierzyli w propagandę Fukuyamy o "końcu historii" i teraz dostali ostra lepe na twarz, tak samo jak smutniejsze od mojej opowieści jest dla mnie to, co mają w głowie ci, co są przekonani, że muszą mieć zawsze udane życie życie w segmencie premium, nie rozumiejąc, że są tylko obiektami w planach sprzedażowych korporacji.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@one-half rozumiem, rozumiem. Ale nie czujesz się w tym samotny? W tym, że trudno znaleźć chyba bratnią duszę. Przynajmniej mi. Jestem indywidualistką, introwertyczką i wiele innych, ale tak jak dawniej zarzekałam się, że nie potrzebuję ludzi, mogę sobie żyć sama. (oczywiście w dużym uproszczeniu, ale jak się tak zastanowię, to jedyną bliską mi  na świecie osobą jest mój mąż. Nie ma takiej drugiej i nikt tak dobrze mnie nie zna), tak od jakiegoś czasu dociera do mnie, że tak nie jest. O ile męczą mnie duże ilości ludzi, tak kilku znajomych bliższych, przyjaciół miło by było mieć. Mąż jest super i bardzo dobrze się rozumiemy, jednak bliskiej koleżanki coraz częściej brakuje.  :(

Chodziło mi o takie poczucie osamotnienia w świecie, w którym rzadko się człowiek czuje rozumiany.

 

7 godzin temu, one-half napisał(a):

Dla mnie nie jest smutne to, że widzę świat takim, jakim on jest. Bo on nie jest w jasnych, pastelowych barwach. Inaczej: on taki bywa. Ale bywa też odrażający i odpychający i to jest - uwaga - NORMALNE. Normalne w sensie,że tak się zdarzało, zdarza i będzie zdarzać i nic na to nie poradzisz. Choć zabrzmi to obrazoburczo, to co się dzieje teraz na wschodzie, jest, biorąc pod uwagę powtarzalność i cyklicznosc samotoku historii, normalne. Może nam się to nie podobać, ale tak jest. Bardziej smutne jest dla mnie położenie tych, którzy uwierzyli w propagandę Fukuyamy o "końcu historii" i teraz dostali ostra lepe na twarz, tak samo jak smutniejsze od mojej opowieści jest dla mnie to, co mają w głowie ci, co są przekonani, że muszą mieć zawsze udane życie życie w segmencie premium, nie rozumiejąc, że są tylko obiektami w planach sprzedażowych korporacji.

 

W pełni się zgadzam. Zwłaszcza z tą korporacją i karierą, ale pokolenie Z ma już inne priorytety i inne wartości. 

To też kwestia tego dziećmi jakich czasów jesteśmy, ale tak jak napisałeś, to absolutnie naturalne. ;)

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Ja mam wiele spostrzeżeń ostatnio względem tego czym kierowałam się w życiu i co mnie napędzało i/lub blokowało.

To, co widzę jest raczej przygnębiające, choć cieszę się, że tak jest, bo będę mogła w końcu przestać walić głową o ścianę i obrać dobry kierunek. Po 34 latach. 

 

W najgorszym stanie jest zdecydowanie obszar zawodowy. Nawet nie mówię o wielkiej karierze, ale o tym że nabrałam bardzo wcześnie przekonania, że jak nie będę pracować w biurze lub nie będę wykonywać takich zawodów zaufania publicznego - lekarz, prawnik itp., to będę nikim. 

Nie mogłam wtedy wiedzieć, że praca w korporacji, to kołchoz na swój sposób. Koszmarny.

Przynajmniej dla mnie, osoby która od przebodźcowania potrafi się rozchorować. 

A ja lubię tworzyć, być w ruchu wtedy, kiedy potrzebuję, a nie wtedy, gdy mi timer zapika. Mogę pracować przy biurku, ale to musi być coś kreatywnego. Muszę móc się swobodnie poruszać. Idealna jest dla mnie np. technika POMODORO. 

Jakoś poczułam, ze wracam do siebie. Poczułam wewnętrzny spokój i jakąś zgodę na to. Dotarło jakby do mnie, że to nie to. Naprawdę tego nie dostrzegałam, tylko próbowałam "pracować nad sobą", aby się "naprawić" i być jak wszyscy. Jakoś tak założyłam, że wiele jest we mnie do naprawy, że uznałam, że ten obszar tez do tego należy. W zasadzie należy, ale to jest chyba, ta część, która jest oporna wysiłki nie są proporcjonalne do efektów, a efekty nie są trwałe, więc może trzeba to zaakceptować, zamiast się szarpać i dążyć do czegoś, co nawet nie jest moje. 

 

Pomyliłam się jednak co do przełożonego. Rzadko spotyka się takich ludzi, ale w dalszych dniach od mojego wyznania spotkałam się naprawdę ze zrozumieniem i wyrozumiałością, które prawdopodobnie się skończą, ponieważ w ostatni weekend totalnie mnie odpięło. Z jednej strony byłam totalnie bez powietrza, ale z drugiej napięta jak struna przed poniedziałkiem. W poniedziałek rano wrzuciło mnie w sen graniczący ze śpiączką. Nie mogę przestać się dziwić jak bardzo lęk i zmęczenie przybija człowieka łóżka. Jakbym miała w sobie tony betonu i była odurzona jakimś środkiem usypiającym. Sił brak, wyrzuty sumienia kosmiczne. Nie pojawiłam się i poprosiłam o tydzień wolnego i chyba poproszę o jeszcze kilka dni w przyszłym tyg. Mam złe wyniki badań i prawdopodobnie ból pleców, który od jakiegoś czasu mam, to nie kręgosłup od siedzenia, tylko nerki. Szybko się męczę i może to jest przynajmniej częściowa przyczyna mojej fizycznej formy, a nie tylko somaty. 

