Wyzysk, głodowe płace, prekariat - pomiatanie pracownikiem

Nic związanego z tematami 'nerwica', 'stres', 'depresja', 'psychologia' itd.
W końcu nie tylko psychologią człowiek żyje. ;)

Czy razi cię wyzysk pracowników w Polsce?

Zdecydowanie tak (zgroza!)
8
73%

Tak (tak nie powinno być)
2
18%

Nie (ważne, że te osoby w ogóle pracują)
1
9%

 
Liczba głosów : 11

Wyzysk, głodowe płace, prekariat - pomiatanie pracownikiem

Avatar użytkownika
przez take 08 paź 2015, 10:50
Jeden z komentarzy ze strony http://www.strefabiznesu.pomorska.pl/artykul/umowy-smieciowe-wyzysk-czy-szansa-na-prace-73751.html/comments/new
Jak można ludziom wmawiać ,że umowa śmieciowa jest dla nich dobra?!
Takie umowy to wyzysk pracownika ,możliwość zarabiania na pracowniku przyzwolenie na wyzysk.
To jest przyzwolenie państwa na wyzysk ludzi będących często w ciężkiej sytuacji życiowej finansowej.
Jest to brak szacunku do pracownika.
Firma która oferuje takie umowy nie potrzebuje pracowników tylko idiotów których się zmusi do roboty batem strachem albo marchewką.
F21, F42.2, F84.5
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2191
Dołączył(a)
21 lut 2015, 16:02

Wyzysk, głodowe płace, prekariat - pomiatanie pracownikiem

Avatar użytkownika
przez take 08 paź 2015, 14:56
https://www.youtube.com/watch?v=9D0t_4Bo0Y0 - Jak ZUS niszczy upragnioną potęgę gospodarczą Polski?

Pod filmem (w "pokaż więcej"):

Wielkim hamulcem w rozwoju polskiej gospodarki jest prawo dotyczące zakładania oraz prowadzenia działalności gospodarczej. Zdecydowanie najcięższym problemem są stałe składki, które co najlepsze rosną z roku na rok i są coraz większe. Składki te są obowiązkowe i niezależne od zysku jaki generuje dana firma. ZUS w taki sposób skutecznie demotywuje do zakładania firm, czyli jednocześnie tworzenia nowych miejsc pracy.
Nie każdy ma aspiracja do prowadzenia wielkiej korporacji, tylko chce sobie założyć małą działalność gospodarczą opartą chociażby na serwisie YouTube. Z resztą nawet jak ktoś umiałby stworzyć wielką korporację, to nie od razu Rzym zbudowano, a jak wiadomo początki są najtrudniejsze. Więc płacenie na dzień dobry 447 zł miesięcznie jest kompletnym absurdem, gdyż w początkowej fazie rozwoju są to ogromne pieniądze, a wyżycie za jakieś 100 zł nadwyżki miesięcznie bez precedensów kończy przygodę z firmą i goni do ciężkiej roboty.
Oczywiście jest to tylko początek, ponieważ po 2 latach prowadzenia firmy będziemy musieli płacić miesięcznie 1095 zł i należy cały czas pamiętać, że ta kwota nieubłaganie jest zwiększana przez ZUS każdego roku. Gdy opłacimy już składki obowiązkowe przychodzi czas na znienawidzone przez wszystkich ciężko pracujących Polaków słowo – podatek.
Dochodowy wynosi aż 18%, niestety kwota wolna od podatku nie tworzy kontrastu dla tej liczby i jest przerażająco niska. 3091 zł i jest to oczywiście zysk w skali rocznej, jeżeli chodziłoby o miesiąc to pół biedy, ale w skali rocznej jest to masakra do takiego stopnia, że wychodzi uwaga 257 zł miesięcznie, czyli o wiele, wiele mniej niż obowiązkowa składka i to nawet dla początkujących przedsiębiorców.
Polacy bardzo często niestety emigrują, jednym z najpopularniejszych państw jest Wielka Brytania. Polacy założyli tam już 22 tysiące firm. Działalności gospodarcze cieszą się tam taką popularnością chociażby z tego powodu, że składki są zwiększane stopniowo wraz z zyskiem jaki generuje dane firma, kwota początkowa zaś wynosi w przeliczeniu na złotówki, po prostu śmieszne w obliczu naszych 447 zł, uwaga 63 zł!
Jednak to nie koniec ułatwień. Kwota wolna od podatku na wyspach wynosi aż około 60 420 zł rocznie, co daje kwotę 5035 zł miesięcznie. Nie muszę chyba mówić, że jest to prawie sto razy więcej niż składka początkowa, więc różnicę w porównaniu do naszego prawa zobaczyłby nawet ślepy. Co więcej legalne założenie firmy w Polsce może zająć nawet miesiąc, podczas gdy u Anglików czas ten wynosi zaledwie 13 dni.
Nie chciałbym tylko aby kogoś zmotywowało to do wyjazdu z naszej ojczyzny, po prostu trzeba bardzo mocno i stanowczo naciskać na władzę, aby przejrzała na oczy i aby wymienili swoich doradców i asystentów na osoby kompetentne i znające się na temacie.
F21, F42.2, F84.5
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2191
Dołączył(a)
21 lut 2015, 16:02

Wyzysk, głodowe płace, prekariat - pomiatanie pracownikiem

Avatar użytkownika
przez take 08 paź 2015, 23:31
http://www.dzienniklodzki.pl/artykul/1052950,kto-pracuje-za-mniej-niz-10-zlotych-za-godzine,id,t.html?cookie=1

Kto pracuje za mniej niż 10 złotych za godzinę?

10 zł - tyle może wynosić minimalna stawka za godzinę pracy. W Łódzkiem nie brakuje zajęć, gdzie płace są nawet o połowę niższe

Minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz proponuje wprowadzenie minimalnej stawki za godzinę pracy. Miałaby ona wynosić około 10 złotych. Resort ma sprawdzić, czy możliwe jest wprowadzenie stosownych przepisów do kodeksu pracy. Dotyczyłyby one wynagrodzeń nieobjętych standardową umową o pracę i niepodlegających przepisom o płacy minimalnej.

