Nie ma mnie, choć jestem. Cały czas umieram.

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Nie ma mnie, choć jestem. Cały czas umieram.

przez hopsasa 07 sty 2012, 01:58
Witam,

nie do końca wiem, skąd wziął się pomysł, bym zamieściła tu parę słów. A może właśnie wiem i - stąd owe zdania.
Mam 20 lat, nie pracuję, niedawno porzuciłam studia. Siedzę od dobrych kilku dni w pokoju czekając na cud, który zapewne się nie zdarzy. Jednak do rzeczy.
Około czterech lat temu, kiedy to jeszcze byłam wolną nastolatką i uczennicą liceum ogólnokształcącego do mego życia niespodziewanie wdarło się uczucie. Poznałam chłopaka przez internet, mieszkał 90km ode mnie. Od zawsze podchodziłam do sfery emocjonalnej z dystansem, nigdy nie pchałam się z rękami i nogami do jakiegokolwiek związku. Uważałam to za niepotrzebne i niedojrzałe. Owy chłopak przyjechał do mnie, potem ja pojechałam do niego. Nigdy nie sądziłam, że zakochać się można od pierwszego wejrzenia - a jednak! Trwaliśmy tak razem przez dwa lata. Nie był to jednak związek idealny. Wręcz przeciwnie - bardzo toksyczny, niedokończony, niespełniony, pełen niezrozumienia i dziecięcych fantazji. Z początku nie wiedziałam, czym jest zazdrość, seks, pocałunki i tęsknota. Wszystkim zdążyłam się wypełnić, aż po brzegi. Byłam zdradzana. Rozchodziliśmy się więcej razy, niż zdołałabym zliczyć. Zawsze jednak powroty przychodziły po jakimś czasie. Przyzwyczaiłam się do cierpienia i tak też cierpiałam w mej miłości. Do tego stopnia, że potrafiłam zadać pytanie, jak minął mu seks z inną dziewczyną. Spytacie pewnie, dlaczego mimo wszystko nadal tkwiłam w tym dole. Otóż, moi drodzy, zawsze wyciągałam ręce do nieba i do niego, bo wierzyłam, że coś się zmieni. Moja wiara i miłość nie wystarczyły jednak, bo po dwóch latach ciągłej walki o uczucia rozstaliśmy się. Dwa dni po naszym rozstaniu jego serce było już zajęte przez inną płeć przeciwną. Ja natomiast próbowałam zabić się lekarstwami i cięciem żył. Na próżno - żyję i pojęłam, iż nie tędy droga. Na nic zdały się moje telefony, prośby, pytania. Jego już nie było. Umarłam więc i powstałam na nowo. Spędziłam najbardziej aktywny rok w moim życiu. Rok 2010 był kompletnie inny od pozostałych. Poznałam mnóstwo ludzi, zagrałam wiele koncertów, zrobiłam setki sesji zdjęciowych, pokochałam w inny sposób - mego przyjaciela. Doświadczyłam innej strony miłości. Takiej, która jest swobodna i wolna, a mimo to niezniszczalna. Przez cały również rok 2010 mój były chłopak dziwnymi sposobami próbował wejść w moje życie wraz ze swoją dziewczyną, która być może była zazdrosna o moją osobę. Nie wnikałam w to. Spotkaliśmy się kiedyś kilka razy - było to nieprzyjemne i więcej się nie powtórzyło. Nabrałam o l b r z y m i e g o dystansu do wszystkiego. Przez cały rok 2010 tkwiłam zaślepiona swoją swobodną miłością do przyjaciela, który w następnym roku zostawił mnie samą, gdy najbardziej go potrzebowałam. Zostałam więc sama. Ze znajomymi, z imprezami, pasjami, lecz sama. Po raz kolejny, gdy otworzyłam się na kogoś - osoba ta zostawiła mnie, bym spróbowała radzić sobie w sposób indywidualny. Chciałam umrzeć, naprawdę. Udałam się do psychologa, dostałam skierowanie do psychiatry, gdyż obawiano się o moje myśli samobójcze. Nie poszłam jednak tak, jak oczekiwano. Zamiast tego, dosłownie jakieś dwa tygodnie po wizycie u pani psycholog, zaplanowałam wycieczkę na majówkę do mojego dobrego kolegi znad morza. Chciałam jakiejś ucieczki z południowej Polski, a czułam, że w jego ramionach mogłabym znaleźć ukojenie. Może nawet coś więcej. Pamiętam, że rano, tuż przed wyjazdem powiedziałam "ten pociąg się rozbije - i bardzo dobrze - nareszcie". Pół godziny przed dotarciem do mety mój pociąg się wykoleił. Wagon i przedział, w którym siedziałam był w najgorszym stanie. Zginęły dwie osoby, ponad dwadzieścia zostało rannych. I to nie tak, że ujrzałam swoje życie przed oczami, gdy zapadły się fotele i przez ułamki sekund byłam w powietrzu. Byłam przygnieciona częściami pociągu, z głowy leciała mi krew. Nie mogłam się wydostać. Wierzcie