Ale robota mnie męczy okrutnie psychicznie i przychodzi moment zużycia i tom kategoryczny jak ten ostatni. Ostatnimi razy coraz częściej. 

 

Ciekawsza jeszcze rzecz, wobec której czuję się totalnie bezradna, to fakt, że nie prokrastynuję z zadaniami, kiedy uciekam od czegoś do czegoś. Jeżeli tylko nie ma przed czym uciekać i bodziec jest mniejszy spada zainteresowanie daną czynnością. 

W świetle prowadzenia własnego biznesu, który usiłuję obronić pomimo tego męczącego etatu, który jest mi potrzebny chwilowo, to jest problem. B

 

 

 

 

 

 

 

 

 

(ach, niechcący wysłałam post. Ciąg dalszy):

 

W świetle prowadzenia własnego biznesu, który usiłuję obronić pomimo tego męczącego etatu, który jest mi potrzebny chwilowo, to jest problem. Bo deadline ustalony klientem nie jest bodźcem wystarczającym. Nagle włączają mi się hamulce przed zadaniem. 

 

Musi się trząść w posadach, żebym nie czuła gigantycznego oporu, który aż daje się odczuć poprzez ucisk w klatce piersiowej i dotrzymuję terminów, ale jakbym szła pod górę wielką, a przecież zajmuję się ciekawymi rzeczami, kreatywnymi. Dlaczego nie mogę tego robić właśnie dlatego, bo zaraz jest ten opór? Terapeutka jakoś nie podjęła tego wątku dalej, a ja musiałam przez to pójść na ten cholerny etat, bo się poduszka zaczęła kruszyć, a ja nie nie wyrobiłam się z planem. 

 

To pewnie typowa cecha DDA, że tylko sytuacje zagrażające są bodźcem. I nie pomaga żadne obiektywne tłumaczenie sobie, że przecież lubię tę robotę.

 

Tu mam klincz totalny. Nie wiem, albo jeszcze nie widzę, z której strony to ruszyć. 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Samotny nie jestem... Samotny jedynie bywam - na krócej lub dłuzej - jak pewnie kazdy z nas. Moze to byc rowniez nasilane przez przypadlosci, przez ktore tu bywam, jak zreszta pewnie u kazdego z nas. Ale nie zmienia to faktu, ze ta samotnosc jest jednak mimo to  wpisana w DNA, o czym za chwilę.

 

Jest taki film, w sumie nie jest jakis wybitny, ale mam do niego ogromny sentyment, to jest "Nad rzeka, ktorej nie ma" Andrzeja Baranskiego. Scenariusz powstal na podstawie opowiadania malo znanego autora, Stanislawa Czycza. Moze tak bardzo lubie ten film, bo w scenariuszu, w ktorym zostala przemycona na pewno jakas czastka swiatopogladu Czycza, odnajduje tez jakas czastke siebie? 

 

Czycz przez długie lata zmagał się z chorobą nowotworową, schorzeniami dermatologicznymi, ciężką depresją. Drukował niewiele, pisał z oporami. Kiedy mówił "od roku nie napisałem ani linijki", było to "wyznanie absolutnie tragiczne w swojej prawdziwości". Żył z dala od środowiska literackiego, zamknięty w swoim mieszkaniu na ostatnim piętrze krakowskiego Domu Literatów przy ulicy Krupniczej. Był jednym z najbardziej oryginalnych, ale też najgłębiej zapomnianych współczesnych polskich pisarzy. (...)
Przyczyną dla której popadł w zapomnienie był jego nonkonformizm, "osobność" i obsesyjne niemal dążenie do prawdy. Artystycznie przełożyło się to na próby stworzenia idiolektu, który lepiej niż utrwalone konwencje oddawałby jednostkowe doświadczenie.(...)
Według Przemysława Czaplińskiego językowy eksperyment Czycza wynikał z pragnienia "zrównania życia z zapisem życia". Zamiar ocalenia jednostkowości równał się buntowi przeciw literaturze, z natury swej społecznej i skonwencjonalizowanej.(...)
Najbardziej czytelnym manifestem Czycza-nonkonformisty jest "And", opowiadanie osnute wokół historii ostatnich dni życia Andrzeja Bursy. W egzaltowanych słowach kryje się słuszna refleksja – "And" to mocny głos pisarza swoich czasów, sprzeciw wobec przyjmowanych masek i fałszu, jakiemu powszechnie poddają się artyści. Fałsz może być rozumiany ideologicznie – jako firmowanie swoim nazwiskiem "pawich wschodów", "złudnych przejaśnień", czyli ustroju socjalistycznego, określanego metaforycznie ze względu na cenzurę.
Może to być również fałsz estetyczny, utrata własnego głosu i zamknięcie w konwencji. To ostatnie demistyfikował i ośmieszał tytułowy bohater, którego poezja składała się "z budowań [...] zdawało się niebotycznych i później równie porywających rozwalań" (...)
Kategorii "osobności" użył w swoich rozważaniach o krzeszowickim pisarzu Przemysław Czapliński. Jest ona pesymistycznym projektem literatury i życia. Założeniem zasadniczej niemożności kontaktu, tak ze światem, jak i z drugim człowiekiem, również z czytelnikiem. Absolutnie zupełnie jestem zawsze i każdy też samotny – pisał Czycz.

 

Zgadzam się z Czyczem, że gdy rozbijemy wszelka materie na atomy zawsze znajdziemy tam wyobcowanie, niezależnie od naszego statusu. Bo przeciez nawet jeśli będziemy stać obok siebie i chlonac nawet nie obraz, ale tylko plotno w jakims kolorze np. niebieskim, to nawet rzecz tak jednoznaczna jak tylko kolor bedzie przemawiac do nas w rozny sposob, bazujac na osobistych wspomnieniach, wyobrazeniach i preferencjach kazdego/kazdej z nas. Kazdy odbierze to samo w inny sposob. W sposob niepowtarzalny, ktory umrze wraz z smiercia biologiczna jego mozgu, a moze i wczesniej, np. wskutek Alzheimera. Umrze i nie zmartwychwstanie.