Dziś w kraju tysiące ludzi pracują za stawki rzędu 5 czy 6 złotych za godzinę, co miesięcznie daje poniżej tysiąca złotych brutto.

- Płacę firmom podwykonawczym od 20 do 25 zł za godzinę. Ale ile oni z tego oddają swoim pracownikom? Sądzę, że poniżej 10 złotych - mówi jeden z dużych łódzkich przedsiębiorców budowlanych.

Wojciech Pater, prezes Mostów-Łódź, deklaruje, że w jego firmie minimalna stawka godzinowa wynosi 15 złotych brutto. - Propozycję ministra pracy oceniam bardzo dobrze. To jest po prostu ochrona ludzi. W Danii, której przykład często przywołuję, minimalna stawka godzinowa w przeliczeniu na naszą walutę wynosi około 60 złotych - mówi prezes Wojciech Parter.

Sporo ofert pracy rozliczanej godzinowo można znaleźć w "zasobach" Ochotniczych Hufców Pracy. Stawki? Dla bardzo niewymagających... Na przykład na stanowisku zwanym "ekspozytor towarów" można zarobić w jednej z łódzkich firm całe 5,89 zł brutto za godzinę.

Tesco zatrudni w Łodzi na umowę-zlecenie kasjerkę z wykształceniem minimum zasadniczym zawodowym, oferując jej od 7 do 8 złotych brutto za godzinę. Grafik do ustalenia. Jeśli ktoś chce pojechać za pracą do Wielkopolski, w jednym z tamtejszych hipermarketów Carrefour może zarobić 8,80 zł za godzinę, pracując od 15 grudnia na stoisku oferującym karpie. Czas pracy - od 8 do 10 godzin dziennie.

Oferta dla "kasjera handlowego" w Łodzi to 6,50 złotego. Praca ma być świadczona na podstawie umowy o dzieło... Również 6,50 złotego oferowała młodym ludziom firma za godzinę rozdawania ulotek pod łódzką Manufakturą.

Kelnerka z łódzkiej restauracji mówi, że zarabia 5 złotych brutto za godzinę, ale do wynagrodzenia dokłada to, co uzbiera z napiwków. Tradycyjnie za jedną z najsłabiej opłacanych branż uchodzi sektor usług ochroniarskich.

W internecie roi się od ogłoszeń z zarobkami rzędu 8 - 9 złotych za godzinę (na przykład za fizyczną ochronę obiektu handlowego w nocy), choć nieoficjalnie mówi się, że zdarzają się zarobki na poziomie 5 złotych.

A kto może dziś liczyć na "ministerialną" godzinową stawkę minimalną? Na przykład dziewczyna o miłej aparycji i dobrej prezencji. Posiadając takie atrybuty może zostać hostessą za równe 10 złotych za godzinę.
F21, F42.2, F84.5
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2191
Dołączył(a)
21 lut 2015, 16:02

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Wyzysk, głodowe płace, prekariat - pomiatanie pracownikiem

Avatar użytkownika
przez take 09 paź 2015, 14:26
Jeden komentarz z artykułu http://biznes.onet.pl/wiadomosci/handel/glodowe-stawki-za-prace/qxfggt:

Za obóz pracy we Włoszech robili wielki raban a w Polsce legalnie za 1zł/godz i jest ok????. WSTYD gdzie jest PO, Gdzie był Komorowski, pewnie w tym czasie pilnował żyrandola. Panie Petru, doradztwo idealne na najwyższym poziomie. Z drugiej strony kto zgodził się pracować za taką stawkę. Przecież przez godz to ja więcej butelek albo złomu zbiorę. Myślę, ze było to wykorzystanie osoby upośledzonej intelektualnie albo szantażowanej. Tym powinien zająć się prokurator.
F21, F42.2, F84.5
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2191
Dołączył(a)
21 lut 2015, 16:02

Wyzysk, głodowe płace, prekariat - pomiatanie pracownikiem

Avatar użytkownika
przez take 11 paź 2015, 09:22
Dość długi artykuł o problemie "umów śmieciowych", z własnymi podkreśleniami: http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,184 ... rects=true

Czytelnicy piszą o śmieciówkach: Suma złych doświadczeń

Nasza akcja poświęcona ograniczeniu stosowania tzw. umów cywilnych spotyka się z ogromnym zainteresowaniem - świadczą o tym choćby setki maili przysyłanych do redakcji. O czym piszą nasi czytelnicy? Głównie o własnych doświadczeniach.

Dla osób pracujących na umowach śmieciowych ważne jest nie tylko odprowadzanie składek od całości zarobionej pensji, lecz także wysokość tej pensji.

Dlatego teraz najważniejsze jest ustalenie kwoty minimalnej dla tych, którzy nie mają stawki godzinowej, i stawki minimalnej godzinowej dla tych, którzy pracują godzinowo. Rząd wie, że to jest podstawowa kwestia oprócz tej dotyczącej płacenia składek ze wszystkich umów.

Bo co z tego, że za tę samą pracę jeden pracownik ma płacone 3,50, inny - 4,50, a jeszcze inny - 6 zł.

Każdy z nich robi to samo, ale w różnych firmach, i ma płacone według uznania pracodawcy.

To powoduje Dziki Zachód płacowy.

A pracodawcy i tak robią jeszcze inne oszczędności na pracownikach. Oprócz tego, że oferują bardzo zaniżoną stawkę, nie płacą za czas choroby i nie dają możliwości urlopu.


Jeśli więc nie płacą za wszystko, to przynajmniej niech stawka godzinowa będzie uczciwa.