mi, że nigdy nie byłam wstanie odnaleźć takiej siły, jaką wówczas wydobyło moje ciało, by wyjść na zewnątrz. Cieszyłam się, że żyję. Doszłam do wniosku, iż było mi to bardzo potrzebne. Kolega, do którego jechałam odwiedził mnie następnego dnia.Narodziły się dziwne uczucia. Jak się później okazało - jednostronne. Wyciągnęłam wnioski i ruszyłam dalej. Przeprowadziłam się do innego miasta. Poszłam na studia, poznałam nowych ludzi, wesołych, otwartych. Próbowałam zaczynać jakieś bliższe relacje z innymi mężczyznami. Zawsze jednak kończyłam to szybciej, niż się zaczęło. Jako dusza towarzystwa, wokalistka, fotograf i dziewczyna z wielkim poczuciem humoru posiadałam i posiadam spore grono towarzyszy. Nie chciałam jednak, by powstawało z tego coś więcej. Bo, kimkolwiek nie byłby towarzysz, zawsze coś było nieodpowiednie. Nie takie, jakbym chciała. Serce mi na to nie pozwalało. Bo zawsze miałam nadzieję. Gdy zatem spróbowałam choćby odrobinę dalej przesunąć się w relacji z pewnym osobnikiem płci przeciwnej - pojawił się ktoś, kogo zawsze się spodziewałam. Odrzuciłam więc osobnika i z wielkim dystansem, ponownie zaczęłam poznawać chłopaka, którego pokochałam cztery lata temu. Tym razem jest to już mężczyzna, tak mi się przynajmniej zdawało. Zaczęliśmy się przyjaźnić. Dzwonił kilka razy dziennie. Jako, że odległość między nami znacznie się zwiększyła, nie mogliśmy się spotkać od razu. Udało się jednak. Zrobiliśmy zdjęcia, wypiliśmy kawę, porozmawialiśmy - jak przyjaciele. Spotkaliśmy się po raz drugi. Doszedł seks, doszły emocje, słowa, których bym się nie spodziewała. Planował już nawet dzieci. Planował tak wiele rzeczy. Trzymałam dystans, jak tylko mogłam, choć doskonale wiedziałam, że moje uczucie do niego nigdy nie wygasło i nie wygaśnie jeszcze przez długi czas. Spotkaliśmy się po raz trzeci. Spędziliśmy kolejną wspólną noc. Dnia następnego już znalazł inną dziewczynę. Umarłam po raz kolejny. Przeżyłam to, choć obiecywałam sobie, że nie ma takowej możliwości. Wstałam, doszłam do siebie w 50% i stałam tak jeszcze niedawno. Rzuciłam studia, przestałam fotografować, przestałam śpiewać, skasowałam wszystkie możliwe konta w internecie (facebook, blogi, etc) i usiadłam. Siedzę tak od kilku dni. Wczoraj wyszłam do sklepu, by zrobić niezbędne zakupy. Zapisałam na karteczce to, co muszę kupić - kupiłam zupełnie inne rzeczy. Weszłam do sklepu i chodziłam w kółko, stawałam, czułam się, jak pod wpływem jakichś narkotyków (choć nigdy nie brałam). Zupełnie straciłam kontrolę nad swoim życiem. Gdyby nie mój rozum z pewnością już dawno straciłabym panowanie nad sobą i zabiła konkretnymi specyfikami. Teraz jednak bezradność utworzyła mi inny obraz śmierci. Zabijam wszystko, nie potrafię się uwolnić od uczuć do tego mężczyzny, to wszystko mnie wyniszcza. Chcę wrócić na południe, w rodzinne strony zacząć robić coś innego i poszukać stabilizacji. Kocham, kocham naprawdę, choć odebrane to być może w różnoraki sposób. Jestem jednakże osobą, która wiele myśli, wiele czyta, doświadcza i kreuje. Jestem więc świadoma swoich uczuć, które dojrzały, umierały i wciąż giną i budzą się. Nie wiem, co mam zrobić. Nie mam siły, by wstać. Staram się zniknąć, żeby zapomnieć o tym, co mnie zabija, jednak im bardziej tego próbuję, tym mniej jest mnie samej. Chciałabym gdzieś wyjechać lub zrobić coś, by odciąć się od tego wszystkiego. Szczególnie od internetu, który wiąże mnie z tym całym chorym światem i przeszłością. A może znów muszę umierać, by się urodzić? Tylko co, jeśli umrę i narodzin nie będzie?
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
07 sty 2012, 00:47

Nie ma mnie, choć jestem. Cały czas umieram.

przez nextMatii 07 sty 2012, 02:33
Witaj umieramy na wiele sposobow....nie poddawaj sie czasem trzeba COS stracic,aby cos zyskac...stara milosc umiera....bu moglo przyjsc cos nowego..niezwyklego nigdy nie wiesz czym zycie Cie zaskoczy i co
jeszcze PIEKNEGO ma Ci do zaoferowania..Warto umierac..by
narodzic sie na NOWO...
nextMatii
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 18 gości

Przeskocz do