 

Odrzucam wszelkie uludy - czy to religijne, czy (pozornie) naukowe (np. "klasyczny" marksizm, ale takze rowniez jego dzisiejsze, zielone, unijna hybryde, stworzona przez wyhodowanych w cieplarnianych warunkach urzedasow - "they're approaching the mouth of lion, everything is gonna collapse, it's not going to work", jak spiewal naiwniak Grabaz), ktore oszukuja, ze istnial kiedykolwiek w historii jakis sluszny porzadek, ktory zostal przez ludzkosc zatracony, a ktory jest mozliwy do odzyskania - wystarczy jedynie wierzyc i poddac sie prawom religii/ideologii. Jakos "dziwnym" trafem zawsze wyjdzie szydlo z worka, ze chodzilo tylko o narzucenie komus swojej woli i... o kase 🙂

 

widzę szalonych którzy
chodzili po morzu
wierzyli do końca
i poszli na dno

 

teraz jeszcze przechylają
moją łódź niepewną

 

odtrącam te sztywne
dłonie okrutnie żywy

 

odtrącam rok za rokiem

 

Jak juz pewnie zdazylas zauwazyc, czuje sie humanista nie tylko z racji etykietki, tj. profilu ukonczonych studiow, lecz takze z krwi i kosci. Lubie literature, historie, filozofie. Pasjonuje mnie to tak jak mlodych jara dzis Fame MMA, mimo ze po odbytych studiach obralem, zarowno wskutek koniecznosci, perypetii zdrowotnych, odkryc i rozczarowan a takze i przypadku, inna sciezke zawodowa (w ktorej tez sie zreszta realizuje, ale ja malo do szczescia potrzebuje, zreszta mysle, ze to tez poniekad wynika z faktu, ze my, doswiadczeni choroba, inaczej patrzymy na zycie). Choc nie przelozylo sie to (studia) na pieniadze, a "jedynie" na rozwoj osobisty (i nie mam tu na mysli rozwoju osobistego w stylu kursow HR ulatwiajacych odpowiedzi na fundamentalne pytania typu "gdzie widzisz siebie za 5 lat?" albo "jesli mialbys byc sztuccem, ktorym bys zostal?" :), nawet dzis nie zaluje.

 

Pewnie, ze czasem przychodzi refleksja, ze latwiej byloby zyc nie zaprzatajac sobie glowy tym wszystkim, zycie o pilocie i chmielu po pracy, ale po glebszym zastanowieniu, czy naprawde bym tego chcial, odpowiem, ze jednak nie. Po pierwsze, tego co sie czytalo/zobaczylo nie da sie od-czytac/od-zobaczyc, a nawet gdyby tak sie dalo(choc mysle, ze nawet Neuralink ani inny wynalazek Elona Pizmo nie da rady, choc BTW za jakis czas sie dowiemy, czy faktycznie te wszystkie techniczne rewelacje ujrza swiatlo dzienne, czy nie chodzi przede wszystkim o pompowanie akcji jego spolek na gieldach :), to wtedy stalbym sie jedynie pionkiem w mistyfikacji tych, ktorym sie wydaje, ze sa madrzejsi od tzw. prostego czlowieka. Teraz tez nim jestem, ale jestem przynajmniej swiadom tego, co jest grane, to jest ta subtelna roznica 🙂 

 

Na szczescie tego typu rozkminy nie zajmuja mnie 24/7, to jedynie specyficzne hobby, na codzien mam obok siebie wspaniala kobiete, pchamy razem ten wozek do przodu i jesli okolicznosci i zdrowie pozwalaja, czerpie satysfakcje z prostych rzeczy w zyciu 🙂

 

Co do zetek - mam odmienne zdanie, mowie to na podstawie najbardziej cennych obserwacji, czyli tzw. zyciowki (pracuje z ludzmi w roznym wieku, nawet z jednym 19-latkiem - calkiem spoko sie dogadujemy pomimo dzielacej nas roznicy wieku, bo to zalezy od czlowieka, a nie metryki). Ogolnie zaczne od tego, ze wszelkie etykietki pokoleniowe to patent pismakow, by miec o czym pisac, wszelkie uogolnienia nie maja sensu.

 

Do tego dochodzi przede wszystkim zachlysniecie sie mlodych swoja wyjatkowoscia (podejrzewam, ze stoi za tym tzw. optimism bias z buzujacych jeszcze na full hormonow - "kazde pokolenie odejdzie w cien, a nasze nie" - co jednak dalej sie z tym podejsciem dzieje to juz mozesz doczytac w tekscie tej piosenki). Czesc zetek faktycznie to podlapala - mam w pracy taka jedna zetke - tez duzo gadania "bo nasze pokolenie to i tamto", albo "ja bym sobie nie pozwolila..." a mimo wszystko jak przyjdzie co do czego uszy po sobie i robi co kaze przelozony toksyk. Takze tego...

 

Odwaga cywilna przynalezy charakterowi a nie metryce. Bunczucznosc zetek wynika tez glownie z faktu, ze wstrzelily sie w koniunkture na rynku pracy, ale ide o zaklad, ze gdyby Elon Pizmo przeszczepil je wehikulem czasu w srodek lat 90. z 20% bezrobociem, zachowywalyby sie z grubsza jak pogardzani przez nich dzis dziadersi 🙂 Coz, "zycie depcze wyobraznie".

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A - i jeszcze co do przyjazni, o ktorych pisalas - tak szczerze to jestem w takiej samej jak Ty sytuacji - poza moja kobieta, z ktora moge pogadac o wszystkim (dobry wybor polowki to podstawa, tak mysle), nie mam juz praktycznie nikogo, kogo moglbym nazwac przyjacielem/przyjaciolka. Sa tylko powierzchowne znajomosci, glownie z pracy.