Niech ta kwota będzie powiązana z płacą minimalną, bo ona jest tylko dla tych na etacie. A na razie tak się jej używa - tylko dla etatowców. Zresztą nawet kiedyś minister Kosiniak-Kamysz powiedział, że logiczne byłoby powiązanie stawki godzinowej z płacą minimalną.

Iwona

Temat umów śmieciowych był dotychczas omijany i wstydliwy. Temat za to bardzo wygodny dla "przedsiębiorców" oszustów.

To, co się porobiło na polskim rynku pracy, to po prostu skandal, granda, wyzysk do kwadratu i zwyczajnie seria oszustw.

Setki, tysiące agencji ochrony i agencji pracy tymczasowej otrzymujących dopłaty za zatrudnianie niepełnosprawnych. Supermarkety zatrudniające przez pośredników za marny grosz, unikające jednocześnie płacenia podatków państwu polskiemu i mnożące swe zyski. Te same supermarkety miały być dobrodziejstwem tworzącym masowo miejsca pracy (etaty) - tak się kiedyś mówiło.

A ile tego typu "firm" próbuje jeszcze obcinać zarobki lub w ogóle znika, nie wypłacając?

Czas wreszcie to ukrócić zgodnie z zawartymi w artykule postulatami, ponieważ grozi to poważną klęską narodową (ludzie nie zakładają rodzin, masowo emigrują, zamiast żyć z emerytur, będą grzebać w śmietnikach).

Pozdrawiam z życzeniami, aby przyszły wreszcie lepsze czasy i każdy mógł żyć na odpowiednim poziomie.

Tomasz

Jako mały przedsiębiorca chciałam zabrać głoś w tej dyskusji. Proszę pamiętać, że tacy jak my ryzykujemy swój majątek, zakładając swoje małe biznesy, i nawet jak nic nie zarobimy, pracownik pensję dostać musi. Nawet jeśli jest chory, to do 30 dni my mu płacimy, chociaż składki zbiera ZUS! A pracownicy są różni: często nadużywają zwolnień (i wtedy trzeba zapłacić drugiej osobie), bywają leniwi i nieodpowiedzialni (przerabiamy to na co dzień), a zwolnić ich jest niełatwo. Płacić trzeba też za urlop, choć wtedy nie zarabiamy, a zastępstwo za darmo do pracy nie przyjdzie.

W tym krzyku wszyscy zapominają, że wszystko jest na głowie przedsiębiorcy: wysokie składki, podatki, cała machina biurokratyczna (dlatego trzeba opłacać księgową, bo kto temu da radę?), nieprzyjazne dla nas państwo i przepisy, i fiskus wietrzący wszędzie przekręt, no i teraz jeszcze ZUS, i za chwilę związki zawodowe.

Nadmienię też, że solidnego pracownika to ze świecą szukać i takiego każdy chętnie przytrzyma etatem, jeśli ten będzie chciał. Bo nie jest tajemnicą, że opłaty towarzyszące etatom są tak wysokie, że pracownik na etacie do ręki dostaje znacznie mniej niż na zleceniu. I wszyscy to rozumieją, tylko nie nasze państwo, a raczej oderwani od rzeczywistości jego przedstawiciele. Na zleceniu też trzeba się wykazać i żeby zarobić, trzeba się narobić, a nie każdy to lubi. Bo płacą za tyle godzin, ile się faktycznie przepracowało. Nie mówię tu o nieuczciwych pracodawcach, ale pamiętajmy, że pracownicy także są różni. A raczej powiedziałabym, że są coraz bardziej roszczeniowi i niechętni do wykazywania się i przemęczania.

A nasze państwo niech lepiej u siebie w urzędach zrobi porządek i da innym dobry przykład, a przedsiębiorcom nie tylko przed wyborami uprości trochę życie, a nie wyłącznie pochyla się nad tymi nieborakami, którzy nie bardzo chcą się wysilać w pracy. Praca jest, tylko dla solidnych i starających się. Pracodawca to doceni.

Zobaczcie też, dlaczego tak mało jest głosów przedsiębiorców - bo my nie mamy czasu na użalanie się nad sobą, my od rana do nocy ciężko pracujemy, co większości umyka. I pytam jeszcze raz: czy ci związkowcy i inni, którzy tak krzyczą, są gotowi zaryzykować swoje pieniądze, tak jak my to robimy? Jeśli państwo przejmie część zobowiązań (np. ZUS za zwolnienie), to może i my chętniej zaryzykujemy zatrudnianie chorych i ciężarnych. A kto ostatnio wprowadził tak drastyczne przepisy dla ciężarnych? Bo one obciążały ZUS? Ale przedsiębiorcę można obciążyć, bo to jego prywatne pieniądze, a nie państwowe.

Rozgoryczona czytelniczka "Wyborczej"

Iwona

Czy zdają sobie państwo sprawę z tego, że pracownicy naukowi uczelni wyższych, wykładowcy, którzy mają kształcić przyszłe pokolenia, są zatrudniani na podstawie umów śmieciowych? Otrzymują kontrakty terminowe. Ustawa o szkolnictwie wyższym pozwala na to, aby wykładowcy nigdy nie otrzymywali stałych umów.

Pytanie, jak pracownik naukowy uczelni ma myśleć o swoich studentach i możliwie najlepszym ich nauczaniu, skoro sam nie jest w stanie bezpiecznie planować swojej przyszłości. Znam sytuację z autopsji, ponieważ moja żona jest wykładowcą i otrzymała pismo z uczelni o zakończeniu kontraktu, mimo że była w trakcie urlopu wychowawczego.

Co więcej, jest to sytuacja patowa, nie można się zgłosić do Inspekcji Pracy, nie można ostro walczyć o swoje zatrudnienie, ponieważ uczelniany światek jest tak zamknięty, że po wejściu na jakąkolwiek drogę prawną nie otrzyma się pracy już nigdzie i na żadnej uczelni.

Ostatnio usłyszałem od mojej żony: "Wyjedźmy z tego kraju, mogę pracować na zmywaku".
Powiedziała mi to osoba ze stopniem doktorskim.

Ten kraj nie jest normalny i z całą rodziną wyniósłbym się natychmiast, jak tylko znalazłbym pracę, która umożliwiłaby mi utrzymanie rodziny. A jestem nie najmłodszym człowiekiem, mieszkałem już poza Polską i za największy błąd w życiu uważam to, że wróciłem do niej.

Konrad

Dyskusja na temat śmieciówek jest mydleniem oczu. Wygląda trochę tak, jakby istota sprawy leżała na styku pomiędzy roszczeniowymi pracownikami a zachłannymi pracodawcami.

W istocie drobni pracodawcy zmagają się z wiązaniem końca z końcem. Prawdziwa przyczyna leży gdzie indziej - po stronie państwa i jego bezmyślnej biurokracji. Prawo zamówień publicznych sprowadzające wszystko do prymitywnej rywalizacji cenowej sprawia, że pracodawcy, aby mieć jakiekolwiek zlecenia, muszą szukać wszelkich oszczędności. Jeżeli o wszystkim ostatecznie decyduje cena, to uczciwie skalkulowana oferta musi być odrzucona. Z pierwotnych wycen zamówień w wyniku wyniszczającej konkurencji w publicznej kieszeni zostaje 30-50 proc. ich wartości. Właśnie tam kryją się pieniądze, których nie mogą dostać pracownicy, oszczędności na ZUS itp.

Jeżeli system udzielania zamówień publicznych się nie zmieni, to wszelkie zwiększenie obciążeń z tytułu kosztów pracy u drobnych pracodawców uderzy przede wszystkim w pracowników. Zmniejszą się kwoty do ręki, zmniejszy się zatrudnienie, bo drobni pracodawcy w obliczu marnych budżetów nie będą mieli innego wyjścia.

Krzysztof

Wszyscy płacimy za śmieciówki

- Właścicielka restauracji co miesiąc przynosi dokument gwarantujący pracę na kolejne 30 dni. I nigdy nie mam pewności, czy znowu go dostanę - opowiada Katarzyna, bohaterka naszego reportażu. - Nigdy nie wiem, ile zarobię i jak długo będę pracować - dodaje Sylwia.

Polaków pracujących w taki sposób jest coraz więcej. Nie mają prawa do urlopu czy ochrony sądu pracy. Niezależnie od stażu pracy mogą zostać zwolnieni z dnia na dzień. Jesteśmy europejskimi rekordzistami w tymczasowym zatrudnieniu. Lata temu, gdy po zmianie ustroju odbijaliśmy się od gospodarczego dna, ta elastyczność pomogła nam przyciągnąć inwestorów i zwalczyć wysokie bezrobocie. Jednocześnie przyniosła fatalne skutki społeczne.

Teraz mamy rekordowo niskie bezrobocie i stabilny wzrost gospodarczy. To bardzo dobry moment na rozwiązanie problemu śmieciówek. Wykorzystajmy go.
F21, F42.2, F84.5
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2191
Dołączył(a)
21 lut 2015, 16:02

Wyzysk, głodowe płace, prekariat - pomiatanie pracownikiem

przez Dami111 11 paź 2015, 12:35
Nic innego jak wyjechać z tego kraju bo nic dobrego tutaj nie czeka.Zarabiając minimalną krajową w Polsce to za dużo sobie niestety nie można pozwolić :/
Offline
Posty
106
Dołączył(a)
02 wrz 2014, 10:54

Wyzysk, głodowe płace, prekariat - pomiatanie pracownikiem

Avatar użytkownika
przez nieboszczyk 11 paź 2015, 12:38
Dami111 napisał(a):Nic innego jak wyjechać z tego kraju bo nic dobrego tutaj nie czeka.Zarabiając minimalną krajową w Polsce to za dużo sobie niestety nie można pozwolić :/

aby wyjechać z tego syficznego kraju trzeba mieć jeszcze zdrowie.jak wyjedziesz jako inwalida z głodową rentą i ZUSowskim zakazem pracy?
Avatar użytkownika
Offline
Posty
7866
Dołączył(a)
29 wrz 2008, 20:28
Lokalizacja
z trumny z peryskopem

Wyzysk, głodowe płace, prekariat - pomiatanie pracownikiem

Avatar użytkownika
przez khaleesi 12 paź 2015, 22:20
Ciekawe kto głosował :D
"Zajmij się życiem albo umieraniem"
Nie wystarczy mieć rozum, trzeba jeszcze posiadać go tyle, by go nie mieć za dużo.~~Andre Maurois
Jest cechą głupo­ty dos­trze­gać błędy in­nych, a za­pomi­nać o swoich
Avatar użytkownika
Offline
Mistrz Avatara
Posty
12625
Dołączył(a)
20 lis 2010, 22:09
Lokalizacja
Kraina Czarów ekm Smoczków! :)

Wyzysk, głodowe płace, prekariat - pomiatanie pracownikiem

Avatar użytkownika
przez take 12 paź 2015, 22:24
Uważam, że każdy człowiek powinien mieć zapewnione godne warunki życia, bez względu na np. poziom sprawności czy wydajności w pracy. Bycie wyzyskiwanym nie jest czymś, co czyni życie lepszym. Tych słabszych należy otoczyć opieką, a nie np. wyzywać ich od nierobów czy obiboków. "Śmietanka" pławi się w luksusie, a wielu ludzi żyje w biedzie. Nierówności społeczne są rażące w dzisiejszym świecie, w wielu krajach jest nawet wyraźnie gorzej, niż w Polsce.
F21, F42.2, F84.5
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2191
Dołączył(a)
21 lut 2015, 16:02

Wyzysk, głodowe płace, prekariat - pomiatanie pracownikiem

przez ala1983 12 paź 2015, 22:24
khaleesi napisał(a):Ciekawe kto głosował :D

:pirate:
"Objawy mają swoje znaczenie"
Zygmunt Freud (1856-1939)
Offline
Posty
3513
Dołączył(a)
19 lis 2011, 18:53
Lokalizacja
W drodze...