 

Czas zweryfikowal, co to wszystko bylo warte. Poza tym mysle, ze na chwile obecna ludzie przestali myslec w tych kategoriach i zachlysnieci technologia (ktora, mam przeczucie, w duzej mierze, pod wieloma aspektami, biorac pod uwage dlugofalowe skutki spoleczne, jeszcze moze wyjsc poniekad bokiem 🙂 ) oraz mozliwosciami, ktore, jak trabi prasa, TV i internet,  stoja przed nimi otworem jesli tylko dadza max z siebie (tak na zachete, dopiero pozniej przychodzi gorzka refleksja, ze ta droga najezona jest szklanymi sufitami i nastawiona na eksploatacje - tak ad hoc Twojej, slusznej skadinad, refleksji o korpo), traktuja stosunki miedzyludzkie jako trampoline i czysty social networking. To jest ten etap, dopoki wszystko nie runie, nastapi odbicie w druga strone... i tak w kolo Macieju 🙂

 

Inna sprawa, ze po 30-tce nadchodzi otrzezwienie i odrzucana dotad przez umysl refleksja jak w tym memie "No ja pi***e.. Powinno wyjsc inaczej". Wtedy okazuje sie, ze mlody wilk z Wall Street juz nie taki mlody, a w lustrze zamiast samca alfe widzi betabankomat na kazde skinienie coraz bardziej marudzacej, bo przechodzacej podobny szok dekompresyjny drugiej polowki, wychowanie progenitury to nie bulka z maslem, tylko coraz bardziej morderczy (te wszystkie zajecia dodatkowe, bo przeciez ono musi byc KIMS 🙂 ) wyscig, wymagajacy obowiazkowego luzowania sie razem z malzonka winem w piatkowe popoludnie... Pozostaje wyladowywanie frustracji (nagromadzonych przez ciosanie kolkow na glowie przez szefa, zonke, etc.) na bezdzietnych i wszystkich tych, ktorzy wg biezacej emocji danego osobnika maja wg niego pod jakims wzgledem lepiej...

 

To nie licentia poetica tylko obserwacja kilku bylych juz znajomych, co prawda nie z pokolenia Z, ale ktorym, podobnie jak niektorym zetkom, wydawalo sie, ze zycie mozna sobie zaplanowac jak kuchnie w Ikei, ale rzeczywistosc dopadla ich wczesniej czy pozniej. "Pycha kroczy przed upadkiem", "Byl kozak, dzis lyka Prozac, dopadla go zycia proza". Wbrew pozorom nie mam Schadenfreude, ale kontakty pozrywalem, niepotrzebne mi spotkania ze "znajomymi" bedace festiwalami przechwalek bez pokrycia w rzeczywistosci w atmosferze krepujacej jak na rozmowie o prace. Nie dbam o konwenanse, nie potrzebuje takich "znajomosci", wiec wokol mnie raczej pusto, ale, jak powiedzialem, nie jest to dla mnie powod do zmartwien 🙂

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Tyle się działo w ostatnich tygodniach, że nie miałam kiedy na spokojnie usiąść i zebrać myśli. 

 

Zmieniłam pracę. Tzn. migrowałam wewnątrz firmy. Było tak źle, że nie byłam już w stanie przychodzić. Uznałam, że uczciwie będzie odejść lub, jeżeli jest szansa, to przejść wewnątrz. Aplikowałam, ale pomogła mi wszystko przyśpieszyć nasza kierownik. Nie mogę też nie docenić tego, jak bardzo mnie wsparła w tym całym procesie. Trudno było mi to tak po prostu przyjąć, więc to był niezły trening. Ten styl pracy zupełnie mnie wyciskał i moja psychika oraz ciało powiedziały ostateczne "nie".

 

Zostałam bardzo miło pożegnana, aż się nie spodziewałam. Było tyle emocji, że przyszłam do domu i się poryczałam.

Nie miałam nigdy takiej relacji z żadną grupą, a moje zapamiętane doświadczenia były odwrotne. Nie rozumiałam zupełnie moich uczuć w tamtych momencie, ale były pozytywne. 

Choć czułam jakieś poczucie winy, a wewnątrz był głos, który mi szeptał, że to wszystko z litości, bo wiadomo ogólnie było, co się ze mną dzieje.  

 

Z jednej strony miłe zaskoczenie, z drugiej rozczarowanie, bo miałam wrażenie, że niektóre osoby realnie chcą utrzymać kontakt, co deklarowały a potem przestały się odzywać, więc jeżeli chodzi o więzi miedzy ludzkie, to z jedną osobą się spotkałam i było bardzo fajnie, choć męcząco. Nie dostrzegałam nigdy jak bardzo mnie relacje z ludźmi drenują, nawet te przyjemne. Wróciłam i padłam, choć byłam wyspana tego dnia. 

 

W obecnej pracy znów muszę się wdrożyć. Łatwiej mi o tyle, że trochę rzeczy jest znajomych. Mimo to, spora ilość nowości i tej irytującej bezradności na tym etapie. Nie pomaga to mojej głowie, ale ratuje mnie tryb w jakim pracuje. Mam jednak więcej wolnego i dzięki temu mogę złapać trochę dystansu i poczuć, że mam swoje życie poza pracą.  Poza tym jak się stresuję, to częściej popełniam błędy i mam kłopoty z pamięcią, więc trudno mi teraz. Obawiam się, że niestety taka informacja idzie do kierowników, kiedy pytają. A pytają na pewno. Mam wrażenie, że na tle tych osób, z którymi zaczęłam, wypadam najgorzej. 

 

Byłam też u mojej psychiatry. Zmieniam Dulsevię na Paroksetynę. Niestety czuję się jakbym szła pod ogromną górę codziennie. Energetycznie jest ciężko. Wszystko co jest idzie na pracę, na resztę rzeczy nie zostaje nic.

Nawet na te, które lubię robić. Zwiększenie też dawki pregabaliny i odejście od Trittico, ale dołączenie Dipherganu.

Doraźnie zolpidem. Liczę, że poczuję doładowanie w końcu, albo chociaż ulgę od nie wspinania się pod tę cholerną górę z tym workiem kamieni na plecach. 

 

 

W dniu 12.04.2024 o 08:54, one-half napisał(a):

Zgadzam się z Czyczem, że gdy rozbijemy wszelka materie na atomy zawsze znajdziemy tam wyobcowanie, niezależnie od naszego statusu. Bo przeciez nawet jeśli będziemy stać obok siebie i chlonac nawet nie obraz, ale tylko plotno w jakims kolorze np. niebieskim, to nawet rzecz tak jednoznaczna jak tylko kolor bedzie przemawiac do nas w rozny sposob, bazujac na osobistych wspomnieniach, wyobrazeniach i preferencjach kazdego/kazdej z nas. Kazdy odbierze to samo w inny sposob. W sposob niepowtarzalny, ktory umrze wraz z smiercia biologiczna jego mozgu, a moze i wczesniej, np. wskutek Alzheimera. Umrze i nie zmartwychwstanie.

 

@one-half jasne, każdy człowiek od pewnego momentu jest samotny i sam ze sobą. Każdy ma ten obszar, gdzie już nawet ta najbliższa osoba nie ma wstępu i ja tak rozumiem to, o czym piszesz i o czym pisze wspomniany przez Ciebie autor.

Są też ludzie, jak my, bardziej wycofani, bo tacy już są lub jest to czymś spowodowane, albo jedno o drugie, gdzie ta granica się rozciąga. Dłużej nam zajmuje zacieśnienie relacji. A jak się nie ma tzw. uroku osobistego, gdzie ludzie z jakiegoś powodu po prostu cię lubią, to bywa naprawdę trudno. 

Nie fantazjuję. Znam takie osoby i rozbraja mnie, że pomimo, że sami potrzebują więcej czasu na wejście w relacje, to i tak jakiegoś rodzaju cecha osobowości powoduje, że ludzie jakoś lepiej na nich reagują. 

Ja do nich z pewnością nie należę. U mnie jest odwrotnie. W stresie wyglądam na wnerwioną, w smutku i lęku również. Pomimo, że nie mam problemów z agresją, to tzw.  "resting bitch face" , to zdecydowanie o mnie. 

 

Jednak faktem jest, że introwertyk też potrzebuje relacji. Może w mniejszym zakresie, ale człowiek jednak potrzebuje człowieka. Zawsze lżej jest jak możesz podzielić się z kimś jakimś problemem, kto może ma trochę inne spojrzenie i jest po prostu innego rodzaju wsparciem, niż partner życiowy. Czasami też nie chce się tej ukochanej osoby dodatkowo obarczać, kiedy zmaga się wspólnie z jakimiś kłopotami. 

 

W dniu 12.04.2024 o 12:45, one-half napisał(a):

A - i jeszcze co do przyjazni, o ktorych pisalas - tak szczerze to jestem w takiej samej jak Ty sytuacji - poza moja kobieta, z ktora moge pogadac o wszystkim (dobry wybor polowki to podstawa, tak mysle), nie mam juz praktycznie nikogo, kogo moglbym nazwac przyjacielem/przyjaciolka. Sa tylko powierzchowne znajomosci, glownie z pracy.

 

Ja mam podobnie, ale tak już ze mną jest, że myślę do przodu i jak ja sobie pomyślęw perspektywie przyszłości, że np. w razie gdybym z jakichś powodów została sama, zwłaszcza za paręnaście lub -dziesiąt lat, to jestem całkiem sama. Dosłownie. Nie mam nikogo. To mnie przeraża. A co jak człowiek zniedołężnieje? Stanie się mniej samodzielny? W jakie ręce trafi? Wiemy jacy są ludzie. Po już kilkunastu latach pracy z nimi i nie tylko, przeraża mnie to.

 

W dniu 12.04.2024 o 08:54, one-half napisał(a):

Pewnie, ze czasem przychodzi refleksja, ze latwiej byloby zyc nie zaprzatajac sobie glowy tym wszystkim, zycie o pilocie i chmielu po pracy, ale po glebszym zastanowieniu, czy naprawde bym tego chcial, odpowiem, ze jednak nie. Po pierwsze, tego co sie czytalo/zobaczylo nie da sie od-czytac/od-zobaczyc, a nawet gdyby tak sie dalo(choc mysle, ze nawet Neuralink ani inny wynalazek Elona Pizmo nie da rady, choc BTW za jakis czas sie dowiemy, czy faktycznie te wszystkie techniczne rewelacje ujrza swiatlo dzienne, czy nie chodzi przede wszystkim o pompowanie akcji jego spolek na gieldach :), to wtedy stalbym sie jedynie pionkiem w mistyfikacji tych, ktorym sie wydaje, ze sa madrzejsi od tzw. prostego czlowieka. Teraz tez nim jestem, ale jestem przynajmniej swiadom tego, co jest grane, to jest ta subtelna roznica 🙂 

 

 

Dokładnie o tym samym "rozkminiałam" ostatnio z mężem, oczywiście ani na chwilę nie mając tak na prawdę wątpliwości. Człowiek świadomy i wykształcony (choć nie ja tu powinna rzucać takimi argumentami), wie z pewną wiedzą i wrażliwością jest trudniej, ale mimo to nie zamieniłby tego. To jest ten "ciężar" który pomimo bólu jaki czasem zadaje, jest wartością dodaną samą w sobie. 