Wyzysk, głodowe płace, prekariat - pomiatanie pracownikiem

przez zalezna 12 paź 2015, 22:31
Dami111 napisał(a):Nic innego jak wyjechać z tego kraju bo nic dobrego tutaj nie czeka.Zarabiając minimalną krajową w Polsce to za dużo sobie niestety nie można pozwolić :/

Ja się strasznie boję, co będzie jak zabraknie moich rodziców(na razie mieszkam z nimi) i jakoś na spółkę opłacamy rachunki. Ale niechby umarli, dom jest pod hipotekę, ja za mało zarabiam, żeby samodzielnie się utrzymać, więc automatycznie wtedy ląduję pod mostem. Czekam tylko w strachu kiedy ta chwila nadejdzie :/
zalezna
Offline

Wyzysk, głodowe płace, prekariat - pomiatanie pracownikiem

Avatar użytkownika
przez take 12 paź 2015, 22:42
Wyrzucanie ludzi na bruk to ewidentna patologia. Nie powinna mieć miejsca w ogóle. Tym bardziej, jeśli ktoś nie jest alkoholikiem, narkomanem, rozpustnikiem itp.
F21, F42.2, F84.5
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2191
Dołączył(a)
21 lut 2015, 16:02

Wyzysk, głodowe płace, prekariat - pomiatanie pracownikiem

Avatar użytkownika
przez take 18 paź 2015, 11:58
Długi artykuł ze strony http://www4.rp.pl/Plus-Minus/309189997-Naga-polska-bieda.html:

Bieda i poczucie społecznych nierówności w Polsce sprzyjają potęgowaniu atmosfery konfliktu społecznego. Socjologia nazywa to świadomością rewolucyjną.

W wielkim mieście biedy nie widać. Pod warszawską szkołą moich dzieci parkują kosztowne auta, w szatni stoją markowe buciki po 200 złotych para. Wystarczy jednak wjechać do Polski od strony zachodniej, a tuż przy granicy powita nas przaśna reklama domu publicznego i rzęsiście oświetlona budka „Przekręcanie liczników 24h", co oprócz tego, że okrywa nas wstydem, przypomina, że to biedny kraj. Nie chodzi jednak tylko o to, że część z nas nie ma internetu, ale też o to, że coraz liczniej nie mamy nic do chleba. Co gorsza, nawet praca nie chroni tu już przed ubóstwem.

6 złotych na jedzenie

Prawie trzy miliony Polaków żyje na granicy biologicznego przetrwania, osiągając miesięcznie dochód niższy niż ustalone przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych minimum egzystencji – wynika z twardych danych (GUS, 2014). Oznacza to, że gospodarując samotnie, osoby te dysponują miesięcznie sumą mniejszą niż 540 zł, żyjąc w rodzinie czteroosobowej, osiągają dochód poniżej 460 złotych na osobę, a w gospodarstwach emeryckich i dwuosobowych mniej niż 428 zł na osobę.

„Zaspokajanie potrzeb na tym poziomie i zakresie rzeczowym umożliwia jedynie przeżycie" – czytam na stronach IPiSS. Jakie to przeżycie? Rodzina z dwójką dzieci może wydać na żywność 28 zł dziennie (7 zł na głowę). Na ubranie i buty 20 zł miesięcznie na osobę. Para emerytów, zdaniem ekspertów, przeżyje, jedząc posiłki za 12 zł dziennie (po 6 zł na osobę).

Prognoza jest równie fatalna, bo wskaźnik ubóstwa skrajnego idzie w górę. Od roku 1996 do 2005 rósł, osiągając w 2005 r. maksimum – 12,3 proc., potem zaś pikował w dół, zatrzymując się w 2008 r. na 5,6 proc. Od tego czasu znów systematycznie pnie się w górę: w 2012 r. wynosił 6,8 proc., w 2014 r. już 7,4 proc. – Nie możemy przymykać oczu na ludzki dramat i rosnące statystyki ubóstwa – mówi bardzo poważnie prof. Arkadiusz Karwacki, szef Pracowni Badania Jakości Życia UMK w Toruniu.

Obok biedy skrajnej rozciąga się spory margines ubóstwa zwanego relatywnym. Miesięczny dochód jednoosobowych gospodarstw w tej grupie to poniżej 713 zł, a czteroosobowej rodziny – 1926 zł. Tak spauperyzowanych jest 16,3 proc. Polaków (to prawie 6 mln z nas). Tylko 5 proc. obywateli to ludzie średniozamożni według standardów zachodnioeuropejskich.

Biedni w Polsce biednieją, ale dzieje się też coś więcej. Idzie nowe. Powstają bowiem obszary niedostatku niezwiązane z brakiem pracy czy liczbą dzieci ani też z marginesem społecznym i patologiami. – Tworzy się klasa pracujących biednych, obok niej zaś wyrasta niebezpieczna, relatywnie duża strefa zagrożenia biedą określana jako „near poor" lub „missing class" – mówi prof. Jolanta Grotowska-Leder, socjolog z Uniwersytetu Łódzkiego.