 

Jeśli chodzi o zetki, to różnie bywa. Jakby na nich nie spojrzeć są nieco inni, no ale czemu tu się dziwić. Oprócz Twojej słusznej uwagi o rynku pracy, dodatkowo oni naprawdę żyją w czasach, w których wszystko jest, a nawet jest za dużo. Czy to źle? Tak i nie. Rozwój sam w sobie nie jest zły, ale to my musimy potrafić skutki tego rozwoju i ich wpływ na nas nauczyć się kontrolować. 

 

W dniu 12.04.2024 o 12:45, one-half napisał(a):

Nie dbam o konwenanse, nie potrzebuje takich "znajomosci", wiec wokol mnie raczej pusto, ale, jak powiedzialem, nie jest to dla mnie powod do zmartwien 🙂

 

To tak z ogólnego punktu widzenia jest smutne. Że nie nie zależy nam na sobie. To też wiele mówi o ludziach a propos tego, co wcześniej też pisałam

 

Mam podobnie. Mimo to postanowiłam poeksperymentować  ze sobą i choć trochę bardziej spróbować się otworzyć. W ramach pracy własnej. Oczywiście nie mówię tu o gonieniu za ludźmi. Sprawdzam, czy komuś też zależy i wtedy inwestuję swoje zaangażowanie. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Czuję się fatalnie. :( 

 

Łatwo mnie wyprowadzić z równowagi. Raczej się nie zdarza, żeby nawet miauczący kot mnie irytował.

Zaczęłam odczuwać większy lęk niż zwykle, że mój mąż ode mnie odejdzie do kogoś normalnego. Pomijam już, że do kogoś, kto cokolwiek osiągnął. 

Nie wiem co mam ze sobą zrobić, robić to czy tamto. Ćwiczyć czy nie. Boże jakie bzdury. 

Próbuję nie wpadać w obżeranie się, ale to trudne. Zawsze coś skubnę. Staram się odżywia z głową, ale różnie wychodzi. Wku*wia mnie, że przytyłam. Źle się ze sobą czuję. Wiem, że to zrzucę, ale teraz... kolejna rzecz, która na mnie źle działa. 

Wszystko wokół pędzi, a ja jakby w zwolnionym tempie. Nie nadążam. 

 

Nie wiem jak ja wytrzymam ten czas zmiany leków. Zwłaszcza, że dopiero się zaczął. Czuję się okropnie. 

 

Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Jaki wybrać w końcu kierunek - niezależność zawodowa, własny biznes, bo już tyle w niego zainwestowałam i oczywiście to lubię. Mniejszy kontakt z ludźmi, ale z drugiej strony klienci są różni, nie słuchają "wiedzą lepiej" jak w każdej branży. A może czy etat i nowy zawodowy pomysł, który odżył. To ponad dwa lata nauki. Wg mnie na początek. Kolejne lata... Chciałabym być dobrym specjalistą. Nie poprzestawać na tym. Ale to z kolei więcej kontaktu z ludźmi, tych dziwnych relacji, których nei rozumiem i które mnie wykańczają. 

 

Jakoś w niczym nie mogę się osadzić. A co jeszcze lepsze raz mi bliżej do jednej opcji, raz do drugiej. W zależności od czynników zewnętrznych oczywiście i tego czy w ogóle w danej chwili mam czymkolwiek zainteresowanie. 

 

Wiecie, rzygać mi się chce na to poje*ane życie. 😭

Edytowane przez HerShadow

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wczorajszy dzień był paskudny i przykry w sumie. Ludzie są beznadziejni. Miałam taką nadzieję, że to będzie zmiana na lepsze, a to gniazdo os. Obgadywanie, knucie. Na samą myśl o piątku i kolejnych dniach mi się odechciewa. Ja taka nie jestem, więc nie wejdę do żadnego z obozów. Nic mnie nie obchodzi obgadywanie siebie nawzajem.  Co gorsza po mnie też pewnie jadą. 

 

 

12h pracy, zjadłam coś po jakichś 10-ciu dopiero. Lubię jak się dzieje, bo czas leci. Najgorsze, to jak się dłuży w pracy, której nie lubisz, ale ludzi mało, to szkolenie słabe. O pomyłki łatwiej. Plus moja głowa, której trudno się skoncentrować.... ech. 

 

Ja sie nawet zgadzam, że najlepiej się uczy w ogniu walki, ale jak ma się wcześniej jakieś sensownie wsparcie, a nie średnio miłą "koleżankę", która jest trenerem. 

To jest beznadziejne. Ja się do niczego nie nadaję :(

Człowiek się tylko czuje jak inwalida. 

Edytowane przez HerShadow

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

5 godzin temu, HerShadow napisał(a):

Ja sie nawet zgadzam, że najlepiej się uczy w ogniu walki, ale jak ma się wcześniej jakieś sensownie wsparcie, a nie średnio miłą "koleżankę", która jest trenerem. 

To jest beznadziejne. Ja się do niczego nie nadaję :(

Człowiek się tylko czuje jak inwalida. 

 

Czasy są beznadziejne i ludzie też niełatwi a wytrwać w niekorzystnym środowisku trudne. To nie twoja wina. Ludzie który zachowują się przyzwoicie maja gorzej a jeszcze muszą "leczyć" bo nie wytrzymują toksycznego środowiska.  Świat zwariował a normalność zmieniła definicję.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

To prawda. 

Ale ludzie sobie z tym radzą. Odnajdują się w tym i zajmują swoje miejsce w grupie. 

Ja natomiast jestem ignorowana. Pytam o coś - cisza. Komu robią na złość?

Przecież jak nie przyjdę pewnego pięknego dnia, to im wyjdzie gorzej, bo są luki w grafiku.

A przecież nie jestem złośliwa. Jak mam sytuację odwrotną i ktoś jest nowy, to ja zawsze staram się pomóc najbardziej jak się da, wyjaśnić, bo wiem jak jest trudno. Ze mną się tak nie postępuje. 