Justynę napotykam na forum dla nowożeńców. Z wykształcenia jest polonistką, mieszka w Tarnowie (Małopolskie). Pisze: „Gdy po raz setny słyszę w radiu, że nie chce się nam rodzić dzieci, zmieniam stację. Spójrzcie na mnie! Mam lat 28, kocham męża i jak większość par marzymy o dziecku. Marzymy też o świadomym rodzicielstwie. Ale: na umowie-zleceniu w Tarnowie zarabiam 1200 zł miesięcznie, wykonując prace biurowe (śmieciówek nie obowiązuje płaca minimalna). Nie mam też żadnej pewności, że dalej tam będę pracować za miesiąc czy dwa. Nie mam macierzyńskiego urlopu, ba, nie mam żadnego urlopu. A każda dłuższa choroba (nie śmiem myśleć o złamanej nodze) równa się pusta lodówka w wynajmowanym pokoju, bo nie mam ani chorobowego ani też oszczędności. A widoków na kredyt mieszkaniowy bez umowy o pracę też brak. Poczekamy. Hojne państwo zafunduje nam kiedyś in vitro, bo na razie jedyne, co mam, to »elastyczny czas pracy« (ważny pewnie, ale dla matek dzieciom) i poczucie, że, jak w piosence Grabaża, »żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w ...«" – tu wpis się kończy.

Okazuje się, że liberalizacja kodeksu pracy bez wątpienia ułatwiła życie przedsiębiorcom, podcinając przy tym jednak skrzydła milionom pracowników z błogosławieństwem państwa zatrudnianych na pozbawiające wszelkich zabezpieczeń socjalnych i niechronione kodeksem pracy umowy cywilnoprawne (zlecenia czy o dzieło). Także zmuszanych do przechodzenia w tryb „samozatrudnienia". Bez szans na realne planowanie jutra, często w ekonomicznym niedostatku, żyje prawie 9 proc., czyli 1,4 mln wszystkich zatrudnionych. Kontrola Państwowej Inspekcji Pracy w zeszłym roku wykazała, że na tysiąc sprawdzonych umów 200 zawarto tylko po to, by nie płacić składek do ZUS.

W grupie osób skrajnie ubogich 6 proc. stanowili pracownicy najemni, 4 proc. pracujący na własny rachunek. Zgodnie z szacunkami GUS w rodzinach robotniczych w biedzie żyje co dziesiąty Polak. Pensja minimalna to u nas 1237 zł netto, a otrzymuje ją wg Eurostatu ok. 10 proc. pracowników (w badaniach brano pod uwagę tylko zatrudnionych na umowy o pracę w prywatnych firmach liczących powyżej dziesięciu osób). Idźmy dalej: średnie godzinowe pensje to u nas 8,4 euro, w Niemczech zaś 31,4 euro. A jak przypomina prof. Wojciech Dyduch z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach, średnia polska pensja wynosi tyle, ile hiszpańska płaca minimalna.

Nic dziwnego (i żaden to powód do dumy), że hale produkcyjne wracają z Azji do Polski, jeśli staliśmy się kolonią taniej siły roboczej. Wykształconej i nie. Sugestywnie traktuje o tym raport dr Anny Paluszek „Uszyte w Polsce" ilustrujący warunki płacy i pracy polskich szwaczek, które jako często jedyne żywicielki rodzin zmuszone są do uprawiania marchwi i kiszenia kapusty, by mieć co jeść. Przeciętna pensja w przemyśle odzieżowym zatrudniającym w Polsce ponad 97 tys. osób to 1300 złotych netto.

Po co komu praca?

Prof. Grotowska-Leder tłumaczy, że to jest właśnie owa „zapomniana klasa" („missing class") opisana przez harwardzkich badaczy. – Należą do niej w większym stopniu młodzi dorośli niż ludzie starsi, niefigurujący (jeszcze) w statystykach pomocy społecznej. Pracując bowiem dużo i ciężko, choć za małe pieniądze, jakoś sobie radzą. Jednak nie mając zabezpieczenia socjalnego i ekonomicznego, w razie traumatycznych doświadczeń życiowych, jak dłuższe pozostawanie bez pracy, choroba żywiciela rodziny lub jego śmierć, szybko osuwają się w obszary ubóstwa – uważa.

Podobnego zdania jest prof. Grzegorz Nowacki, kierownik Zakładu Społeczeństwa Polskiego Katedry Socjologii Uniwersytetu w Białymstoku. – Badania mówią, że aż 90 proc. z nas nie zgromadziło żadnych oszczędności (z definicji to co najmniej 5 tys. zł), dlatego gdy wypadamy z rynku pracy, szybko wciąga nas wir pauperyzacji. Finałem jest bieda i bezdomność dotycząca już 700 tys. osób. I mimo że widoczna w badaniach sytuacja materialna kraju się poprawia, rośnie w nas subiektywne poczucie niedostatku. Nie mamy bowiem bezpieczeństwa socjalnego, którego podstawą jest pewność pracy, a pensje poniżej kosztów utrzymania owocują deklasacją, faktyczną biedą i wykluczeniem społecznym – uważa.

Rzut oka na geograficzną mapę nędzy. Jesteśmy w Warmińsko-Mazurskiem. Zielono, ale żadna to „zielona wyspa". Statystycznie bowiem tu jest najgorzej, niestety od lat. Wskaźnik skrajnego ubóstwa to 14,8 proc., czyli co szósty mieszkaniec żyje w biedzie, bezrobocia – 19,6 proc. – oba najwyższe w Polsce. Jak większość obszaru Polski północnej Mazury są spadkiem po pegeerach. Alternatywa zatrudnienia do dzisiaj niemal żadna, przekwalifikowanie się trudne.

Pozostaje powszechna stąd migracja, problem ubóstwa może więc wkrótce rozwiąże się sam. Niedostatek nie służy też życiu rodzinnemu – najwyższy tu w Polsce współczynnik rozwodów i nastoletnich ciąż. Choć, zdaniem socjologów, nie jest to już popegeerowski lumpenświat z filmu „Arizona" (nakręconego w Pomorskiem w 1997 r. przez Ewę Bożęcką).

Ba, kandydująca ongiś do nowych siedmiu cudów świata Kraina Wielkich Jezior Mazurskich reklamuje się „To Mazury, nie Amazonia", a pół Warszawy, sądząc po piątkowo-niedzielnym korku na wylotówce, ciągnie w te rejony na weekend. Prof. Nowacki, prywatnie właściciel posiadłości na Mazurach, przekonuje jednak, że efektywność inwestycji turystycznych jest tu właściwie żadna. – Sezon trwa dwa miesiące, a turystów niewielu, bo jeśli hotel w Starych Jabłonkach kosztuje tyle, ile w Hiszpanii, to kto do Jabłonek jeździ? Tylko sentymentalni Niemcy – uważa.

Inna sprawa, że obecni właściciele tamtejszych wielkich gospodarstw nie kwapią się ponoć zatrudniać „popegeerowskich sierot". Czemu? Pytam w okolicach Olsztynka panów brylujących pod sklepem z piwem, dlaczego nie pracują w lokalnym gospodarstwie. A oni na to: – Jakże pracować, skoro płacą 3 zł na godzinę? Nie pracujem, bo się napracujem.

– Taka to kultura pracy – ironizuje prof. Nowacki. A potem dodaje poważnie: – Kultura pracy tworzy się w miejscu pracy. A brak alternatywy zwykle spycha ludzi w alkoholizm, psychozy czy degrengoladę. Dlatego miarą sukcesu na tych terenach jest tworzenie nowych miejsc pracy, a to wychodzi nam słabo i nikt się nie zająknie, ile takich miejsc stworzyliśmy w ciągu ostatnich lat – mówi.

„Po co komu praca? Lepiej wziąć zapomogi i się uchlać, a dzieci posłać po runo do lasu" – komentuje w internecie mazurską pracowitość Krajan54. Część Polaków bowiem dorabia, „czerpiąc zyski" z lasu. Jakie to zyski? W skupie pod Koszalinem jagody 8 zł za litr, który da się uzbierać w kilka godzin.

Zdaniem prof. Karwackiego załoga dawnych PGR to w dużej mierze potomkowie pracowników folwarcznych o najniższych kompetencjach i najniższym kapitale kulturowym. W dodatku PRL latami utrwalał w nich bierność, tolerancję dla patologii, niskie aspiracje i poczucie braku odpowiedzialności za swój los. – Jakim więc cudem stadna łania miałaby się stać wilkiem kapitalizmu? „Dajcie mi świat akceptowalny na trzeźwo, a będę trzeźwy" – powiedział mi w badaniach jeden z nich – opowiada prof. Karwacki.

Z pomocy społecznej w województwie warmińsko-mazurskim w 2013 r. korzystało 14,3 proc. mieszkańców przy średniej krajowej 8,35. Najczęściej z powodu bezrobocia.

Outsiderski pomysł na życie

Anna skończyła czterdziestkę, pracuje na trzy zmiany w fabryczce w Wołominie tuż pod Warszawą. Gdy nie jest w pracy, to śpi. Zarabia najniższą krajową, nigdy nie była na wakacjach. Nie oswaja jednak świata alkoholem, dlatego właśnie – jak uważa jej syn – trzy razy w roku trafia to do szpitala w ciężkiej depresji. „Nie uczyła się, to teraz ma" – ocenia jej syn, starszy znajomy moich dzieci.

Sam jednak mimo 20 lat się nie uczy i zwykle nie pracuje, żywiąc się tabliczkami taniej czekolady. – Eeee, gdzie by człowiek do roboty aż do Warszawy jeździł. Natyra się, grosze zarobi, a i tak go wyleją. Kiedyś to było lepiej. Robotnika to się szanowało, a praca leżała na ulicy – jęczy, przeciągając się na naszej kanapie (choć przyszedł na świat grubo po transformacji). Nie mogę zrozumieć, dlaczego – znieczulając pieski świat kryształkiem mefedronu, nielegalnego dopalacza, jak ślepiec podąża śladem matki.

– Najmocniej zagrożeni biedą w dorosłości są ci, którzy doświadczają jej w dzieciństwie. W walce z ubóstwem chodzi zaś głównie o to, by przerwać międzypokoleniowy cykl życia w biedzie, by biedne dzieci nie stawały się biednymi dorosłymi. A to największa trudność – uważa prof. Grotowska-Leder. Okazuje się, że wyrwać człowieka z kręgu biedy to niemal ekwilibrystyka. Bieda bowiem jest czymś więcej niż sytuacją. To stan ducha – dziedziczony po przodkach i przekazywany potomstwu z całym dorobkiem lepkiej kultury ubóstwa i sztuki życia w klasie gorszej, „underclass".

Tzw. podklasę zdefiniowano w latach 60. w USA jako kategorię ludzi społecznie wykluczonych, trwale odseparowanych od życiowego mainstreamu, pozostawionych poza nawiasem społeczeństwa. Tworzą ją głównie osoby o niskich dochodach czy bezrobotni, także trwale uzależnieni od świadczeń pomocy społecznej. Wykształcili oni własną kulturę, a badania prowadzone przez prof. Karwackiego dekadę temu potwierdziły, że jej elementy i strategie zachowań przekazywane były kolejnym pokoleniom, choć towarzyszyła im niekiedy pewna zmienność. Jaka to kultura?

– Dominuje w niej poczucie skrzywdzenia, niemocy, bycia gorszym – tłumaczy badacz – także życie z dnia na dzień bez myślenia perspektywicznego, ludzie ci koncentrują się bowiem na przetrwaniu. Powszechna jest tam tolerancja dla patologii, życie w konkubinatach. Brak przywiązania do pracy i zaciąganie długów oraz krytyczny stosunek do instytucji życia społecznego: policji, Kościoła czy państwa. Tyle że ludzie ci, pogrążeni w marazmie i niezdolni do samoorganizacji, nie mają potencjału do „wybijania szyb" w tym lepszym świecie, są zatem niegroźni dla rządzących.