Mój mąż mówi, że ja jestem po prostu życzliwa i ludzie nie czują, że jak zajdą za daleko, to się odmachnę. A ten moment nadchodzi zawsze, ale wtedy kiedy jestem już zła i przybita do ściany, zrezygnowana. Nie umiem wcześniej etapami stawiać granic, bo nie chce kłótni, boję się konfrontacji, boję się być odrzucona w grupie a i tak w sumie jestem, tylko mniej dotkliwie. Teraz na przykład wszyscy mnie ignorują i ja nawet nie wiem czemu. W rozmowie na grupowym czacie. Jestem zestresowana totalnie. Jutro mnie przeraża. Jak się mam nie mylić w takim stresie? Nie cierpię się mylić. Czuję się jak przegryw, a ludzie tam to umacniają. Wiem, że to nie jest definicja mnie, ale co z tego. 

 

Wiem, że dorosły człowiek idzie i rąbie sobie swój kawałek ziemi, ale ja mam ochotę uciec. :( Schować się. Przeraża mnie konfrontacja, nie daj Boże z kilkoma osobami na raz. A z tymi, co już dłużej pracują nie wygrasz. Nawet jak nie mają racji, to ją mają. 

 

Ta ostatnia sytuacja mnie tak rozstroiła, że nie mogę się pozbierać. Czułam się ostatnio dość stabilnie. Robiłam sobie jeszcze inne rzeczy w dni wolne. Od przedwczoraj jestem poddenerwowana, bo przeraża mnie jutro. Pomijam, że pierwszy dzień wolny był przespany, przepłakany. Schowany. 

 

Nie chcę takiej huśtawki dla mojego męża. Kocham go bardzo. Jest jedynym człowiekiem, który stoi za mną bardzo. Bardzo mnie wspiera, ale kiedyś go to może zmęczyć. Każdy ma swoje granice. 

 

Mój mąż pewnie ma racje, ale oboje też wiemy, że okropne rzeczy stoją za moim lękiem. 

Zapisałam się na ostatnią w życiu terapię. Po 10 - ciu latach w gabinetach, już przestaje wierzyć, że mi ona pomoże. Jeżeli ten człowiek nie da rady, to nikt nie da. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Tak mi jest przykro. 😢

Nie umiem być obiektywna, czy ja nie ogarniam czy jest wszystkiego dużo do opanowania i to normalne.

Dziś usłyszałam, że mam braki. Że po miesiącu pracy powinnam śmigać.

Być może. Ja w sumie czuję się samodzielna, więc trochę nie rozumiem… 

 

Moja perspektywa? Walczę codziennie. Wszystkie moje siły fizyczne i psychiczne wkładam, aby jak najszybciej mogę być „ogarnięta” samodzielna. Bo chce, bo tak już mam. Ale wiem, że nie radzę sobie ze stresem, że z koncentracją trudno, że rzeczy umykają. Wiem. 😢  Staram się w ogóle rano wstać. I to jest moje osiągnięcie. Jakie to k*wa smutne. 

 

A wiecie co jest najlepsze? Lubię nawet tę pracę. Może dlatego udaje mi się. nie nawalać, przychodzić w ogóle. Pewnie na plus jest też brak takiej śmiałej kontroli. Ma być zrobione i już. Dla mnie tak jest idealnie, ale początki, okres wdrażania, to dla mnie koszmar. Trudno ze stresem, a ludzie mają tak, że lubią korzystać z tego, że już są dalej i nie pamiętają początków, chociaż pracują ledwo od roku. 
 

Ja mam kompletnie inny odruch jak ktoś przychodzi. Przecież im dłużej ktoś się wdraża, tym dla wszystkich trudniej… Nigdy chyba nie zrozumiem ludzi. 
 

Nie czuję jakiejś zawrotnej zmiany na paroksetynie i zwiększeniu pregabaliny. Trochę mnie to dobija. 
Ale zaczęłam terapię z mega specjalistą niby od zaburzeń lękowych. Oby był tak dobry jak jego książka. Jestem totalnie zdesperowana, ale to ostatnia próba mojej terapii. Po ponad 10 latach jestem zmeczona. 
 

Nie chce nawet myśleć co będzie jak on nie pomoże. Nie wiem co dalej ze sobą zrobię, bo w obecnym stanie czuję się … nie wiem nawet czy to da sie opsiac. Tak męczyć się ze sobą już zawsze? 😢

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dwa dni temu w nocy rzygałam jak kot. Napisałam więc rano, że nie będę w stanie przyjść do pracy, bo ledwo trzymam się na nogach. Usłyszałam, że inni w takim stanie przychodzili i to jest nieodpowiedzialne. Oczywiście poddano w wątpliwość, że faktycznie nie przychodzę z powodu choroby. Jutro wracam i szczerze mówiąc jestem przerażona tym, jak będzie. Pomijam inne toksyczne zachowania ludzi w tym miejscu jakie mają miejsce na co dzień. Uznałam jednak, że postaram się robić swoje i dawać się w to wciągać. Teraz jednak mam wątpliwości czy dam radę, bo jutrzejszy dzień mnie przeraża. 

 

Szkoda, bo samą pracę lubię. Naprawdę służy mi to zajęcie. (btw. nowy terapeuta zasugerował sprawdzenie, czy nie mam adhd, co mogłoby tłumaczyć wiele z moich problemów.)

Ludzie natomiast są okropni. Odwrotnie niż w poprzednim miejscu. Ach 😥

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Po co to ludziom? Po co tworzenie konfliktów i robienie zamieszania? Mi się kompletnie nie chce robić takich rzeczy. Tyle energii to kosztuje. 
mając wspólne zadania nie da się nie byc wciąganym. Jedyne co można, to trzymać się brzegu i wychodzić na powierzchnię jak tylko się da. 
 

pomijam jakąś taką złośliwość i utrudnianie sobie pracy. Po co? Czy u Was w pracy też tak jest, że ludzie tworzą bezsensowne zamieszanie? 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@zarr dziękuję ❤️ 

 

Moj dzień był dzisiaj okropny. Co złego to ja, jakbym miała to określić w skrócie.  
Miałam dziś bardzo nieprzyjemną rozmowę, ale jednocześnie widzę swoją zmianę. Nie przejmuje się już tak, co się komu spodoba i nie daje sobą wycierać podłóg. 
 