Tymczasem dziś w środowiskach akademickich pojawiają się głosy, że nie jest to klasa ludzi biernych, lecz „aktywnych inaczej", bo całe to ich zbieractwo, łowiectwo i kombinatorstwo wymaga kreatywności. W takim świetle kultura biedy to świat nie tyle bezradności, ile przetrwania w normach odmiennych od standardów narzucanych przez wyzyskujący kapitalizm czy liberalną demokrację. – Nie wszyscy badacze uznają za oczywiste, że powinniśmy aspirować do rynku pracy tolerującego niegodnie niskie płace czy wyzysk w ramach korporacji – uważa Karwacki.

Trudno mi jednak uwierzyć, by wygrzebywanie, przepraszam, butelek ze śmietnika miało być czyimś outsiderskim pomysłem na godne życie. Podobnie jak nie jest nim życie w nieformalnych związkach tylko po to, by móc korzystać z przywilejów dla samotnych matek, przydając w ten sposób parę groszy do głodowej pensji.

Świadomość rewolucyjna

Socjologowie twierdzą, że szanse na materialny sukces czy biedę determinuje nasze miejsce zamieszkania i pochodzenie skorelowane z wykształceniem. Polska bieda jest bowiem w dużym stopniu biedą wsi. Mieszka tam 60 proc. osób z grupy skrajnie ubogich, podczas gdy w największych miastach wskaźnik ten wynosi 1 proc.

Ryzyko ubóstwa w rodzinach, których głowa ma wykształcenie wyższe, to tylko 0,9 proc. Jeśli zaś jest to wykształcenie gimnazjalne, to zagrożenie ubóstwem sięga 18,2 proc. – Mamy system neoliberalny, w którym zdobycie dobrego dochodu zależy od kompetencji i umiejętności nabytych przez edukację. Edukacja zaś jest kosztowna i zlokalizowana w obrębie dużych miast – tłumaczy prof. Nowacki.

A dzieci z rodzin trwale biednych nie mają szans na rodzicielskie wsparcie finansowe. – Jeśli źródłem rodzinnych dochodów jest renta czy zasiłek, a dzieci zbierają runo leśne, możliwości są dwie: nisko wykwalifikowany pracownik fizyczny lub emigracja – mówi.

Jego zdaniem brak nam też mentalności i determinacji widocznych u rodzin azjatyckich czy żydowskich, które same nie osiągnąwszy wysokiego statusu społecznego czy materialnego sukcesu, harują ciężko, wpompowując w edukację potomstwa, co się da. – U nas bywa, że rodzic zabierze i to, co dzieci w lesie zarobią, bo „alpagi trzeba wypić łyk" – ironizuje.

– Czy pamięta pani kazus Janka Muzykanta? – pyta prof. Głowacki. Jego zdaniem zdolne dzieci ubogich powinny być wspomagane przez państwo, które ma ku temu, jak mówi, sposoby i środki: stypendia czy internaty. – Tymczasem owo państwo, zamiast niwelować społeczne nierówności, powoduje ich odczuwalny wzrost notowany we wszystkich badaniach. Bogaci się bogacą, a biednieją biedni – mówi badacz.

Tłumaczy, że poczucie nierówności to czynnik niezmiernie ważny w budowaniu klimatu społecznego – gdy część ludzi dojdzie do wniosku, że są gorsi, potęguje się atmosfera konfliktu społecznego, co socjologia nazywa świadomością rewolucyjną. – Mamy poczucie, że jest nam gorzej niż innym, a majątek bierze się nie z pracy, lecz ze spekulacji czy korupcji. Bieda zaś jest nieuchronnym stanem człowieka harującego tylko po to, by przetrwać od pierwszego od pierwszego – uważa.

Cóż, nie dysponujemy widać tak wielkim bogactwem ducha, by zamieszkać w leśnej ziemiance jak słynny już bezdomny „Jan ze Zgierza" i cieszyć się życiem, jedząc, jak radził ongiś pewien „dowcipny" polityk, szczaw i mirabelki.
F21, F42.2, F84.5
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2191
Dołączył(a)
21 lut 2015, 16:02

Wyzysk, głodowe płace, prekariat - pomiatanie pracownikiem

Avatar użytkownika
przez take 21 paź 2015, 12:56
Artykuł o złym wpływie śmieciówek na przyszłe emerytury: http://forsal.pl/artykuly/900726,dzisiejszych-trzydziestolatkow-czekaja-glodowe-emerytury-oto-pokolenie-oszukanych-przez-smieciowki.html. Jeden z komentarzy pod tym artykułem:

W minionych czasach były niektóre zawody wyłączone spod systemu. Wolne zawody. Kto sobie opłacał składki ten uzbierał na emeryturę. Było w prasie o śmiesznych emeryturach aktorów, a czy im kto bronił opłacać sobie składki? Oni po prostu wierzyli święcie, że tamten system co ich rozpieszczał, że on nie ma prawa pierdyknąć i że nadejdą czasy gdy emerytury będą wyznaczane na zasadach rynkowych. Odłożyłeś to masz, nie to nie. Znam taka jedna, adwokat, ta to sobie używała, popisywała się, ileż to poszło na przelew, ho, ho. Dziś dostaje tysiąc sto złotych emerytury. I oczywiście narzeka. Nic tylko dać w mor**. Ma przecież to co sobie uzbierała. Wtedy jednak był wybór. Dziś PO czy koalicja dla wygody pracodawcy pod hasłem wolności gospodarczej urządziły pracowników. Urządziły ich, oni nie dość, ze zarabiają dziadowskie pensje to jeszcze nie ma za co opłacać składek na godziwą emeryturę. Tak brutalnego potraktowania pracobiorców w Polsce jeszcze nie było i wypłata PO i koalicjantowi należy się odpowiednia. Kopa w de, i niech umierają w locie nim spadną na ziemie bo tu jeszcze się im dokopie. Jak by co.
F21, F42.2, F84.5
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2191
Dołączył(a)
21 lut 2015, 16:02

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 5 gości

Przeskocz do