Nie jestem może super społeczna, ale też nie jestem złośliwa celowo, nie utrudniam, skupiam się na zadaniach i chce je po prostu zrobić. Nie wybielam się jakoś bardzo z tym. Serio, nie mam złej woli, żeby komuś nie pomóc. Wręcz przeciwnie, bo wiem, że to rzutuje na naszą pracę. Ale to nic nie znaczy. A to przecież w sumie o to chodzi w pracy, nie? Żeby pracować, a tymczasem zajmuję się jakimiś dramami z d… zarzutami, tłumaczeniem się z jakichś donosów i mało tego, sama mam donosić. Oczywiście nie wprost to padło. Rzygac się chce. 🤮
 

Usłyszałam zarzuty, które mijały się z prawdą i wiem, że nie chce tam pracować. Zwłaszcza, że jest osoba czy dwie, które mają podobne wrażenie. Ale coraz rzadziej się pojawiają. 
 

Może dlatego, że nie chce brać w tym udziału, jestem tak traktowana? 
Moje Intencje nie mają w ogóle żadnego znaczenia. 🤷‍♀️😢 

 

Nigdy chyba nie nauczę się jak działają relacje. 🤷‍♀️

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie wolno ludziom pokazywać emocji .

Zwłaszcza w pracy ,w szkole .

Ani wesołym ani smutnym być .

Trochę trzeba manipulować tak jak oni to robią ,zejść do ich poziomu.Niestety.

 

 

 

Jednostki są tylko Dobre, szlachetne ,miłe .Ale dużo ludzi jest podłych .Wyżywają się na wrażliwych .jeżdżą na ich emocjach,chcą pokazać że są górą.Dlatego pewnego rodzaju olewactwo trzeba okazać tym którym to się należy,a  dobrym ludziom życzliwość.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

16 godzin temu, katrin123 napisał(a):

Nie wolno ludziom pokazywać emocji .

Zwłaszcza w pracy ,w szkole .

Ani wesołym ani smutnym być .

Trochę trzeba manipulować tak jak oni to robią ,zejść do ich poziomu.Niestety.

 

To prawda, ale to powiedzą, że jesteś niedostępny i nie zgrywasz się z zespołem. 

Jak nic, jedynym dla mnie wyjściem jest własna działalność. Bardzo jest to trudne na początku, bo ZUS jest niebotyczny. 

 

Nie chcę schodzić do takiego poziomu. Nawet nie umiem, nie wychodzi mi to. Czuje się paskudnie ze sobą. Jedyne co mi zostaje, to wyrobić sobie jakiś sposób ochrony dopóki muszę tam być, ale  nie umiem nic innego, niż niedostępność i zamrożenie. Oczywiście normalnie rozmawiam, ale na gigantycznym dystansie i tylko o tym, o czym muszę. 

 

Nie pasuję nigdzie. :(

 

@zarr a Ty jak sobie radzisz na co dzień?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

13 minut temu, HerShadow napisał(a):

 

To prawda, ale to powiedzą, że jesteś niedostępny i nie zgrywasz się z zespołem.

Eeee, nie przesadzałabym. Ja swego czasu miałam na pieńku z dużą częścią nazwijmy to "zarządu" firmy w której pracuje. Mówiąc na pieńku mam na myśli sytuację, że większość z tych osób najchętniej to wręczyłaby mi wypowiedzenie. Niestety ku ich niezadowoleniu, blokowała to szefowa, a to ona miała decydujący głos. Nie chodziłam na zebrania z zarządem, które były obowiązkowe, ani nic. Oczywiście szefowa powiedziała tym osobom, że to przez nich nie chce przychodzić. Co powiedzieli? W sumie nic. 

Czy nadal najchętniej by mnie wywalili? Chyba już im przeszło z tego co mi kiedyś mówiła szefowa, bo podobno część się już do mnie przekonała, ale w sumie wisi mi to i powiewa.

Wychodzę z założenia, że w pracy nie ma koleżanek, są tylko znajome mordy🙃 robię swoje, a jeśli ktoś ma ze mną jakiś problem, to jest to tylko i wyłącznie jego problem.

Edytowane przez acherontia styx

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Patrząc z perspektywy na to co piszesz to źródłem problemów jest tu praca.90% postów jest o pracy. Nawet najlepszy psycholog tu nie pomoże jak praca będzie całkowicie pochłaniać twoje myśli .Nie tylko kiedy w niej przebywasz, ale i po za nią ."Przynosisz" ją do domu, mąż nie ma lekko. Fundujesz sobie przebywanie w toksycznym dla Ciebie środowisku(z Twojego punktu widzenia).Pójście "na swoje" to zawsze skok na głęboką wodę, Co masz do stracenia ? Pracę do której nie lubisz chodzić ! . Jak nie wypali to wrócisz na etat, Nie wiem jaka to dziedzina ,ale każda wiąże się z ryzykiem niepowodzenia, bo tego boimy się najbardziej i to nas powstrzymuje. Będziesz przynajmniej miała poczucie że spróbowałaś ,zamiast wiecznego "co by było gdyby" . W każdej następnej na etacie znajdą się osoby z którymi będzie Ci nie po drodze ,chyba że zostaniesz "szefem wszystkich szefów" 🙂 i to Ty zaczniesz decydować o życiu innych .Jeżeli paroksetyna na Ciebie zadziała z cała swoją siłą to zmienisz świat (bynajmniej ten otaczający Ciebie). 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×